Rok 1986! Ach co to był za rok dla metalowej sztuki, zwłaszcza dla Thrashu! W Stanach swoje najpotężniejsze albumy wydały Metallica, Megadeth, Nuclear Assault, Dark Angel oraz Slayer. W Europie uderzyły ze swoimi, do dziś sztandarowymi płytami Exumer i Kreator. Thrash metal przeżywał wtedy swój złoty okres. Powstały też inne autentycznie świetne krążki, które zostały przez wspomniane potęgi nieco przyćmione, na co rzecz jasna nie zasługiwały. Można tu wymienić chociażby "Eternal Devastation" Destruction, Metal Church ze swoim "The Dark" czy chociażby debiut Flotsam and Jetsam, czyli "Doomsday for the Deceiver". To o tej ostatniej płycie będzie dziś mowa.
Zespół szerszemu gronu odbiorców znany jest przede wszystkim dzięki osobie Jasona Newsteda, który w 1987 zasilił szeregi Metallici po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Flotsam and Jestsam tworzyli w tamtym czasie dosyć ciekawą formę thrash metalu, nieco mniej zajadłą, mniej ekstremalną od swoich kolegów po fachu, ale moim zdaniem w niczym im nie ustępującą. Na "Doomsday for the Deceiver" ich granie wciąż mocno inspirowane jest Judas Priest, Maidenami czy tuzami speed metalu pokroju Exciter lub Agent Steel. Dodając do tego zapatrzenie w ówczesną Metallicę daje bardzo ciekawy efekt, bardzo oryginalny i dający się zapamiętać. Agresywne, rozpędzone, a jednocześnie chwytliwe riffy takich killerów jak otwierający płytę "Hammerhead", "Iron Tears" czy mój ulubiony "Desecrator" połączone z wysokimi wokalami Erica A.K. oraz wciąż mocno speed/heavy metalizującą sekcją rytmiczną to po prostu najpiękniejszy metalowy sen. Płyta pełna jest kapitalnych zagrywek, nie idzie na jedno kopyto, aż kipi pomysłami, energią i niewyobrażalną pasją. Zastanawiam się czasem co by było gdyby Jason pozostał w swojej macierzystej grupie, gdzie by to Flotsam and Jetsam zaprowadziło, był notabene jednym z kompozytorskich filarów zespołu. W każdym bądź razie ich debiutancka płyta zasługuje na to aby wymieniać ją wśród najważniejszych metalowych wydawnictw 1986 roku oraz ważniejszych thrashowych albumów jakie powstały w USA. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. To bardzo dojrzałe i kompletne dzieło. Mnogość inspiracji na niej zawartych i sposób ich wykorzystania to najlepszy na to dowód. Na zakończenie dodam, że własnie ten album wypchnął dwójkę brytyjskiego Sabbat z mojej prywatnej thrashowej, pierwszej trójki. Ta płytka chyba nigdy mi się nie znudzi. Każdemu kto nie zna polecam po tysiąckroć!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty
sobota, 9 grudnia 2017
niedziela, 6 sierpnia 2017
King Diamond- Fatal Portrait (Roadrunner Records 1986/1997)
Po rozpadzie Mercyful Fate nie trzeba było długo czekać na to by King Diamond znów dał o sobie znać. Dosyć szybko sformował nowy zespół pod swoim szyldem biorąc na pokład dwóch członków składu Mercyful Fate w osobach Michaela Dennera oraz Timiego Hansena, dopełniając go znakomitym perkusistą Mikkeim Dee i niezwykle utalentowanym, młodym gitarzystą Andym LaRocque. Z taką oto ekipą już w 86' nagrał jakże udany, emanujący świeżością i klimatem debiut. Muzyka Króla, w stosunku do tej z poprzedniego zespołu, stała się bardziej kompleksowa, można powiedzieć teatralna, kładąca nacisk na budowanie atmosfery. Bezpośrednie, mocne numery o klasycznej strukturze przekształciły się w heavy metal o bardziej przemyślanym obliczu, złożonym, wypełnionym finezyjnymi solówkami, melodiami, lecz wciąż zachowującymi konkretny pazur i jeszcze większą dawkę mroku (co można uznać za cechą wspólną obu twórczości). Iście szatańska tematyka Mercyful Fate ustąpiła miejsca opowieściom rodem z najmroczniejszych horrorów, a każdy album stał się jedną odrębną historią. Na "Fatal Portrait" wyjątkowo opowieść budują tylko cztery pierwsze utwory oraz wieńczący płytę "The Haunted", pozostałe żyją swoim własnym życiem. Niniejsza płyta to pierwszy krok, swoista zapowiedź konceptów, które już wraz z nadejściem "Abigail" władać będą każdą płytą grupy. "Fatal Portrait" to jedno z najlepszych dzieł Diamonda, wejście z hukiem w nowy etap twórczości, wypełniony masą pomysłów, a przede wszystkim niezaprzeczalną oryginalnością oraz znakomitym brzmieniem. Na krążku znalazły się takie nieśmiertelne klasyki jak "Halloween" (wydany także jako singiel), "Dressed in White" czy otwierający płytę "The Candle". Wydaniu płyty towarzyszył także drugi singlowy materiał, bardzo dobrze znany każdemu fanowi Kinga- "No Presents for Christmas". Album odniósł spory sukces, w samych Stanach rozeszło się 100 tys. egzemplarzy płyty, a zespół ruszył w swoją pierwszą trasę, promując swoje dzieło u boku Megadeth."Fatal Portrait" to dla mnie jeden z niezaprzeczalnych, wyróżniających się klasyków sceny metalowej lat 80-tych i obok "Abigail" oraz "Them" najjaśniejszy punkt w twórczości zespołu, który wypełnia niesamowita energia i pasja. To jedna z tych płyt, których przynajmniej raz w życiu trzeba posłuchać! Król jest tylko jeden!
środa, 30 listopada 2016
Judas Priest- Turbo (Columbia 1986/ 2001)
Czas na świeży powiew kontrowersji :). "Turbo" to moja ulubiona płyta Judas Priest. Tak, dokładnie. Jeden z najmniej lubianych przez fanów krążków zespołu przez eksperymentowanie z syntezatorami, jedna z tych najmniej docenianych przez krytyków, bez wątpienia kontrowersyjna. Ja uważam ją za tą najciekawszą (chociaż i "Nostradamus" ma wiele do zaoferowania) w dorobku grupy. Totalnie nieschematyczna, wtedy jak na heavy metal nowatorska, kipiąca energią i dynamiką (hit goni hit) oraz niewątpliwie odważna. Zespół miał jaja żeby nagrać taką płytę, poniekąd wbrew oczekiwaniom słuchaczy, zrealizowali swój pomysł nie oglądając się na opinie innych.
"Turbo" nagrane zostało w Compass Point Studios na Bahamach w 1986 roku (nagrywało tam min. AC/DC). Album naszpikowany jest gitarowymi syntezatorami co jak na zespół parający się klasycznie brzmiącym heavy metalem było nietuzinkowym posunięciem. Nadało to jednak całości oryginalnego feelingu i niesamowitej chwytliwości. Płyta zawiera praktycznie same kawałki o przebojowych tendencjach, rozpędzone niczym motor na pustej autostradzie. Wyjątkiem od tej reguły jest tylko odrobinę wolniejszy i nastrojowy "Out in the Cold". Już samo wspomnienie takich kompozycji jak "Turbo Lover", "Locked In" czy "Rock You All Around the World" mówi wszystko. Judas Priest dało swoim fanom materiał stworzony do grania na żywo, z jednej strony nieco nowatorski w brzmieniu, a z drugiej niosący te same niesamowite pokłady energii jakimi zespół częstował swoich entuzjastów na poprzednich płytach. Nie ma tu żadnego zbędnego ogniwa, a album płynie, słucha się go jednym tchem do samego końca.
Wydaniu "Turbo" towarzyszyła ogromna trasa "Fuel for Life", która promowała wydawnictwo i w trakcie której zespół zarejestrował słynne koncertowe "Priest Live!" wydane zarówno w formacie audio, jak i jako materiał video na kasecie VHS.
Podsumowując, ja tą płytę wielbię i uważam, że każdy kto ma do niej awersję powinien dać jej szansę, zobaczyć ten potencjał, który jest w tych dźwiękach zawarty. Bardzo cenię sobie zespoły które potrafią pójść pod prąd i wbrew temu czego się od nich oczekuje wcielić w życie swoje własne plany. Tak było w tym przypadku. Szacun!
"Turbo" nagrane zostało w Compass Point Studios na Bahamach w 1986 roku (nagrywało tam min. AC/DC). Album naszpikowany jest gitarowymi syntezatorami co jak na zespół parający się klasycznie brzmiącym heavy metalem było nietuzinkowym posunięciem. Nadało to jednak całości oryginalnego feelingu i niesamowitej chwytliwości. Płyta zawiera praktycznie same kawałki o przebojowych tendencjach, rozpędzone niczym motor na pustej autostradzie. Wyjątkiem od tej reguły jest tylko odrobinę wolniejszy i nastrojowy "Out in the Cold". Już samo wspomnienie takich kompozycji jak "Turbo Lover", "Locked In" czy "Rock You All Around the World" mówi wszystko. Judas Priest dało swoim fanom materiał stworzony do grania na żywo, z jednej strony nieco nowatorski w brzmieniu, a z drugiej niosący te same niesamowite pokłady energii jakimi zespół częstował swoich entuzjastów na poprzednich płytach. Nie ma tu żadnego zbędnego ogniwa, a album płynie, słucha się go jednym tchem do samego końca.
Wydaniu "Turbo" towarzyszyła ogromna trasa "Fuel for Life", która promowała wydawnictwo i w trakcie której zespół zarejestrował słynne koncertowe "Priest Live!" wydane zarówno w formacie audio, jak i jako materiał video na kasecie VHS.
Podsumowując, ja tą płytę wielbię i uważam, że każdy kto ma do niej awersję powinien dać jej szansę, zobaczyć ten potencjał, który jest w tych dźwiękach zawarty. Bardzo cenię sobie zespoły które potrafią pójść pod prąd i wbrew temu czego się od nich oczekuje wcielić w życie swoje własne plany. Tak było w tym przypadku. Szacun!
poniedziałek, 7 listopada 2016
Accept- Russian Roulette (RCA 1986/ HNE Recordings 2014)
No i przyszedł czas na kolejną klasykę niemieckiej sceny. Tym razem padło na Accept i album "Russian Roulette", jeden z najlepszych krążków w dyskografii tego zespołu. Wydany w 1986 był ostatnią płytą w klasycznym składzie. Po trasie promującej album grupę opuścił charyzmatyczny wokalista Udo Dirkschneider, poniekąd będący znakiem rozpoznawczym Accept dzięki nietuzinkowemu, ochrypniętemu, lekko skrzeczącemu wokalowi. Było to bardzo dobre zwieńczenie, co tu dużo mówić, złotego okresu w historii grupy. "Russian Roulette" trzymał tak samo świetny poziom jak "Balls to the Wall" czy "Metal Heart".Album otwiera rozpędzona lokomotywa w postaci "TV War", szybki, energiczny kawałek w typowym dla nich stylu, od razu wiadomo kto gra. Kolejnymi utworami o których szczególnie warto wspomnieć są "Monsterman" z chwytliwym, nie dającym się nie zapamiętać refrenem, tytułowy "Russian Roulette", nieco wolniejszy, lecz pełen mocy i patosu, mój faworyt "Aiming High" z fajnym. nośnym riffem (to właśnie ta kompozycja swojego czasu sprawiła, że sięgnąłem po tą płytę- pamiętna wizyta w Neseblod, w Oslo), rozbudowany "Heaven is Hell" oraz "Man Enough to Cry" z zapadającą w pamięć partią gitar.
"Russian Roulette" jest moim zdaniem częścią takiej żelaznej trójcy jeżeli chodzi o Accept, zajmując miejsce tuż obok wspomnianych przeze mnie już wcześniej poprzedniczek. Opinie co do tego która z płyt grupy jest tą najlepszą są bardzo różne, wielu wymieniłoby surowy, najcięższy w dyskografii "Restless and Wild", za którym osobiście tak mocno nie przepadam, ja natomiast po dłuższym namyśle wskazałbym właśnie "Roussian Roulette". Nie tylko za naprawdę udane kompozycje, ale także za ogromny sentyment który do niej żywię, co jest już sprawą stricte subiektywną.
Teraz słów kilka na temat posiadanego przeze mnie wydania które poniżej zamieściłem. Tak nie owijając w bawełnę to praktycznie wszystkie reedycje które wypuszcza Hear No Evil Recordings są dobre, a nawet bardzo dobre. Generalnie jedne z lepszych na rynku. Co prawda cenowo są w granicach 50zł i wyżej, ale myślę, że są tego warte. Poligrafia jest bogata, jest co poczytać w środku, płyty brzmią dobrze, no nie ma się do czego przyczepić. Także w kwestii zakupu polecam wam właśnie to konkretne wydanie.
wtorek, 4 października 2016
Megadeth- Peace Sells But Who's Buying 25th Anniversary Edition (Capitol 2011)
Już kiedyś pisałem o tej płycie, ale dziś natchniony przez post z Musik Site postanowiłem raz jeszcze się do niej odnieść i przybliżyć wam krótko jej jubileuszowe wydanie z 2011 roku.
Na pierwszym dysku mam nowy remaster tegoż albumu zrobiony na potrzeby tego wydawnictwa. Porównując do oryginalnego, starego wydania dźwięk jest podrasowany, czystszy i ma więcej mocy, wszystko zostało tu podkręcone. Wiem, że jest wielu zwolenników tych oryginalnych miksów, ale mi jakoś ten nowy lepiej leży, trudno się z resztą dziwić, w większości przypadków jestem zwolennikiem dobrych produkcji i czystego mocnego brzmienia, także takie opcje na ogół wybieram.
Druga płytka to zapis koncertu z Cleveland z 1987. Fajny bonus, można posłuchać ale generalnie nic specjalnego.
Co się tyczy samej formy wydania. Przyznam się, że jak na jubileusz takiej płyty spodziewałem się większych fajerwerków. Fakt były, ale tylko dal fanów winyli (box z paroma sztukami, różnymi gadżetami itd.). Zwolennicy kompaktów dostali tylko namiastkę, czyli dwie płytki oraz booklet w którym są dwie duże foty z czasów wydania albumu, i parę małych, które widzieliśmy już w reedycji płyty sprzed paru lat. Jest też trochę tzw. liner- notes do poczytania. No i to byłoby na tyle. Raczej skromnie niż z pompą, ale to i tak lepsza opcja niż pojedynczy cd obecnie wciąż dostępny. Także jeżeli nie macie jeszcze tej płyty w swoich zbiorach to rekomenduję zakup niniejszej wersji lub po prostu poszukanie starego wydania jeżeli specjalnie nie zależy wam na formie.
Jak ktoś ma ochotę zapoznać się z moją recenzją "Peace Sells..." to podaję link: Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)
Na pierwszym dysku mam nowy remaster tegoż albumu zrobiony na potrzeby tego wydawnictwa. Porównując do oryginalnego, starego wydania dźwięk jest podrasowany, czystszy i ma więcej mocy, wszystko zostało tu podkręcone. Wiem, że jest wielu zwolenników tych oryginalnych miksów, ale mi jakoś ten nowy lepiej leży, trudno się z resztą dziwić, w większości przypadków jestem zwolennikiem dobrych produkcji i czystego mocnego brzmienia, także takie opcje na ogół wybieram.
Druga płytka to zapis koncertu z Cleveland z 1987. Fajny bonus, można posłuchać ale generalnie nic specjalnego.
Co się tyczy samej formy wydania. Przyznam się, że jak na jubileusz takiej płyty spodziewałem się większych fajerwerków. Fakt były, ale tylko dal fanów winyli (box z paroma sztukami, różnymi gadżetami itd.). Zwolennicy kompaktów dostali tylko namiastkę, czyli dwie płytki oraz booklet w którym są dwie duże foty z czasów wydania albumu, i parę małych, które widzieliśmy już w reedycji płyty sprzed paru lat. Jest też trochę tzw. liner- notes do poczytania. No i to byłoby na tyle. Raczej skromnie niż z pompą, ale to i tak lepsza opcja niż pojedynczy cd obecnie wciąż dostępny. Także jeżeli nie macie jeszcze tej płyty w swoich zbiorach to rekomenduję zakup niniejszej wersji lub po prostu poszukanie starego wydania jeżeli specjalnie nie zależy wam na formie.
Jak ktoś ma ochotę zapoznać się z moją recenzją "Peace Sells..." to podaję link: Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)
poniedziałek, 26 września 2016
Turbo- Kawaleria Szatana (Pronit 1986/ Metal Mind 2009)
Jak myślę o tej płycie to nasuwa mi się wiele pozytywnych określeń i pomysłów jakimi słowami zacząć tą recenzję. Trudno jest się na coś zdecydować żeby przez przypadek nie ująć czegoś z jej chwały. "Kawaleria Szatana" to bez wątpienia kamień milowy polskiego metalu, jedna z pierwszych od a do z prawdziwie heavy metalowych płyt wydanych w naszym kraju. Za jej przykładem poszły kiedyś rzesze młodych ludzi zakładając swoje zespoły. To był i nadal jest album niepowtarzalny i magiczny, o niesamowitym brzmieniu jak na tamte czasy i warunki.Turbo cechowało to, że każda ich płyta była inna, a każda z nagranych w latach 80-tych była kolejnym krokiem w głąb ciężkich brzmień. "Kawaleria Szatana" będąca trzecim z kolei krążkiem grupy jest tym który na stałe zapisał się w historii polskiego metalu, płytą którą fani najbardziej w ich dorobku cenią i wyróżniają. Jest kipiącą energią hybrydą klasycznego heavy metalu oraz thrashowych naleciałości.
Album otwiera dobrze wszystkim znany "Żołnierz Fortuny", najcięższa, pędząca na złamanie karu kompozycja z niesamowicie chwytliwym tekstem. Chyba nie ma osoby słuchającej Turbo, która nie wykrzykiwałaby jej słów razem z Grzegorzem Kupczykiem. Kolejne wyjątkowo wyróżniające się tu kawałki to "Dłoń Potwora", kawałek opisujący najczarniejszy sen jaki może się człowiekowi przytrafić, utrzymana w nieco wolniejszym rytmie, na wpół balladowa "Kometa Halleya", "Kawaleria Szatana cz. II" ze świetnym szarżującym riffem i równie dobrym, zapadającym w pamięć tekstem oraz zamykający płytę, instrumentalny "Bramy Galaktyk" (najlepszy przykład tego pod jak dużym wpływem Iron Maiden było wtedy Turbo). Kropkę nad "i" stawia charakterystyczna okładka. Wiem, że nie każdemu się podoba, ale jak dla mnie lepszej dać nie mogli, jest moc!
"Kawaleria Szatana" jest materiałem, który chyba nigdy się nie zestarzeje, słuchają go kolejne pokolenia metalowców i muzyków czerpiąc z niego inspiracje. Ta płyta udowadnia to, że scena metalowa w Polsce mało czym ustępowała w tamtym czasie scenie zachodniej, a tylko i wyłącznie sytuacja i realia doby PRL-u uniemożliwiły naszym zespołom zaistnienie poza granicami ojczyzny. Niniejszy album jest trwałą i znaczącą kartą historii polskiej muzyki metalowej będąc przy tym skarbnicą wspomnień starszej generacji, dla młodych pozostając niedoścignionym wzorcem.
środa, 6 lipca 2016
Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)
Przez długi czas nie lubiłem Megadeth, zespół Mustaine'a nijak do mnie nie przemawiał. Sprawy uległy zmianie jakoś w ubiegłym roku. Sięgnąłem po nich bo akurat szukałem czegoś "nowego" do posłuchania, więc pomyślałem, a niech, zabiorę się za nich raz jeszcze. No i jakimś cudem zaskoczyło. Wcześniej wydawali mi się nudni, muzyka nieszczególna, a tu raptem jakimś magicznym sposobem zmiana o 180 stopni. Cóż, bywa.
Na tapetę postanowiłem wziąć drugi pełny album Megadeth, chyba z resztą najsłynniejszy i pierwszy, z którym się niegdyś zetknąłem. W 37 minutach zespół skondensował 8 utworów. Najciekawszymi kawałkami w mojej opinii są tytułowy i istotnie znakomity "Peace Sells But Who's Buying" z charakterystycznym basem na początku, "Devil's Island" z wpadającym w ucho rozpędzonym riffem oraz zamykający album "My Last Words" ze świetną solówką i fajnym, chwytliwym motywem prowadzącym. Pozostała część niczym specjalnym się nie wyróżnia i niespecjalnie wchodzi w pamięć, jest raczej przeciętna. Oczywiście nie jest to słaby album, jest solidny i dobrze się go słucha, ale zwyczajnie są w dyskografii Megadeth krążki lepsze od tego. Dave po opuszczeniu Metallici miał sporą konkurencję i to nie tylko w postaci swojego byłego zespołu. Dwie, a może nawet i trzy pierwsze albumy były swoistym nabieraniem rozpędu i dopiero "Rust in Peace" nadgonił czołówkę na stałe. Już sam fakt, że "Peace Sells..." został wydany w 1986 jest dla niego niefortunny. Tego roku ukazały się płyty Metallica "Master of Puppets" oraz Salyer "Reign in Blood", a z tymi wydawnictwami w zakresie thrashowej sztuki nikt nie da rady się mierzyć.
Zespołowi należą się gratulacje za koncept na okładki albumów, pomysł może już nie tak oryginalny bo zainspirowany przez Iron Maiden, ale się wpasował. Postać Rattlehead'a, która przewija się na prawie wszystkich wydawnictwach grupy, zainicjowana już w pełnej formie na wspomnianej płycie, daje to sporą rozpoznawalność i na stałe zapisuje się w annałach metalowych artworków.
Podsumowując, album nie jest jakiś specjalnie rewelacyjny, ale z chęcią się do niego wraca, bo to jedna z wizytówek thrashu lat 80-tych, bądź co bądź klasyka. Mimo faktu, że nie porywa mnie tak jak "So Far, So Good, So What" czy "Countdown to Extinction" to stawiam go w swoim zestawieniu krążków Megadeth na 3 pozycji. Choroba, ma coś w sobie mimo wszystko.
Poniżej moja kopia płyty w starym, kanadyjskim wydaniu z Combat Records na licencji Capitol.
Na tapetę postanowiłem wziąć drugi pełny album Megadeth, chyba z resztą najsłynniejszy i pierwszy, z którym się niegdyś zetknąłem. W 37 minutach zespół skondensował 8 utworów. Najciekawszymi kawałkami w mojej opinii są tytułowy i istotnie znakomity "Peace Sells But Who's Buying" z charakterystycznym basem na początku, "Devil's Island" z wpadającym w ucho rozpędzonym riffem oraz zamykający album "My Last Words" ze świetną solówką i fajnym, chwytliwym motywem prowadzącym. Pozostała część niczym specjalnym się nie wyróżnia i niespecjalnie wchodzi w pamięć, jest raczej przeciętna. Oczywiście nie jest to słaby album, jest solidny i dobrze się go słucha, ale zwyczajnie są w dyskografii Megadeth krążki lepsze od tego. Dave po opuszczeniu Metallici miał sporą konkurencję i to nie tylko w postaci swojego byłego zespołu. Dwie, a może nawet i trzy pierwsze albumy były swoistym nabieraniem rozpędu i dopiero "Rust in Peace" nadgonił czołówkę na stałe. Już sam fakt, że "Peace Sells..." został wydany w 1986 jest dla niego niefortunny. Tego roku ukazały się płyty Metallica "Master of Puppets" oraz Salyer "Reign in Blood", a z tymi wydawnictwami w zakresie thrashowej sztuki nikt nie da rady się mierzyć.
Zespołowi należą się gratulacje za koncept na okładki albumów, pomysł może już nie tak oryginalny bo zainspirowany przez Iron Maiden, ale się wpasował. Postać Rattlehead'a, która przewija się na prawie wszystkich wydawnictwach grupy, zainicjowana już w pełnej formie na wspomnianej płycie, daje to sporą rozpoznawalność i na stałe zapisuje się w annałach metalowych artworków.
Podsumowując, album nie jest jakiś specjalnie rewelacyjny, ale z chęcią się do niego wraca, bo to jedna z wizytówek thrashu lat 80-tych, bądź co bądź klasyka. Mimo faktu, że nie porywa mnie tak jak "So Far, So Good, So What" czy "Countdown to Extinction" to stawiam go w swoim zestawieniu krążków Megadeth na 3 pozycji. Choroba, ma coś w sobie mimo wszystko.
Poniżej moja kopia płyty w starym, kanadyjskim wydaniu z Combat Records na licencji Capitol.
piątek, 17 czerwca 2016
Kat- Metal and Hell (Ambush Records 1986/ Metal Mind 2016)
No i przyszła kolej na "Metal and Hell". Album jest dla polskiej sceny metalowej lat 80-tych bardzo istotny, taki zapalnik dla przyszłych jeszcze cięższych brzmień. Przed Katem królowało TSA, i rosnące w siłę Turbo. Po "Metal and Hell/ 666" poprzeczka została podniesiona. Scena przeszła w kolejne stadium rozwoju."Metal and Hell" czyli anglojęzyczna wersja "666" została wydana w tym samym roku co jej polska odpowiedniczka, w 1986. Wersję po angielsku wypuściło belgijskie Ambush Records (producentem był nie kto inny jak Jos Kloek odpowiedzialny min. za zachodnie wydanie "Heavy Metal World" TSA), a po polsku, w limitowanym nakładzie (sprzedawane prosto z naczepy) Klub Płytowy Razem. "Metal and Hell" odwiedził polskie sklepy dopiero rok później nakładem Pronit.
Album ma bardzo surowe, tnące brzmienie (jest to jeszcze wybuchowa mieszanka speed, black i heavy metalu tak charakterystyczna dla chociażby Venom czy Mercyful Fate), produkcyjnie nie ma tu achów i ochów, ale to akurat dobrze, bez tego nie miałby takiego wydźwięku i siły rażenia. Słyszalne, dosyć specyficzne brzmienie gitar płyta zawdzięcza stosunkowo przypadkowemu zabiegowi- rezonansowi pudła fortepianu, który stał w studiu krakowskiego Teatru STU podczas nagrywania płyty. Teksty polskie przetłumaczył na potrzeby "Metal and Hell" Tomasz Dziubiński. Roman Kostrzewski nie znając angielskiego uczył się ich z zapisu fonetycznego, co z resztą słychać. Płytka w swojej estetyce była pierwszą na polskiej scenie. Co prawda Turbo na swojej "Kawalerii Szatana" poruszało tematy biblijnej apokalipsy, ale nie weszło w tematykę okultyzmu, satanizmu czy innych piekielnych mocy co zrobił Kat na swoim debiucie. Ich koncerty to też był wtedy fenomen. Sporo pirotechniki, dymy, rytualny charakter. "Metal and Hell/ 666" był to także pierwszy i ostatni materiał z Wojciechem Mrowcem w składzie, opuścił on zespół niebawem po nagraniu albumu. Tak oto przez parę kolejnych lat Kat działał jako kwartet.
Tegoroczna reedycja "Metal and Hell" jest mocno wzorowana na wydaniu kompaktowym, które Metal Mind wypuścił w 1993 (poniżej zdjęcie obecnego wznowienia, oraz reedycji z ramienia Mystic Production sprzed paru ładnych lat). Różni się nieco innym designem bookletu i brakiem dodanych w tamtym czasie bonusów w postaci "Ostatniego Taboru" i "Nocy Szatana". Wydanko jest proste (booklet ogranicza się do liryków i trzech 3 fotografii grup, z czego dwie służą jako tło pod teksty utworów), ale jak dla mnie zadowalające. Drobny minus za błąd w pisowni utworu na tylnej wkładce.
Tak na marginesie, warto wspomnieć, że na anglojęzycznym "Metal and Hell" ciąży pewne brzmię. Jako, że płyta w tej wersji skierowana jest przede wszystkim do zagranicznych fanów, na naszym podwórku spychana jest na ubocze przez jej polskojęzyczną bliźniaczkę "666". Co się dziwić, w rodzimym języku album ma zupełnie inny wydźwięk. Może gdyby "Metal and Hell" różnił się nie tylko wokalem, a np. odrobinę brzmieniem czy aranżacją to miałby nieco łatwiej, a tak w kwestii sprzedaży ma dosyć ciężki żywot.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













