Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Behemoth- ...From the Pagan Vastlands (Pagan Records 1994/ Witching Hour 2011)


To demo to już klasyk naszego krajowego podziemia, i jedno z czołowych wydawnictw czasu gdy formowała się u nas scena BM. W czasie kiedy się ukazało nie było chyba równie pieczałowicie wydanej taśmy. Pagan Records stanęło tu na głowie! Zespół, mimo ogromnych wpływów sceny norweskiej (zespół potwierdził to już nawet doborem coveru "Deathcrush" Mayhem, który notabene odegrali niemal identycznie jak sama legenda)  w swojej muzyce, miał być z czego dumny, to było wtedy coś. Materiał jak wtedy mało który przenosił ducha północy na nasze ziemie objawiając go w kolejnej formie, która stworzyła charakterystyczne dla naszego kraju brzmienie Black Metalowej sztuki. "...From the Pagan Vastlands" obok demówek, długograjów Graveland, North, Sacrilegium, Marhoth, materiałów Christ Agony, Taranis czy Xantotol był i historycznie wciąż jest istotnym wpływowym elementem naszego metalowego dziedzictwa lat 90-tych, dzieckiem swoich burzliwych czasów, symbolem tego co się wtedy liczyło. Nie chodziło o perfekcję, szlify i cholera wie co jeszcze. Ważna była pasja, przekonanie i chęć tworzenia. Oddanie temu co się robiło. 1994 rok był dynamicznym okresem, a Behemoth stał już u progu domowej wojny między północą, a południem naszej sceny BM, będąc głównym celem wszelakich gróźb o pozerstwo itd. Niemniej ten właśnie rok był dla nich przełomowy, właśnie wtedy ukazało się "...From the Pagan Vastlands" zdobywając scenę, nie tylko krajową, niemal szturmem. Kto nie pamięta tych wszystkich wywiadów jakie pokazywały się w zinach, słynnych fot zespołu cykniętych z końcem 93' roku w leśnych ostępach między Brzeźnem, a Letniewem (Gdańsk), które towarzyszyły tym treściom i które lądowały zapewne w wielu skrzynkach pocztowych wraz z demem i biosami? Pozytywne recki materiału pokazywały się w zinach również poza granicami Polski, a samo demo, rozeszło się w kilku tysiącach egzemplarzy i doczekało wersji cd z ramienia Nazgul's Eyrie oraz amerykańskiej Wild Rags. Do jego już nieco pogańskiego sznytu doszły riffy inspirowane po części twórczością takich hord jak Enslaved czy Immortal (no jak tu zapomnieć chociażby charakterystyczne "łał łał!" w "Thy Winter Kingdom", no ale kurde, miało to klimat!), wspierane przez tło klawiszowe (sesyjna robota Czarka Morawskiego) i złowieszcze wokale. Sama okładka to też już czysty kult i jedno z bardziej charakterystycznych dzieł w temacie, a jest ona zasługą, jeszcze w czasie nagrywania basisty Behemoth, Sebastiana "Orcusa" Kolasy. Chodzi o rzecz jasna corpse- paintową twarz, do której leśne tło dodał już Tomasz Krajewski. To wszystko wciąż sprawia, że o tym demie będzie się pamiętać i wciąż do niego wracać, jeżeli nie ze względu na samą muzykę, to z całą pewnością na sentyment. Mi nie dane było dorastać w tamtych czasach, ale od lat chłonę wiedzę i wspomnienia wielu osób na jego temat i mam nadzieję, że przynajmniej w małym stopniu udało mi się obudzić nostalgię i pamięć u tych, którzy wciąż je pamiętają.
Poniżej kompaktowa reedycja wydana przez Witching Hour w 2011. Zastąpiła moją mocno zasłużoną, oryginalną wersję kasetową.

Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/


sobota, 27 października 2018

Abigial- The Lord of Satan (Nuclear War Now! 2011)

Część dalsza sceny japońskiej i ponownie gości na blogu Abigail, ale nie bez przyczyny. Uważam ich wczesne nagrania, i wspomniany już jakiś czas temu debiutancki album, za jedne z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły się na łamach niczym nie zmąconego, oldschoolowego Black Metalu inspirowanego Pierwszą Falą.
"The Lord of Satan" jest kompilacją dem oraz pierwszych trzech Epek zespołu. Kolejno: materiał ze splitu z Funeral Winds (1995), "Descending From a Blackened Sky" (1993), "Confound Eternal (1996), "Demo 1" (1992, tylko w wersji na winylu) oraz demo "Blasphemy Night" (1993, również tylko w wydaniu winylowym). Mamy tu jednym słowem przekrój wszystkiego co zespół spłodził aż po czasy swojej pierwszej, pełnej płyty. Co zawsze totalnie urzeka mnie w tych nagraniach to ich organiczność, naturalna i niewymuszona. Abigail stworzył tu niemal swój własny Black Metal zakorzeniony inspiracjami w latach 80-tych, a też nieco (i "nieco" jest tu najtrafniejszym określeniem) zmieszany z tym co na początku lat 90-tych zaproponowała Norwegia, słychać to przede wszystkim w tych szybkich partiach kompozycji. Oczywiście Yasuyuki, nie ograniczał się tu tylko do szybkich, wściekłych struktur, ale potrafił również zawrzeć w tej muzyce nawet Doom/ Dark Metalowe naleciałości w stylu wczesnego Samael. Są tu także instrumentalne, budujące odpowiedni nastój, oparte na klawiszach fragmenty. Kolejna sprawa to klimat. Nad rzeczonymi nagraniami Abigail unosi się ta złowieszcza aura, mrok, pewien demoniczny pierwiastek, najprawdziwszy w swej wymowie. Zespół nie szedł wtedy głównym nurtem Black Metalu pozostając wiernym przede wszystkim starej szkole, a stworzył materiały, które w swym wydźwięku i przekazie kładą na łopatki nie jednego "klasyka" tamtego okresu. Obok starych materiałów Sabbat oraz Sigh to najczystsza historia tego jak kształtowała się japońska podziemna scena ekstremalna, a Abigail to jeden z jej niewątpliwych filarów.
Co się tyczy przedstawionych poniżej wydań niniejszej kompilacji to nazwa ich wydawcy to niemal dostateczna rekomendacja- Nuclear War Now!! Może wersja cd nie należy do tych najbardziej wypasionych, ale za to winyl definitywnie. Poza dwoma, pięknymi, splatterami dostajemy solidny gatefold, plakat, drukowaną wkładkę, naszywkę oraz naklejkę. No bogato jak na tą wytwórnię przystało.








czwartek, 11 maja 2017

Lvcifyre- The Calling Depths (Pulverised Records 2011)

Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat. Jest sporo zespołów, które dalekie są od eksperymentowania, czy szukania nowych środków wyrazu w swojej sztuce, a w to miejsce oddane są tradycyjnym, sprawdzonym formom, a najprościej mówiąc konkretnemu łojeniu dla rogatego. Do takiej grupy można zapisać londyńską ekipę z Lvcifyre. W ich muzyce nie ma miejsca na wyszukane dźwięki, walą ze swoim piekielnym death metalem prosto z mostu i nie biorą jeńców, zostawiając po sobie tylko dym i zgliszcza. Ich debiutancki długograj "The Calling Depths" to nic innego jak ponad 40 minut ognia i siarki wydobywającej się z tej śmierć metalowej maszyny. Każdy jeden utwór to istna kanonada zagłady, która nie zwalnia ani na chwilę przez cały czas trwania albumu. Gęste, tnące riffy i perkusyjna, wypełniona blastami nawałnica to domena tego krążka. Dzieła dopełnia wokal- mocny głęboki growl, oraz klimatyczne, można powiedzieć, że wręcz black metalowe smaczki, jak chociażby intra, nadające tej sztuce pewnego rytualnego, przesyconego mrokiem charakteru. Wystarczy posłuchać sobie otwierającego płytę utworu tytułowego, czy też następującego zaraz po nim "Succubi". No łeb urywa i potem trzeba latać po omacku i go szukać. Fani takich grup jak Immolation, Incantation, Deicide czy Belphegor będą kontent, gwarantuję!
Teraz dosłownie odrobina kwestii czysto wydawniczych. Tak jak udała się fajna, klimatyczna grafika utrzymana w surowych odcieniach czerni i szarości, tak dla mnie totalnie chybionym pomysłem było ładowanie tego w tzw. super jewel box. Pęknie w transporcie czy coś, i potem nie wiadomo co z tym fantem robić. Tego typu opakowania niestety nie leżą w pierwszym lepszym sklepie, przynajmniej ja się z nimi jeszcze nie zetknąłem, także w razie czego ciężko wymienić sobie na nowe.
Kończąc temat, Lvcifyre Ameryki nie odkrywają, idą utartym szlakiem bezkompromisowego, death metalowego grania, i robią to bardzo dobrze. Najlepiej doświadczyć tego można słuchając ich na żywo, jest moc, zniszczenie i wyjątkowy klimat, wiem co mówię bo miałem okazję tego doświadczyć! Także nie pozostaje mi nic innego jak polecać!


piątek, 23 grudnia 2016

Vader- Welcome to the Morbid Reich (Nuclear Blast 2011)

Nadszedł wreszcie czas aby napisać o płycie od której niniejszy blog wziął swoją nazwę. W 2011 roku Vader wypuścił album, którym ostatecznie mnie kupił. Lubiłem już ich wcześniejsze wydawnictwa (zwłaszcza dema oraz album "Revelations"), ale to właśnie "Welcome to the Morbid Reich" sprawił, że ten zespół autentycznie pokochałem i na każdy kolejny materiał czekałem/ czekam z niecierpliwością.


"Welcome to the Morbid Reich" jest tak jakby kolejnym rozdziałem w historii Vader. Zdawać by się mogło, że zespół narodził się tu na nowo. Ponownie nabrał mocy, widać ukłony w stronę "Necrolust" i "Morbid Reich" oraz pierwszych płyt. Brzmienie jest potężne, przestrzenne, kipiące energią. Niechybnie miała miejsce transfuzja świeżej krwi, krwi która na nowo napędziła tą bestię. Na tym krążku zaczęła wybijać się pewna chwytliwość i nieco bardziej wyczuwalna thrashowa estetyka spod znaku Slayer, która wcześniej nie była przez grupę tak znacząco eksploatowana. Znakomicie prezentują się pojedynki gitarowe między Peterem, a Pająkiem. Solówki pierwsza klasa! Kawał dobrej roboty za garami odwalił też Paweł Jaroszewicz, sekcja rytmiczna to istny taran który miażdży każdą napotkaną przeszkodę!
Na limitowaną edycję płyty, którą posiadam i którą poniżej przedstawiłem, składa się 14 kompozycji (z czego dwa covery jako bonus do tego wydania), z których wyróżniłbym następujący po intrze, tytułowy "Welcome to the Morbid Reich", najdłuższy, pełen zmian tempa "I Am Who Feasts Upon Your Soul", "Lord of Thorns" z prostym, nośnym refrenem oraz wieńczący album "Black Velvet and Skulls of Steel", który wyróżnia się czasem wręcz heavy metalowym feelingiem. Warto też wspomnieć o ponownie nagranym i podrasowanym brzmieniowo "Decapitated Saints", wyszedł przednio i nie musi wstydzić się zestawienia z oryginałem.
Kolejna sprawa do bardzo udana, klimatyczna okładka autorstwa Zbigniewa Bielaka, który tworzył artworki min. dla Mayhem, Ghost, Watain, Paradise Lost. Dzieło mocno nawiązuje do grafik z dema "Morbid Reich" czy chociażby epki "Sothis". Pasuje tutaj jak ulał i wyśmienicie wieńczy całość.
Co się tyczy końcowych refleksji, nie brakuje osób, które stękają na obecne oblicze Vader, no ale wiadomo, każdemu się nie dogodzi. Ważne, że zespół robi konsekwentnie to co mu się aktualnie widzi nie oglądając się na nikogo. Wiadomo wtedy, że jest to sztuka szczera do bólu. Do mnie to trafiło i cieszy mnie, że ich gra idzie obecnie w takim, a nie w innym kierunku. Wracając do opisywanej płyty, cóż, jak dla mnie rewelka! Kolejny monument w dyskografii Vader!



wtorek, 4 października 2016

Megadeth- Peace Sells But Who's Buying 25th Anniversary Edition (Capitol 2011)

Już kiedyś pisałem o tej płycie, ale dziś natchniony przez post z Musik Site postanowiłem raz jeszcze się do niej odnieść i przybliżyć wam krótko jej jubileuszowe wydanie z 2011 roku.
Na pierwszym dysku mam nowy remaster tegoż albumu zrobiony na potrzeby tego wydawnictwa. Porównując do oryginalnego, starego wydania dźwięk jest podrasowany, czystszy i ma więcej mocy, wszystko zostało tu podkręcone. Wiem, że jest wielu zwolenników tych oryginalnych miksów, ale mi jakoś ten nowy lepiej leży, trudno się z resztą dziwić, w większości przypadków jestem zwolennikiem dobrych produkcji i czystego mocnego brzmienia, także takie opcje na ogół wybieram.
Druga płytka to zapis koncertu z Cleveland z 1987. Fajny bonus, można posłuchać ale generalnie nic specjalnego.


Co się tyczy samej formy wydania. Przyznam się, że jak na jubileusz takiej płyty spodziewałem się większych fajerwerków. Fakt były, ale tylko dal fanów winyli (box z paroma sztukami, różnymi gadżetami itd.). Zwolennicy kompaktów dostali tylko namiastkę, czyli dwie płytki oraz booklet w którym są dwie duże foty z czasów wydania albumu, i parę małych, które widzieliśmy już w reedycji płyty sprzed paru lat. Jest też trochę tzw. liner- notes do poczytania. No i to byłoby na tyle. Raczej skromnie niż z pompą, ale to i tak lepsza opcja niż pojedynczy cd obecnie wciąż dostępny. Także jeżeli nie macie jeszcze tej płyty w swoich zbiorach to rekomenduję zakup niniejszej wersji lub po prostu poszukanie starego wydania jeżeli specjalnie nie zależy wam na formie.
Jak ktoś ma ochotę zapoznać się z moją recenzją "Peace Sells..." to podaję link: Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)



wtorek, 28 czerwca 2016

Morbid Angel- Illud Divinum Insanus (Season of Mist 2011)

Jedna z najbardziej zjechanych przez fanów płyt ostatnich lat. Płyta zmieszana z błotem na którą wylała się cała masa niepotrzebnego hejtu. I to dlaczego? Dlatego że jest inna, że komuś nie wlazła w gust? Come on... Morbid Angel to jakby nie było ikona death metalu. Uważam, że naprawdę pokazali klasę mając odwagę nagrać album kompletnie inny niż ich dotychczasowy dorobek, tym bardziej znając reakcje na odbieganie od utartych, "kultowych" schematów. Chcieli nagrać coś innego, spróbować pójść inną drogą. Ich wola i trzeba podejść do tego z szacunkiem i wyważeniem. Jednym mogło się to spodobać, innym nie, koniec tematu.
"Illud Divinum Insanus" został nagrany po 8 letniej przerwie od ostatniej płyty i w nowym składzie, wrócił min. David Vincent. Za garami miał pojawić się Sandoval ale ostatecznie zastąpił go Tim Yeung. Oczekiwania fanów w stosunku do zespołu były spore, każdy czekał na kolejną dawkę klasycznego death metalu w stylu jakim zespół raczył nas przez wszystkie lata. Na nieszczęście większości zespół postanowił realizować swoje własne pomysły nie patrząc na innych. Moim zdaniem to jak najbardziej zdrowe podejście. Wielu słuchając tej płyty powiedziałoby, że to komercha, że zespół zdradził swoje korzenie. Jest dokładnie odwrotnie. Płyta nagrana na przekór wymaganiom innych świadczy o tym, że Morbid Angel nie interesuje to czego chcą inni, robią to czego sami chcą. Sztuka nie ma szukać jak największej liczby odbiorców, to odbiorcy mają szukać sztuki, która trafi w ich gust. Dobra, dosyć tych wywodów. Wracajmy do samej płyty. No nie da się ukryć, że mamy tu dosyć wybuchową mieszankę. Utwory takie jak "Too Extreme", "I Am Morbid", "Destructos vs The Earth/ Attack" czy kończący płytę "Profundis- Mea Culpa"noszą znamiona elektroniki, może techno/ trance, może trochę industriala, zmieszaną z death metalowymi naleciałościami. Ten właśnie odjazd od "normy" większości się nie spodobał, ale to i tak łagodne stwierdzenie. Mnie osobiście te utwory tak nie rażą, można tego słuchać i może się to podobać, ja nie miałem z nimi większego problemu, ale mogłyby być odrobinę krótsze. Jeżeli w utworze dominuje pewien określony beat to po 6-7 minutach można przejść w fazę lekkiej irytacji. Żeby nie było, na płycie są też kąski nie odbiegające od standardów gatunku jak chociażby "Blades for Baal"czy "Nevermore". W "Beauty Meets Beast" mamy bardzo udaną solówkę Azagtoth'a. Reasumując album jest takim pół na pół, część to eksperymenty i inne wynalazki, a druga połowa to death metalowe łojenie bez ingerencji tworów trzecich.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób album ten może być wysoce niestrawny, może być zawodem, ale trzeba do ocen podejść na poziomie, a nie wylewać na zespół hektolitry popłuczyn. Mnie osobiście płyta zaskoczyła i była wyzwaniem jeżeli chodzi o odsłuch, bez wątpienia jest nietuzinkowa. Czy mi się podobała? Skoro co jakiś czas do niej wracam to chyba tak, ale bez specjalnego szału. Sporo elementów mi podchodzi, ale są i takie które mi nie leżą. Jeżeli miałbym oceniać w skali 1-5 to dałbym solidne 4, w głównej mierze za odważną inwencję.
Obecnie w zespole jest już tylko Azagtoth i Steve Tucker który ponownie zasilił grupę po odejściu Vincenta. Prace nad nową płytą są w toku i myślę, że obecny skład nie będzie miał specjalnej ochoty na eksperymentowanie jakie miało miejsce na "Illud Divinum Insanus".


sobota, 18 czerwca 2016

Death- Human (Relapse 2011)

Kto nie zna Death... Jeden z najwybitniejszych zespołów parających się death metalową sztuką, obok Possessed ojcowie chrzestni gatunku, inspiracja dla niezliczonej ilości zespołów.
Z ich twórczością zetknąłem się już wiele lat temu i była to płyta "Symbolic". W tamtym czasie nie była to jeszcze moja parafia także nie specjalnie wdrażałem się w temat. Niemniej jednak zapadła mi w pamięć, głównie za sprawą riffu otwierającego tytułowy kawałek, i gdy nadeszła pora powróciłem do niej, zapoznałem się też wtedy z pozostałymi dziełami zespołu nieodżałowanego Chucka Schuldinera.


"Human" (1991) to płyta, która przeniosła Death w kolejny wymiar ich twórczości. Brutalność zaklęta w ich muzyce połączyła się z technicznym kunsztem i progresywnymi naleciałościami. To co odstawiają gitary na tym albumie to czysta magia (ach te pasaże, kanonady, szarże, wystarczy posłuchać "Secret Face"), partie perkusyjne także nie zostają w tyle, Sean Reinert rządzi! Na tej płycie jest wszystko, w kompozycjach zawarte są zarówno partie wymagające, złożone, jak i te bardziej prostolinijne, które uderzają z furią prosto w twarz. Mamy też atmosferyczne, balladowe intra jak ma to miejsce w "Lack of Comprehention". Na koniec zespół serwuje nam cover Kiss "God of Thunder". Na oryginalnej wersji nie ma tego utworu, Dodany jest na prezentowanej tutaj reedycji. Śmiem twierdzić, że opatrzone brzmieniem Death prezentuje się to lepiej od oryginału. Z samej płyty wyszczególniłbym utwory "Suicide Machine" i "Together as One", to moje absolutne faworyty. 
Przyznam się bez bicia, że death metalu nie słucham tak dużo jak heavy, czy black, ale już jak mi coś podpasuje to ląduje na stałe w kolekcji i odtwarzaczu. "Human" jest tego doskonałym przykładem. Obok "Symbolic" to chyba moja ulubiona płyta Death.
Niniejsza reedycja wypuszczona przez Relapse w 2011 to przykład najwyższego wtajemniczenia w wydawaniu wznowień. Mamy dodatkowy dysk z bonusami (instrumentalną wersję albumu plus dema), dopieszczoną poligrafię (wydawnictwo ma jeszcze dodatkowy slipcase nakładany na pudełko, którego na zdjęciu nie zawarłem) i opasły booklet z masą zdjęć, tekstami utworów i sporą ilością czytadełka. No nic tylko polecać!