Eksplorując japońską scenę podziemną nie wolno pominąć Sabbat, którzy są i byli jej najprawdopodobniej najważniejszą podporą (zaczynali już 1981 jako Evil). Zespół można nie tylko ochrzcić mianem japońskiego Venom, którzy to byli największą inspiracją dla Gezola i spółki, ale także rekordzistami w ilości wydawnictw jakie wypuścili w swojej karierze. Do tej pory nie udało mi się zliczyć ile było tych wszystkich wersji danej płyty, nie wspominając już o tonach splitów, kompilacji, materiałów live i to na wszystkich trzech nośnikach.
Do przybliżenia twórczości tego zespołu wybrałem, moim zdaniem, ich czołowe wydawnictwo "Karisma" z 1999, które jest swoistym pomostem między Sabbat zakorzenionym w brzmieniu Pierwszej Fali, a jego bardziej Thrashowym, ale wciąż mrocznym i diabelskim obliczem. Materiał świetnie łączy obskurne riffy towarzyszące zespołowi już od czasów Epek i dem, poprzez takie albumy jak "Envenom" czy "Disembody" z kompleksowymi kompozycjami okraszonymi świetnymi gitarowymi solówkami. Tutaj pełną paletę swoich umiejętności prezentuje Tamis Osmond, wygrywając w każdym utworze zawiłe, acz kunsztowne pasaże.
Album, jak to na Sabbat przystało, jest bluźnierczy, mroczny i niepokojący. Płytę otwiera budujące atmosferę folkowe intro utworu "Samurai Zombies", mojej ulubionej obok "Charisma" kompozycji z całej twórczości grupy. Lepszego początku być nie może. Kawałek zwiastuje, że zespół zaprasza nas w pełne grozy otchłanie nippońskiego piekła pełnego demonów, diabłów, czarnej magii i umęczonych dusz. Kolejnymi killerami są tu "Orochie", "Okiku Doll of the Devil" oraz zamykający płytę "Japanese Revelation". Warto wspomnieć też o pracy jaką odwala tu sekcja rytmiczna Gezol- Zorugelion. Masjstersztyk! Zawsze w Sabbat położony był mocny nacisk na słyszalność basu i jego osobne, złożone linie, ale od kiedy w zespole została tylko jedna gitara, bas stał się równoważnym instrumentem i jego linie wyraźnie pomrukują przez całą płytę wspomagane świetnie brzmiącą kanonadą perkusji. Zaskakuje tez fakt, że każdy kawałek trwa tu średnio 7-8 minut, także trio Sabbat przyjęło tu nieco bardziej ambitną strukturę swoich utworów (co już nie raz im się zdarzało, przypomnijmy chociażby płytę "The Dwelling"- to jeden godzinny utwór) wyczerpując ich formułę oraz robiąc stosowne miejsce na gitarowe popisy Tamisa. Wychodzi z tego arcyciekawy album o atmosferze tak charakterystycznej dla japońskiej sceny, której to zespoły ekstremalnego podziemia potrafią zaszczepić w swoje dzieła ten piekielny pierwiastek wywodzący się z ich własnej mitologii i demonologii. Płytka mus dla każdego zainteresowanego japońskim, metalowym grańskiem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 października 2018
piątek, 30 marca 2018
Titan Mountain- Above Fangs of Majestic Stonetitans (Nawia Productions 1999/ Hell Is Here 2014)
Podsumowując "Above Fangs of Majestic Stonetitans" to wycieczka w tą najgłębszą historię naszego rodzimego podziemia, nieoczywista i czekająca tylko na tych chcących zgłębiać temat i odkrywać to co stale ma do zaoferowania. Tym co nigdy nie mieli okazji zapoznać się z Titan Mountain, polecam z całą stanowczością!
Nazgrim tworzył przez lata cały ogrom muzyki pod różnymi szyldami, udzielał się też na klawiszach w innych projektach. Obecnie skupia się na instrumentalnym, gitarowo- symfonicznym projekcie Cosmique7.
Cosmique7 na Youtube: https://www.youtube.com/channel/UCP2K56e5EXe4GYf5NkFnuBghttps
http://www.hellishereprod.republika.pl/
niedziela, 24 grudnia 2017
Emperor- IX Equilibrium (Candlelight Records 1999)
Nagrany pod koniec 1998, a wydany na początku 1999 "IX Equilibrium" to chyba najbardziej wyjątkowe dzieło tej grupy. Od lat stoi w cieniu wybitnych "In the Nightside Eclipse" oraz "Anthems to the Welkin at Dusk", a myślę, że to właśnie ta płyta jest swoistą kropką nad "i" w stwierdzeniu jak wielkim zespołem był i wciąż jest Emperor. W pewnym sensie Ihashn, Samoth i Trym nagrali album chyba najbardziej bogaty i zróżnicowany w swoim ówczesnym dorobku. Mamy tu nie tylko Black Metalową furię i symfoniczny patos tak dla ich sztuki charakterystyczny i przewijający się z różnym natężeniem przez całą płytę (najlepsze przykłady to "Curse You All Man", "Decrystallizing Reason" oraz "The Source of Icon E"), ale także całe mnóstwo drobnych kompozycyjnych smaczków. Mam tu na myśli nasiąknięty nieco Heavy Metalową estetyką "Sworn", noszący znamiona Bathory (z czasów "Under the Sign of the Black Mark) "Warriors of Modern Death", w którym odzywa się też dokładnie ten sam dzwon co w "For Whom the Bell Tolls" Metallici, oraz zwieńczony akustykami ala King Diamond i wczesny Ulver "Of Blindness and Subsequent Seers". Apropos Kinga Diamonda, to w kilku momentach płyty można usłyszeć Ihsahna wspinającego się na podobne rejestry co Król, i trzeba powiedzieć, że wychodzi mu to świetnie. Mówiąc krótko, nie sposób się tu nudzić, album chłonie się z wypiekami od początku do końca.
Pomimo naprawdę dobrych opinii i recenzji, jakie ta płyta otrzymywała, stale mam wrażenie, że "IX Equilibrium" traktowane jest nieco po macoszemu i odrobinę spychane na bok, a kompletnie na to nie zasługuje. To tutaj zespół pokazał swoją niesamowitą wręcz kreatywność, rozwój oraz elastyczność w obrębie swojego własnego, wypracowanego stylu. Jest to dzieło skończone i siedzące na swym własnym tronie. Gdyby jeszcze czymś miał nas uraczyć Emperor zanim ostatecznie zakończą jakiekolwiek granie, to życzyłbym sobie mocno, aby był to materiał na miarę właśnie "IX Equilibrium".
Pomimo naprawdę dobrych opinii i recenzji, jakie ta płyta otrzymywała, stale mam wrażenie, że "IX Equilibrium" traktowane jest nieco po macoszemu i odrobinę spychane na bok, a kompletnie na to nie zasługuje. To tutaj zespół pokazał swoją niesamowitą wręcz kreatywność, rozwój oraz elastyczność w obrębie swojego własnego, wypracowanego stylu. Jest to dzieło skończone i siedzące na swym własnym tronie. Gdyby jeszcze czymś miał nas uraczyć Emperor zanim ostatecznie zakończą jakiekolwiek granie, to życzyłbym sobie mocno, aby był to materiał na miarę właśnie "IX Equilibrium".
środa, 1 marca 2017
Samael- Eternal (Century Media 1999)
Płyta z czasów kiedy Samael odjechał w kompletnie inne rejony niż te znane z ich pierwszych trzech, kultowych albumów. Dla wielu dziwna, dla innych asłuchalna, dla jeszcze kolejnych zapewne samo jej wspomnienie to trauma. W każdym bądź razie szacun dla zespołu za odwagę i realizację własnych artystycznych wizji. Na "Eternal", poniekąd kontynuując niektóre patenty obecne już na "Passage", Samael stworzył muzyczną kreację mrocznych, astralnych przestrzeni i ich bezkresu, transową i barwną podróż po galaktyce. I co jest w Samael piękne, ano to, że praktycznie każda ich płyta jest inna, nie ma powielania pomysłów, stagnacji, ich sztuka cały czas gdzieś dąży, dokądś biegnie, odkrywa nowe pokłady artystycznego wyrazu.
"Eternal" to prawie 50 minut skondensowanej dawki wszechobecnej klawiszowej elektroniki połączonej z ciężkimi, idustrialnymi, lekko schowanymi na drugim planie gitarami i intensywną perkusją, wszystko okraszone świetnymi wokalami Vorpha. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty (no mimo, że to nie do końca mój ukochany metal w czystej postaci, to mam autentyczną ochotę do tego wracać) wyszczególniłbym zwłaszcza trzy utwory, mianowicie "The Cross", "Supra Karma"oraz "Ailleurs". Pierwszy z nich rozpoczyna się niesamowicie przejmującymi klawiszami, aby za chwilę przejść w subtelny walec (tak!) sekcji rytmicznej niosącej słuchacza w gwiezdną otchłań. Linia wokalna jest tu bardziej recytowana niskim chropowatym głosem, niż śpiewana. Sprawia to poniekąd wrażenie obecności lektora towarzyszącego w tej podróży poprzez nieskończoną pustkę. "Supra Karma" jest już bardziej mroczna, więcej tu niepokojących i dynamicznych dźwięków, totalny komos i to dosłownie! Co się tyczy "Ailleurs" to mamy tu do czynienia z konkretną industrialną galopadą, gdzie bardziej naprzód wysuwają się gitary. Bardzo energetyczny kawałek, gdzie sekcja rytmiczna gra pierwsze skrzypce.
Z pewnością "Eternal" należy do tych bardziej wymagających albumów i z niechybnie wzbudza wśród wielu fanów metalu mocno mieszane uczucia. Jest to biegunowo odległe od samaelowskiej klasyki, ale w swojej stylistyce równie dobre. Jeżeli są osoby które jeszcze nie miały okazji usłyszeć tego albumu, a nie boją się zejść na moment z jedynej słusznej drogi i zobaczyć co leży obok niej, szczerze zachęcam aby dać tej płycie szansę. To naprawdę kawał dobrej sztuki, którą z czasem się docenia.
Z pewnością "Eternal" należy do tych bardziej wymagających albumów i z niechybnie wzbudza wśród wielu fanów metalu mocno mieszane uczucia. Jest to biegunowo odległe od samaelowskiej klasyki, ale w swojej stylistyce równie dobre. Jeżeli są osoby które jeszcze nie miały okazji usłyszeć tego albumu, a nie boją się zejść na moment z jedynej słusznej drogi i zobaczyć co leży obok niej, szczerze zachęcam aby dać tej płycie szansę. To naprawdę kawał dobrej sztuki, którą z czasem się docenia.
niedziela, 22 stycznia 2017
Mortiis- The Stargate (Earache 1999)
Jak już nie raz wam wspominałem muzyka Mortiis towarzyszy mi już od wielu lat, już zdaje się od 14, i jest wśród ścisłej czołówki moich ulubionych wykonawców ever, jest dla mnie niesamowicie ważna, Ci którzy czytali wcześniejsze posty w temacie powody już ku temu znają.Dzisiejszym postem postanowiłem przybliżyć wam płytę która jest i zawsze będzie dla mnie wyjątkowa- The Stargate. Jest to pierwszy album Mortiis jaki usłyszałem, nostalgiczna podróż do czasów totalnej beztroski. Było to podczas jednej z pierwszych sesji rpg w których brałem udział. Mój dobry kolega użył wspomnianej płyty jako podkładu pod sesję, a ja momentalnie zainteresowałem się tematem i pożyczyłem od Niego rzeczoną płytkę wraz z dwoma innymi które posiadał ("Fodt til a Herske" oraz "Crypt of the Wizard"). Wciągnęły mnie na dobre te dark ambientowe pasaże i z marszu sprawiłem sobie owe albumy, słucham ich od tamtego czasu z niezmienną przyjemnością, przy okazji zapoznając się z pozostałymi krążkami które później również zasiliły kolekcję.
The Stargate jest najbardziej rozbudowanym albumem z tzw. Ery I w twórczości Mortiis (tzw. Dark Dungeon Music). Na płycie znajduje się sporo ciekawych i rozbudowanych utworów których cechą wspólną są wokale w wykonaniu Sary Jezebel Devy oraz swoisty epicki, baśniowy charakter. Równie dobrze płyta mogła by być ścieżką dźwiękową do jakiegoś starego filmu fantasy. Na szczególne wyróżnienie zasługują wprowadzający w nastrój płyty "Child of Curiosity and the Old Man of Knowledge" (cóż za tytuł!), "World Essence" ze wspaniałą, klimatyczną partią gitary akustycznej oraz melodyjny "(Passing by) an Old and Raped Village". Sam klimat jaki tworzy muzyka zawarta na płycie jest nie do opisania. To istne wrota do świata legend, świata fantastyki tak dobrze znanej z książek Morcock'a, Howarda czy Tolkiena. W latach 90-tych, estetyka, image, średniowieczny klimat oraz fakt iż Mortiis współtworzył w szeregach Emperor takie dzieła jak demo "Wrath of the Tyrant" i EP "Emperor" na stałe, mimowolnie podciągnęły jego twórczość pod black metal. I w sumie wcale nie ma co się dziwić, mimo iż jakiegokolwiek szatana tu brak, to atmosfera płyt dzieli pewne cechy, które obecne są w black metalowej sztuce.
Na zakończenie, jako ciekawostkę dodam iż na płycie "The Stargate" zostały użyte sample mnisich chórów z filmu "Imię Róży" czy też króciutki fragment muzyki z filmu "Willow". Jeżeli ktoś zna oba te dzieła to podczas uważnego odsłuchu da się te motywy odnaleźć.
niedziela, 18 grudnia 2016
Behemoth- Satanica (Metal Mind 1999)
"Satanica" to jeden z trzej moich ulubionych materiałów Behemoth do którego stale sobie wracam. Wraz z tym krążkiem, po przejściowym "Pandemonic Incantations", zaczął się nowy etap w historii grupy, który trwa do dziś. To tutaj wyrobili swój charakterystyczny styl i brzmienie. Płytę, wbrew "oficjalnych" danych, nagrano w studiu SL należącym do Sławomira Łosowskiego (ex. Kombi). Wiąże się z tym dosyć zabawna historia, którą w "Konkwistadorach Diabła" Łukasza Dunaja przytoczył Nergal. Właściciel był osobą mocno wierzącą także nie do pomyślenia było żeby wpuścił do studia takich szatanów. Na szczęście nie miał specjalnie jak sprawdzić kto faktycznie nagrywał pod wymyśloną na poczekaniu nazwą Dreams. Podobnie lawirować musiały zespoły Hefeystos czy też December's Fire, które także postanowiły zarejestrować tam swoje płyty.Wydany w 1999 nakładem Metal Mind Productions album (na zachodzie przez włoską Avantgarde) jest świetną, dobrze brzmiącą i bijącą po mordzie miksturą black i death metalu. To na nim znalazły się grane przez zespół do tej pory "Decade of Therion" (popularny między innymi za sprawą wersji alternatywnej ;) ) oraz hymnowy, często wieńczący koncerty "Chant for Eschaton". Moimi osobistymi faworytami są tu następujący w drugiej kolejności, potężny "LAM" oraz "Ceremony of Shiva" z genialną partią perkusji na początku i sporą dawką melodyki.
"Satanica" tak na prawdę otworzyła zespołowi wrota do większej rozpoznawalności i szansy grania większej liczby koncertów poza granicami kraju. Mimo chwilowych zawirowań w składzie (odejście Lesa i chwilowa nieobecność Inferna), kiedy to na pokładzie pozostał na moment sam Nergal, sprawy nabrały tempa. Album otrzymywał bardzo dobre recenzje i wzbudził zainteresowanie muzycznych mediów, które do tej pory permanentnie Behemoth olewały. Niniejsza płyta to także początek trwającej do tej pory współpracy między Nergalem, a Krzysztofem Azarewiczem, który jest autorem lwiej części liryków Behemoth (na tym konkretnym albumie każdy jeden wyszedł spod jego ręki).
Cóż mogę rzecz w podsumowaniu. Mi "Satanica" raczej nigdy się nie znudzi. Jest jakaś tęsknota za tym, że nie grają już tak jak na tym albumie, czy nawet tak jak na równie udanej "Thelema 6" czy "Zos Kia Cultus". Był w tym jakiś taki klimat, pewna aura, towarzysząca tamtym czasom. Do rzeczy. Czy polecam płytkę "Satanica"? Oczywiście, bez dwóch zdań!
czwartek, 24 listopada 2016
Immortal- At the Heart of Winter (Osmose 1999)
Nareszcie zasiadam do recenzji mojego ulubionego krążka Immortal. "At the Heart of Winter" jest moim skromnym zdaniem szczytem twórczości tego zespołu, jego swoistym opus magnum, nigdy przed i nigdy później nie nagrali równie niesamowitej płyty. Roi się tu od ciekawych, dających się zapamiętać riffów (gitary mają na tej płycie fajne, lekko piaskowe brzmienie), no i ta atmosfera, istotnie ma się wrażenie przebywania w sercu zimy, w środku lodowego piekła. No i perkusja, wreszcie możemy cieszyć uszy kunsztem Horgh'a, co niestety było nieco utrudnione na poprzednim albumie "Blizzard Beasts" w związku z jego bardzo kiepskim miksem. Tym razem zespół wybrał studio Abyss, a za konsoletą zasiadł nie kto inny jak Peter Tagtgren, zatem śmiało można było się spodziewać, że fuszerki tu nie będzie.
Wrota do Blashyrkh otwiera jeden z wiodących utworów z płyty, genialny "Withstand the Fall of Time", jego motywy przewodnie pamiętam od kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, klasyk. Następnie wchodzą "Solarfall" oraz "Tragedies Blow at Horizon", bardzo klimatyczne, a jednocześnie dynamiczne kawałki budujące wszechobecną atmosferę lodowych pustkowi. Kolejny kawałek to "Where Dark and Light Don't Differ", w którym mamy jedną z lepszych solówek gitarowych jakie Immortal zawarł na swoich płytach. No i teraz czas na samo serce materiału, czyli majestatyczny "At the Heart of Winter". Przednie, lekko nostalgiczne intro i podobnie chwytliwy riff jak to miało miejsce w przypadku pierwszego utworu, kolejny klejnot w koronie tej płyty. Całość zamyka rozpędzony "Years of Silent Sorrow", gdzie możemy doszukać się nieco wpływów klasycznego heavy metalu tak zresztą uwielbianego przez Abbatha. Mamy tu tylko 6 kompozycji, ale za to jakich, nie ma tu żadnej jednej zbytecznej nuty, ani uczucia, że czegoś tu brakuje. Dzieło skończone!
Jak już wspominałem przy innej okazji, swoją przygodę z black metalem, a przy okazji i z twórczością Immortal, zacząłem właśnie od tej płyty, zatem i sentyment mam do niej szczególny, pomijając już fakt, że uważam ją za najlepsze dokonanie grupy. Album moim zdaniem nie wymagający jakiejkolwiek rekomendacji. Słuchać i czcić!
Jak już wspominałem przy innej okazji, swoją przygodę z black metalem, a przy okazji i z twórczością Immortal, zacząłem właśnie od tej płyty, zatem i sentyment mam do niej szczególny, pomijając już fakt, że uważam ją za najlepsze dokonanie grupy. Album moim zdaniem nie wymagający jakiejkolwiek rekomendacji. Słuchać i czcić!
wtorek, 6 września 2016
Gamma Ray- Power Plant (Noise 1999)
Jedna z ciekawszych płyt w dorobku Gamma Ray, sporo fajnych chwytliwych melodii i riffów. Godny następca znakomitego "Somewhere Out in Space". Płytka ma niesamowicie pozytywny wydźwięk, jak się tego słucha to od razu humor się poprawia i wstępuje w człowieka potężna dawka energii.
Dla niektórych z was, wydany w 1999 "Power Plant", może wydać się zbyt lekki, może nazbyt przystępny, ale w pewnym sensie to jest jego atut, cecha charakterystyczna. Powstała płyta bardzo nośna, momentalnie łapiąca uwagę słuchacza. Świetny przykład to "Send me a Sign" oraz "Short as Hell" z bardzo fajnym, marszowym motywem przewodnim. Są też kawałki z kopem i lekko epickim sznytem jak "Gardens of the Sinner", "Anywhere in the Galaxy" czy kończący płytę "Armageddon". Warto jeszcze wspomnieć o coverze Pet Shop Boys "It's a Sin" który zagościł zarówno na singlu jak i na płycie. Metalowy zespół nagrywający cover popowego hiciora, to może z pozoru budzić niesmak. Niepotrzebnie, takie zabiegi for fun całkiem dobrze wychodzą, robił to już min. Blind Guardian. I co źle było? Nie, wyszło genialnie, nowa jakość. Co się tyczy wokalu Kai'a to brak mi zastrzeżeń. Bardzo podoba mi się jego barwa głosu, i mimo że zdania co do jego wokali są podzielone, jak dla mnie powinien nas raczyć swoim głosem możliwie jak najdłużej. Jeden z bardziej rozpoznawalnych i oryginalnych głosów w heavy metalu.
Co się tyczy okładki do płyty. W jakimś stopniu przekazuje zawartą na niej muzykę i podobnie jak i inne artworki zespołu zdradza pewne power-metalowe naleciałości, czy może bardziej estetykę obecną w muzyce Gamma Ray, jak chociażby inspiracje czerpane głównie z fantastyki i science-fiction. W każdym razie jest rozpoznawalna. Po raz trzeci pojawia się na niej zakapturzony stwór obecny w grafikach zespołu po dzień dzisiejszy (gościł też na starych wydawnictwach Helloween).
Generalnie Gamma Ray deklasował w moim odbiorze to co poprzedni zespół Hansena nagrywał w latach 90-tych. "Power Plant" jest tego doskonałym dowodem. Kai znalazł sobie świetnych muzyków i swoim nowym projektem udowadniał w tamtym czasie, że heavy metal ma jeszcze coś do powiedzenia.
Dla niektórych z was, wydany w 1999 "Power Plant", może wydać się zbyt lekki, może nazbyt przystępny, ale w pewnym sensie to jest jego atut, cecha charakterystyczna. Powstała płyta bardzo nośna, momentalnie łapiąca uwagę słuchacza. Świetny przykład to "Send me a Sign" oraz "Short as Hell" z bardzo fajnym, marszowym motywem przewodnim. Są też kawałki z kopem i lekko epickim sznytem jak "Gardens of the Sinner", "Anywhere in the Galaxy" czy kończący płytę "Armageddon". Warto jeszcze wspomnieć o coverze Pet Shop Boys "It's a Sin" który zagościł zarówno na singlu jak i na płycie. Metalowy zespół nagrywający cover popowego hiciora, to może z pozoru budzić niesmak. Niepotrzebnie, takie zabiegi for fun całkiem dobrze wychodzą, robił to już min. Blind Guardian. I co źle było? Nie, wyszło genialnie, nowa jakość. Co się tyczy wokalu Kai'a to brak mi zastrzeżeń. Bardzo podoba mi się jego barwa głosu, i mimo że zdania co do jego wokali są podzielone, jak dla mnie powinien nas raczyć swoim głosem możliwie jak najdłużej. Jeden z bardziej rozpoznawalnych i oryginalnych głosów w heavy metalu.
Co się tyczy okładki do płyty. W jakimś stopniu przekazuje zawartą na niej muzykę i podobnie jak i inne artworki zespołu zdradza pewne power-metalowe naleciałości, czy może bardziej estetykę obecną w muzyce Gamma Ray, jak chociażby inspiracje czerpane głównie z fantastyki i science-fiction. W każdym razie jest rozpoznawalna. Po raz trzeci pojawia się na niej zakapturzony stwór obecny w grafikach zespołu po dzień dzisiejszy (gościł też na starych wydawnictwach Helloween).
Generalnie Gamma Ray deklasował w moim odbiorze to co poprzedni zespół Hansena nagrywał w latach 90-tych. "Power Plant" jest tego doskonałym dowodem. Kai znalazł sobie świetnych muzyków i swoim nowym projektem udowadniał w tamtym czasie, że heavy metal ma jeszcze coś do powiedzenia.
wtorek, 5 lipca 2016
Arch Enemy- Burning Bridges (Century Media 1999)
Arch Enemy to jeden z ciekawszych reprezentantów melodyjnego death metalu. W składzie grupy znajdują się muzycy którzy byli w szeregach Carnage, (lider Michael Amott), Carcass (także Amott oraz Daniel Erlandsson) czy Mercyful Fate (Sharlee D'Angelo). Obecnie są jedną z niewielu grup death metalowych, które mają płeć piękną w składzie i to w roli wokalistki. Zanim nastał taki stan rzeczy swoje pierwsze trzy płyty Arch Enemy nagrało z wokalistą Johanem Liivą. I muszę powiedzieć, że to właśnie te albumy są tymi najciekawszymi w dorobku zespołu (oczywiście z całym szacunkiem do późniejszych krążków).
"Burning Bridges" z 1999 to trzeci i ostatni album z Johanem Liivą na wokalu/ basie, a zarazem najbardziej melodyjny spośród wspomnianej trójki. Jest to idealny przykład melodyjnego death metalu z thrashowymi naleciałościami. Płytka jest bardzo chwytliwa, sporo jest fajnych zapadających w pamieć pasaży gitarowych, jednym słowem, miła, lekka i przyjemna, aczkolwiek nie pozbawiona mocy i pazura. Najjaśniejsze punkty "Burning Bridges" to otwierający "The Immortal" oraz "Pilgrim" z niesamowicie nośnym motywem przewodnim.
Arch Enemy należy to to grupy tych szwedzkich zespołów którym udało się ze swoją muzyką wypłynąć na szersze wody i osiągnąć spory sukces na rynku światowym, podobnie jak udało się to Amon Amarth, Opeth, Katatonia, Hammerfall czy Tiamat.
Jak ktoś nie zna tej płyty, czy też generalnie do tej pory nie zetknął się z twórczością Arch Enemy, a lubi ciężkie a zarazem melodyjne granie to szczerze polecam.
"Burning Bridges" z 1999 to trzeci i ostatni album z Johanem Liivą na wokalu/ basie, a zarazem najbardziej melodyjny spośród wspomnianej trójki. Jest to idealny przykład melodyjnego death metalu z thrashowymi naleciałościami. Płytka jest bardzo chwytliwa, sporo jest fajnych zapadających w pamieć pasaży gitarowych, jednym słowem, miła, lekka i przyjemna, aczkolwiek nie pozbawiona mocy i pazura. Najjaśniejsze punkty "Burning Bridges" to otwierający "The Immortal" oraz "Pilgrim" z niesamowicie nośnym motywem przewodnim.
Arch Enemy należy to to grupy tych szwedzkich zespołów którym udało się ze swoją muzyką wypłynąć na szersze wody i osiągnąć spory sukces na rynku światowym, podobnie jak udało się to Amon Amarth, Opeth, Katatonia, Hammerfall czy Tiamat.
Jak ktoś nie zna tej płyty, czy też generalnie do tej pory nie zetknął się z twórczością Arch Enemy, a lubi ciężkie a zarazem melodyjne granie to szczerze polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















