Płyta od której tak naprawdę wszystko się zaczęło, oczywiście mam tu na myśli bardziej ekstremalne granie. "Welcome to Hell" dał poniekąd narodzić się scenie thrashowej, która w połączeniu z Venom właśnie, Bathory, Mercyful Fate, Celtic Frost itd. dała podwaliny pod Death, a później Black Metal. Nikt nigdy przed owym trio z Newcastle tak nie grał, nikt nie przeniósł diabelskiej estetyki na taki poziom, nie było zespołu jednocześnie tak bezkompromisowego, jaskrawego i bluźnierczego, o tak brudnym i surowym brzmieniu, łamiącego do tej pory znane bariery w rocku i stosunkowo młodym jeszcze metalu. No i okładka, nie pomylę się mówiąc, że jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych w temacie. Nawet same piekielne pseudonimy muzyków były nas scenie czymś nowym, nie licząc tych jakże odległych symboliką i estetyką, powziętych w latach 70-tych przez członków Kiss.
Z nagrywaniem "Welcome to Hell" wiąże się dosyć ciekawa historyjka. Po zarejestrowaniu singla "In League with Satan/ Live Like an Angel (Die Like a Devil)" i znaczącym na niego odzewie nowych fanów wytwórnia spytała zespół czy dysponuje jeszcze jakimś utworami. Okazało się, że tak. Tak więc, Cronos, Mantas i Abaddon zarejestrowali w ciągu 3 dni taśmę demo ze wszystkimi napisanymi do tej pory kawałkami. Ku ich zaskoczeniu stała się ich pierwszym pełnym albumem (taką decyzję podjęło Neat Records). Dlatego właśnie brzmi tak, a nie inaczej. Z nie zamierzonego zabiegu powstał najcięższy i najsurowszy album metalowy tamtego czasu. Niby Venom nie stworzył muzycznie niczego wybitnego, dalekie to było od ideału, ale klimat, specyficzne brzmienie, wokale (nie śpiewane, a wykrzykiwane, wręcz wycharczane), szaleńcze, tnące riffy (już wstępniak w postaci "Sons of Satan" jest perfekcyjną zapowiedzią i świadectwem tego co dzieje się na płycie), rzężący bas, potężna perkusja i szatańska estetyka tej płyty sprawiły, że "Welcome to Hell" stał się kamieniem milowym gatunku, kładącym podwaliny pod nowe nurty i dając inspirację kolejnym, nowym zespołom. Jego udział w tym wszystkim co narodziło się na niwie ekstremalnego grania w kolejnych latach jest nie do przecenienia, a takie kompozycje jak tytułowy "Welcome to Hell", często coverowany "Witching Hour", czy "In Laegue with Satan" to już nieśmiertelne klasyki. Tej płyty nie można nie znać i nie doceniać!
Poniżej przedstawiam posiadane prze siebie, pierwsze winylowe wydanie albumu (wersja ze srebrnym labelem), oraz jego najnowszą reedycję popełnioną przez Dissonance Productions w 2016, bazującą totalnie w kwestii setlisty na poprzednim wznowieniu z Castle/ Sanctuary (nie ma tu różnicy). Różnica jest tylko w samej formie wydania (digipak) oraz poligrafii. Tutaj w booklecie dostajemy tylko liryki do utworów (czego wcześniej nie było) oraz niestety te same liner notes co w poprzednim wydaniu. Sam digipak natomiast i jego graficzne wykonanie, może trochę skromniejsze od bogatej w zdjęcia reedycji z Sanctuary, ma znacznie więcej klimatu i widać, że wzorcem było tu wydanie winylowe. W tym przypadku to ogromny plus. Osobiście, mimo dosyć wysokiej ceny, w kwestii cd polecam właśnie to wydanie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1981. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1981. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 marca 2018
sobota, 10 czerwca 2017
Iron Maiden- Killers (EMI/ Parlophone 1981/2014)
No i wreszcie nastał czas aby napisać o mojej ulubionej płycie z całego dorobku Iron Maiden, od zawsze i na zawsze. "Killers", bo o tym albumie będzie mowa, obok "Master of Puppets", było pierwszą metalową płytą jaką usłyszałem i nabyłem (co z resztą gro z was już wie). Parę ładnych lat już od tamtego czasu minęło, a ten materiał wciąż jest dla mnie świeży i tak samo wciągający (syndrom ponownego "play"). Nie ma tu ani jednego słabego utworu, a na reedycji dołożony jest jeszcze świetny, singlowy "Twilight Zone". Czego chcieć więcej?Czasy "Killers" to rosnąca w szybkim tempie popularność Iron Maiden, której nie sprostał wokalista Paul Di'Anno. Zaraz przed końcem koncertowania związanego z promowaniem albumu opuścił grupę robiąc miejsce dla Bruce'a Dickinsona. Niemniej jednak zanim to się stało Iron Maiden po raz pierwszy w swojej karierze zagrali naprawdę ogromną trasę odwiedzając min. Japonię i grając u boku takich grup jak Judas Priest, Humble Pie czy UFO. Zarówno debiutancki album, jak i właśnie "Killers" miały w sobie pokłady niesamowitej, młodzieńczej energii i lekkości wciąż zachowując feeling nurtu NWOBHM, typowy dla Maidenów styl miał dopiero nadejść.
"Killers" jak sam tytuł może sugerować, zawiera dosłownie same killery, abstrahując już od tematyki utworów na albumie, które tworzą pewien tematyczny koncept. Płytę otwiera "The Ides of March", jedno z najlepszych "wejść" Maidenów, pełne patosu i gitarowych popisów wspartych potężnym brzmieniem bębnów Clive'a Burr'a (z całym szacunkiem do Nicko i jego świetnych umiejętności technicznych, ale Clive miał to "coś", to niesamowite wyczucie i dar). Potem nadchodzi "Wrathchild" jeden z najbardziej znanych utworów z tamtego okresu, który zespół grywa na koncertach do tej pory. Potem mamy "Murders in the Rue Morgue" oraz "Another Life" dwa konkretne, energetyczne kawałki, które świetnie kontynuują rozpętaną przez swoich poprzedników nawałnicę. Następnie mamy przerywnik w postaci instrumentalnego "Genghis Khan". Pojawiający się w tym kawałku krzyk gitar z dodanym pogłosem od dawien dawna przyprawia mnie o dreszcze, magia totalna! Później mamy "Innocent Exile" oraz tytułowy "Killers". W tym drugim Paul Di'Anno dał moim zdaniem największy popis swoich umiejętności wokalnych w całej swojej kadencji w Iron Maiden (i tak, dla mnie zawsze był lepszy od Bruce'a, sorry). Za wokal (a właściwie krzyki) na początku utworu mega szacun! Druga sprawa w tym numerze to otwierający pomruk gitary basowej Steve'a, coś pięknego, podobnie jest też we wspomnianym "Innocent Exile". W ogóle uważam, że właśnie na tym albumie najlepiej została wyeksponowana, najlepiej ją słychać, nadaje całości niesamowitego kopa. Później mamy do czynienia z przyjemną balladą "Prodigal Son" po której dostajemy trój-pak energetyczny w postaci "Purgatory", bonusowego "Twilight Zone" oraz "Drifter". Te trzy utwory to takie ukryte serce płyty (a właściwie dwa, bo "Twilight Zone" oryginalnie tu nie ma), schowane nieco w cieniu "Wrathchild" i "Killers", a równie dobre i zagrane tak jakby miało nie być jutra!
Chyba nigdy tej płyty nie przestanę chwalić i nigdy nie przestanę się w nią zasłuchiwać odkrywając na nowo każdą z zawartych tu kompozycji. To nie tylko mój faworyt jeżeli chodzi o całą twórczość Iron Maiden, ale także ogromny bagaż wspomnień związanych z odkrywaniem metalowej sztuki, coś nie do przecenienia i coś dzięki czemu wciąż tli się w nas ten ogień, dzięki któremu zawsze będziemy młodzi.
piątek, 18 listopada 2016
The Handsome Beasts- Bestiality (Heavy Metal Records 1981)
The Handsome Beasts to już obecnie dosyć zapomniana grupa z bardzo płodnego w swoim czasie nurtu NWOBHM. Jako taki sukces odnieśli tylko lokalnie, a rozpoznawalni są dzięki dosyć humorystycznej okładce debiutanckiego krążka widocznego poniżej. Ich muzyka jest mocno osadzona w ciężkim rocku lat 70-tych, ale słychać w ich grze nieco podobieństwa do chociażby Diamond Head, aczkolwiek w bardziej surowym wydaniu. Można także doszukiwać się jakiś wpływów bluesowych czy śladowych inspiracji Black Sabbath. I co ważne, nie da się tego tak po prostu zaliczyć do czysto heavy metalowego podwórka, to coś przejściowego pomiędzy rockiem, a metalem, jak to z resztą miało miejsce w przypadku wielu innych zespołów NWOBHM, wystarczy przypomnieć Def Leppard, Spider, czy Praying Mantis. Materiał na albumie jest stosunkowo prosty i jednocześnie chwytliwy, trochę w tym motorheadowego brudu. Generalnie dobrze się tego słucha, jest ochota aby za jakiś czas do tej płyty wrócić.Dla sprawdzenia tematu polecam znaleźć sobie takie kawałki jak "Sweeties" czy "Local Heroes", chyba najbardziej rozpoznawalne i charakterystyczne kompozycje z tejże płytki i generalnie jeżeli chodzi o całą twórczość The Handsome Beasts. Jest to taka muzyczna perełka wspomnianego nurtu, z którą warto się zapoznać, myślę, że wielu entuzjastom tego typu grania podpasuje.
Dziś tak trochę krótko, ale nie ma tu zbytnio nad czym się rozpisywać. Na celu miałem bardziej zaciekawić płytą, niż się specjalnie się rozwodzić nad wszystkimi jej aspektami. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





