Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Black Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Black Metal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lutego 2022

Imsar - Ciemra Pierad Zołkam (Werewolf Promotion 2022)

Białoruski Imsar nie jest specjalnie dobrze znanym i rozpoznawanym zespołem, raczej działa sobie w swojej niszy i tylko zorientowani w temacie znają i słuchają. W tym roku Werewolf Promotion wydał trzeci album grupy. Co tu dużo mówić, Imsar można spokojnie uznać za jeden z najlepszych przykładów słowiańskiego, pogańskiego black metalu i tego, co ten styl reprezentuje pod względem zarówno tekstowym, jak i muzycznym. Oczywiście są tu również drobne elementy folkowe, nie mogło tego zabraknąć, ale są one tylko ozdobnikiem do wiodących prym intensywnych, typowych dla black metalu, acz melodyjnych, partii gitar i miażdżącej sekcji rytmicznej. Kompozycje mają tu też trochę epickości i patosu Bathory oraz Graveland. Są w tle chóry i te charakterystyczne grzmiące bębny, jakie kiedyś pokazano nam na płycie "Hammerhart". Wiecie o co chodzi. No i w kwestii wokalnej mamy tu nie tylko black metalowe, złowieszcze dźwięki, ale partie zaśpiewane czystym głosem z lekką nutą melodii, co z kolei przypomniało mi rosyjską Arkonę. Reasumując, jest czego słuchać i tak jak wspomniałem, znajdziecie tu wszystko, co w tym gatunku najlepsze. Warto jeszcze wspomnieć o bardzo klimatycznej oprawie graficznej płyty. Bardzo podobną estetykę wykorzystuje również Wędrujący Wiatr, ale tam mamy akcenty przede wszystkim związane z naturą, natomiast na "Ciemra Pierad Zołkam" mamy elementy związane również z historią i mitologią, mroczne akcenty też się tu pojawiają. Kojarzy mi się to bardzo ze starym rosyjskim kinem historycznym oraz bajkami będącymi ekranizacjami słowiańskich legend i bajek. Idealnie współgra to z muzyką Imsar i dodaje sporo do atmosfery płyty. Warto się z tym materiałem zapoznać. Jest to dopiero druga czy trzecia tegoroczna nowość, której piszę i jak na razie najciekawsza.

https://werewolf-webshop.pl/

https://www.facebook.com/imsarblackmetal

https://imsar.bandcamp.com/

English translation:

The Belarusian Imsar is not a very well-known and recognized band, it rather operates in its niche and only those who know the subject know and listen to it. This year, Werewolf Promotion released the group's third album. What can I say, Imsar can safely be considered one of the best examples of Slavic, pagan black metal and what this style represents in terms of both lyrics and music. Of course, there are also small folk elements here, it could not be missing, but they are only an ornament to the leading intense, typical for black metal, but melodious, guitar parts and a crushing rhythm section. The compositions here also have a bit of epicness and pathos similar to Bathory and Graveland. There are choirs in the background and those characteristic thunder-like drums that were once shown on the album "Hammerhart". You know what' I'm talking about. And in terms of vocals, we have here not only black metal, sinister sounds, but parts sung with a clear voice with a slight hint of melody as well, which in turn reminded me of the Russian Arkona. In summary, there is a lot to listen to and, as I mentioned, you will find here everything that is the best in this genre. It is also worth mentioning the very atmospheric graphic design of the album. Wędrujący Wiatr also uses very similar aesthetics, but there we have accents mainly related to nature, while on "Ciemra Pierad Zołkam" we have elements related to history and mythology, dark accents also appear here. I associate it with the old Russian historical cinema and fairy tales which are screen adaptations of Slavic legends and myths. It harmonizes perfectly with the music of Imsar and adds a lot to the atmosphere of the album. It is worth checking this material. This is only the second or third new release from this year that I am writing about and so far the most interesting.



środa, 27 stycznia 2021

Slavland - Stal biała, krew czerwona (Eastside 2020)

Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Slavland to jeszcze czasy szkolne. Pierwszą płytą, jaką usłyszałem, i jaką Belzagor nagrał pod tym szyldem, były "Szepty Starych Dębów", potem sięgnąłem po wcześniejszy materiał "Gęstwiny Dróg Zapomnienia". Były to oczywiście materiały silnie pagan/folk metalowe, ale wciąż zawierające w sobie sporą dawkę black metalu, a wokal Belzagora nacechowany był złowieszczością, miał wręcz wampiryczny charakter. Perkusja była chyba zrobiona komputerowo, tego dokładnie nie pamiętam. W każdym razie płyty wyróżniała surowość i jeszcze swoją estetyką mocno osadzone były w latach 90. Nie przypominam sobie, abym potem czegoś jeszcze od Slavland słuchał. Teraz, po latach, znów wracam do katalogu Eastside i natrafiam na nową płytę rzeczonego zespołu. Nie powiem, ciekaw byłem, jak ta muzyka zmieniła się przez lata, czy w ogóle i co tam nowego Belzagor stworzył. No i miłe zaskoczenie. Nadal jest to w sporej części estetyka, którą zapamiętałem. Fajne riffy, dużo porywających folkowych wstawek, z których Slavland zawsze słynął. Perkusja już tak nie klika i zdaje się, że jest to już żywy instrument, a nie komputer, jest o wiele lepsze brzmienie i, co ważne, mamy tu już w pełni dojrzały i wyrobiony przez lata wokal i przejrzyste kompozycje, nie ma już tego brudu. Nie mając kontaktu z muzyką Slavland od czasów "Szeptów Starych Dębów", progres jest niesamowity, widać różnicę i całą tę twórczą drogę, jaką Belzagor pokonał przez lata. Utwór "Na Tatary" mógłby swobodnie znaleźć się w repertuarze rosyjskiej Arkony, to już naprawdę granie na konkretnym poziomie. Może to nie ten pułap produkcyjny, ale kompozytorski jak najbardziej. Co ważne, przy pracy nad "Stal biała, krew czerwona" sięgnięto do starych tekstów i pieśni polskich i litewskich. Taki na przykład "1672" pochodzi z "Pieśni Ludu" zebranych niegdyś przez Zygmunta Glogera. To lekko balladyzujący folkowy utwór, który rozbrzmiewał niegdyś zapewne w żołnierskich stanicach, gdzieś na odległym Podolu. Niniejszy album jest dziełem niemal perfekcyjnie obrazującym podziemny pagan folk metal i dowodem na to, że Slavland ma się dobrze, a jego twórczość z biegiem lat staje się tylko lepsza. Płytę mogę śmiało polecić wszystkim, którzy znają i lubią takie zespoły jak Biały Viteź, Nów, Venedae, Piorun czy Temnozor.


English translation:

My first contact with Slavland's work goes back to school days. The first album that I heard and that Belzagor recorded under this name was "Szepty Starych Dębów", then I reached for the earlier material "Gęstwiny Dróg Zapomienia". They were obviously strongly pagan/folk metal materials, but still containing a large dose of black metal. Belzagor's vocals had ominous, almost vampiric character. Percussion was probably computer-made, I don't remember for sure. Anyway, the albums were distinguished by austerity and their aesthetics were firmly rooted in the 90s. I don't remember listening to anything else from Slavland. Now, years later, I go back to the Eastside catalog again and come across a new album from this band. I can't say, I was curious how this music has changed over the years, and what new Belzagor has created. And a pleasant surprise. It's still a lot from the aesthetics I remember. Cool riffs, lots of ravishing folk elements that Slavland has always been famous for. The percussion does not click so much and it seems that it is a living instrument, not a computer, it has a much better sound and, importantly, we already have fully mature and developed vocals and transparent compositions here, there is no more dirt. Having no contact with Slavland's music since "Szepty Starych Dębów", the progress is amazing, you can see the difference and all the creative path that Belzagor has traveled over the years. The song "Na Tatary" could easily be included in the repertoire of the Russian Arkona, it is really a serious level of performance. Maybe it's not in the case of production, but the composition for sure. What is worth mentioning, while working on "Stal biała, krew czerwona", old Polish and Lithuanian texts and lyrics were used. For example, such "1672" comes from "Pieśni Ludu" once collected by Zygmunt Gloger. It is a slightly balladizing folk song that used to be sung probably in military forts, somewhere in the distant Podole. This album is a work that almost perfectly depicts the underground pagan folk metal and proves that Slavland is doing well, and that its work only gets better over the years. I can confidently recommend the album to everyone who knows and likes bands such as Biały Viteź, Nów, Venedae, Piorun or Temnozor.



niedziela, 7 czerwca 2020

Blood Stronghold - Spectres of Bloodshed (Putrid Cult 2020)

Na swym trzecim pełnym albumie Blood Stronghold serwuje nam kolejną wyprawę w odmęty brzmień starej polskiej sceny BM spod znaku Graveland, Iuvenes, Werewolf czy Infernum. Kłania się tu również austriackie Woodtemple. Tak, to są właśnie tamte brzmienia i klimat. Łączą pogański pierwiastek ze średniowieczną atmosferą i black metalowym mrokiem. Jest surowo, brzmienie mamy niemal demówkowe, ale to własnie dzięki temu płyta ma taki wyjątkowy retro wydźwięk. Przenosi słuchacza perfekcyjnie w zamierzchłe czasy i jakby nie mieć świadomości, że to powstało obecnie, to można by brać to na spokojnie za nagrania sprzed jakichś dwudziestu, dwudziestu pięciu lat. Cieszy mnie fakt, że jeszcze się takie płyty ukazują i dzięki nim młodsze pokolenia metalowców mogą bez problemu poznać to starsze granie i odkryć nie tylko Blood Stronghold, ale też wszystkie te zespoły, o których wspomniałem na początku. W końcu "Spectres of Bloodshed" to przeogromny hołd dla tych dawnych płyt i zespołów, które tę estetykę w Black Metalu zapoczątkowały. Zatem kto lubi stary, dobry Graveland z czasów od "Following the Voice of Blood" w górę i płyt temu podobnych, to bez wahania powinien sięgnąć po najnowszy krążek Blood Stronghold, to faktycznie twierdza tej starej posoki pompującej niegdyś krwiobieg przede wszystkim polskiej sceny BM.

https://www.putridcult.pl/

English translation:

On his third full-length album, Blood Stronghold serves us another journey to the depths of the sounds of the old Polish BM scene under the sign of Graveland, Iuvenes, Werewolf or Infernum. Austrian Woodtemple also bows here. Yes, these are those sounds and atmosphere. They combine the pagan element with a medieval atmosphere and black metal darkness. It's harsh, the sound is almost demo-like, but it is thanks to this album that it has such a unique retro tone. It takes the listener perfectly to the ancient times and if you were not aware that it was created now, you could easily take it for recordings from like twenty or twenty-five years ago. I am happy that such albums are still being released and thanks to them, younger generations of metalheads can easily get to know this older stuff and discover not only Blood Stronghold, but also all those bands I mentioned at the beginning. After all, "Specters of Bloodshed" is a huge tribute to those old albums and bands that initiated this aesthetics in Black Metal. So who likes the old, good Graveland from the times of "Following the Voice of Blood" and up, and other similar stuff, should not hesitate to reach for the new Blood Stronghold, it is in fact the stronghold of this old blood that once pumped the bloodstream of the Polish BM scene.




niedziela, 31 grudnia 2017

Sauron- The Baltic Fog (demo 1995/ Wheelwright Productions, Witches Sabbath Records 2017)

"The Baltic Fog" Sauron to kolejny kawał historii naszego podziemia lat 90-tych. Nieco już zapomniany, odrobinę zepchnięty na margines, a uważam, że bardzo ważny i wart przypominania. "Bałtycka Mgła" nagrana została w 1995 w Zespole Szkół Elektronicznych w Radomiu, a potem wydana przez zespół na taśmie własnym sumptem. Death Metalowe początki grupy zastąpione tu zostały przez siarczysty i pełen klimatu, Pogański Black Metal. Było to zasługą fascynacji tą sztuką przez Evil'a oraz P.W. Sauron nagrał materiał, który moim zdaniem bez wstydu może być wymieniany wraz z demami takich hord jak North, Behemoth czy Graveland (chociaż nie udało im się zaistnieć tak znacząco jak wymienione zespoły). Muzykom grupy nie brakowało ani muzycznego warsztatu, ani kreatywności. "The Baltic Fog" ma to swoiste, surowe/ piwniczne brzmienie, tnące partie gitar z zapadającymi w pamięć riffami (miejscami swym charakterem przywodzące na myśl te z pierwszych płyt Darkthrone), a wszystko podparte jest solidną sekcją rytmiczną (Rzeczy odwalił to za garami kawał dobrej roboty, a i bas P.W. wali naprzód niczym buldożer). Nad tym wszystkim zawieszone są mocne i upiorne wokale P.W.. Powstał iście złowieszczy i przełomowy wtedy dla Sauron materiał, a demko zyskało znaczący odzew zwłaszcza od zagranicznej sceny. "The Baltic Fog" naznaczył ścieżkę, którą zespół, z przerwami, podąża do tej pory. Może nie był to materiał, który jakoś mocno się wyróżniał, ale słychać z jaką pasją został do życia powołany i jak unikatowa atmosfera jest na nim zawarta. Swoją drogą, Sauron jest też w tej grupie zespołów, które wprowadziły na naszą scenę pogańską tematykę. Co mogę powiedzieć więcej, będąc szczerym to uwielbiam to demo całym serduchem i wiem, że gościć będzie w odtwarzaczu jeszcze przez wiele, wiele lat. Warto je znać, warto wspominać i warto je mieć na półce!
Poniżej przedstawiam posiadane przez siebie na kasecie i winylu reedycje "The Baltic Fog" popełnione w tym roku przez należące do Evil'a Wheelwright Productions oraz Witches Sabbath Records (taśma). Zdjęcia tu zawarte i tak nie w pełni oddają to z jakim namaszczeniem i profesjonalizmem zostały te wznowienia wykonane. Po rozpakowaniu byłem pod ogromnym wrażeniem (podobnie jak przy winylach North z Heritage Records). Tak to się powinno robić proszę Państwa! Kaseta, wiadomo, tu nigdy nie ma kosmosu, ale sam fakt zrobienia jej w czarnej obudowie i z wkładką najwyższej jakości już o czym świadczy. Jak się chce to można! Sam winyl to już bajka. Dostajemy tu porządny gatefold ze zdjęciami i grafikami autorstwa Roberta A. von Rittera oraz Sirkisa (North), tłoczonym logiem i setlistą, a jako bonus dodany jest dwustronny plakat formatu A2 zawierający oba obrazy zdobiące to wydawnictwo. Po prostu klasa!

http://www.sauron.band/
http://wheelwright.productions/en/






Nokturnal Mortum- Verity (Oriana Music 2017)

Nokturnal Mortum to jeden z zespołów, który tak naprawdę nigdy nie zawiódł żadną swoją płytą, a przynajmniej mnie. Była to jedna z grup, które niegdyś wprowadzały mnie na niwy Black Metalu i do którego zawsze żywić będę spory sentyment (pamiętam jak jeszcze kiedyś na kropa.pl można było bez problemu kupić ich stare albumy, a teraz ze świecą szukać). Każde ich dzieło trzyma poziom, każde ma niesamowity klimat i dopracowane jest w najmniejszym szczególe, i zawsze tak samo inspiruje. Z wydanym w tym roku "Verity" jest dokładnie tak samo. Zespół stworzył dzieło, które śmiało można nazwać esencją ich stylu. Poprzez charakterystyczny dla nich pogańsko- folkowy Black Metal, który najlepiej oddaje tu "Wolfish Berries", przepełniony patosem "Lira", po nostalgiczny "Night of the Gods". Album trwa niespełna 75 minut (!), a zlatuje nie wiadomo kiedy. Nie ma dłużyzn, ani jednej zbędnej sekundy. Śmiem twierdzić, że to jeden z najlepszych materiałów w całym dorobku Nokturnal Mortum. Ta płyta ma zaklęte w sobie niezmierzone pokłady emocji, pogańsko/ szamańskiej aury i niesamowitych wręcz klawiszowych melodii, gitarowych riffów oraz misternie użytych instrumentów muzyki dawnej. To nie jest tylko album, to dzieło, dzieło przepełnione epickością i mistycyzmem, kawał solidnej sztuki i najwyższej wykonawczej klasy w swoim gatunku i stylu, a ich granie/ brzmienie jest nie do podrobienia. Tak wiem, pozytywy sypią się jak z worka, ale to się tej płycie najnormalniej w świecie należy. "Verity" udowadnia i zapowiada, że Nokturnal Mortum nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i jeszcze nie raz zaserwuje nam album, który, tak jak pozostałe, zostawi słuchacza ze szczeną rozwartą do podłogi. Tej płycie jakiekolwiek polecanie nie jest potrzebne.
Kolejna sprawa to samo wydanie tego materiału. Płyty Nokturnal Mortum nigdy nie były kiepsko wydawane (no może z wyjątkiem amerykańskich, licencyjnych wersji), ale teraz to już prześcigają samych siebie w tym aspekcie. "Verity" w wersji CD wydane jest jako solidny digibook z tłoczonymi tytułami utworów i logiem. Wewnątrz opasły booklet w którym znajdziecie masę fotografii, grafik oraz wszystkie teksty w oryginale oraz angielskich tłumaczeniach. Profeska w każdym calu. To samo tyczy się podwójnego winyla, też zrobione jest to po mistrzowsku. Nic tylko brać!

http://nokturnal-mortum.com/
https://www.facebook.com/nokturnalmortumofficial/
http://musical-hall.com/
http://www.heritagerex.bigcartel.com/




czwartek, 21 grudnia 2017

Graveland- The Celtic Winter (Melissa Productions 1994/ Warheart Records 2013)

Ten mini-album/ to demo (bo różnie jest "The Celtic Winter" określany) jest swoistym pomostem pomiędzy In the Glare of Burning Churches, a albumem Carpathian Wolves, tworząc z nimi swoistą black metalową trylogię w dorobku Graveland. Na tle wspomnianych tytułów wyróżnia je dosyć uwypuklona obecność klawiszowego tła które nadaje temu wydawnictwu niesamowitej atmosfery i głębi. Bardzo wyraźny jest też progres twórczy w stosunku do poprzednich materiałów. Właściwie można by The Celtic Winter potraktować właśnie jako EP, a nie damo, albo wręcz album. Moim absolutnym faworytem wśród utworów tu zawartych jest "Gates to the Kingdom of Darkness" (intro/ prolog z tej kompozycji to jedno z najlepszych, jeżeli nie najlepsze, dzieło w tej materii jakie dane mi było usłyszeć), magia i mistyczna aura jaką emanuje ten utwór to jakieś wyższe wtajemniczenie. To był pierwszy kawałek Graveland jaki kiedykolwiek usłyszałem i mocno wrył mi się w pamięć, zwłaszcza jego intro i główny motyw. Zaraz za nim mogę wymienić "The Night of Fullmoon", który znany jest już z poprzedniej demówki. Tutaj nagrany jest ponownie i w nieco lepszej jakości co znacznie podbija jego walory i odbiór. Wydawnictwo to zapisało się też w wydawniczej historii będąc pierwszym krążkiem wypuszczonym przez No Colours Records, ale niestety tylko w formie 3 utworowego cd. "The Celtic Winter" jest bardzo bardzo charakterystycznym, wręcz wyjątkowym materiałem zarówno pod względem brzmienia jak i atmosfery, którą tworzy w trakcie słuchania. Co tu dużo mówić, czuć tutaj spore pokłady emocji i przełożenia esencji gatunku na kompozycje. Minusem, ale takim mocno naciąganym, może być fakt iż, podobnie jak w przypadku Carpathian Wolves, za szybko się kończy i pozostawia pewien niedosyt. Ale cóż, przecież zawsze można odpalić od nowa i raz jeszcze przeżyć to obłędne misterium nocy.
Powinienem jeszcze wspomnieć o sentymentalnym i, ponowie, historycznym znaczeniu tego materiału dla sceny i ludzi którzy wtedy byli jej częścią, ale robiłem to w przypadku recenzji "In the Glare of Burning Churches" oraz chociażby długograja "Thousand Swords", więc nie chcę się już powtarzać, bo doskonale wiecie o co chodzi. To nie są tylko nagrania, to wspomnienia i ogromny sentyment. Same fotografie z bookletów wersji kasetowej jak i kompaktowej emanują niezwykłą aurą.Dla fanów dawnego BM i jak i Graveland pozycja nie do pominięcia!
Poniżej reedycja "The Celtic Winter" popełniona w ostatnich latach przez Warheart Records. Pisałem już o ich wznowieniach nie raz, także znacie moją opinię w tej kwestii.




niedziela, 17 grudnia 2017

Sacrilegium- Sleeptime (Pagan Records 1994, Witching Hour 2015)

Kolejna porcja historii polskiego podziemia BM z udziałem Sacrilegium. Pewien jestem, że "Sleeptime" jest znany większości z was i z pozoru wałkowanie tego materiału nie jest niezbędne, ale uważam, że takie wydawnictwa należy wciąż przypominać, aby nie zagubiły się gdzieś w mrokach dziejów, żeby młodsze pokolenia metalowych maniaków mogły je poznać i łyknąć nieco tej historii, materiałów od których poniekąd wszystko się na naszej scenie rozpędziło. Bardzo dobrym pretekstem są reedycje tych wydawnictw, jak ma to miejsce obecnie.
"Sleeptime" (1994) to pierwszy oficjalny materiał Sacrilegium nagrany w słynnym, trójmiejskim Warrior Studio z Krzysztofem Maszotą za konsoletą. To co zaserwował tutaj zespół to misterna, surowa i siarczysta mieszanka Pogańskiego Black Metalu (tak na marginesie, rytualne intro z bębnami i wyciem wilków to czysty obłęd). Coś jakby ówczesny Behemoth, Graveland oraz Darkthrone okraszone świetnym klimatem i tym unikatowym oraz charakterystycznym wtedy dla naszej sceny BM pogańskim pierwiastkiem. Tutaj Sacrilegium stawia swoje pierwsze kroki w Black Metalową sztukę, której zwieńczeniem będzie później "Wicher". Technika jeszcze kuleje, do doskonałości daleko, ale jest w tym ta niczym nie zmącona, pierwotna magia. Tak jak w przypadku dwóch wymienionych wyżej zespołów naszej sceny, te nagrania są znamieniem tamtych czasów, to przede wszystkim rejestracja pasji, idei i zaangażowania jakie wtedy towarzyszyły zespołom z podziemia. Obecnie ciężko o nagrania z takim ładunkiem emocji i klimatu, także polecanie/ rekomendacje uważam za zbyteczne.
W poniższej reedycji wypuszczonej przez Witching Hour jako bonus dostajemy rehearsal oraz nagrania live z 1993 roku, też kolejny kawał historii zespołu. Brzmi to obskurnie, jakość nie jest najlepsza, ale aura i atmosfera... No bezcenna sprawa proszę Państwa! W wersji kompaktowej mamy to na oddzielnym dysku, podobnie jak w winylowej. W tym drugim przypadku jest to w postaci cd w kartoniku z oddzielną okładką. Do winyla dodany jest także spory plakat z nową grafiką albumu. Wewnątrz znajdzie się sporo archiwalnych zdjęć, poza okładką wszystko w czerni i bieli, wyszło to naprawdę solidnie i warto to mieć na półce.

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/




środa, 22 listopada 2017

Graveland- Immortal Pride (No Colours Records 1998/ Warheart Records 2017)

Immortal Pride to chyba najbardziej „inny” album w całym dorobku Graveland. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale i o strukturę płyty- tylko dwa utwory główne, ale za to bardzo rozbudowane i długie intro i outro wiążące całość. Jest to też pierwszy album na którym tak rozwinięta jest warstwa symfoniczna o takiej głębi i kolorycie. Nadal są tu obecne pagan black metalowe riffy, ale to klawisze i symfoniczne tło grają na tym albumie pierwsze skrzypce. Podczas słuchania od razu narzuca się skojarzenie z albumami Bathory- Hammerheart oraz Twilight of the Gods, wpływy tych dwóch majstersztyków Quorthona są aż nadto oczywiste, zwłaszcza ten epicki sznyt, który bije od Immortal Pride na odległość. Album nie jest w żadnym wypadku kopią albumów Bathory, były one tylko inspiracją, Darken nadał tej płycie charakterystycznego brzmienia które spotyka się tylko u zespołów z Polski, Ukrainy czy Rosji. Jest bez wątpienia oryginalny.
Kolejnym aspektem który charakteryzuje tę płytę jest następna inspiracja. Tym razem po raz kolejny mamy odnośnik do twórczości Basil'a Poledurisa (przypomnicie sobie "In the Glare of Burning Churches czy "Epilogue") i jego nieśmiertelnego soundtracku do Conana Barbarzyńcy. Echa tej muzyki stale przewijają się podczas słuchania płyty.
Co się tyczy brzmienia i produkcji Immortal Pride to nie można narzekać. Jest świeżo, instrumenty są wyraziste, jest głębia, a klawisze tworzą piękne tło. Sama partia perkusji może wydawać się nieco toporna względem całej reszty, ale w ostateczności daje radę i jest ok. Muzyka niesie ze sobą sporą dawkę emocji w kwestii zarówno tekstów jak i samej muzyki, co sprawia że w istocie pasowała by do jakiegoś filmu o dawnych Słowianach (wystarczy zerknąć na okładkę) lub o wojownikach pokroju chociażby Conana.
Co prawda nie jest to moja ulubiona płyta w dorobku Graveland, ale bardzo ją szanuję i doceniam potencjał jaki ze sobą niesie. Jest niezaprzeczalnie jednym z tych ważniejszych dzieł Graveland, które zapadają w pamięć.
W kwestii samej przedstawionej poniżej reedycji z Warheart, to jest dokładnie tak jak w przypadku omawianego wcześniej wznowienia "Following the Voice of Blood". Wyszło to naprawdę nieźle i jak ktoś nie ma first pressów, czy nie przeszkadza mu ta pierwszoplanowa, odświeżona warstwa graficzna to śmiało może po to sięgnąć. Jak najbardziej polecam.



poniedziałek, 20 listopada 2017

Graveland- Following the Voice of Blood (No Colours Records 1997/ Warheart Records 2017)

Gdy ładnych parę lat temu zaczynałem swoją przygodę z twórczością Graveland myślałem, że Thousand Swords jest tym albumem który zajmuje najwyższe miejsce w dyskografii grupy, to prawda, ale Following the Voice of Blood wyprzedza go o ten jeden mały kroczek. Jest to płyta która coś kończy i coś zaczyna, dzieło przełomowe, dzięki czemu tak ważne. Wraz z tą płytą w pewnym stopniu zanikają tu patenty stricte black metalowe, a z całą okazałością objawiają się cechy pagan metalu z tą jakże charakterystyczną dla Graveland nutą epickości z majaczącymi w tle echami folku. Możemy jeszcze usłyszeć tutaj wokal typowy dla dwóch poprzednich albumów, ale muzyka jak już wspomniałem zaczyna wkraczać w inne rejony, które z kolejnymi albumami przerodzą się w to z czego Graveland słynie brzmieniowo i aranżacyjnie już od kilku ładnych lat, jest to także ostatnia płyta na której mamy typowo szybkie bm-owe partie gitar i perkusji.
Przejdźmy teraz do konkretów. Following the Voice of Blood jest albumem który wciąż cechuje surowa produkcja i w przypadku Graveland jest to olbrzymia, nadająca charakteru i klimatu zaleta. Miks płyty został wykonany perfekcyjnie, pełen profesjonalizm i wyczucie. Muzyka okraszona jest klawiszowym tłem, które świetnie podkreśla melodykę i nadaje całości tego całego epickiego sznytu. Utwory są tu odpowiednio długie, z ciekawymi przejściami melodii co sprawia że się nie dłużą i nie wieją nudą, można je porównać do snującej się opowieści która zabarwiona jest odpowiednimi emocjami i zwrotami akcji. Ambientowe oraz neoklasyczne pasaże obecne na płycie nadają całości drugiego dna, zespalają muzykę i tworzą jedną całość. W niektórych utworach są swoistą ciszą przed jeszcze obecną tu black metalową burzą. Na szczególne z mojej strony wyróżnienie zasługują utwory Thurisaz (tu jest wszystko- świetne intro, bm-owa szarża i zapadające w pamięć melodyjne przejścia), Following The Voice of Blood (fajne folkujące intro) oraz majestatyczny And the Horn was Sounding far Away (aż mi się przypomniał Twilight of the Gods Bathory, klasa!). Zapewne może was zdziwić brak jakiejkolwiek krytyki z mojej strony, ale po prostu nie mam się tu do czego przyczepić. W moim odbiorze album jest od A do Z kawałkiem wspaniałej i dobrze wykonanej muzyki, koniec i kropka.
Pomysłowe kompozycje, niesamowita atmosfera, swoista świeżość i wyobraźnia twórcza Darkena stworzyła album który moim skromnym zdaniem jest perłą w koronie polskiej sceny black/ pagan metalowej, jak dzieła Emperor, Bathory oraz Burzum (których wpływ na twórczość Graveland jest raczej ogólnie wiadomy) czy Ulver dla sceny norweskiej.
Co się tyczy oprawy graficznej płyty, to co tu dużo ukrywać, cieszy oko i zachęca do słuchania- rydwan wojów podążający za stadami kruków majaczącymi na tle szarego, pochmurnego nieba. Wchodzi w klimat płyty jak ulał! W przedstawionej poniżej reedycji tego albumu za ramienia Warheart Records mamy nową okładkę, równie dobrą, aczkolwiek gubiącą już atmosferę swojej oryginalnej poprzedniczki. Niemniej jednak wewnątrz wydawnictwa znajdziemy także oddzielną reprodukcję okładki pierwszego wydania, także każdy będzie usatysfakcjonowany. Tak jak w przypadku niedawnych wznowień "In the Glare of Burning Churches" oraz "The Celtic Winter", te reedycje jeszcze nieco kulały, tak tutaj wszystkie niedopracowane mankamenty zostały poprawione przez co w pełni i z czystym sumieniem mogę je polecić. Warto wspomnieć, że wewnątrz dostajemy garść memorabiliów z tamtego okresu, trochę archiwalnych zdjęć z sesji do albumu oraz nieco liner notes do poczytania. Reasumując jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!



środa, 19 kwietnia 2017

Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1995/ No Colours Records 2010)

"Thousand Swords" jest w dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek królował na scenie i emanował niesamowitą atmosferą i mocą. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian stylistyki czy tempa, całość jest równa, zwarta co sprawia, że ma się wrażenie słuchania jednolitej całości, a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na "Thousand Swords" zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego łojenia z czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do pewnych przemyśleń, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Szata graficzna albumu też zahacza o tzw. kult. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, jest moc..., ale i pewna nostalgia. Jest to swoisty dokument rebelii i bezkompromisowych postaw ówczesnej sceny BM na naszych ziemiach.
Płyta jest też, jak wszystkie starsze wydawnictwa Graveland, częścią mrocznej i pięknej historii polskiego black metalu. Na pewno jest jednym z dumnych pomników tamtych lat i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Warto napomknąć, iż album był jednym z niewielu wydawnictw spod szyldu Isengard Production założonej w tamtych latach przez Darkena. Na cd w 1995 wydało go Lethal Records, ale podobno była to fuszerka i chybiony układ.
Podsumowując jest to dzieło o wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w kolekcji!
Poniżej winylowa reedycja tego dzieła wydana w 2010 roku przez nikogo innego jak niemiecką No Colours Records. Jak widać wzorcem było stare oryginalne wydanie. W sumie nie wyobrażam sobie innej opcji przy tego typu materiale. Wykonanie pierwsza klasa!



piątek, 17 marca 2017

Woodtemple- Sorrow of the Wind (Folkproduktion 2008)

Woodtemple należy do tej grupy zespołów, które nie lubią eksperymentować i wierne są do bólu swojej własnej wypracowanej stylistyce i brzmieniu. Zawsze wiadomo czego się po nich spodziewać i tak samo jest w tym przypadku. Ale, ale! Czasem taki stan rzeczy działa wręcz na plus i nie postrzega się go negatywnie. I tak jest w przypadku tego Pagan Black Metalowego projektu z Austrii. Pod szyldem Woodtemple Aramath wypracował bardzo ciekawą i pełną klimatu mieszankę Pogańskiego Black Metalu z wszechobecnymi wpływami folku. Całość zespala złowieszczy ochrypły wokal.
Nie licząc intra i outra, na płytę "Sorrow of the Wind"  składają się cztery (z czego dwie znacząco rozbudowane) kompozycje. Poza wiodącymi tu prym "Rise the Horns up to Battle" oraz tytułowego "Sorrow of the Wind", mamy także nieco krótszy "The Shields Light" oraz cztero-minutowy, instrumentalny "Path of Runes", który jest swoistym wyeksponowaniem motywu przewodniego niniejszej płyty, który pojawia się już we wspomnianym "Rise the Horns up to Battle". Na albumie nacisk został położony przede wszystkim na atmosferę. Pełno jest tu smaczków w postaci wspomnianych partii akustycznych, folkowych, dodania ścieżek chóru, czy nawet pojawiającego się parę razy krzyku orła w tle. Całość płyty zbudowana jest w taki sposób, że ma się wrażenie, że jest to jedna, spójna, dźwiękowa opowieść, która stymuluje wyobraźnię. Słuchając "Sorrow of the Wind" przenosimy się do prastarych borów i gór, czasu wojów i dawnych bitew, do czasu w którym człowiek żył bliżej natury. Jak dla mnie bardzo nostalgiczne i refleksyjne dzieło.
W muzyce Woodtemple bardzo widoczne są wpływy Graveland oraz epickość jaką cechował się Bathory w czasach "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods". Bardzo to wszystko słychać, ale wciąż udało się zespołowi zachować oryginalność i, mimo zauważalnej stylistycznej i kompozycyjnej monotematyczności, stworzyć własny niepowtarzalny styl w którym rządzi niepodzielnie i który czyni ten projekt rozpoznawalnym. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób może narzekać napewną powtarzalność materiałów Woodtemple, ale dla mnie ta muzyka ma w sobie pewien pierwiastek, zew, który sprawia, że stale chcę do tego wracać. Ta muzyka ewidentnie ma ducha. "Sorrow of the Wind" uważam, za najlepsze dzieło Aramath'a i jeżeli ktoś nie miał jeszcze styczności z tym projektem to od tej płyty powinien zacząć. Polecam przede wszystkim fanom Pagan Metalowej sztuki!



czwartek, 16 marca 2017

North- Thorns On The Black Rose (wersja winylowa, Heritage Recordings 2017)

Celem niniejszego wpisu jest zaprezentowanie wam tegorocznego, winylowego wznowienia albumu North "Thorns On The Black Rose" (1995), bo po prostu jest co pokazać i do czego zachęcić. O samej płycie oraz o tym jak wczesne dzieła North są dla mnie ważne, a zwłaszcza ten album, miałem wam już okazję pisać i to chyba nie raz. Także nad samą zawartością płyty nie będę się już rozwodził.
Przechodząc do rzeczy, Heritage Recordings postarało się jak mało kto i zaserwowało wydawnictwo stworzone z dbałością o każdy szczegół, jestem pewien, że zadowoli każdego zbieracza Black Metalowej sztuki na czarnych krążkach i to bez wyjątku. Do rąk dostajemy wspaniale wykonany, laminowany gatefold z oryginalną okładką oraz masą archiwalnych fotografii wewnątrz oraz tekstami do każdego z utworów. Jako bonus dodany jest także plakat formatu A3 z grafiką wykonaną w tamtych latach przez Sirkisa. O ile pamięć mnie nie myli pojawiła się swego czasu w jakiś starych zinach. Sam winyl rzecz jasna tradycyjny, czarny niczym matka noc, bez silenia się na jakieś kolorki czy splattery. Poniżej macie dokładne fotografie jak to wszystko wygląda.
Także, jak sami widzicie, warto po to wydanie sięgnąć. Uważam, że lepiej nie można było tego zrobić, powstała taka swoista wydawnicza perełka. I co ważne, całość zachowała ten niesamowity klimat jaki niesie ze sobą ten album. Mimo iż wydanie jest nowe, to ma się wrażenie trzymania w dłoniach cząstki tych dni kiedy powstało, to swoista podróż w czasie do lat świetności naszej rodzimej sceny. Jest moc i magia!
Wspomnę jeszcze, że płyta limitowana jest do 255 ręcznie numerowanych kopii, także trzeba się spieszyć bo niebawem będzie nieosiągalna. Polecam i to najszczerzej jak tylko można!

http://www.heritagerex.bigcartel.com/
https://www.facebook.com/Heritagerex/



poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sauron- Wara! (Witching Hour 2016)

Trochę zwlekałem z zakupem nowej płyty radomskiego Sauron, cóż były inne priorytety jak to zwykle bywa. No ale w końcu zasiliła kolekcję w wersji cd i mc, także czas napisać o niej kilka słów.
Sauron to już weterani sceny, zespół z prawie 30 letnim stażem. Co prawda mieli przerwę w graniu, ale w 2003 zespół został reaktywowany i co jakiś czas raczy na kolejnymi, udanymi wydawnictwami.
Chcąc być z wami całkowicie szczerym, jak to zwykle czynię, "Wara!" na początku jakoś specjalnie mnie nie powaliła, słuchało się dobrze, a nawet bardzo dobrze ale bez uniesień. Zrobiłem sobie od tej płyty dłuższą przerwę i za kolejnym podejściem sporo w moich oczach zyskała, uwydatniły się pewne jej walory. Po pierwsze "Wara!" ma kapitalne wręcz brzmienie, bardzo mocarne i klarowne, co w zestawieniu z siarczystymi riffami daje naprawdę dobry efekt. Można powiedzieć, że jest epicko. Stylistyka utworów jest na albumie podobna, no ale taka to już formuła, także to nie na minus, tym bardziej, że uczucia powtarzalności tutaj nie ma. Kolejna sprawa to zakorzenione w pogaństwie teksty, które bardzo dobrze robią atmosferze i klimatowi płyty ("Goreją Wici" i Pergrubia 997" wiodą tutaj prym). Kawałki, które zatrzymały mnie tu na dłużej to wspomniana "Pergrubia 997", notabene, jak dla mnie, najlepsza kompozycja tego materiału, oraz za kolejnym odsłuchem "Bałtycka Mgła" i również wymieniony uprzednio "Goreją Wici". Oba kawałki mają dające się zapamiętać zagrywki i potężną sekcję rytmiczną, powstają z tego niemal hymny (tak, serio, chociaż wiem, że to czysto subiektywne porównanie). Idealnym wykończeniem całości jest cover "Enter the Eternal Fire" Bathory. Oj udał się, byłem efektem zaskoczony już podczas pierwszego odsłuchu. Naprawdę blisko tu było do oddania aury oryginału. Quorthon byłby rad, także tutaj chylę czoła nisko. Na finale warto także zaznaczyć, iż nie jest to do końca materiał premierowy, część utworów to dawne, odświeżone na potrzeby tego wydawnictwa kompozycje.
Teraz kwestia okładki. Tutaj to po prostu ogromny szacun. Nie często spotyka się tak udane projekty, tak wymowne. Grafika inspirowana jest oryginałem wykonanym w 1939 przez Bolesława Surałło. Obraz przedstawiający słowiańskiego wojownika broniącego swej ziemi przed krzyżem pasuje do tego typu płyty i materiału na niej zawartego jak ulał. Nic dodać nic ująć.
Co się tyczy samej formy wydania płyty to wg. znanych już standardów Witching Hour, czyli solidnie i z dbałością o szczegóły. Jako zwolennik formatu digipak jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany. Kaseta, jak widać poniżej, też wyszła bardziej niż zadowalająco.
Zapowiadałem kiedyś, że dam tej płycie kolejną szansę i tak zrobiłem. Tym razem zaskoczyło. Może Sauron nie robi tu niczego odkrywczego, wielu może wydać się ten materiał przeciętny, lub po prostu, dobry, poprawny tak jak mi na początku. Niemniej jednak z czasem ten krążek zyskał w moich oczach, i w chwili obecnej szczerze mogę go polecić, i to nie tylko fanom pogańskiej sztuki. Warto poświęcić mu więcej czasu.


niedziela, 17 lipca 2016

Behemoth- Grom (Solistitium 1996/ Metal Mind 2002)

Wczesne dokonania Behemoth kwalifikują się do mojej ścisłej czołówki naszego rodzimego Black Metalu obok płyt takich grup jak Graveland, Thirst czy North. "Grom" jest jednym z tych albumów, które darzę szczególnym sentymentem. Dlaczego? Choroba, sam nawet nie wiem dlaczego. Ta płyta ma w sobie coś wyjątkowego. To chyba jedyny album pomorskiej hordy, który tak mocno wyróżnia się na tle ich dyskografii. Jedyny w całości inspirowany pogańską tematyką, jedyny zawierający partie gitar akustycznych (w sumie na "Sventevith" też odrobina ich była, ale ilość dosłownie śladowa), jedyny zawierający teksty napisane w całości po polsku ("Lasy Pomorza" oraz "Grom"), nie licząc oczywiście utworu "Chwała Mordercom Wojciecha" z kolejnej płyty, i jedyny na którym użyto żeńskich wokali nagranych przez Celinę, ówczesną dziewczynę Nergala ("The Dark Forest...", "Grom").
Zespół przeżywał wtedy fascynację wierzeniami dawnych Słowian (zwłaszcza Nergal) i płyta bez wątpienia to potwierdza. Kompozycje, w przeciwieństwie do dem i debiutu, to nieco inna bajka. To cały czas kawał dobrego black metalu, ale słyszalne są tu echa thrashu oraz fascynacji zespołami pokroju Enslaved. Jest tutaj pewna folkowa domieszka ukryta między wierszami. Brzmienie jest bardziej intensywne, nieco więcej w nim przejrzystości, ale wciąż bardzo surowe, mieszczące się w kanonach Black Metalowej estetyki tamtych lat. Album jest także czymś naznaczającym przełom w działalności Behemoth. Wydanie "Grom" zaowocowało pierwszymi sztukami, dwoma na terenie naszego kraju oraz kilkoma w Niemczech u boku min. Helheim oraz Christ Agony. Nie muszę wspominać, że już wtedy zespół był na celowniku wielu grup z podziemia dla których stał się zdrajcą ideałów i zbieraniną pozerów. Cóż, niegdysiejsze niesnaski na naszej podziemnej scenie BM to temat już na ogół dobrze znany i na tyle rozległy, że można by napisać o tym oddzielną książkę.
Wróćmy jednak do płyty. Jej najjaśniejsze punkty to otwierający "The Dark Forest (cast me your spell)" ze zwolnieniem i partią akustyków, szarżujący "Spellcraft and Hathendom", charakteryzujący się podniosłym klawiszowym intrem "Dragon's Lair (cosmic flames and four barbaric seasons)" oraz tytułowy, bardzo klimatyczny "Grom". Za kultowymi "Lasami Pomorza" jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem, ale ostatnio ten kawałek coraz bardziej w moich oczach zyskuje, ma w sobie coś co przyciąga, mimo odrobinę naiwnego tekstu.
Od wydania "Grom" minęło już ponad 20 lat. Myślę, że pomimo upływu czasu ta płyta się nie starzeje i jest doskonałym świadectwem tego jak świetne albumy rodziła w latach 90-tych nasza scena. Pozycja bezapelacyjnie nietuzinkowa, która świetnie się broni po dziś dzień, no i oczywiście solidny kawał historii polskiego black metalu.
Poniżej pierwsze wydanie "Grom" z niemieckiej Solistitum (wreszcie po latach dorwałem!) oraz teoretycznie nieautoryzowana reedycja Metal Mind z 2002 roku, Jak widać obie wersje mało czym się różnią, jedynym zauważalnym szczegółem, poza lablem itd. jest soczystsza kolorystyka poligrafii pierwszego wydania.