Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lutego 2019

Rotting Christ- Thy Mighty Contract (Osmose Productions 1993/ Raven Music 2014)

Rotting Christ podczas jednego z koncertów słynnej Fuck Christ Tour, 1993
Najsłynniejsza płyta greckiej sceny Black Metalowej, album definiujący jej charakterystyczne brzmienie. Jeden z kamieni milowych w dyskografii zespołu, jaki i całego gatunku. "Thy Mighty Contract" pokazał światu, że to granie może być nie tylko agresywne, tnące i przepełnione mrozem Norwegii, ale również mistyczne, pełne klimatu, miejscami wolniejsze, bardziej selektywne, a nawet nieco melodyjne. Rotting Christ byli jednymi z pionierów w używaniu klawiszy w celu budowania atmosfery kompozycji i klimatu całości materiału. Co więcej na swoim długogrającym debiucie również w misterny sposób połączyli tą magiczną, mroczną aurę z ostrzejszymi, szybszymi numerami. No i wokale, chropowate, opętańcze, miejscami jakby ciskające złowieszcze zaklęcia ("Fgmenth, Thy Gift"). Brzmienie płyty ma w sobie sporo surowości, co tylko dodaje albumowi uroku. Z jednej strony mamy kompleksowe kompozycje (przede wszystkim jeżeli chodzi o klimat i emocje), z odpowiednią dawką zwrotów akcji, a z drugiej strony okalający to wszystko swoisty, dźwiękowy loch, tak jakby te dźwięki przeżarte były zębem czasu. Coś wspaniałego! O "Thy Mighty Contract" można swobodnie powiedzieć, że jest dziełem jedynym w swoim rodzaju, inspirującym, kreującym w tamtym czasie coś kompletnie nowego. Płyta jest oczywiście dziełem Black Metalowym, ale nie pozbawionym również wpływów Death czy Thrash Metalu, które również ukształtowały Rotting Christ jako zespół.
Niewiele jest takich płyt przy których opisywaniu najnormalniej brakuje słów. Ich oddziaływanie, prawdziwą magię i charakter można odczuć tylko poprzez słuchanie, doświadczenie ich osobiście. Do takich albumów należy "Thy Mighty Contract". Wyjątkowość tej płyty doceniła wtedy cała scena ekstremalnego grania. W samych superlatywach opisują płytę chociażby Mortiis, Faust, Ivar Bjornson z Enslaved czy Appolyon z Aura Noir, a i Euronymous w swoim czasie chciał ich przygarnąć do Deathlike Silence. I to wszystko ma swoje uzasadnienie. Rotting Christ wnieśli wraz z tą płytą coś nowego, świeży powiew, nowe pomysły w ramach ekstremalnego grania i co najważniejsze stali się ambasadorami greckiej sceny, stanęli na czele pochodu do którego dołączyły potem Necromantia, Varathron, Thou Art Lord czy Zemial. Mieli również wpływ na inne grupy, które zasłynęły podobnym graniem, chociażby Moonspell. Śmiem nawet twierdzić, że pierwszy krążek Dimmu Borgir "For All Tid" bardzo wiele zawdzięcza "Thy Might Contract". Ta płyta to monument i dosłownie kanon gatunku, grecka odpowiedź na "De Mysteriis Dom Sathanas"!
Poniżej reedycja z 2014 popełniona przez Raven Music. Jak widać zrobiona jest na wzór oryginalnego, pierwszego wydania z Osmose, wraz z oryginalną grafiką autorstwa S. V. Bell'a (jego prace zdobiły min. płyty Amorphis, Impaled Nazarene oraz Blasphemy) i poszerzona o dwa bonusowe kawałki. Jak ktoś nie ma pierwszego bicia, brać z marszu!


piątek, 7 grudnia 2018

Black Altar- Suicidal Salvation (Darker Than Black 2013)

Black Altar jest jednym z tych zespołów Black Metalowego podziemia, które szanuję najbardziej i których słucham najdłużej. Niemal każdy materiał nagrany przez Shadowa do mnie przemawia, chyba do tej pory nie było wyjątku, a EP "Suicidal Salvation" cenię sobie szczególnie. Z racji tego, że już w styczniu, po 5 latach od wydania, zbliża się jej reedycja postanowiłem napisać o niej kilka słów i zwrócić na nią waszą uwagę, przedstawić nieco tym którzy nie mieli jeszcze szansy posłuchać tego materiału.
Przede wszystkim Black Altar na "Suicidal Salvation" to bardzo wysoki poziom wykonawczy, brzmienie, produkcja. Wcale nie trzeba być mega znaną grupą o jakimś tam światowym statusie żeby odwalić kawał solidnej roboty, a tutaj widać, że jest praca i jest chęć, a przede wszystkim pasja i oddanie swojej sztuce. Co więcej, Shadow zarówno tu jak i w całym swoim dorobku nie szedł na łatwiznę. Na niniejszej Epce mamy zajebisty przykład tego jak można zagrać z furią, agresją, a przy okazji sprawić aby riffy były czytelne i zapadały w pamięć- zadaję tu pracę domową odsłuchania utworu tytułowego! Użyty jest w nim również efekt żeńskiego chóru, który podbija klimacik. Szczególnie ciekawie wypada też instrumentalny "Journey to the Astral Realm". Budująca niepięcie, przestrzenna kompozycja z orkiestralnymi motywami o ewidentnie astralnym, ale również apokaliptycznym charakterze. Słuchając go mamy wrażenie jakby zwiastował nadejście jakieś mrocznej potęgi niosącej zagładę. Pragnę wyróżnić jeszcze "666 Megabeast", którego refrenu za nic w świecie nie da się zapomnieć hehe i który nosi sobie znamiona zarówno elementów Immortal z czasów "Pure Holocaust" jak i, mam wrażenie, późniejszego Behemoth. Riff jaki otwiera ten kawałek po prostu miażdży. Piękna ściana Black Metalowego dźwięku stworzona z tnących jak brzytwa riffów i perkusyjnej kanonady. Pieruńsko esencjonalne i konkretne wydawnictwo. Jeńców nie bierze!
Przy okazji wspomnę wam co wejdzie w skład nadchodzącej w drugiej połowie stycznia reedycji. Jako bonus będzie dodany do niej materiał ze splitu z Varathron i Thornspawn. Płyta wydana będzie zarówno na cd jak i na winylu (250 sztuk) oraz w formie limitowanego, drewnianego box'u z dużą ilością dodatków takich jak winyl w wersji splatter, koszulka, naszyjnik, naszywka czy metalowa przypinka (nie będę wymieniał tu wszystkiego). Także, jak to mówią, full wypas, podobnie jak to było w przypadku splitu z Beastcraft. Zamówienia można już składać na oficjalnym sklepie Odium Records: http://www.odiumrex.com/webshop/
Poniżej pierwsze wydanie z Darker Than Black. Tak na marginesie, oprawa graficzna tego wydawnictwa... Już sama muzyka powala, ale i tutaj naprawdę ogromny szacun!

http://www.black-altar-horde.com/
https://www.facebook.com/blackaltar/


niedziela, 11 listopada 2018

Cult of Fire- Ascetic Meditation of Death (Necroshrine Records 2013)

W starej świątyni panuje niemal całkowita ciemność. Jedynym źródłem światła są liczne, nieduże świecie rozstawione na ołtarzu Kali, bogini czasu i śmierci. Ich blask pada na podobizny dawnych bóstw, czaszki, czary krwi oraz inne elementy związane z odbywającym się tu kultem. W powietrzu unosi się zapach świeżo rozpalonych kadzideł i wilgoci emanującej od starych murów budowli. Kapłani zaczynają powoli recytować mantrę. Rozpoczyna się mroczny rytuał.
Taki to właśnie obraz i klimat buduje album "Ascetic Meditation of Death" (oryginalny tytuł "मृत्यु का तापसी अनुध्यान",warto od razu zaznaczyć iż wszystkie utwory na płycie zapisane są sanskrytem) czeskiej ekipy Cult of Fire. Płyta jest niesamowicie klimatyczna, ma bardzo rytualny, wręcz sakralny charakter. U podstaw jest tu Black Metal, który przyjmuje, zależnie od utworu, czy to bardziej melodyjny, czy też surowy, agresywny charakter. Całość zespala domieszka elementów hinduskiej muzyki folkowej oraz podniosły, epicki charakter. Wokal jest złowieszczy, niski, odrobinę chropowaty, z dodanym pogłosem, dzięki czemu świetnie rozbrzmiewa ponad warstwą instrumentalną. Jeżeli założeniem zespołu było stworzyć materiał mistyczny, będący swoistym misterium, to w pełni udało im się to osiągnąć. Kompozycje oddają te cechy w stu procentach. Bardzo podoba mi się pomysł dania na albumie pola dla utworów stricte instrumentalnych. Znajdziecie tu dwa trwające po niemal sześć minut każdy. W każdym z nich użyto namiastki tradycyjnych instrumentów indyjskich, nadano charakter jakby sutry/ mantry z ciekawym powtarzającym się muzycznym motywem przewodnim. Ich obecność jeszcze bardziej buduje i podkreśla nacisk na atmosferę, której budowanie jest tu, wydaje mi się, najistotniejszym elementem. Zespołowi udało się stworzyć sztukę oryginalną, ze swoim własnym charakterem i motywem przewodnim. Ostatnimi czasy szukam w Black Metalu właśnie takich rzeczy jakie zaproponował Cult of Fire. Zespolenia dźwięku i aspektów wizualnych (wystarczy zerknąć sobie na to co prezentują podczas koncertów na scenie), nietuzinkowego klimatu, charakteru swoistego misterium. Gdybym miał porównać muzykę Cult of Fire, a zwłaszcza tę konkretną płytę do jakiś innych dzieł, aby nakierować nieco tych którzy nie mieli jeszcze z grupą styczności, to wymieniłbym "Reinkaos" Dissection oraz "Litourgiyę" Batushka. Tą są mniej więcej te klimaty, podkreślam mniej więcej, bo porównywalne są tu tylko, rzecz jasna, pewne elementy. W każdym bądź razie każdemu kto szuka w ekstremalnym graniu czegoś więcej, sztuki pełnej, ambitnej i esencjonalnej w każdym wymiarze, powinien po twórczość Cult of Fire sięgnąć bez wahania. Do mnie przemówiła w pełni i zagościła w odtwarzaczu już na dobre.

https://www.facebook.com/cultoffireofficial/
http://www.cultoffire.cz/news/


piątek, 10 sierpnia 2018

Necrowretch- Putrid Death Sorcery (Century Media 2013)

Jedna z nadziei Death Metalowej sceny. Necrowretch to stosunkowo młoda grupa (no w sumie działają już od 10 lat, ale omawiany tu debiutancki album pojawił się dopiero w 2013 roku, zatem nie tak dawno) adeptów Metalu Śmierci pochodząca z Francji. Dlaczego nadzieja sceny? Bo właśnie dzięki taki zespołom jak właśnie Necrowretch można być spokojnym o przyszłość Death Metalu, jak i sceny generalnie. Należą do tej grupy która potrafi czerpać z klasyki to co najlepsze i tworzyć coś nowej jakości, a ze starym feelingiem, zamiast iść tylko za przepisem i odtwarzać kropka w kropkę to co już było. Regresu też tu nie ma, a dobrze wiemy, że znajdą się grupy niepotrzebnie się uwsteczniające chcąc oddawać hołd weteranom i nie zawsze wychodzi to najlepiej. No, ale do rzeczy. To co Necrowretch prezentuje na swoim pierwszym pełnym albumie to synteza najlepszych cech trzech grup: Death, Asphyx oraz Necrophobic. Od Chucka i spółki wzięli te szaleńcze, tnące riffy z pierwszych lat działalności, od Asphyx swoisty ciężar i mocne brzmienie, a od Necrophobic mroczny klimat i diabelskie liryki. W sumie można powiedzieć, że haczy to już miejscami o Black/ Death Metal. Wszystko to opatrzyli swoistym nieokiełznaniem, pasją i energią (aż mi się debiut Merciless przypomina, to jest niemal dokładnie to samo). Już same obłąkane, wyrzucane w eter niczym grad pocisków wokale Vlada nadają temu materiałowi odpowiedniego ładunku furii jaka w takim graniu sprawdza się idealnie. Mówiąc szczerze kupowałem tę płytę niemal w ciemno, opierając się tylko na poleceniu przez znajomego, który jakiś czas temu przy jakieś rozmowie zwrócił mi na nich uwagę niespecjalnie zdradzając szczegóły. No i zawodu nie ma i być nie może, tyczy się to również ich kolejnych dwóch albumów. Często będę sobie do tej płyty wracał, bo ma w sobie ten ponadczasowy potencjał (ciężko to zjawisko wytłumaczyć, po prostu czuje się to słuchając), ma szansę za kilka lat stać się klasykiem, i to nie tylko na swoim podwórku, obok takich tuzów jak chociażby Massacra, ale ogólnie w ramach Death Metalu ze starego kontynentu. Uważam, że z nowszych rzeczy Necrowretch jest tym co po prostu trzeba znać i kojarzyć, zasługują na to. Century Media miało nosa!

https://www.facebook.com/Necrowretch/
http://necrowretch.net/


czwartek, 26 lipca 2018

Abigail- Intercourse and Lust (Modern Invasion Music 1996/ Nuclear War Now! 2013)

Już kawał czasu temu zapowiadałem, że napiszę co nieco o jakiś starszych materiałach z Japonii. Wreszcie przyszła wena i nieco więcej wolnego czasu, także mogę ów obietnicę wprowadzić w życie. Na pierwszy ogień idzie Abigail, zespół, który do spółki z Sigh oraz Sabbat stanowią czołówkę tamtejszego, ekstremalnego grania. "Intercourse and Lust" to ich debiutancki długograj, na którym zaczynał krzepnąć ich charakterystyczny styl. Black/ Thrashowa forma zaczęła przeważać tu nad tą nieco bardziej Black Metalową znaną z dem i Epki. Mamy tu do czynienia z materiałem pełnym tej pierwotnej pasji, wściekłości i szaleństwa. Materiał przepełniony jest inspiracjami zaczerpniętymi przede wszystkim z dwóch pierwszych płyt Bathory oraz klasycznej "trylogii" Venom, gdzie nie gdzie polanej zdawkowo motorheadowym sosem, zwłaszcza z czasów "Overkill". Ogromnym atutem albumu jest jego pozornie niemożliwa świeżość w podejściu do zagadnienia, jak na tamten czas oczywiście. Czerpiąc z wymienionych zespołów ciężko jest stworzyć jakąkolwiek nową jakość, poza samym ładunkiem energii przelanym w to granie. Niemniej jednak Abigail ta sztuka się udała i uważam, że raczej trudno byłoby pomylić ich z jakimkolwiek innym zespołem. Zwłaszcza dzięki wrzaskliwym, opętańczym wokalom Yasuyuki i balansowi kompozycji, które tworzą kapitalny, piekielny klimacik. Moim zdaniem punktami kulminacyjnymi płyty są "Mephistopheles" oraz "Hail Yakuza". Pierwszy z nich utrzymany jest w nieco wolniejszym tempie, wyróżniający się mocarną, rzężącą linią basu, odrobinę black 'n' rollowym feelingiem oraz solówką w stylu znanym z chciażby "Pure Evil and Hate" Behemoth czy "Sacrifice" Bathory. Drugi natomiast to swoiste podsumowanie całego materiału. Karkołomne riffy, przyspieszenia, wolniejsze momenty, recytacje, jednym słowem dzieje się, a o wytchnieniu można zapomnieć. Uważam, że to właśnie tym albumem Abigail wyrobili sobie markę i stali się jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup japońskiego podziemia. Dla mnie "Intercourse and Lust" to już klasyk. Mimo tego, że Black/ Thrashowe podwórko jest szerokie i głębokie i sporo już zdziałano na tym polu, tak nie potrafię znaleźć drugiego albumu w tej niszy na którym zawarto by tak potężny ładunek szaleństwa, furii i mroku jak właśnie na debiucie Abigail. Dla wszystkich fanów soczystej ekstremy jest to mus absolutny!


czwartek, 28 grudnia 2017

Freezing Blood- Altar of Goat (Putrid Cult 2013/ Fallen Temple 2014)

Dziś cofam się nieco w nie tak znowu odległą przeszłość aby przybliżyć pierwsze demo naszego rodzimego Freezing Blood. Pisałem o tym zespole już wcześniej przy okazji recenzowania wydanej w tym roku epki "Baal". Mówiąc szczerze to nie mogę wyjść z pewnego podziwu co do tej poznańsko-płockiej ekipy. Niby grają sztukę totalnie już oklepaną i znaną na wskroś, ale mimo wszystko jest w tym pewna magia, coś co sprawia, że z pozoru wyeksploatowane granie brzmi świeżo i esencjonalnie. Na "Altar of Goat" słychać nie tylko z wściekłością i pasją odegrany, czarci Black/ Death metal starej szkoły, ale także schowane w tym wszystkim spore inspiracje dokonaniami Hellhammer/ Celtic Frost z najlepszych ich czasów. Może na pierwszy rzut ucha, nie jest to tak oczywiste, ale gdy wsłucha się odrobinę bardziej, to te tnące surowe riffy, zwolnienia i pewien klimat aż kipią od wpływów tych dwóch kultowych grup. I takie właśnie zagranie ze strony Freezing Blood zajebiście mi się podoba, min. to właśnie jest w ich sztuce wyjątkowe. Materiał z dema jest krótki, ale w pełni pokazuje charakter i możliwości tej hordy. Nie kombinują, nie rozdrabniają się, tylko jadą z tym koksem nie biorąc jeńców. Z niecierpliwością czekam aż grupa popełni swojego pierwszego długograja, bo będzie się działo bez dwóch zdań. Kanadyjczycy mają Blasphemy, Hiszpanie Proclamation, a Australijczycy Bestial Warlust (niestety w obu przypadkach to już czas przeszły), Finowie Archgoat, a my Freezing Blood i możemy być z tego faktu dumni!
Demo w 2013 wypuścił na taśmie Putrid Cult, a rok później na cd Fallen Temple. Z tego co się orientuję można to wciąż dorwać w obu tych formatach (poniżej posiadana przeze mnie wersja kompaktowa). Szczerze polecam!

https://freezingblood.bandcamp.com/


czwartek, 21 grudnia 2017

Graveland- The Celtic Winter (Melissa Productions 1994/ Warheart Records 2013)

Ten mini-album/ to demo (bo różnie jest "The Celtic Winter" określany) jest swoistym pomostem pomiędzy In the Glare of Burning Churches, a albumem Carpathian Wolves, tworząc z nimi swoistą black metalową trylogię w dorobku Graveland. Na tle wspomnianych tytułów wyróżnia je dosyć uwypuklona obecność klawiszowego tła które nadaje temu wydawnictwu niesamowitej atmosfery i głębi. Bardzo wyraźny jest też progres twórczy w stosunku do poprzednich materiałów. Właściwie można by The Celtic Winter potraktować właśnie jako EP, a nie damo, albo wręcz album. Moim absolutnym faworytem wśród utworów tu zawartych jest "Gates to the Kingdom of Darkness" (intro/ prolog z tej kompozycji to jedno z najlepszych, jeżeli nie najlepsze, dzieło w tej materii jakie dane mi było usłyszeć), magia i mistyczna aura jaką emanuje ten utwór to jakieś wyższe wtajemniczenie. To był pierwszy kawałek Graveland jaki kiedykolwiek usłyszałem i mocno wrył mi się w pamięć, zwłaszcza jego intro i główny motyw. Zaraz za nim mogę wymienić "The Night of Fullmoon", który znany jest już z poprzedniej demówki. Tutaj nagrany jest ponownie i w nieco lepszej jakości co znacznie podbija jego walory i odbiór. Wydawnictwo to zapisało się też w wydawniczej historii będąc pierwszym krążkiem wypuszczonym przez No Colours Records, ale niestety tylko w formie 3 utworowego cd. "The Celtic Winter" jest bardzo bardzo charakterystycznym, wręcz wyjątkowym materiałem zarówno pod względem brzmienia jak i atmosfery, którą tworzy w trakcie słuchania. Co tu dużo mówić, czuć tutaj spore pokłady emocji i przełożenia esencji gatunku na kompozycje. Minusem, ale takim mocno naciąganym, może być fakt iż, podobnie jak w przypadku Carpathian Wolves, za szybko się kończy i pozostawia pewien niedosyt. Ale cóż, przecież zawsze można odpalić od nowa i raz jeszcze przeżyć to obłędne misterium nocy.
Powinienem jeszcze wspomnieć o sentymentalnym i, ponowie, historycznym znaczeniu tego materiału dla sceny i ludzi którzy wtedy byli jej częścią, ale robiłem to w przypadku recenzji "In the Glare of Burning Churches" oraz chociażby długograja "Thousand Swords", więc nie chcę się już powtarzać, bo doskonale wiecie o co chodzi. To nie są tylko nagrania, to wspomnienia i ogromny sentyment. Same fotografie z bookletów wersji kasetowej jak i kompaktowej emanują niezwykłą aurą.Dla fanów dawnego BM i jak i Graveland pozycja nie do pominięcia!
Poniżej reedycja "The Celtic Winter" popełniona w ostatnich latach przez Warheart Records. Pisałem już o ich wznowieniach nie raz, także znacie moją opinię w tej kwestii.




piątek, 15 grudnia 2017

Moloch Letalis- Live in Wolfsburg, Necrostuprum/ Satanic Toment- Goetes, Aragon- Executed by Gibbet (Demented Omen of Masochism 2013, 2017)

Kolejna promówka od Demented Omen of Masochism. Tym razem z nieco inną bajką niż poprzednio. Dostałem tu trzy materiały z tych najbardziej brutalnych, opętanych i bluźnierczych jakie Death i Black Metal mogą zrodzić, mianowicie: Moloch Letalis "Live in Wolfsburg", czyli piekielne misterium koncertowe od tej hordy z Wrześni (czysty obłęd i zniszczenie proszę Państwa!), split Necrostuprum/ Satanic Torment pt. "Goetes" z 2013 (nic innego jak oldschoolwy Black oraz Death metal zakorzeniony w pierwotnych i najczarniejszych odmianach tych sztuk) oraz najnowszy wyziew od Aragon czyli "Executed by Gibbet" (tu zewsząd kłaniają się takie zespoły jak Blasphemy, Archgoat czy Beherit- jednym słowem kawał brutalnego Black Metalu, który bez pardonu depcze wszelkie świętości). Wszystkie trzy taśmy zawarte na niniejszej kasecie promo to pożywka dla maniaków zapatrzonych we wspomniane wyżej grupy jak i takie akty jak Sarcofago, Mystifier, Bestial Warlust, Proclamation, Nun Slaughter czy Impiety.
W każdym z trzech przypadków jest to potężna dawka podziemnego łojenia, które nie ogląda się na nic i na nikogo, a prze w swej sztuce do przodu niczym taran będąc konsekwentną w swym stylu i brzmieniu. Rzecz jasna nie ma co się tu spodziewać niczego odkrywczego, to raczej rzeczy powtarzalne i reprezentowane przez wiele grup obecnego podziemia. Niemniej jednak to wszystko to sprawdzone recepty, przepisy, które na szczęście, najprawdopodobniej nigdy się nie zestarzeją. Mnie jakoś na dłużej to już nie zatrzymuje, mam w tego typu graniu swoich wypracowanych faworytów, ktorych się trzymam, ale wciąż niezmiennie, od czasu do czasu lubię zajrzeć sobie do podziemia i posłuchać cóż to nowego się urodziło. Ta taśma dała mi ku temu okazję i dobrze mi się tego słuchało. Jeżeli ktoś szuka pewnej stylistycznej i brzmieniowej stabilizacji osadzonej w starych, dobrych Black/ Death Metalowych klimatach to te materiały są właśnie dla niego. Chcesz konkretnego metalowego wpierdolu z piekła rodem? Proszę bardzo, te hordy zapewnią to aż z nawiązką. Także kto żyje przede wszystkim takim właśnie grańskiem niech sięga po te taśmy, zawodu być nie powinno!

https://www.facebook.com/dementedomen/
http://www.dementedomen.org/


wtorek, 22 sierpnia 2017

Marduk- Opus Nocturne (Osmose Production 1994/ 2013)

Marduk. Co by tu nie mówić to klasyka Black Metalu i jeden z czołowych jego reprezentantów ze Szwecji i generalnie biorąc pod uwagę cały gatunek. Zespół może się poszczycić ogromnym płytowym dorobkiem w którym szczerze nigdy nie było słabej płyty, każda trzyma poziom i mimo takiego stażu zespół wciąż jest w znakomitej formie nagrywając wciąż niesamowite, siejące zniszczenie albumy.
Na dziś wybrałem, wydaje mi się, czołową płytę z ich wczesnego dorobku, zanim na pokładzie zespołu zawitał Legion. Nagrany w 1994 "Opus Nocturne" to swoiste podsumowanie pierwszych lat działalności grupy, płyta przełomowa, którą zwieńczyły słynne trasy u boku Immortal i Enslaved w kolejno 1994 i 95' roku. Na tej płycie Marduk zaklął w swoją Black Metalową furię jakiś pierwiastek niepokojącej symfonii nocy i wszechobecnego zła. "Opus Nocturne" był kolejnym krokiem naprzód w nieco bardziej złożoną i misterną warstwę kompozycyjną. Tym razem za ich piekielną machiną wojenną zaczęła kryć się druga głębia nadająca ich muzyce jeszcze bardziej unikatowej, mrocznej atmosfery. Takie "Sulphur Souls" czy "Autumnal Reaper" są tego najlepszym przykładem. Wielka szkoda, że był to ostatni album z Av Gravf'em na wokalu, gdyż tutaj pokazał się z najlepszej strony i w pełni rozwinął skrzydła swojego opętanego i złowieszczego głosu. Z całym szacunkiem dla Legiona, jego wokalu ogromnej charyzmy, ale Joakim miał jednak w sobie i swoim wokalu coś niepowtarzalnego. "Opus Nocturne" to moja pierwsza trójka Marduk i bezapelacyjnie jedna z wizytówek tej szwedzkiej hordy. Konkretny wpierdol z niesamowitym klimatem! Wielbię!
Poniżej przedstawiam limitowane wznowienie omawianej płyty wydane przez Osmose w 2013 roku. Jest ono limitowane do 1000 sztuk, każda na czarnym cd. Poligrafia natomiast wykonana jest na szorstkim, grubym papierze. Mimo tego, że kolory są trochę ciemniejsze niż w oryginale prezentuje się to całkiem ok. Co warto zaznaczyć, przy dźwięku nikt nie grzebał, nie jest to remaster. Także tutaj na plus, bo ten materiał nie wymaga jakichkolwiek poprawek. Dla porównania aspektów wizualnych wrzucam również pierwsze bicie tego albumu, również popełnione przez Osmose. Osobiście, preferuję właśnie to wydanie.



wtorek, 27 czerwca 2017

Egzekwie- Czarna Noc Duszy (Under the Sign of Garazel 2013)

Płyta ponura, emanująca mrokiem i utrzymana w całości w wolnych, niekiedy majestatycznych, tempach. Lubelska załoga Egzekwie zatopiła swą sztukę w klimatach, które wyrosły na bazie takich grup jak Candlemass (warto wspomnieć, że w utworze tytułowym zespół użył "Marsza Żałobnego" podobnie jak to Marcolin i spółka uczynili we wstępie do "Bewitched", czyżby czysty przypadek?) czy Samael, i które jak wiadomo w swej posępności przez niejeden zespół popchnięte zostały jeszcze głębiej w czeluść czarnej otchłani ludzkiej duszy.
Tak jak lubię tego typu granie w wykonaniu protoplastów stylu, tak niespecjalnie leżą mi wycieczki, które ryją jeszcze głębiej w temat potęgując kilkukrotnie emocje i brzmienie swoich inspiracji. Jeszcze więcej ciężaru w ciężarze i mroku w mroku. Nie twierdzę, że to źle, bo bardzo wiele jest osób, które się w takie klimaty zasłuchuje, do mnie to niestety nie trafia w stopniu na tyle zadowalającym, aby w miarę regularnie do tego wracać. Muszę mieć wenę, a na tego typu dźwięki mam raczej rzadko. Niemniej jednak przyznać muszę, że Egzekwie zawarli na tej płycie klimat iście grobowy, jeden z najbardziej w tej materii esencjonalnych jaki dane mi było do tej pory usłyszeć. I tutaj szacun za wyczucie i, co za tym idzie, całkowite oddanie obranej drodze. To trzeba chwalić zawsze bo świadczy o prawdziwości i jakości słuchanego materiału.
Poza tzw. Dark Metalowymi oraz Doom Metalowymi naleciałościami znajdziemy tu także namiastkę Black Metalu, która objawia się w szorstkich, chrypliwych liniach wokalnych, oraz nieco w surowym brzmieniu gitar. Myślę, że taki manewr zadziałał jak najbardziej na korzyść materiału, nadając mu szczypty odmienności, równoważąc typowo doomowy, cmentarny pierwiastek z jakim przede wszystkim mamy tu do czynienia.
Krótko podsumowując, album skierowany jest głównie do tych, którzy lubują się w wolnych, posępnych klimatach o złowrogim, grobowym wydźwięku, i których nie nuży po czasie schemat oraz pewna jednostajność takiego właśnie grania. W tym aspekcie materiał jest na solidnym poziomie i wart jest polecenia.


wtorek, 2 maja 2017

Deus Mortem- Emanations of the Black Light (Strych Promotions 2013)

Co jak co, ale scenę black metalową to mamy prężną i jedną z lepszych na świecie. Serio, mamy z czego być dumni. Właśnie jednym z takich powodów do rzeczonej dumy może być chociażby Deus Mortem. To co wyczyniają panowie Necrosodom i Inferno na debiutanckim krążku to światowa liga i mistrzostwo w swoim stylu. Mamy tu nie tylko ogromny hołd złożony starej szkole tego typu grania, ale także świeży powiew nowej- starej jakości, oraz autentyczne oddanie obranej drodze. "Emanations of the Black Light" to siedem hymnów ku chwale ciemności, emanujących tym co w black metalowej sztuce najlepsze. Mamy konkretną, piekielną kanonadę, a zarazem klimatyczne zwolnienia, niesamowitą, mistyczną atmosferę, a także popis kompozytorskiego i instrumentalnego kunsztu. Płyta nie ma prawa się nudzić, nie jest to od początku do końca tylko niemiłosierne łojenie (mimo tego, że to właśnie te galopady z piekła rodem to silnik napędowy tej zabójczej maszyny), jest sporo zmian tempa oraz nastroju, oraz miejsce na naprawdę genialne solówki. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu gitarowy pasaż z "Ceremony of Reversion p.1", który bardzo mocno nawiązuje do starego Bathory, a konkretnie do utworu "Enter the Eternal Fire" z trzeciej płyty Quorthona (przynajmniej ja od razu z tym skojarzyłem). Skoro już jesteśmy przy inspiracjach to daje się odczuć, i to przez cały czas trwania albumu, że spore piętno odcisnął tu nieśmiertelny klasyk z dyskografii Mayhem, czyli "De Mysteriis Dom Sathanas". Można znaleźć sporo wspólnych mianowników obu tych wydawnictw, zwłaszcza w strukturach utworów. album zaraża swoją aurą i precyzyjną spójnością, wciąga niczym próżnia. To z pewnością jedna z ważniejszych płyt w temacie jakie powstały w naszym kraju ostatnimi czasy.
Mimo faktu, że album ukazał się dopiero po trzech latach od jego nagrania, sztuka na nim zawarta była i jest wciąż aktualna i inspirująca. Pokazuje, a także udowadnia, że rasowe black metalowe, ale i generalnie metalowe, granie wciąż nie powiedziało ostatniego słowa, wciąż pisze coraz to nowy rozdział tej niekończącej się opowieści mroku i ognia. Obok "Emanations of the Black Light" po prostu nie można, a nawet nie wolno przejść obojętnie. Deus Mortem pokazało, iż jest niesamowicie obiecującą grupa, która z pewnością jeszcze nie raz zaskoczy i ponownie uraczy nas materiałem, który ciśnie niejednego słuchacza o glebę, także nic tylko wyczekiwać kolejnego długograja.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Darkthrone- Under A Funeral Moon (Peaceville 1993/ 2013)

Ach, co to jest za album proszę Państwa! Black Metalowa potęga i niedościgniony wzorzec w temacie. Mamy tu wszystko co najlepsze, surowe, obskurne, ociekające mrokiem brzmienie, brzęczące niczym stado os, zakorzenione w latach 80-tych riffy, perkusyjne zniszczenie i charakterystyczne, upiorne wokalne Nocturno Culto. Powstało w swej materii dzieło wybitne i chyba wszyscy się zgodzą, że ponadczasowe.
Zespół zaczął nagrywać "Under A Funeral Moon" nie tak długo po ukazaniu się "A Blaze in the Northern Sky". Latem 92' Zephyrous, Fenriz oraz Nocturno Culto ponownie przekroczyli próg Crative Studios w Kolbotn aby dokonać rejestracji 8 kompozycji, które złożyły się na płytę (wydaną dopiero w 1993). Próby materiału odbywały się w tamtym czasie w mieszkaniu Fenriza. Podobno w pokoju w którym grali poustawiane były czarne, płonące świece, także wyobraźcie sobie ten swoisty klimacik. Kult musiał być! W przeciwieństwie do poprzedniego krążka, tym razem partiami gitar w całości zajął się Zephyrous (niby miał grać na świeżo zakupionym wtedy basie, ale jakoś się w tym nie odnajdywał), a Nocturno Culto przesiadł się na bas. Z tego co wspomina odnośnie płyty Fenriz, album wyszedł im dokładnie tak jak tego chcieli i do tej pory są z niego bardzo zadowoleni. Jak twierdzi to najbardziej black metalowa, w pełnym tego słowa znaczeniu, płyta w ich dorobku.
"Under A Funeral Moon" wypełniony jest korzeniami black metalowej sztuki, aż roi się tu od wpływów starego Bathory i Hellhammer/ Celtic Frost, a w takich utworach jak chociażby "Summer of the Diabolical Holocaust" czy "Crossing the Triangle of Flames" mamy echa nagrań Mayhem jeszcze z Deadem w składzie. Nie brakuje tu też gdzie nie gdzie pewnego motorheadowego feelingu. Warto też wspomnieć, że w tytułowym "Under A Funeral Moon" grupa dała upust swojemu niegdysiejszemu zafascynowaniu taśmą "Necrolust" Vader. W "refrenowym" riffie wyraźnie słychać inspirację jedną z zagrywek otwierających kawałek "The Final Massacre".
Po nagraniu niniejszego albumu drogi członków zespołu na moment się rozeszły. Na stałe grupę opuścił Zephyrous, a Nocturno Culto wyniósł się z Oslo na odległą prowincję. Także do 1994, kiedy to nagrany został "Transylvanian Hunger", grupa była w zawieszeniu.
Nie da się ukryć, że Darkthrone spłodzili dzieło, które jest jedną z tych najbardziej okazałych i wiodących płyt jakie powołała do życia black metalowa scena, i biorę tu pod uwagę nie tylko Norwegię. Styl i brzmienie tego krążka kopiowały potem rzesze zespołów, a sam album stał się wzorcem czarnej sztuki. "Under A Funeral Moon" to klasyk, kawał genialnego, miażdżącego grania, które nigdy się nie zestarzeje, i które się po prostu wielbi, po wsze czasy!
Poniżej jubileuszowe, wypuszczone w 2013 roku przez Peaceville, wydanie owego albumu. Mamy tu 2 płytowy digibook, zawierający wewnątrz książeczkę z tekstami utworów oraz wspomnieniami Fenriza i Nocturno Culto. Wydanko bardzo solidne, także śmiało mogę polecić.


środa, 5 kwietnia 2017

Blaze of Perdition- Towards the Blaze of Perdition (Putrid Prophet Productions 2010/ Warheart 2013)

Blaze of Perdition to obecnie jeden z bardziej rozpoznawalnych, black metalowych aktów na naszej rodzimej scenie BM, który w chwili obecnej ma już na koncie trzy pełne albumy. "Towards the Blaze of Perdition" to ich długogrający debiut wydany oryginalnie przez Putrid Prophet w 2010. Ich sztuka to połączenie tego co serwuje nam szwedzki Watain oraz w pewnym, niewielkim stopniu Behemoth, zarówno muzycznie jak i wizualnie, także nie ma co spodziewać się tu rewolucji czy znaczącej oryginalności. Ale w sumie co z tego, skoro to co robią robią solidnie i na poziomie? Muzyka zaklęta w tym krążku jest pełna mroku, rytualna, bluźniercza, nie pozbawiona dobrych riffów i ciekawych, przepełnionych czernią melodii. Z pewnością dużym plusem jest tu mocne, dopracowane brzmienie oraz fakt, że mamy do czynienia nie z jednym, a z dwoma wokalistami, co nie zdarza się znowu tak często. Z początku nie specjalnie ciągnęło mnie do ich muzyki, nie widziałem w tym nic wartego jakieś szerszej uwagi. Dopiero niedawno postanowiłem dać im kolejną szansę i w końcu materiały Blaze of Perdition zagościły w moich zbiorach. Nie jest to coś czego słuchałbym na okrągło, ale od czasu do czasu będę sięgał po zarówno tą jak i pozostałe ich płyty. Jest w tym spory potencjał, wyraźny, instrumentalny kunszt i podniosły, monumentalny, a za razem diabelski charakter, który tak cenię sobie u Watain. Wystarczy posłuchać chociażby takich kompozycji jak "Alchemy of Flesh", otwierającego album intra "156", czy wieńczącego całość utworu tytułowego (najlepsze melodie z całego albumu!). Ciekawie wypadają także utwory z polskimi wokalami, które reprezentują tu "Misterium Kliffoth" oraz "Królestwo Twoje", dzięki temu nabierają innej jakości i dodatkowej głębi, inaczej się je przeżywa.
Zespoły w których od razu widać i słychać inspirację i wpływy konkretnych, istniejących już grup zdane są najczęściej na niekorzystne opinie i zestawienia, bo powielają istniejące już elementy tylko w innym "opakowaniu". Blaze of Perdition wyróżnia się wśród nich faktycznym talentem i umiejętnościami, przez co, mimo znikomej oryginalności, dorównują zespołom, które zainspirowały ich muzykę, a to już nie każdy potrafi. Także za to z mojej strony ogromny plus!
W niniejszym poście prezentuję wznowienie omawianej płyty, które wydało w 2013 Warheart Records. Jak widać szata graficzna została odświeżona i prezentuje się o piekło lepiej od pierwszego wydania. Wszystko zatopione jest w esencjonalnych odcieniach czerni i złota. Wewnątrz bookletu mamy wszystkie teksty oraz sporo naprawdę świetnych zdjęć. Także wydanie jest zaiste solidne i trudno oczekiwać tu czegoś więcej, tak się powinno to robić. Na dysku, jako bonus, znajduje się także 30-minutowy materiał live "Pomerania Shall Burn" z 2009 roku.
Krótko i zwięźle, tym co nie znają osobiście polecam! Nie każdy musi od razu polubić, ale myślę, że warto się z Blaze of Perdition zapoznać bo mają co nieco do zaoferowania.



środa, 29 marca 2017

Dark Funeral- The Secrets of the Black Arts (No Fashion 1996/ Century Media 2013)

Niesamowity album! To pierwsze co mi się nasuwa gdy myślę o debiucie Dark Funeral. Jest to bez wątpienia jedna z tych black metalowych płyt, które są dla mnie wzorcowe, które są dziełami skończonymi, w których płynie kwintesencja tej sztuki. Zapewne wielu się ze mną nie zgodzi lub miało by ochotę powiedzieć, że przesadzam, Cóż, tak naprawdę mocno średnio mnie to obchodzi, ponieważ album ten totalnie do mnie dotarł, a opinia jest czysto subiektywna. Zauważam w nim nie tylko muzyczny geniusz, ale i niesamowite pokłady emocji i autentycznego mroku, który wylewa się tu z każdym dźwiękiem.
Wydany w 1996 roku "The Secrets of the Black Arts" uważany jest za wizytówkę Dark Funeral, i w sumie nie ma co się dziwić. Był to czas kiedy zespół emanował weną twórczą, młodzieńczą energią i najlepszym w swojej historii składem z Blackmoonem na pokładzie. Wystarczy posłuchać takich symfonii nocy jak tytułowy "The Secrets of Black Arts", "My Dark Desires", "Shadows Over Transylvania" czy złowieszczy, wyciągnięty z najczarniejszych głębin ludzkiej wyobraźni "The Dawn No More Rises". Nad wszystkimi kompozycjami góruje gitarowy geniusz Parlanda, który do spółki z Ahrimanem zalał album riffami z samych czeluści piekieł, które dzięki znakomitej pracy Tagtgrena, brzmią fenomenalnie. Skoro już przy tym jesteśmy, z nagrywaniem tego albumu wiąże się pewna historia. Otóż pierwotna jego wersja została nagrana w studiu Unisound Dana Swano. Niestety, owoc jego pracy nie spodobał się zespołowi kompletnie i zanim ostatecznie trafili do studia Abyss aby nagrać album ponownie, szukali ratunku u Skogsberga w Sunlight. Ten jednak nie był w stanie im pomóc, nawet dzwonił do Swano aby ochrzanić go za taką fuszerkę. Po latach Dan przyznał się do błędów jakie popełnił i podobno jakoś to zespołowi zrekompensował. W tamtym czasie dysponował sprzętem, który jeszcze do końca nie ogarniał i trochę się w tym wszystkim pogubił.
Reedycja "The Secrets of the Black Arts" wydana przez Century Media cztery lata temu oferuje ową niepublikowaną wersję tejże płyty na dodatkowym dysku. Jest ona krótsza, zawiera tylko 8 utworów i faktycznie mamy na niej black metal, który nie brzmi jak black metal. Jest bardzo sterylnie, miejscami aż sztucznie, ale za to niesamowicie klarownie i wyraziście. Słuchanie tego materiału w takiej formie jest dosyć niecodziennym doświadczeniem. Powstało coś co zarówno w teorii jak i w praktyce nie ma racji bytu. Gdyby nie fatalne, pudełkowe brzmienie perkusji, pokusiłbym się o stwierdzenie, że mogłoby to być coś przełomowego w swojej estetyce, a z pewnością bardzo odważnego (a wyszło raczej przypadkiem).
Wydaniu niniejszego krążka towarzyszyły koncerty na których zespół nie przebierał w środkach, krew, świńskie łby, odwrócona krzyże, w tamtym czasie robiło to wrażenie i nadawało granym przez nich sztukom wyjątkowego klimatu i aury. Nie obeszło się rzecz jasna bez nagminnego zainteresowania mediów szukających w tym wszystkim sensacji (bo rzecz jasna sama muzyka ich nie interesowała) oraz jednostkowym przypadkom kiedy koncerty grupy były odwoływane.
W kwestii podsumowania, uważam, że jakakolwiek rekomendacja samego albumu jest tu zbyteczna, natomiast bardzo zachęcam aby sięgnąć po jego ostatnią reedycję. Nie tylko jest na najwyższym wydawniczym poziomie (konkretny booklet- wszystkie teksty, wspomnienia, zdjęcia, czarne płyty cd), ale właśnie zawiera tą niepublikowaną wersję albumu z którą warto się zapoznać i samemu ją ocenić. Rzadko wznowienia mogą poszczycić się tak konkretnym bonusem.



środa, 22 lutego 2017

Burstin Out- Hell Commands... (GFY Productions 2013)

Jakiś czas temu pisałem wam o debiucie Burstin Out, a dziś pragnę przybliżyć wam epkę "Hell Commands...", która go poprzedzała. Cóż, kolejność trochę nie ta, no ale niestety mini album trafił do mnie później niż "Outburst of Blasphemy". Jakoś ciężej go było namierzyć.
Jak nie trudno się domyślić, zespół hołduje starej szkole spod znaku przede wszystkim Venom oraz starego Bathory. Tak mówiąc szczerze, to mam wrażenie, że gdyby trio Cronos, Mantas i Abaddon zaczęło grać, nie w latach 80-tych, a teraz to graliby i brzmieli dokładnie tak jak Burstin Out. Jest z nimi podobnie jak chociażby z retro-rockowym Orchid. Słyszysz ich i myślisz "no żywcem Black Sabbath z czasów "Master of Reality" czy "Vol.4", ale mimo to jest w tym jakaś nowa energia, nowa jakość. Pozornie można by stwierdzić, że to jakaś bezczelna kalkomania, ale tak nie jest. To totalny hołd i autentyczne zamiłowanie do tamtego brzmienia, estetyki, stylu oraz jego struktur. To samo robi Burstin Out w stosunku do pierwszych 4 płyt Venom i wychodzi im to piekielnie dobrze. Potrafią tchnąć w tą sztukę odmłodzonego ducha oraz świeżą i szczerą pasję. Już samo ich wykonanie "Witching Our" to potwierdza, ogromny szacun. Pozostałe kompozycje z epki to kolejny tego przykład. Rzecz jasna nie jest to ślepe i wyłączne zapatrzenie w Venom, jest to ewidentny numer jeden, ale w takim chociażby "Blackened Soul" dostajemy konkretną dawkę wpływów zaczerpniętych z pierwszego albumu Bathory (wstęp sunie "Necromancy" na kilometr) oraz szczyptę Kata (tak właśnie!) z "Metal and Hell". Ta grupa wie jak przypominać stare czasy oraz czcić klasykę gatunku w jak najlepszym stylu. Pochwały należą się także za świetne, dynamiczne brzmienie materiału, które nadaje całości kolorytu i podwaja przyjemność ze słuchania.
Co tu dużo mówić, szczerze zachęcam do sięgnięcia po nagrania tej grupy. Porównując epkę do debiutu widać gołym okiem, że zespół się rozkręca i nie zamierza przestać bombardować nas tym co w oldschoolowym metalu najlepsze. Bierzcie póki jeszcze można to gdzieś dorwać. Klasa!


czwartek, 2 lutego 2017

Satyricon- Satyricon (Kaleidoscope/ Roadrunner Records 2013)

Od pewnego czasu biję się w pierś, że nie zainteresowałem się tą płytą wtedy jak się ukazała. Po prostu wstyd. No ale przyznaję się do błędu i staram teraz nadrabiać zaległości. Satyricon niesamowicie mnie zaskoczył, nagrał płytę nieszablonową, bardzo emocjonalną, z naciskiem na atmosferę. Niemniej jednak został zachowany balans pomiędzy intensywnością, odpowiednią dawką siarki, a subtelnością oraz mistyczną aurą. Uważam, że jest to album na miarę dojrzałego, doświadczonego, w pełni świadomego siebie zespołu, który nie boi się eksperymentów i nie przejmuje się opinią innych.
W klimat "Satyricon" wprowadza nas marszowe, podniosłe intro "Voice of Shadows", po nim otwierają się przed słuchaczem wrota do osobnego, powiedziałbym refleksyjnego świata jakim jest owa płyta. Motywem przewodnim tego materiału są przede wszystkim klimatyczne utwory o średnich tempach nacechowane nostalgiczną melodyką i nieco nieszablonową aranżacją. Najlepszym przykładem są tu "Nocturnal Flare", płynący, miejscami nastrojowy "The Infinity of Time and Space" i znakomity, nietypowy jak na Satyricon "Phoenix" (jak wchodzi refren to autentycznie mam ciary haha, a jak niesamowicie brzmi w wykonaniu z Norweskim Chórem Narodowym!) do którego tekst napisał oraz głosu użyczył Sivert Hoyem, jeden z bardziej znanych norweskich muzyków rockowych (znany zarówno z własnego projektu solowego jaki i zespołu Madrugada). Nie brakuje tu też szybszych i mocniejszych akcentów, typowo satyriconowych jak "Tro Og Kraft" (spokojnie mógłby znaleźć sobie miejsce na którymś ze starszych wydawnictw grupy), "Walker Upon the Wind", czy "Ageless Northern Spirit". Jest jeszcze "Nekrohaven", które z marszu posądziłem o pokrewieństwo z "King", głównie ze względu na pewną przebojowość, chwytliwość i podobną strukturę.
Bez wątpienia jest to płyta, która obudziła we mnie spore pokłady emocji, nic ostatnio tak na mnie nie podziałało jak właśnie "Satyricon", zapewne w najbliższym czasie jeszcze kilka razy ją przesłucham, bo apetyt nie został w pełni zaspokojony. Żywię niesamowity szacunek do twórców którzy potrafią nagrywać dzieła, które docierają do wnętrza człowieka, które samoczynnie stymulują pewną wrażliwość. I tak właśnie jest w tym przypadku.
Z tego co zdążyłem się zorientować to album wzbudził dosyć skrajne emocje wśród fanów, był oceniany zarówno bardzo negatywnie (widziałem nawet opinie sugerujące, że nie jest godzien nazwy "Satyricon"!) jak i pozytywnie, ale to chyba działa na plus, potwierdza fakt, że materiał nie jest mdły i nijaki, że czymś się wyróżnia, że ma moc oddziaływania, a to w sztuce jest najważniejsze! Moja osobista ocena jest oczywista, polecam po tysiąckroć!



sobota, 29 października 2016

Watain- The Wild Hunt (Century Media 2013)

Nie będę specjalnie ukrywał faktu, że Watain to obecnie jeden z moich ulubionych zespołów parających się black metalową sztuką, i z pewnością jeden z lepszych aktów na obecnej scenie. Kunsztu kompozytorskiego i pomysłu na siebie nie można im odmówić. Swoją drogą jest to też grupa, która miała i ma ogromny wpływ na wiele zespołów z tego nurtu powstałych w ciągu ostatnich kilku lat.
"The Wild Hunt" to ostatni jak dotąd krążek zespołu i chyba najbardziej zróżnicowany i kompleksowy w porównaniu do swoich poprzedników. Mamy tu nie tylko typowo black metalową jazdę ale i sporo motywów zaczerpniętych z metalowej klasyki, czy nawet wolniejsze utwory o balladowym zabarwieniu. Mamy tu jednym słowem dzieło bogate i dopracowane w każdym calu, słuchało i wciąż słucha mi się tego wybornie. Ciężko jest tu wyszczególnić jakieś konkretne kawałki, bo te autentycznie świetne to przynajmniej połowa płyty. No ale spróbuję wybrać takie absolutne top 3. Bez wątpienia, jako pierwszego wymienię tu "They Rode On", to spokojny, dostojny i klimatyczny kawałek w którym rozbrzmiewają echa Bathory, to pierwszy taki utwór w dorobku grupy, ale niewątpliwie udany. Kolejny to "Outlaw" w którym miesza się black metalowa nawałnica z naleciałościami metalowej klasyki lat 80-tych. Na trzecim miejscu postawiłbym "The Child Must Die" w którym także rozbrzmiewają trochę inne patenty niemniej jednak atmosfera aż kipi mrokiem i mistycyzmem, słychać tu też pewną melodykę obecną już na "Lawless Darkness" i tak dobrze znane w Watain inspiracje dokonaniami Dissection. Poza wymienioną trójką na uwagę zasługuję także "All That May Bleed" które ukazało się na 7'' singlu oraz instrumentalna kompozycja otwierająca płytę "Night Vision", wprowadzająca słuchacza w odpowiedni nastrój, równie dobrze mogąca zaistnieć w jakimś filmie o mrokach średniowiecza.
Kolejną sprawą jest bardzo udana okładka (z resztą, który ich artwork nie był, może co najwyżej z debiutanckiego "Rabid Death's Course", jakiś trochę przygaszony), po raz kolejny wykonana przez naszego rodzimego twórcę Zbigniewa Bielaka (ta do "Lawless Darkness" to także jego dzieło, podobnie singiel "All That May Bleed"). Obecnie nie wyobrażam sobie aby kto inny mógł być odpowiedzialny za okładki wydawnictw Watain, bo Zbyszek czuje w czym rzecz jak mało kto.
Watain jest zespołem, który zbiera bardzo skrajne opinie, zarówno bardzo pochlebne jak i te negatywne do granic możliwości, że pozerzy itd. Cóż, nie raz dowiedzione zostało, że im większy hejt tym lepszy zespół. Swoją drogą jest to także nieodzowny towarzysz sukcesu. Ja Watain bardzo cenię i złego słowa o nich nie powiem. Uważam ich za grupę bardzo konsekwentną w swym działaniu i nie idącą na kompromisy, której towarzyszy niesamowita aura. Co do ich muzyki to cóż, uważam że mówi sama za siebie. Osobiście bardzo polecam nie tylko omówioną płytę, ale generalnie cały ich dorobek, znakomite granie!
Poniżej limitowane wydanie tej płyty w formie tzw. digibooka wzbogaconego o dodatkowe etui. Wewnątrz znajduje się ten sam booklet co z zwykłym wydaniu, jest tylko wydrukowany w większym formacie, na kredowym papierze i wszyty w całość. Cudeńko!


czwartek, 11 sierpnia 2016

Darkthrone- The Underground Resistance (Peaceville 2013) i nie tylko

Zbliżający się drobnymi krokami nowy album Darkthrone to doskonały pretekst żeby przypomnieć ich ostatni krążek oraz poruszyć temat tego co się ostatnimi czasy wokół zespołu dzieje. Od tego pragnę zacząć.
Jak czytam opinie, komentarze różnych osób w temacie co zespół powinien robić, a czego nie, co grać powinni, a czego nie, to po prostu ciśnienie mi strzela. Koniecznie chce się na nich "wymóc" granie/ powrót do black metalu w którym niegdyś wiedli prym. Rozumiem nostalgię itd, ale niektóre opinie skierowane pod ich adresem to już przesada. Ich jakże kultowa, przeszła twórczość ciągnie się za nimi w pewnym sensie jak smród po gaciach, a gro słuchaczy nie rozumie, że to dla Darkthrone już zamknięty rozdział. Oczywiście były to albumy świetne których z chęcią słucham, definiujące gatunek, taki "A Blaze in the Northern Sky" to dla mnie mistrzostwo. Tą muzyką wtedy żyli, z nią się utożsamiali i takową wtedy tworzyli. Wiadomym jest, iż człowiek nie jest krową, która całe życie żre trawę z jednego pastwiska i zmienia upodobania czy też priorytety w mniejszym lub większym stopniu (wyjątki potwierdzają regułę). W pewnym momencie przestali czuć tą muzykę, obudziły się w nich inne fascynacje, poczuli zew tego czego kiedyś sami słuchali, zatem naturalną koleją rzeczy było dla nich pójść tą drogą. Czy naprawdę byłoby tak fajnie gdyby raptem wrócili to swojego grania sprzed kilkunastu lat? Come on... Jakby to o nich świadczyło. Graliby wtedy pod publiczkę zamiast tworzyć to co jest zgodne z ich wizją. Ulegliby presji, a wiadomym jest, że nigdy takowej się nie poddali. Nie chcę tu nikogo specjalnie ganić czy coś. Staram się obiektywnie przedstawić sytuację i zmusić do pewnych refleksji. Jeżeli komuś nie pasuje to co grają to po prostu niech nie słucha i tyle.


Do rzeczy w kwestii samej płyty. "The Uderground Resistance" to obok trzech pierwszych płyt mój faworyt z dyskografii Darkthrone. Płyta szczera do bólu, bezkompromisowa, oryginalna (tak, od razu wiadomo, że to nikt inny). Fenriz i Nocturno Culto czerpią to co najlepsze ze starej szkoły metalu lat 80-tych dodając swój unikatowy charakter. Tu po prostu wylewają się nieskończone pokłady metalowego oldschoolu i klasyki w temacie. Przelewają swoje muzyczne fascynacje w czyn. Tego nie tylko świetnie mi się słucha ale jest to także płytowa lekcja jako, że Fenriz bardzo lubi w booklecie polecać różne grupy i płyty. Moje ulubione kompozycje z albumu to "Valkyrie" oraz "Leave No Cross Unturned", oba autorstwa Fenriza i oba przez niego zaśpiewane (przyznać trzeba głos ma niezły). No i okładka, Manilla Road bije od niej na kilometr. Czy to dobrze? Mi się taki zabieg w ich przypadku podoba. Fajny pomysł z dosłownym przekazem. Niby mamy tu 6 kompozycji, ale to wręcz wizytówka obecnego oblicza zespołu, czysta esencja tego co chcą swym graniem przekazać. Do płytki wracam regularnie!
Także jeżeli nie macie problemu z tym, że Darkthrone pożegnało się z black metalową sztuką to bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy, jeżeli nie to zostawcie w spokoju.