Kolejny klasyczny album ze słynnego Grieghallen i drugi mój ulubiony jeżeli chodzi o Gorgoroth (wraz z "Under the Sign of Hell"). Niepowtarzalna muzyka, klimat, no i zajadłe wokale Hata (te jego skrzeki i wrzaski są nie do podrobienia) zawarte na tym półgodzinnym krążku to kanon Norweskiego Black Metalu. Tego co Infernus i spółka wyczarowali na tej płytce chyba już nikt inny nie powtórzył. Materiał na "Pentagram" łączył cechy starego Bathory oraz wczesnego Celtic Frost (mam tu na myśli "Morbid Tales") z tym wszystkim co do Black Metalu wniosła norweska szkoła tego grania. To perfekcyjny przykład na łączenie szlachetnych wzorców z nowym podejściem. Nawet samo brzmienie tej płyty jest niepowtarzalne.
W tamtym czasie poza Infernusem i Hatem załogę Gorgoroth tworzyli Samoth (którego Infernus poznał podczas jednej ze swoich sporadycznych wizyt w Oslo) oraz Goatpervertor. Ten ostatnio opuścił grupę zaraz po nagraniu "Pentagram", zastąpiony przez Frosta z Satyricon. I tu pojawia się taka drobna ciekawostka. Jak dobrze wiemy, pierwsze wydanie płyty ukazało się z ramienia francuskiej Embassy Productions w 1994. Zanim jednak zespół podpisał kontrakt na wydanie płyty chciał ich do siebie przygarnąć Satyr (do swojej mającej wtedy dopiero rok Moonfog Productions), Infernus jednak odmówił.
Nie ma co ukrywać, że tym krążkiem Gorgoroth zasłynął na Black Metalowej scenie lat 90-tych i do tej pory płyta ta traktowana jest z ogromnym szacunkiem i sentymentem, który uważam słusznie się jej należy. Do tego materiału zwolennicy tematu wracają regularnie. Jest to jeden z tych albumów które zbudowały norweską scenę i ukształtowały jej brzmienie i estetykę. Płyta absolutnie kultowa i rzekłbym ponadczasowa!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malicious Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malicious Records. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 marca 2019
poniedziałek, 29 października 2018
Borknagar- Borknagar (Malicious Records 1996/ Hammerheart Records 2012)
Zespół, który obok Enslaved oraz Ulver należy do ścisłej czołówki norweskich grup które za pomocą Black Metalu poruszyły tematykę mitów, legend i kultury swojego kraju, poniekąd jedni z prekursorów tego konkretnego typu grania. Oystein G. Brun będący już zmęczony Death Metalem jaki tworzył w ramach Molested stworzył "supergrupę" zapraszając do swojego nowego projektu Grima (Immortal, Gorgoroth, Arvas), Infernusa (Gorgoroth), Ivara Bjornsona (Enslaved) oraz Garma (Ulver, Arcturus). To właśnie ten skład nagrał debiutancki krążek Borknagar. Swoją drogą nazwa projektu nie jest żadną egzystującą w przekazach lub literaturze. To przekształcone Lochnagar. Nazwa góry z jednej ze szkockich baśni. Na tyle spodobała się Oysteinowi, że postanowił ją odrobinę przerobić i zaadoptować.
Niniejszy krążek powstawał na przełomie 95' oraz 96' roku, nagrany w słynnym Grieghallen Studio z Pyttenem za konsoletą. "Borknagar" to kolejny z niezapomnianych, acz moim zdaniem wciąż niedostatecznie docenionych, klasyków norweskiej sceny, który wiedziony najpewniej inspiracjami sięgającymi takich płyt Bathory jak "Blood Fire Death" oraz "Hammerheart" oraz dokonaniami kolegów z Enslaved i Ulver postanowił nakarmić kolejnym dziełem nurt tzw. Viking Black Metalu/ Folk Black Metalu (ciężko ich zaszufladkować, jak zwał tak zwał, ale jakąś formę nazewnictwa wypada tu przyjąć). Co jest w tym albumie piękne to fakt nie tylko połączenia klimatu, nostalgii i agresji wczesnych materiałów obu wspomnianych na początku grup, ale również dodania do nich części brzmienia oraz struktur riffów obecnych u... Immortal! Tak miejscami docierają do słuchacza echa takich płytek jak "Pure Holocaust" czy "Battles in the North". Także jednym słowem Oystein wziął z wielu źródeł co zacniejsze elementy i zespolił je w nowe dzieło, nową jakość, kolejny krok naprzód w rozwijającym się wtedy nurcie w Black Metalowej sztuce. Debiut Borknagar zawdzięcza swoją wyjątkowość również temu, że kolejna płyta nie zawierała już takiej surowości i tnącego brzmienia, była bardziej melodyjna, z elementami czystego wokalu, bardziej w kierunku Ulver (w końcu Garm nadal był na pokładzie) no i już bez Infernusa."Borknagar" jest jedyny w swoim rodzaju, zakorzeniony jeszcze w pierwszej połowie lat 90-tych jeżeli chodzi o norweski BM. Klasyk! W sumie dobrze się stało, że Brun jednak zrezygnował z Molested. Stworzył coś jeszcze lepszego!
Niniejszy krążek powstawał na przełomie 95' oraz 96' roku, nagrany w słynnym Grieghallen Studio z Pyttenem za konsoletą. "Borknagar" to kolejny z niezapomnianych, acz moim zdaniem wciąż niedostatecznie docenionych, klasyków norweskiej sceny, który wiedziony najpewniej inspiracjami sięgającymi takich płyt Bathory jak "Blood Fire Death" oraz "Hammerheart" oraz dokonaniami kolegów z Enslaved i Ulver postanowił nakarmić kolejnym dziełem nurt tzw. Viking Black Metalu/ Folk Black Metalu (ciężko ich zaszufladkować, jak zwał tak zwał, ale jakąś formę nazewnictwa wypada tu przyjąć). Co jest w tym albumie piękne to fakt nie tylko połączenia klimatu, nostalgii i agresji wczesnych materiałów obu wspomnianych na początku grup, ale również dodania do nich części brzmienia oraz struktur riffów obecnych u... Immortal! Tak miejscami docierają do słuchacza echa takich płytek jak "Pure Holocaust" czy "Battles in the North". Także jednym słowem Oystein wziął z wielu źródeł co zacniejsze elementy i zespolił je w nowe dzieło, nową jakość, kolejny krok naprzód w rozwijającym się wtedy nurcie w Black Metalowej sztuce. Debiut Borknagar zawdzięcza swoją wyjątkowość również temu, że kolejna płyta nie zawierała już takiej surowości i tnącego brzmienia, była bardziej melodyjna, z elementami czystego wokalu, bardziej w kierunku Ulver (w końcu Garm nadal był na pokładzie) no i już bez Infernusa."Borknagar" jest jedyny w swoim rodzaju, zakorzeniony jeszcze w pierwszej połowie lat 90-tych jeżeli chodzi o norweski BM. Klasyk! W sumie dobrze się stało, że Brun jednak zrezygnował z Molested. Stworzył coś jeszcze lepszego!
środa, 22 sierpnia 2018
Gorgoroth- Under the Sign of Hell (Malicious Records 1997/ Soulseller Records 2017)
Jak stworzyć płytę niesamowicie surową, pełną furii i wszechobecnego diabelstwa, a jednocześnie potężnie brzmiącą? W 1997 Gorgoroth odpowiedział na to pytanie nagrywając "Under the Sign of Hell". Nie znajduję żadnej lepszej Black Metalowej płyty, która spełniałaby powyższe kryteria w sposób tak zadowalający jak ta. Jak wspomniał sam Pest w książce "Black Metal: Evolution of the Cult", trzecia w dorobku płyta Gorgoroth była dla zespołu tym samym co dla Metalliki "Master of Puppets", a dla Slayer "Reign in Blood". Totalnie się z tym stwierdzeniem zgadzam. Mimo tego, że zespół nagrał jeszcze parę autentycznie świetnych płyt, to właśnie "Under the Sign of Hell" pozostaje tym, tak zwanym, opus magnum. Ale do rzeczy. Album został złożony do kupy na początku 1996 w studiu Grieghallen pod czujnym okiem zaprawionego już w Black Metalowych bojach Pyttena. W nagraniach brali udział Infernus (gitary i bas), Pest oraz nieżyjący już Grim (znany min. z bębnienia w Immortal, Arvas czy Borknagar). W "Revelation of Doom" ścieżkę basu położył natomiast Ares (Aeternus) grający z Gorgoroth na żywo. Powstał materiał o niesamowicie złowieszczym i surowym charakterze, wręcz ociekający bluźnierstwem i furią. Do tego wszystkiego posiada, mimo swojej surowości, bardzo mocarne brzmienie. Słuchając płyty na dobrze podkręconych głośnikach te kawałki najpierw wgniatają w glebę, a potem zdmuchują słuchacza niczym drzewko podczas huraganu.
No i te riffy Infernusa... Takich hymnów jak wspomniany już, wściekły "Revelation of Doom", "Funeral Procession", potężny "Profetens Apenbaring" czy wreszcie odrobinę Black/Thrashowy "The Rite of Infernal Invocation" (solówka w tym kawałku to totalny odjazd proszę was, jedyneczka Bathory kłania się z marszu) nie da się zapomnieć. Raz usłyszysz i pamiętasz oraz nucisz pod nosem do końca swych dni. Płytę wydało w październiku 1997 Malicious Records, które wypuściło w swych barwach dwa poprzednie krążki Gorogoroth. Aż dziw bierze, że dopiero niemal po dwóch latach od jej nagrania. Materiał zaowocował również pierwszą trasą grupy w roli headlinera, wspomagani byli przez Aura Noir oraz Mystic Circle.
W kwestii końcowej, takich płyt jak "Under the Sign of Hell" ta nie wolno ruszać żadnym remasteringiem itd. (piję tu do wydanej w 2016, również przez Soulseller, wersji z drobnymi retuszami tej surowości)! To dzieło absolutnie skończone, które tylko w dokładnie takiej formie jak zostało nagrane sieje spustoszenie jak, za przeproszeniem, Szatan przykazał. Kto płytki nie zna, a siedzi w BM, to niech w te pędy nadrabia temat, a Ci którzy znają... Cóż, chyba dobrze wiecie o czym mówię i w pełni zgadzacie się z tym wszystkim co tu napisałem. Aż nie boję się użyć tego słowa- Kult! I to jak cholera!
No i te riffy Infernusa... Takich hymnów jak wspomniany już, wściekły "Revelation of Doom", "Funeral Procession", potężny "Profetens Apenbaring" czy wreszcie odrobinę Black/Thrashowy "The Rite of Infernal Invocation" (solówka w tym kawałku to totalny odjazd proszę was, jedyneczka Bathory kłania się z marszu) nie da się zapomnieć. Raz usłyszysz i pamiętasz oraz nucisz pod nosem do końca swych dni. Płytę wydało w październiku 1997 Malicious Records, które wypuściło w swych barwach dwa poprzednie krążki Gorogoroth. Aż dziw bierze, że dopiero niemal po dwóch latach od jej nagrania. Materiał zaowocował również pierwszą trasą grupy w roli headlinera, wspomagani byli przez Aura Noir oraz Mystic Circle.
W kwestii końcowej, takich płyt jak "Under the Sign of Hell" ta nie wolno ruszać żadnym remasteringiem itd. (piję tu do wydanej w 2016, również przez Soulseller, wersji z drobnymi retuszami tej surowości)! To dzieło absolutnie skończone, które tylko w dokładnie takiej formie jak zostało nagrane sieje spustoszenie jak, za przeproszeniem, Szatan przykazał. Kto płytki nie zna, a siedzi w BM, to niech w te pędy nadrabia temat, a Ci którzy znają... Cóż, chyba dobrze wiecie o czym mówię i w pełni zgadzacie się z tym wszystkim co tu napisałem. Aż nie boję się użyć tego słowa- Kult! I to jak cholera!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





