Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuclear Blast. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuclear Blast. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lipca 2021

Helloween - Helloween (Nuclear Blast 2021)


Zespół dla mnie legendarny, jeden z ulubionych i bardzo ważny w historii oraz rozwoju muzyki metalowej (dali początek europejskiej odnodze power metalu). Nawet nie śmiałem marzyć, że ponownie zobaczę w jego szeregach Hansena i Kiske, którzy poszli własną muzyczną drogą już wiele lat temu. Jakim było dla mnie zaskoczeniem, gdy obaj panowie zasili zespół na trasie "Pumpkins United", a szokiem i radością, gdy dołączyli do zespołu na stałe i przypieczętowali to jakże wymownie zatytułowaną płytą - "Helloween". Tak, cała rodzina jest wreszcie w komplecie! "Helloween" jest albumem ociekającym melodyjnością, dzięki dwóm, a nawet trzem wokalistom (bo i Kai coś tam czasem dorzuci drobnego od siebie) przepełnionym różnorodnymi wokalami oraz bardzo rozbudowaną, pełną pomysłów muzyczną paletą. Gitary, jak przystało na ten zespół, wiodą prym, a solówki przypieczętowują znakomite riffy. Mamy tu utwory bardziej wymagające, rozbudowane, a i krótkie strzały pełne energii. Może nie jest to dzieło na miarę "Keeperów" czy "Master of the Rings", ale ten album trochę przynosi na myśl te trzy klasyczne materiały i to nie tylko swoją szatą graficzną. Najlepiej określa to utwór "Best Time", który nie tylko pokazuje jak dobrze dzieje się w kapeli, ale też nawiązuje do hitu "I Want Out". Brzmienie jest nowoczesne, kompozycje łączą Heloween lat 80. i tych późniejszych, gdy za mikrofonem stał tylko Andi Deris. Niewiele jest takich "powrotów" klasycznych zespołów, tak udanych i tak scenie potrzebnych. Helloween pokazał światu, że wciąż reprezentują wysoki poziom, a powrót Michaela Kiske i Kaia Hansena tylko ten stan rzeczy polepszył, uwydatnił wciąż pulsujący potencjał grupy. Zespół po raz kolejny zawojował listy najlepszych wydawnictw, ponownie zrobiło się o nich głośno i niech to żelazo dalej będzie kute, a feniks odradza się z popiołów. Siedem kluczy, siedmiu muzyków, jedno dziedzictwo!



English translation:

A legendary band for me, one of my favorites and very important in the history and development of metal music (they gave rise to the European leg of power metal). I didn't even dare to dream that I would see Hansen and Kiske again in its ranks, who went their own musical path many years ago. What a surprise it was for me when both men joined the band on the "Pumpkins United" tour, and a shock and joy when they joined the band permanently, and the band sealed it with an eloquently titled album - "Helloween". Yes, the whole family is finally together! "Helloween" is an album dripping with melody, thanks to two or even three vocalists (because Kai here and there adds something from himself) filled with various vocals and a very extensive musical palette full of ideas. The guitars, as befits this band, lead the way, and the solos seal the excellent riffs. Here we have more demanding, complex songs, and also short shots full of energy. It may not be a work equal to "Keepers" or "Master of the Rings", but this album brings to mind those three classic materials, and not only with its graphic design. It is best described by the song "Best Time", which not only shows how well the band is doing, but also refers to the hit "I Want Out". The sound is modern, the compositions combine Heloween of the 1980s and those later, when only Andi Deris was behind the microphone. There are not many "returns" of classic bands, so successful and so necessary for the scene. Helloween showed the world that they still represent a high level, and the return of Michael Kiske and Kai Hansen only improved this status, highlighted the still pulsating potential of the group. The band once again conquered the lists of the best releases, made people talk about the band. Let this iron be forged and phoenix ​​reborn from the ashes. Seven keys, seven musicians, one legacy!


wtorek, 5 maja 2020

Vader - Solitude in Madness (Nuclear Blast 2020)


Chyba najbardziej wyczekiwane przeze mnie wydawnictwo tego roku. Zapowiedzi były bardzo obiecujące, a sam krążek dosłownie zniszczył i zamiótł. Pozostał tylko pył, kurz i zgliszcza!

"Solitude in Madness" to powrót Vader w pełnej krasie i jedna z ich najcięższych, najbardziej intensywnych i energetycznych płyt zaraz obok debiutu, "De Profundis" czy "Black to the Blind". Zespół zapowiadał, że będzie to też ich najbrutalniejszy materiał od czasów "Litany" i to też prawda, tak istotnie jest (swoją drogą, bardzo kontrastujący z mocno thrashującym poprzednikiem - "The Empire"). Generał i jego armia nie wzięli jeńców! Płyta trwa niespełna pół godziny, a nie wiem, czy jakikolwiek inny materiał anno 2020 - z tych, co były i tych, co będą, będzie w stanie zrobić na mnie takie wrażenie jak "Solitude in Madness". Nie popełnię błędu stwierdzając, że to kwintesencja stylu Vader, swoista kompilacja brzmień i riffów tak bardzo ich charakteryzujących. Jest w tym ta thrashowa energia i pazur, pewna chwytliwość, jaką znamy z takich numerów jak "The Final Massacre", "The Code" czy "Triumph of Death" przewijająca się przez całą twórczość zespołu, ale i przede wszystkim ten death metalowy walec i ekstrema. Coś pięknego! Produkcyjnie i kompozycyjnie jest to majstersztyk, i nie da się temu zaprzeczyć. Wystarczy posłuchać takich kawałków jak "And Satan Wept", "Emptiness" (przynosi na myśl "Wyrocznię" Kata) lub "Final Declaration" (tak się składa, że następują na płycie jeden po drugim), aby przekonać się na własnej skórze (a właściwie uszach), że Vader długo jeszcze nie powie ostatniego słowa, a także poczuć autentyczną dumę, że mamy w Polsce taki zespół. Warto jeszcze wspomnieć, że grupa pokusiła się o nagranie coveru Acid Drinkers "Dancing in the Slaughterhouse", który odegrali jak swój własny utwór. Takie podejście do coverów lubię i szanuję - własna interpretacja i we własnym stylu. Całość albumu wieńczy znakomita okładka autorstwa Wesa Benscotera, który jest również autorem tej zdobiącej "De Profundis". Przypadek? Nie sądzę!

Dostaliśmy od Vader płytę, moim zdaniem idealną, pełną tego wszystkiego, za co od tylu lat kocha się ten zespół. Album nie wymaga dodatkowej zachęty, każdy fan metalu po prostu powinien się z nim zapoznać. W tym roku mamy Vader i potem długo nic do kolejnego miejsca na podium wydawnictw. Sztos!

http://www.vader.pl/
https://www.facebook.com/vader/
https://vader-store.com/
https://www.facebook.com/VADERLegionsSince1983/

English translation:

For me probably the most awaited release of this year. The announcements were very promising, and the album itself literally destroyed and swept away. All that is left is dust and ashes!

"Solitude in Madness" is the return of Vader in all its glory and one of their heaviest and most intense, energetic albums next to their debut, "De Profundis" or "Black to the Blind". The band announced that it would also be their most brutal material since "Litany" and that is also very true (by the way, very contrasting with the strongly thrashing predecessor - "The Empire"). The general and his army did not take prisoners! The album lasts less than half an hour, and I do not know if any other anno 2020 material from those that have been and will be released will impress me like "Solitude in Madness". I will not make a mistake by stating that it is the quintessence of Vader's style, a kind of compilation of sounds and riffs characterising them. It includes this thrash energy and claw, a certain catchiness that we know from such tracks as "The Final Massacre", "The Code" or "Triumph of Death", running through the whole discography of the band, but above all - this extreme attitude and death metal heaviness. Something beautiful! It is a masterpiece in terms of production and composition, and it cannot be denied. All you have to do is listen to such songs as "And Satan Wept", "Emptiness" (the main riff can be associated with "Wyrocznia" by Kat) or "Final Declaration" (they appear one after another on the album) to feel it on your own skin (or actually in your own ears) that Vader is not about to say their last word, and also feel the real pride that we have such band in Poland. It is also worth mentioning that the group recorded the cover of Acid Drinkers "Dancing in the Slaughterhouse", which they played as their own song. I like and respect this cover approach - of own interpretation and style. The whole album is crowned with an excellent cover art by Wes Benscoter, who is also the author of "De Profundis" cover. Coincidence? I don't think so!

In my opinion we have received a perfect album from Vader, full of everything for which this band has been loved for so many years. The album doesn't require additional encouragement, any metal fan should check it. This year we have Vader and then a long blank space til the second place on the podium.




piątek, 3 stycznia 2020

Dissection - Storm of the Light's Bane (Nuclear Blast 1995/ Irond 2002)

Drugi album w dorobku Dissection darzony jest chyba jeszcze większym poważaniem niż ich debiut - "The Somberlain". Zespół w nieco zmienionym składzie - z Johanem Normanem na drugiej gitarze - powrócił w 1995 do studia Unisound i rozpoczął wraz z Danem Swano pracę nad kolejnym materiałem. Płyta ugruntowała pozycję zespołu na szwedzkiej scenie oraz ich unikalny styl, będący melodyjną mieszanką Death oraz Black Metalu. "Storm of the Light's Bane" to album dojrzały i oszlifowany, przemyślany w każdym aspekcie. W porównaniu do swojego poprzednika ma potężniejsze, bardziej dopracowane brzmienie, jest miejscami niemal epicki. Wciąż podbudowany Death Metalem w szwedzkim stylu, aczkolwiek stale rozwijający szerzej Black Metalowe patenty w ścieżkach gitar i atmosferze kompozycji. Złowieszczy, acz pełen patosu klimat i otaczające nas zewsząd molowe roje aż nadto to potwierdzają. Powstało dzieło na tyle pionierskie i znaczące dla sceny, że swoją wartością można je niemal porównywać do "De Mysteriis Dom Sathanas" Mayhem. Dissection wraz z At the Gates byli wtedy pionierami lekko melodyjnego stylu grania; charakterystycznego brzmienia, które potem naśladowało i rozwijało tak wiele zespołów, z Sacramentum oraz Gates of Ishtar na czele.
"Where Dead Angels Lie" oraz "Night's Blood", które znalazły się na płycie, to jedne z czołowych utworów w dorobku Dissection, wizytówki zespołu, ich unikalnej sztuki. Już one świadczą o tym, jak potężna była to wtedy grupa i w jakiej była formie twórczej. Płyta wydana została w prężnie rozwijającej się Nuclear Blast, mającej u siebie takie zespoły jak Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy czy Benediction. Album okazał się ogromnym sukcesem i zaowocował wspólnymi trasami Dissection z Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates oraz Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" to bez wątpienia jeden z kamieni milowych nie tylko szwedzkiej sceny, ale też niesamowicie wręcz wpływowy materiał zarówno dla Death, jak i Black Metalu. Klasyk po wsze czasy i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości!

English translation:

The second album in Dissection's discography is probably even more respected than their debut - "The Somberlain". The band in a slightly changed line-up - with Johan Norman on the second guitar - returned to Unisound in 1995 and started working with Dan Swano on the next material. The album strengthened the position of the band on the Swedish scene and the unique style of the group, which is a melodic mix of Death and Black Metal. "Storm of the Light's Bane" is a mature and polished album, thought out in every aspect. Compared to its predecessor, it has a more powerful, more refined sound, it is almost epic in some places. Still rooted in Death Metal in the Swedish style, although constantly developing Black Metal patents in the guitar tracks and the atmosphere of the composition. The ominous, yet full of pathos, climate and the minor swarms that surround us from everywhere confirm this without a doubt. The work they created was so pioneering and significant for the scene that its value can almost be compared to "De Mysteriis Dom Sathanas" by Mayhem. Dissection and At the Gates were then pioneers of a slightly melodic style of playing, a characteristic sound that was later copied and developed by so many bands, with Sacramentum and Gates of Ishtar at the forefront.
"Where Dead Angels Lie" and "Night's Blood", which are on the album, are one of the leading songs in Dissection's career, the showcase of the band's unique art. They already prove how powerful the group was then and in what creative form they were. The album was released in the dynamically developing Nuclear Blast, the label having such bands as Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy and Benediction in their roster. The album was a huge success and resulted in joint tours with Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates and Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" is undoubtedly one of the milestones, not only of the Swedish scene, but also incredibly influential material for both Death and Black Metal. A classic for all time and there is no doubt about it!


sobota, 3 sierpnia 2019

Hammerfall - Legacy of Kings: 20-Year Anniversary Edition (Nuclear Blast 2018)

Wydany w 1998, drugi, pełny album Hammerfall to jedna z płyt, które zostaną ze mną po grób, a nawet dłużej. Album, który nigdy mi się nie znudzi, którego nigdy nie przestanę słuchać. Taki mój osobisty klasyk, z którym wiąże się mnóstwo wspomnień i nostalgii. "Legacy of Kings" był jedną z trzech pierwszych płyt z Metalem, jakiej kupiłem będąc jeszcze dzieciakiem, a Hammerfall pierwszym zespołem, który odkryłem samodzielnie. Pamiętam jak dziś (a było to 15-16 lat temu), jak zaintrygowała mnie jej okładka wyróżniająca się na tle innych na ekspozycji lokalnego stoiska muzycznego. Na tyle mocno przykuła mój wzrok, że kompletnie w ciemno kupiłem płytę (było to jeszcze licencyjne wydanie naszego Metal Mind). Był to strzał w dziesiątkę! Już pierwsze dźwięki otwierającego ją "Heading the Call" zawładnęły mną na dobre, a potem pochłonąłem już cały album. W grudniu ubiegłego roku Nuclear Blast wydał specjalną jego edycję z okazji 20-lecia wydania płyty. Nie było opcji, żebym po nią nie sięgnął. To właśnie wydanie jest pretekstem do tego, aby przypomnieć ten Heavy Metalowy monument, przytoczyć trochę wspomnień i historii z nim związanej, opowiedzieć o płycie, która pojawiła się niczym grom w czasie, gdy mało kto już tak grał.
"Legacy of Kings" to starszy brat debiutanckiego "Glory to the Brave" - płyty, która tak rozsławiła Hammerfall i z marszu wyniosła zespół na największe europejskie sceny Metalowej muzyki. Album jest nieco mniej surowy niż jego poprzednik, brzmi znacznie lepiej, potężniej, czyściej i wnosi kolejną porcję znakomitych, nośnych melodii, kapitalnych riffów i znakomitych wokali Joacima Cansa. Kawał świetnej roboty odwalił również Patrik Rafling. Rzadko kiedy można w klasycznym Heavy Metalu posłuchać tak świetnej pracy perkusji, tak kipiącej energią i wyczuciem.
Kompozycje na "Legacy of Kings" są dziełem przede wszystkim Oscara Dronjaka, Joakima Cansa oraz... Jespera Stromblada! Gitarzysta In Flames był już w praktyce poza zespołem, lecz wciąż jeszcze pomagał przy powstawaniu tego materiału zanim podjął ostateczną decyzję o poświęceniu całej swojej uwagi wspomnianemu In Flames. Na albumie znalazła się również kompozycja stworzona przez Andiego Mucka oraz Martina Albrechta ze Stormwitch - "At the End of the Rainbow" (pierwotnie z niedokończonym tytułem "At the End of?"). Andy odezwał się swojego czasu do Oscara z informacją, że ma dla nich numer, który będzie bardzo pasował do ich twórczości. Była to ogromna nobilitacja, tym bardziej, że Stormwitch był jedną z najważniejszych inspiracji w twórczości Hammerfall. Zespół postanowił oddać też hołd innej ważnej dla nich grupie, dodając do płyty cover "Back to Back" Pretty Maids. Chcieli tym krokiem przybliżyć ten klasyczny już zespół młodszej grupie fanów i przypomnieć ich debiut "Red Hot & Heavy".


Produkcją płyty, podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Glory to the Brave", zajął się Fredrik Nordstrom (Studio Fredman, Gothenburg). Swoją pracą i oddaniem przyczynił się w sporej części do zbudowania charakterystycznego brzmienia Hammerfall. Na "Legacy of Kings" udzielił się również grając na pianinie w zamykającej płytę balladzie "Fallen One". Tak jak debiut powstawał w pośpiechu (grupa miała tylko 17 dni w studio, aby ukończyć cały proces nagrywania, miksów i masteringu), tak w przypadku "Legacy of Kings" mieli na to całe 2 miesiące, można było wszystko dopracować. I efekt jest słyszalny!
Przy okazji nagrywania płyty powstały również tak świetnie odegrane covery jak "Man on the Silver Mountain" Rainbow, "Eternal Dark" Picture oraz "I Want Out" Helloween (z gościnnym udziałem Kai Hansena). Zawsze darzyłem w tej kwestii Hammerfall ogromnym szacunkiem. Potrafili zagrać nieswoje numery w taki sposób, że totalnie pasowały do ich repertuaru, a jednocześnie były bardzo wierne oryginałom, to nie lada sztuka.
"Legacy of Kings" okazał się jeszcze większym sukcesem niż "Glory to the Brave" i zaowocował trasami u boku takich grup jak Gamma Ray, Jag Panzer, Raven i Tank oraz dał im pierwszą headlinerską trasę z Primal Fear, Labirynth oraz Pegazus w roli supportu.
Accept, wspomniane wcześniej Stormwitch czy Picture, Helloween, Warlord, Heavy Load, Judas Priest - echa wszystkich tych zespołów składają się na muzykę Hammerfall, ich styl i estetykę, której hołdowali wtedy i której cześć oddają po dziś dzień. Omawiana tu płyta to opus magnum ich twórczości, a osobiście jeden z moich ulubionych krążków wszech czasów. To symbol ścieżki, którą zespół niegdyś obrał i z której do tej pory nie schodzi!
Poniżej możecie zobaczyć wspomniane rocznicowe wydanie "Legacy of Kings". Składają się na nie 2 płyty cd z albumem, coverami oraz materiałem live, oraz DVD z ekskluzywnym wywiadem z całym składem tworzącym album i wybranymi nagraniami z video "The First Crusade" oraz "Templar Renegade Crusades". Do tego dochodzi jeszcze opasły booklet ze wspomnieniami, mnóstwem zdjęć i memorabiliów oraz tekstami utworów. Dla fanów mus absolutny!


English version:

Released in 1998, the second, full-length Hammerfall album is one of the records that will stay with me for til death, or even longer. An album that I will never get bored with, which I will never stop listening to. My personal classic, which is associated with a lot of memories and nostalgia. "Legacy of Kings" was one of the first three Metal albums, which I bought while I was still a kid, and Hammerfall was the first band I discovered myself. I remember like it was today (and in reality 15-16 years ago), how intriguing its cover was, which stands out from the others at the local music stand exhibition. It caught my eye so much that I bought the record without hesitation (it was a license issue of our Metal Mind). It was a hit! Already the first sounds of the opening "Heading the Call" took me over for good, and then I absorbed the whole album. In December last year, Nuclear Blast released a special edition for the 20th anniversary of the release of the album. There was no option that I would not reach for it. This edition is a pretext to recall this Heavy Metal monument, bring back some memories and stories associated with it, tell about the album, which appeared like thunder at a time when hardly anyone played like that anymore.
"Legacy of Kings" is the older brother of the debut album "Glory to the Brave" - ​​a record that made Hammerfall so famous and took the band out on the march to the largest European Metal music scenes. The album is a bit less raw than its predecessor, sounds much better, more powerful, cleaner and brings another portion of great, powerful tunes, outstanding riffs and excellent vocals of Joacim Cans. Patrik Rafling also did a great job. It is rarely possible to listen to such a great work of percussion in a classic Heavy Metal, one so full of energy and sense.
The compositions for "Legacy of Kings" are the work of, above all, Oscar Dronjak, Joakim Cans and ... Jesper Stromblad! In Flames guitarist, he was already in practice no longer in the band, but he was still helping with the creation of this material before he made the final decision to devote all his attention to the mentioned In Flames. The album also includes a composition created by Andy Muck and Martin Albrecht of Stormwitch - "At the End of the Rainbow" (originally with an unfinished title "At the End of?"). Andy called Oscar once, telling him that he had a composition for them that would suit their work. It was a huge ennoblement, the more that Stormwitch was one of the most significant inspirations for Hammerfall. The band decided to pay homage to one more group important for them, by adding a cover of "Back to Back" by Pretty Maids. They wanted to introduce this classic band to a younger group of fans and recall their debut "Red Hot & Heavy".
The production of the album, as it was with "Glory to the Brave", was conducted by Fredrik Nordstrom (Studio Fredman, Gothenburg). Through his work and devotion, he contributed a lot to building the characteristic Hammerfall sound. On "Legacy of Kings" he also played the piano on the "Fallen One" ballad. Just like the debut was created in a hurry (the group had only 17 days in the studio to complete the whole process of recording, mixing and mastering), in the case of "Legacy of Kings" they had whole 2 months - they could focus on everything. And the effect can be heard!
During the recording of the album also such well-performed covers were made - Rainbow's "Man on the Silver Mountain", "Eternal Dark" by Picture and "I Want Out" by Helloween (with guest participation by Kai Hansen). I have always had great respect in this matter towards Hammerfall. They could play other bands stuff in such a way that they totally matched their repertoire, and at the same time they were very faithful to the originals, it's not an easy art to do so.
"Legacy of Kings" turned out to be even more successful than "Glory to the Brave" and resulted in tours alongside such groups like Gamma Ray, Jag Panzer, Raven and Tank, and gave them the first headlining tour with Primal Fear, Labirynth and Pegazus as support .
Accept, the previously mentioned Stormwitch or Picture, Helloween, Warlord, Heavy Load, Judas Priest - the echoes of all these bands can be heard in Hammerfall's music, in their style and aesthetics, all of which they worshiped at that time and which they honor to this day. Record discussed here is their opus magnum, and personally one of my favorite albums of all time. It is a symbol of the path that the band once chose and which they did not left!
Below you can see the mentioned anniversary edition of "Legacy of Kings". It consist of two CD's with an original album, covers and live material, and a DVD with an exclusive interview with the line-up responsible for creating the album, and selected recordings from the video "The First Crusade" and "Templar Renegade Crusades". A thick booklet with memories, lots of photos and memorabilia, and song lyrics is also added here. Absolute must for the fans!









niedziela, 19 maja 2019

Possessed- Revelations of Oblivion (Nuclear Blast 2019)

Possessed powraca z nową płytą po ponad 30 latach. I powraca w naprawdę dobrym stylu. Mimo upływu tylu lat, rozpadzie oryginalnego składu, zespół nie powiedział ostatniego słowa i wciąż potrafi stworzyć materiał, który zadowoli nawet tych najbardziej wymagających. Może nie będzie okrzyków nie wiadomo jakiego zachwytu, ale aprobata, szacunek i pozytywne zaskoczenie z pewnością. Grupa pod dowództwem Jeffa Becerry nagrała intensywną, treściwą i potężnie brzmiącą płytę- Death/ Thrash Metal najwyższej próby nawiązujący w wielu miejscach do tego co pamiętamy z czasów "Seven Churches" czy "Beyond the Gates", tyle, że w nowej odsłonie. Już nie tak odkrywczy jak wtedy, ale wciąż potrafiący słuchacza sponiewierać i pokazać klasę w temacie.
"Revelations of Oblivion" to dwanaście intensywnych gnających na złamanie karku kompozycji (widać, że na sekcję rytmiczną położono szczególny nacisk), wypełnionych zmianami temp, ciekawymi solówkami i świetnym wokalem Jeffa. Trzeba przyznać, że wciąż jest w formie i nie dostrzega się jakieś zasadniczej różnicy w porównaniu ze starymi płytami. Słychać, że to on i że czuje się w swojej robocie niczym ryba w wodzie. Ten album to nic innego jak kontynuacja dziedzictwa tej grupy. Nie odkrywają niczego nowego, nie zmieniają stylistyki, nie eksperymentują. Rzucają w stronę fanów pytanie: Pamiętacie nas? To znowu Possessed! Jeżeli wciąż uwielbiacie oldschoolowy Death/ Thrash to zapraszamy! Produkcja płyty może jest nieco mniej oldschoolowa, ale z pewnością nie same kompozycje. Cóż, to już nie tamte czasy i nie podziemie. Nie jest surowo, ale z to soczyście i dynamicznie. Także nie jest to rzecz jasna minus. Possessed nigdy wcześniej nie brzmiało tak potężnie.
Reasumując dostajemy od Possessed solidną płytę, której świetnie się słucha i która zlatuje niemal momentalnie. Może pozbawiona jest jakiś wyraźnych, konkretnych highlightów, czegoś na miarę tzw. hitów, ale jako całość sprawdza się świetnie. Osobiście cieszę się, że zespół powrócił na scenę, że nowa ekipa jest w świetnej formie, potrafi wciąż tworzyć dobre numery i że dostaliśmy szansę doświadczyć sztuki spod znaku Possessed po raz kolejny. W końcu to legenda i ojcowie chrzestni Death Metalu nie?

https://www.facebook.com/possessedofficial/
https://possessedofficial.com/

English version:

Possessed is back with a new album after over 30 years. And it returns in a really good style. Despite the passage of so many years, split-up of the original lineup, the band did not say the last word and still can create material that will satisfy even the most demanding. Maybe there will be no shouts, no great admiration, but approval, respect and positive surprise for sure. The group under the command of Jeff Becerra recorded an intense, rich and powerful sounding album - Death / Thrash Metal, which in many places resembles what we remember from the times of "Seven Churches" or "Beyond the Gates", but in the new version. Not as groundbreaking as it was then, but still able to crush the listener and show the class in the subject.
"Revelations of Oblivion" are twelve intense, rushing compositions (one can see that a special emphasis was placed on the rhythm section), filled with tempo changes, interesting solos and great vocals by Jeff. Admittedly, he is still in the form and there is no major difference compared to the old records. You can hear that it is him and that he feels in his job like a fish in water. This album is nothing but the continuation of the heritage of this group. They do not discover anything new, they do not change their style, they do not experiment. They throw in the question: Do you remember us? It's Possessed again! If you still love Oldschool Death / Thrash, join us! The production of the album may be slightly less oldschool, but certainly not the compositions themselves. Well, it's not those times and not the underground. It is not severe, but it is condensed and dynamic. Also, it is not a disadvantage, of course. Possessed never sounded so powerful before.
Summing up, we get a solid record from Possessed, which is great to listen to. Maybe it is devoid of any explicit, specific highlights, something likea hit of some sort, but as a whole it works great. Personally, I'm glad that the band has returned to the scene, that the new line-up can still create good stuff and that we got the chance to experience the Possessed art once again. After all, they are a legend and Godfathers Death Metal!

 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Blind Guardian- Nightfall In Middle-Earth (Virgin 1998/ Nuclear Blast 2018)

Może nie jest to mój ulubiony album Blind Guardian, ale mam do niego spory sentyment i co jakiś czas z ogromną chęcią do niego wracam. Napisać o nim postanowiłem, jako, że dorwałem ostatnio ubiegłoroczne, dwupłytowe wznowienie z Nuclear Blast i jakoś tak ten sentyment się uruchomił ponownie. Bądź co bądź, był to pierwszy album tej niemieckiej ekipy jaki niegdyś usłyszałem.
"Nightfall In Middle-Earth" to pierwszy koncept album w dorobku Blind Guardian, a po "Imaginations From the Other Side" najbardziej kompleksowy i bogaty jaki udało im się nagrać (przynajmniej moim zdaniem). Płyta poświęcona jest jednemu z wątków "Silmarillion" J.R.R. Tolkiena, i co ciekawe, zadedykowanie albumu tej książce nie pojawiło się od razu. Początkowo w planach był "Pierścień Nibelungów", powstały nawet teksty do tego własnie konceptu, które potem zostały zmienione. Rozważana była również saga o Merlinie, lecz ostatecznie uwielbienie Hansiego dla świata stworzonego przez Tolkiena zwyciężyło. W sumie bardzo dobrze się stało, bo dzięki temu powstało oryginalne dzieło. Tematykę "Pierścienia Nibelungów" wykorzystał już chociażby Grave Digger, czy Mystic Circle. I co warto jeszcze zaznaczyć, Hansi uważa, że to najlepsza płyta w ich dorobku.
Album powstawał zarówno przed wejściem zespołu do studia, jak i w trakcie nagrań, prace trwały niemal do ostatniej możliwej do wykorzystania chwili. Koncept okazał się być bardzo wymagający. Nie tylko ze względu na sporą ilość kompozycji, ale również umieszczonych między nimi narracyjnych przerywników. Nie zapominajmy również o presji jaką zostawił poprzedni album- "Imaginations From the Other Side". Poprzeczka była podniesiona bardzo wysoko.
Uważam, że zespół sprostał wyzwaniu. Może nie przebija to "Imaginations..." (to opinia subiektywna), ale forma jest utrzymana, a materiał, chodź inny, wciąż jest równie dobry. Mamy tu takie klasyki jak "Into the Storm", "Mirror Mirror", "Nightfall", czy niesamowicie nastrojowy i emocjonalny "Blood Tears". Zresztą cała płyta jest wypełniona tymi właśnie cechami, acz ten utwór jest ich najlepszym przykładem. Każdy z tych numerów, jak i większość pozostałych, sprostał próbie czasu i cały czas świetnie się broni. Mamy zatem do czynienia z dziełem, mówiąc szczerze, ponadczasowym i wyróżniającym się w historii muzyki Metalowej, a i sceny lat 90-tych. Pozwolę sobie nawet stwierdzić, że dzięki "Imaginations..." oraz "Nightfall In Middle Earth" Blind Guardian może poszczycić się posiadaniem na koncie jednych z najlepszych albumów Metalowych jakie powstały w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku. Nie dość, że płyta jest ambitna, to i bogata w wiele inspiracji i totalnie niepodległa jeżeli chodzi o jakąś szufladkę w Metalowym rzemiośle. Miesza się tu ze sobą Power Metal, Thrash, elementy progresywnego grania, a nawet folku. Jest to przykład płyty, którą wypada znać. Może nie od razu lubić, bo gusta są różne, ale z pewnością szanować.
Z tą płytą wiąże się też pewna ciekawostka, może nie z samą muzyką, a jej promocją. Wytwórnia stwierdziła, że ciekawym posunięciem byłoby gdyby zespół zaprezentował się na zdjęciach w jakiś średniowiecznych ciuchach, czego do tej pory nie praktykowali i nie chcieli praktykować. Mieli swój styl, którego trzymali się od samego początku. Niemniej jednak zgodzili się na ten jeden wyjątek. I tak oto w czasie gdy ukazała się płyta można było ich oglądać w takiej właśnie stylizacji fantasy,która szybko została porzucona.
Poniżej wspomniana na początku tekstu najnowsza reedycja niniejszej płyty. Poza oryginalną wersją płyty zawiera również jej poddaną remiksowi wersję oraz szczyptę bonusów. Mówiąc szczerze te ponowne miksy nie wyszły najlepiej. Niby uwypuklone zostały pewne uprzednio bardziej schowane w tle elementy, ale odbyło się to kosztem dynamiki i samego brzmienia, które moim zdaniem uległo spłaszczeniu, co niestety w przypadku Blind Guardian nie działa na plus. Przecież gro ich kompozycji czerpie swoją dodatkową siłę właśnie z mocnego, wyrazistego brzmienia. Całe szczęście, na drugim dysku dostajemy oryginał. Poza tym, reedycja jest udana. Ciekawym zabiegiem było zachowanie oryginalnych grafik zdobiących album poszerzając je w środku o nowe. Co prawda w innym stylu, ale klimat zachowany. W środku trochę wspomnień każdego z członków zespołu, także i poczytać jest co. Co prawda znajdziemy tu niemal dokładnie to samo co w poprzednich wznowieniach, zmienił się tylko wydawca, ale jest to bardziej dopracowane i już warte swojej ceny. Jak ktoś ma pierwsze wydanie, to nie namawiam tu do zakupu, ale jeżeli nie, a lubi te wszystkie wspomniane smaczki, to warto sięgnąć.





poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Cradle of Filth- Cryptoriana: The Seductiveness of Decay (Nuclear Blast 2017)

Zwlekałem z napisaniem czegokolwiek o tej płycie głównie z tego powodu, że jest multum naprawdę ciekawszych albumów o których warto napisać, a i dla tego, że chyba zmęczyło mnie już to ich granie. Najnormalniej nie chce mi się już tego słuchać. Mimo takich odruchów czułem się w obowiązku napisać wreszcie o "Cryptoriana: The Seductiveness of Decay" jako, że "Hammer of the Witches" był jakimś tam pozytywnym zaskoczeniem i rodził nadzieje (dlatego też w ciemno kupiłem najnowszy album). Tak, "Cryptoriana..." to obiektywnie rzecz biorąc dobry album, w porównaniu z tymi po "Cruelty...", a przed "Hammer..." to nawet bardzo dobry. Kontynuuje dokładnie to co zaczęła poprzedniczka, kropka w kropkę, czyli powrót do staroci, tutaj może z nieco większą symfoniką i naciskiem na chóry, ale z drugiej strony wciąż wyłażą tu na wierzch patenty znane z trzech pierwszych płyt tych Brytyjczyków. Zespół pokazał konsekwencję i formę w rewitalizacji swojego grania i powrotu do tych najlepszych rozwiązań, niemniej jednak dał też odczuć, że to raczej wszystko na co ich jeszcze stać. Kolejnych odkryć, czy ewentualnych niespodzianek nie ma co się spodziewać. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Cradle of Filth napisał już początek i koniec swojej historii. Co z tego, że kompozycyjnie i instrumentalnie jest świetnie, jeżeli czuć w tym brak tamtej energii i pasji. Im bardziej się w to granie zagłębić to odnosi się wrażenie, że czegoś tu brakuje, taka emocjonalna płycizna. Ktoś może powiedzieć, że niby klimacik jest, no ale nie łapmy się już za wszystko co można na siłę. Mam wrażenie, że Cradle of Filth mają podobny problem co Paradise Lost. Cofnęli się w przeszłości żeby odbudować podupadającą pozycję, cofnąć się do lat świetności, i ok, na bank do kogoś to trafiło i się podoba, coś w tym widzi co ja przestałem dostrzegać, bo na poprzedniej płycie było dosyć przekonująco. Niestety "Cryptoriana..." ocuciła mnie z letargu, a CoF ostatecznie odkładam na półkę i zapisuję już do przeszłości. Radykalnie, ale serio, już nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Wydaje mi się, że to album przede wszystkim dla oddanych fanów Daniego i spółki. Reszta spokojnie przeżyje bez niego. Tyle ode mnie.


poniedziałek, 30 lipca 2018

Blind Guardian- Tales from the Twilight World (No Remorse Records 1990/ Nuclear Blast 2017)

Mój ulubiony album Blind Guardian, od zawsze na zawsze! Płyta, która zdefiniowała ich styl, pozwoliła się wybić i przerosła swoje dwie poprzedniczki i to o niemal przysłowiowe lata świetlne. Album kipi od energii, pomysłów, miejscami niemal queenowskich aranżacji (co już konkretnie da o sobie znać na "Somewhere Far Bayond") i nietuzinkowej atmosfery. Co ciekawe, utwory na album powstawały podczas tzw. jam sessions, one po prostu samoistnie rodziły się z pasji ich zaangażowania w granie. Jak na czas w którym ukazał się "Tales from the Twilight World" nie znajduję zespołu w podobnych klimatach, który stworzyłby tak natchniony i świdrujący mózgownicę materiał. Miesza się tu zarówno Power i Thrash metal, jak i elementy klasycznego Heavy oraz odrobiny Metalu Progresywnego. No i te solówki, Andre i Marcusa po prostu wymiatają aż drzazgi lecą! Całość podpiera mocarna perkusja Thomasa, a wieńczy charakterystyczny, silny wokal Hansiego. Nie tak znowu wiele jest zespołów w których zaistniał tak zgrany i świetnie uzupełniający się skład, była chemia.
Na albumie znalazło się sporo klasyków, które zespół od tamtego czasu niemal zawsze grywa na swoich koncertach. Mamy tu otwierający płytę "Traveller in Time", kultowy "Welcome to Dying", pierwsza klasyczna ballada w repertuarze grupy "Lord of the Rings" (za każdym razem wzbudza te same nostalgiczne emocje, ech...) oraz "Lost in the Twilight Hall" z gościnnym udziałem Kai Hansena (ex Helloween, Gamma Ray). Warto też zwrócić uwagę na tu i ówdzie flirtujący swoimi galopadami z konkretnym Speed Metalem "Tommyknockers". Także pojawia nam się tu kolejny rodzaj metalowej sztuki, której elementów możemy doszukać się na "Tales from the Twilight World". To wszystko świadczy o wielkości tego dzieła, a może przede wszystkim jego bogactwa brzmieniowego. Dla samego zespołu jest równie ważne i znaczy koniec pewnego okresu działalności, a początek nowego. Muzycznie był to niesamowity krok naprzód. Wydanie albumu zwieńczyła trasa razem z Iced Earth, którzy w tamtym momencie debiutowali wydając swój pierwszy długograj. Warto też wspomnieć, tak już na marginesie, że jest to pierwsza płyta z okładką autorstwa Andreasa Marschalla, którego dzieła będą przez dłuższy czas wieńczyły krążki Blind Guardian i które, poniekąd staną się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Na koniec powiem tylko jedno, niemiecka scena metalowa może być dumna z takich dzieł, a nawet powinna!


wtorek, 10 lipca 2018

Immortal- Northern Chaos Gods (Nuclear Blast 2018)

Wrócili! Otwarły się wrota Blashyrkh i stary, dobry Immortal powrócił w całym swym mroźnym majestacie i chwale! Tak jest proszę Państwa! Demonaz i Horgh pokazali wszystkim, że ten zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a co więcej zapowiada jeszcze całą masę potężnej Black Metalowej sztuki na przyszłe lata. Obaj panowie dali dowód temu, że Abbath nie równa się Immortal. Może i był charyzmatyczny i z jego postacią przede wszystkim kojarzyło się zespół, ale jak się okazuje to Demonaz jest tym który dawał muzyce zespołu tą niepowtarzalną aurę i charakter. Wszystko to tutaj pokazał. W końcu był nie tylko współzałożycielem Immortal, ale przede wszystkim współautorem muzyki, autorem tekstów i kreatorem słynnego, skutego lodem Blashyrkh. "Northern Chaos Gods" to powrót do starych dobrych lat twórczości grupy. Wyraźnie słychać tu echa ich najlepszych płyt, mam tu na myśli przede wszystkim "Pure Holocaust" oraz "At the Heart of Winter" (już po rozpakowaniu i rozchyleniu digipaka łypie na nas stare logo zespołu), połączonych w jeden spójny organizm i brzmiących równie siarczyście, złowieszczo jak potężnie. To jest tamten typ riffów, tamten niesamowity klimat, który był i jest wizytówką tej norweskiej hordy. Nie zabrakło tu żadnej cząstki, która stworzyła ich styl poczynając od surowości i tnących niczym zamieć gitar z pierwszych lat działalności, przez potężną perkusyjną nawałnicę Horgh'a, po epickie i podniosłe motywy tak mocno inspirowane Bathory jakie kształtowały się na kolejnych krążkach. Płyty słucha się jednym tchem, jest bardzo spójna, świetnie zbalansowana i każdy element jest tutaj niezbędny, dzieło skończone, śnieżna bestia która ponownie obudziła się do życia! Wystarczy posłuchać utworu tytułowego, "Into Battle Ride" czy zamykającego album "Mighty Ravendark" żeby wszystko było jasne.
Powiem tak, na taki album od nich czekałem. Immortal pokazali klasę w swoim stylu. Jeżeli mieli cokolwiek do udowodnienia, to to zrobili. Zgasili wszelkie powątpiewania w ich egzystencję i tworzenie bez Abbatha na pokładzie niczym peta. Pretendent do mojej płyty roku? Bez dwóch zdań! Stara gwardia górą, chylić czoła!

https://www.facebook.com/immortalofficial/
https://www.immortalofficial.com/


sobota, 12 maja 2018

Dimmu Borgir- Eonian (Nuclear Blast 2018)

Po 8 latach przerwy powraca z kolejnym albumem Dimmu Borgir. Czy to powrót warty uwagi, czy warto było nań czekać aż tyle lat? Myślę, że tak. Ekstremalnych zachwytów uskuteczniać nie będę, ale album z pewnością pozytywnie mnie zaskoczył. Uważam, że jest na prawdę bardzo dobry i reprezentuje z pewnością coś więcej niż tylko trzymanie poziomu. Dimmu Borgir już od wielu lat robi swoje i nie ogląda się na boki. Wypracowali swój własny charakterystyczny styl i nadal się go trzymają, nie pomyli się ich z nikim innym. "Eonian" jest płytą urozmaiconą, ambitną, uważam, że nieszablonową, pełną ciekawych rozwiązań, a jednocześnie wciąż podążającą tą samą ścieżką którą wytyczyły poprzednie produkcje. Jak na Dimmu Borgir przystało napakowany jest symfoniką, melodyjnością, pewną dozą przebojowości ("Interdimensional Summit"), ale i fajnie balansuje ze sobą wolniejsze i szybsze tematy, a nawet koresponduje co nieco ze stylistyką znaną już poniekąd z płyt Satyricon ("Aetheric"), czy elementami o rytualno, szamańskim zabarwieniu ("Council of Wolves and Snakes"). Jest także puszczone oko do nieco, nazwijmy to umownie i na wyrost, odrobinę bardziej tradycyjnych brzmień gatunku ("The Empyrean Phoenix") oraz dawka podpartej melodią epickości i patosu ("Lightbringer"), nawet gdzieś mi w tym estetyka Ghost śmignęła. Także jednym słowem sporo się tu dzieje i w moim własnym odbiorze jest czego posłuchać, nudy się nie doświadczy. Nie ukrywajmy jednak pewnego znaczącego faktu. Metalowym ortodoksom, purystom ten album nie przypadnie do gustu i to jest raczej pewne. Natomiast tym którzy lubią symfonikę, chóry, eksperymentowanie płyta powinna jak najbardziej podpasować. I żeby było jasne, Black Metal sam w sobie nie jest tu na pierwszym planie, to jedynie podstawa pod całą resztę. Przytaczając ponownie ocenę z początku recki, uważam "Eonian" za płytę solidną i nieprzeciętną, jednym słowem bardzo dobrą, mającą sobą coś do zaoferowania. Jak to się mówi, może dupy jakoś specjalnie nie urwała, ale zostawiła sporo pozytywnych wrażeń, dzięki którym prawdopodobnie nie raz sobie do tego krążka wrócę, po prostu jest do czego.
A, byłbym zapomniał, szacun za okładkę albumu (ukłony dla Zbyszka Bielaka!). Z wyjątkiem "In Sorte Diaboli", najlepsza od czasów "Stormblast"!


czwartek, 7 grudnia 2017

Destruction- Thrash Anthems II (Nuclear Blast 2017)

Kolejna z dosyć modnych ostatnimi czasy płyt w stylu przypominamy/ odgrzewamy/ nagrywamy ponownie. Wiadomo jak z tego typu przedsięwzięciami jest, chyba nawet zdarzyło mi się przy jakiś tam okazjach nie raz o tym wspomnieć. Można to zrobić z energią, pasją, nostalgią i faktycznie stworzyć fajną retrospekcję dawnych dziejów, a przy okazji pokazać jakby teraz zabrzmiały dawne klasyki, tchnąć w nie nową jakość. Można też zrobić to jako coś na poczekaniu, trochę na odpierdol, żeby zapełnić lukę powstałą z braku weny lub najprościej mówiąc nabić czymś kabzę. "Thrash Anthems II"  Destruction to niewątpliwie pierwszy przykład. Już w 2006 popełnili taką właśnie płytkę, a w tym roku mamy jej kontynuację. Poprzedniczka była naprawdę dobra, ale "II" bije ją na głowę. Zespół pokazał jak wciąż kapitalnie, pomimo ponad 30 lat na scenie, potrafią zagrać kawałki z lat swojej chwały, wciąż z energią i ogniem, tak jak kiedyś, tylko w nowej odsłonie. Wiadomo, tak zupełnie czasu się nie cofnie. Do sięgnięcia po płytę nakłonił mnie tzw. teaser tego wydawnictwa. Wystarczył zawarty tam fragment "Black Mass" z kultowej epki "Sentence of Death", abym nie miał już wątpliwości, że warto. Płyta dotarła, wylądowała w odtwarzaczu, i żeby uniknąć już wypełniaczy w stylu różnych achów i ochów, najnormalniej w świecie w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Dostałem dokładnie to czego się spodziewałem, ni mniej- ni więcej, oczekiwania zostały spełnione. Niby brzmienie już nie to co wtedy i czas nie ten, ale Destruction zagrali te kawałki w taki sposób, że ma się wrażenie, iż cofnęli się duchem do owych dni, że pojawiła się w nich ta sama iskra, która pchnęła ich w tamtym czasie do grania. Iskra która, wciąż w pewnym stopniu towarzyszy im do dziś. Na tym krążku znów rozpalił się z niej tamten dawny ogień. Wydawnictw tego typu, niosących takie emocje może być więcej, nie mam nic przeciwko, bo właśnie o to powinno w nich chodzić. Tak jeszcze na marginesie wspomnę o bardzo trafionym koncepcie apropo tej płyty. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Thrash Anthems I" obok tekstów pojawia się mnóstwo memorabiliów z okresu od dema "Bestial Invasion of Hell" po "Cracked Brain", także nostalgiczny double strike!. Podsumowując, tak to się powinno robić Proszę Państwa!


piątek, 2 czerwca 2017

Kreator- Gods of Violence (Nuclear Blast 2017)

Ostatnimi czasy dostaliśmy nowe albumy takich tytanów thrashu jak Destruction, Testament, Sodom czy właśnie Kreator, który to wzbudził wśród fanów najwięcej kontrowersji. A to, że to już nie to, że ich muzyka się zestarzała, że melodyjne, że to już było i nic nowego nie wnosi... Hmmm. Czyżby szukanie dziury w całym, malkontenctwo się odzywa? Tego typu opinie działają na mnie zawsze jak płachta na byka i wiem też, że jak jakiejś płycie, a zwłaszcza tej wydanej przez starą gwardię, mocno się obrywa ze wszystkich stron, to powinienem poświęcić jej uwagę. No, ale dobra, do rzeczy.
Już od dawna istnieje wśród sporego grona słuchaczy tendencja do oczekiwania od zespołów grania tak jak na płytach, które przyniosły im chwałę. W przypadku Kreator, stale spogląda się w kierunku "Pleasure to Kill", "Extreme Aggression" czy "Coma of Souls". Ok to zrozumiałe bo to ich najwybitniejsze dzieła, ale trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że takie płyty nagrywa się raz w życiu, są po prostu niepowtarzalne. Druga rzecz to to, że każdy zespół chce iść, dalej, grać nie patrząc na boki, realizować się, a nie tkwić cały czas w jednym punkcie. Kreator nie tkwi, cały czas podąża swoją własną ścieżką, oddając się obecnie nieco bardziej chwytliwej odmianie thrashu z heavy metalową melodyką. Przyznam się bez bicia, że jeszcze do niedawna z Kreatorem nie było mi jakoś specjalnie po drodze, generalnie thrashowe granie zawsze traktowałem raczej pobieżnie, jak to się mówi- po macoszemu, trzymając się tylko i wyłącznie swoich żelaznych faworytów. Nie długo po wydaniu (a nawet jeszcze przed za sprawą "singli") niemal podsunięto mi pod nos ich najnowszy album co poniekąd przyczyniło się do tego, że postanowiłem wsłuchać się w ostatnią twórczość Kreator nieco bardziej, poświęcić czas owej najnowszej płycie i wrócić sobie do ich pierwszych albumów, które słyszałem przed laty. No i tak się niespodziewanie złożyło, że trybiki zaskoczyły, a maszyna ruszyła. To co pokazują na "Gods of Violence" to po części kontynuacja elementów i schematów obecnych już na poprzedzających płytach, ale za to przyjęta wcześniej forma jest tu jeszcze bardziej energetyczna i chwytliwa. Jest w tym pasja i pewna porywająca iskra, która sprawia, że łyka się to granie bez popitki. Nie od razu doszedłem do tych wniosków, potrzeba było kilku odsłuchów (a z każdym kolejnym było coraz lepiej), abym szczerze ten album polubił oraz to inne oblicze zespołu w zauważalny sposób odbiegające od ich klasyki. Naprawdę warto po ten album sięgnąć chociażby ze względu na otwierający płytę "World War Now" (tak się powinno rozpoczynać album, jest moc!), "Totalitarian Terror" (nie tylko świetny muzycznie, ale i tekstowo) czy tytułowy "Gods of Violence" z zapadającym w pamięć motywem początkowym. W kwestii dających się zapamiętać melodii, czy riffów ten krążek jest istnym rogiem obfitości. Warstwa liryczna też jest tu kapitalna, to nie są utwory za przeproszeniem o tym co ślina na język przyniesie.
Na koniec pragnę jeszcze wspomnieć graficzną oprawę "Gods of Violence", która pewnymi elementami zbyt mocno przywodzi na myśl tą z "South of Heaven" Slayer. I to moim zdaniem jest jedyny, drobny minus tego wydawnictwa. Zabrakło tu nieco więcej oryginalności i lepszego pomysłu, który poszedł by w parze z bardzo dobrą zawartością płyty i dał się zapamiętać inaczej niż jako podobieństwo do istniejącej już, znacznie szlachetniejszej oprawy.
Podsumowując, mnie ten album po czasie zdobył i naprawdę z chęcią będę do niego wracał, zwłaszcza po ciężkim dniu w robocie, bo konkretnej dawki energii tu nie brakuje. Tym którzy zwlekli z zapoznaniem się z tą płytą lub z różnych powodów wahają się, szczerze zachęcam do nadrobienia zaległości. Moim zdaniem jak najbardziej warto!
Poniżej standardowe oraz limitowane wydanie albumu z bonusowym koncertem na dvd.





niedziela, 9 kwietnia 2017

Immolation- Atonement (Nuclear Blast 2017)

Immolation należy do tej grupy zespołów, które od lat, nieprzerwanie trzymają poziom i stale serwują swoim fanom dobre i solidne albumy. Wiadomo, czasem jest gorzej, czasem lepiej, bo nie sposób być non stop w szczytowej formie i sypać pomysłami jak z worka, no ale zawsze na konkretnym poziomie i w wypracowanym stylu.
"Atonement" to już dziesiąty z kolei krążek amerykańskich death metalowców i prezentuje zauważalny powrót do świetnej formy sprzed lat, ale zaraz, czy kiedykolwiek Immolation byli w kiepskiej formie? No właśnie! W każdym bądź razie podkręcają śrubę do maksimum i prezentują materiał wręcz miażdżący. Niewiele jest tu rozpędzonej nawałnicy, a więcej ciężkich, transowych kawałków, które wsysają słuchacza niczym najczarniejsza otchłań nie chcąc go wypuścić ze swoich okowów. Nie inaczej, te 11 (w poniższym wydaniu 12) kompozycji wciąga bez reszty, płytę łyka się jednym tchem. Mamy tu pełne pasji, wściekłe gitarowe sola, połamane, mocarne partie perkusji i całe mnóstwo walcowatych, zapętlonych riffów, których słucha się z czystą przyjemnością. Produkcyjnie też nie ma się do czego przyczepić, przynajmniej moim zdaniem. Jest czysto, klarownie, brzmienie jest przejrzyste i dynamiczne. Płyta ma też ciekawy, apokaliptyczny klimat, który buduje jej emocjonalną głębię, także nie jest to tylko i wyłącznie precyzyjne i wypracowane, techniczne łojenie, a coś więcej. Materiał żyje swoim własnym życiem. Może płyta jest mało chwytliwa, nie ma tu zagrywek, które łapałoby się w lot i nuciło pod nosem, ale jest za to niesamowicie spójna, tworzy jedną nierozerwalną całość. Z tego względu nie wyróżnię żadnego utworu jak to zwykłem czynić do tej pory. Chcę gorąco zachęcić do posłuchania jej w całości, od początku do końca. Wybiórczość w tym przypadku może zaburzyć odbiór tego dzieła. Brawa należą się także za niesamowicie udaną szatę graficzną krążka, jest na czym zawiesić oko!
Patrząc na dotychczasową karierę Immolation nie można im zarzucić podążania za modami czy silenia się na jakieś przecieranie nowych szlaków. Zawsze mniej lub bardziej wierni byli swojemu własnemu, okrzepłemu stylowi, nie specjalnie zbaczając z obranej niegdyś drogi. Płytą "Atonement" wciąż pokazują klasę, gdyby tak udanych albumów powstawało więcej to świat byłby lepszy haha. Szczerze polecam zagłębić się w odmęty tej płyty. Każdy entuzjasta klasycznej death metalowej sztuki będzie więcej niż zadowolony!


niedziela, 26 marca 2017

Grand Magus- Triumph and Power (Nuclear Blast/ Scarecrow 2014)

Szwedzki Grand Magus z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej wciągający. Mają już na koncie sporo materiału, a sprawiają wrażenie jakby wciąż chcieli przeganiać samych siebie i to się im udaje. Ich ostatnie dzieło "Swords Songs" jest tego doskonałym przykładem.
Dziś postanowiłem cofnąć się trzy lata wstecz i przypomnieć ich poprzedni album "Triumph and Power". Po stosunkowo przebojowym i nieco łagodniejszym "The Hunt" trzeba było przywalić z pełną mocą i tak się właśnie stało. "Triumph and Power" zabrzmiał o wiele ciężej i jest czystą heavy metalową łaźnią naszpikowaną wpływami takich grup jak Manowar, Cirith Ungol, klasykami niemieckiego heavy, czy nawet namiastką epickości Bathory. Dostajemy tu majestatyczne i ciężkie utwory jak otwierający album "On Hooves of Gold", tytułowy "Triumph and Power" czy zamykający płytę "The Hammer Will Bite", które przepełnione są patosem i niesamowitą mocą. Nie brakuje tu też, rozpędzonych, skrzących się energią i zadziornością kawałków, których najlepszymi reprezentantami są "Steel Versus Steel" czy chociażby pokrzepiający "Fight". Przy obu autentycznie mam ciary! Bardzo ciekawa jest także jedna z instrumentalnych miniatur pt. "Ymer". Nostalgiczna, a za razem podniosła, osadzona w skandynawskiej estetyce.
"Triumph and Power" jest krążkiem bardzo zróżnicowanym, nie kręci się wokół jednego typu utworów, ale nie tracącym jednocześnie balansu. Wszystko zespala typowa dla Grand Magus estetyka oraz klarowne, dopracowane brzmienie, o znakomitych, mocnych wokalach JB (ile ten gość ma pary w gardle!). Uważam ten album za jeden z najlepszych jaki ten zespół nagrał. Pasja z grania i oddanie tej sztuce słyszalne jest w każdej minucie ich gry, w każdym jednym szarpnięciu struny czy uderzeniu w gary. Ten zespół to istny heavy metalowy demon, któremu chyba nigdy nie skończą się pomysły! Jakiekolwiek polecanie uważam za zbyteczne, bo to genialny album, który siedzi na własnym tronie!


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Dismember- Like An Everflowing Stream (Nuclear Blast 1991/ Hammerheart 2015)

Z marszu i bez ogródek mówię, że dla mnie ta płyta to pieprzony majstersztyk! Osobiście uważam ją za najlepszą jaką w kwestii śmierć metalu wydała na świat szwedzka scena (zaraz obok Merciless- "The Awakening")! Schodząc teraz na pułap obiektywizmu jest to album, który do spółki z "Left Hand Path" Entombed bez wątpienia zdefiniował brzmienie szwedzkiego death metalu.
"Like An Everflowing Stream" był nie tylko jedną z ważniejszych płyt w gatunku jakie ukazały się w 1991 roku, ale także pierwszą tak ważną dla, wtedy jeszcze raczkującej, Nuclear Blast. Szef wytwórni Markus Staiger po przesłuchaniu dema "Reborn in Blasphemy" dostał fioła na punkcie grupy i robił wszystko aby podpisać z nimi kontrakt. Aż żal bierze, że takie wytwórnie jak Peaceville czy Earache nie miały ochoty poświęcić Dismember nawet chwili, cóż z pewnością później mocno tego żałowały.
Album został zarejestrowany w studiu Sunlight w ciągu 12 dni marca 1991. Wiadomym jest, że duży wpływ miało na zespół Entombed, ale to co Dismember pokazało na swoim debiucie, jest dokładnie tym czego brakowało ich kolegom na "Left Hand Path". Chodzi tu o pokłady agresji i bezpośredniego podejścia do wykonywanej sztuki, mniej kombinowania, a więcej mięcha i mocy. Nie da się ukryć, że sekcja gitar jest na tym krążku najważniejsza, gęste, mocarne, wysunięte na przód wiosła niewątpliwie dominują, a sekcja rytmiczna nadaje całemu dziełu tak charakterystycznej dla Dismember chwytliwości. Na tej płycie znalazła się kompozycja, która tak na prawdę jest kwintesencją tego zespołu. Mowa tu oczywiście o "Dismembered"! Znakomite połączenie melodii i rasowego, death metalowego łojenia! Warto także wspomnieć kawałek "Sickening Art" zawierający pierwiastki tego co w całej krasie zostało rozwinięte na "Massive Killing Capacity", czyli połączenie death metalu i heavy metalowej motoryki. Co się natomiast tyczy okładki, komentarz zbędny, czysta poezja (Necrolord rządzi po kres czasu!)!
"Like An Everflowing Stream" był ogromnym sukcesem zarówno dla Nuclear Blast jak i samego Dismember. Zaowocowało to dużym zainteresowaniem metalowych mediów (i nie tylko, wiecie co mam na myśli ;) ) oraz trasą u boku takich potęg jak Obituary, Napalm Death czy nawet nasz rodzimy Vader. Ta płyta zapewniła Dismember miejsce wśród najlepszych i zyskała status jednego z niedoścignionych klasyków gatunku!
Poniżej przedstawiam drugą już reedycję tego albumu w barwach Hammerheart Records. Praktycznie niczym nie różni się od pierwszej edycji. Wykonana na wzór pierwszego wydania, jest trochę fotek, są teksty, skromnie, ale solidnie. Jak ktoś nie ma ciśnienia na bicie z Nuclear Blast to śmiało może zainwestować. Szczerze polecam!