Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bathory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bathory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2019

Bathory- The Return...... (Black Mark Productions 1985/ 2013)

Dla mnie album absolutnie kultowy. "The Return......" to jeszcze cięższa, mroczniejsza i bardziej diabelska odsłona Bathory w stosunku do debiutu. Praktycznie brak podobieństw do Venom, lepszy warsztat i brzmienie, o ile w ogóle można mówić o dopracowanym brzmieniu w przypadku materiałów Bathory (chociaż ten album nagrany został w profesjonalnym studiu Elektra, a nie w garażu "Heavenshore", 24 kanały, 5 mikrofonów itd. itp.). Niemal od zawsze towarzyszyły im namacalne pokłady swoistego brudu, ale robiły tu swoje. Kiedy w 1985 roku album wypełzł z ciemności rozłożył moim zdaniem na łoptaki wszystkie płyty jakie wydała wtedy konkurencja tj. Sodom, Celtic Frost oraz Venom. Żaden z tych trzech zespołów nie zbliżył się w tamtym czasie żadnym nagraniem do tego co osiągnął Bathory na "The Return......". Takich struktur, riffów, tak niesamowicie diabelskiego wydźwięku nie miała wtedy żadna z wydanych na scenie płyt. Atmosfera grozy, warczące wokale, tnące, rozpędzone gitary i niemiłosierna kanonada perkusyjna, to wszystko wraz z szatą graficzną albumu składa się na granie, które już za parę lat zostanie ochrzczone we krwi jako Black Metal. To był najbardziej ekstremalny materiał tamtego czasu (bo jednak "Seven Churches" Possessed to trochę inna bajka). Śmiem twierdzić, że to właśnie ta płyta była brzmieniowym wyznacznikiem dla wczesnego Mayhem czy Burzum.
Powodzenie jakim cieszył się album zrodziło pomysł koncertów, problem był tylko w znalezieniu perkusisty, który sprostałby zadaniu. Pod uwagę brani byli min. Carsten Nielsen z Artillery oraz Witchhunter z Sodom (przyjechał nawet do Sztokholmu), niestety nic z tego nie wyszło i kwestia grania na żywo pogrzebana już została na zawsze.
Na sam koniec pragnę zaznaczyć, że dla mnie "The Return......" jest pod wieloma względami wyznacznikiem Black Metalu jako gatunku i pierwszą płytą w tym stylu, stylu, który z nazwy miał się narodzić dopiero kilka lat później. Płyta monument!!!






czwartek, 22 grudnia 2016

Bathory- Bathory (Black Mark 1984)

To już nawet nie jest sama muzyka, to jeden wielki kawał historii. Jedna z najbardziej wpływowych płyt jakie zrodziła metalowa scena, i to nie tylko w ramach Black Metalu. Bathory zaistniał dzięki wydanej w 1984 roku składance "Scandinavian Metal Attack" na której znalazły się nagrania najbardziej obiecujących w tamtym czasie grup z mroźnej części Europy. Zespół Quorthona znalazł się na niej przez przypadek, jako że jedna z kapel odpadła z listy. Nikt specjalnie nie spodziewał się, że to właśnie Bathory wzbudzi największe zainteresowanie. Kompozycje "Sacrifice" (tutaj w wolniejszej wersji) oraz "The Return of Darkness and Evil", które znalazły się na owej kompilacji, z marszu zyskały sobie fanów. Zaowocowało to rychłą sesją nagraniową i wydaniem debiutanckiej płyty. Ten kultowy już materiał powstał w 56 godzin w studiu zwanym "Heavenshore". Było to nic innego jak stary, zatęchły, przesiąknięty dymem papierosowym garaż przystosowany do rejestrowania demówek. Zespół miał do dyspozycji jednego Ibaneza Destroyer, bardzo skromny zestaw perkusyjny z jednym talerzem oraz mały wzmacniacz (zero przesteru!). W takich warunkach, bazując na tak ograniczonym sprzęcie udało się Quorthonowi nagrać płytę, której słuchają kolejne pokolenia metalowych wyjadaczy, dzieło ponadczasowe.
"Bathory" to 8 (faktycznie 9, intro "Storm of Damnation" zostało wplecione w "Hades", Quorthon po prostu o nim zapomniał tworząc tracklistę, późniejsze wydania poprawiono) zalatujących siarką kawałków, które emanują energią, mrokiem i brzmieniowym brudem. Takie strzały jak "Reaper", "Sacrifice", "In Conspiracy with Satan" czy "Necromansy" (błąd jak najbardziej świadomy, z braku gotyckiego "c" użyto "s", przecież to prawie to samo nie? ;) ) zapamiętuje się z marszu, to poniekąd elementarz tych pierwszych metalowych wyziewów z piekła rodem. Jest w tym punkowa prostota, chwytliwość Motorhead i czarci pazur spod znaku Venom, o którym lider grupy w tamtym czasie podobno nie słyszał (jakoś ciężko w to uwierzyć).
Sama okładka to też temat wymagający kilku zdań. Z pewnością jedna z bardziej rozpoznawalnych pośród metalowej sztuki. Kto tego kozła nie zna i nie kojarzy? Chyba tylko neofici. Owo rogate stworzenie to nic innego jak kolaż który powstał z różnych wycinek plus dorysowana odręcznie sierść. Oryginalnie kozioł miał by wydrukowany w złotym kolorze, ale tnąc koszty postawiono na coś mniej więcej w ten deseń. No i tak oto mamy barwę kanarkowo- żółtą. Rzecz jasna Quorthon nie był z tego faktu zadowolony i tylko 1000 sztuk w tej wersji poszło w obieg. Kolejne wydania były już czarno- białe.
Co tu dużo mówić, ta płyta to klasyk, którego już nic i nikt z piedestału nie zrzuci. Wciąż jest inspirujący, wciąż świeży i wciąż chce się go słuchać. Rekomendacja zbyteczna.




wtorek, 8 listopada 2016

Bathory- Under the Sign of the Black Mark (Black Mark 1987/ 1990)

Z pewnością nie popełnię błędu stwierdzając, że o tej płycie zostało już powiedziane chyba wszystko. W sumie nie ma co się dziwić. Drugiego albumu równie ważnego dla black metalu i niedoścignionego w swoim brzmieniu i atmosferze próżno szukać. Wydany w 1987 "Under the Sign of the Black Mark" był doskonałym zwieńczeniem, rzec można, diabelskiej trylogii Bathory. Płyta zasadniczo różniła się od swoich dwóch poprzedniczek na których obecna była piekielna dawka rock 'n' rolla wywodząca się od takich zespołów jak Motorhead, a później Venom. Na tym albumie Quorthon postawił na różnorodność kompozycji i nieco inną, bardziej wyrafinowaną w swej prostocie strukturę. Wokale też stały się bardziej dojrzałe, ale nie mniej obłąkane i demoniczne.
Największym atutem albumu jest niewątpliwie jego atmosfera. Ciężko w tej dziedzinie o płytę której klimat mógłby choć w połowie dorównać "Under the Sign of the Black Mark". Płyta zdaje się mieć drugie dno, jakby dźwięki na niej zawarte przedostawały się z jakiś otchłani, efekt jest niesamowity, jakby nad wszystkim wisiała jakaś nienazwana groźba. Sporo dały tu użyte na albumie pogłosy, których celem było przede wszystkim tuszowanie błędów i kamuflaż dla kiepskiej jakości sprzętu na jakim przyszło zespołowi nagrywać. Efekt totalnie niezamierzony, a nadał całości niepowtarzalnego charakteru. Wystarczy posłuchać takich utworów jak "Woman of Dark Desires" (w tym kawałku klawisze zrobiły niesamowitą robotę, posłuchajcie, a będziecie wiedzieli o co chodzi), "Call from the Grave" z iście grobowym klimatem, czy potężny "Enter the Eternal Fire". Bardzo zaskakującym jest fakt, że Quorthon szczerze tej płyty nie znosi. Nic mu się na niej nie podoba, ani wokal, ani brzmienie, nic, wolałby o niej zapomnieć. Cóż, często jest tak, że dzieła najmniej lubiane przez swych twórców są ubóstwiane przez fanów.
Wydaniu "Under the Sign of the Black Mark" towarzyszyły pierwsze wyjazdy Quorthona w celach promowania albumu. Mowa tu nie tylko o spotkaniach z fanami w sklepach płytowych w obrębie Szwecji, ale także o wyprawie do USA do której zdołał namówić młodego Forsberga jego ojciec. Wtedy też, miał okazję spotkać się z członkami Slayer. Oczywiście, jak to u Bathory, o koncertach nie mogło być mowy.
Reasumując, jest to płyta o wręcz nieocenionym wpływie oraz znaczeniu dla rodzącej się sceny nie tylko black, ale i death metalowej. To swoisty monument, który nigdy nie został i raczej nigdy nie zostanie dościgniony. Ja ten album uwielbiam. Kult, mistrzostwo i co tam jeszcze chcecie!



piątek, 10 czerwca 2016

Ochrzczony w Ogniu i Lodzie

Na 3 czerwca przypadła 12 rocznica dnia w którym Ace Thomas Forsberg (Quorthon) opuścił ziemski padół aby ucztować w Valhalli. Przyznam się bez bicia, że nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Bathory, owszem bardzo lubię muzykę którą tworzył Quorthon, ale nigdy nie było to moja absolutna czołówka. Cenię Bathory za przeogromny i nieoceniony wkład w historię metalu oraz formowanie się szwedzkiej sceny. Bathory dał podwaliny pod black metal, inspirację z muzyki zespołu czerpały także szwedzkie grupy death metalowe, zapoczątkował zjawisko nazwane viking metalem. Ponadto podziwiam Quorthona za nietuzinkowy talent kompozytorski, w ramach Bathory tworzył rzeczy wielkie. Takie albumy jak"Under the Sign of the Black Mark" czy "Hammerheart" to dzieła przełomowe w swojej stylistyce. W pewnych aspektach niedoścignione. Czy jest inny black metalowy album o takiej unikalnej atmosferze jak "Under the Sign..."? Czy viking metal wspiął się kiedykolwiek wyżej niż podniosły i nostalgiczny "Hammerheart"? Nie sądzę. Podoba mi się w Bathory ta różnorodność muzyczna, unikanie powtarzania i brnięcia w utarte schematy. W latach 80-tych tworzył muzykę mroczną, królowały pierwiastki black i death metalowe. Później na początku lat 90-tych mamy narodziny viking metalu, potem eksperymentowanie z thrashem w postaci "Requiem" i "Octagon", aby u końca kariery zaserwować nam powrót do nordyckich inspiracji w postaci dwu-częściowego "Nordland".


Przez wszystkie lata swojej działalności na metalowej scenie Bathory wyrobił sobie kultowy status, myślę że zasłużenie. Chyba nie ma wśród osób zainteresowanych tematem nikogo kto by o Bathory nie słyszał, nie ma nikogo kto nie znałby "One Road to Asa Bay" z albumu "Hammerheart". Do tego utworu nakręcony został jedyny teledysk w historii zespołu, ale za to jaki wymowny w formie i treści.



Na koniec wypadałoby wyszczególnić jakąś płytę. Jedną z płyt Bathory, którą darzę znacznym sentymentem jest "Nordland I". Dlaczego? Dostrzegam w niej niesamowity kunszt kompozytorski, a także oddziaływanie jakie niesie ze sobą ten album. Są tu kompozycje nie tylko czysto metalowe, ale także z wyraźną folkową nutą, patosem, epickim sznytem. Gdy słucha się tej płyty to autentycznie przenosi się człowiek do krainy wikingów. Widzi oczami wyobraźni skute lodem fiordy i leśne ostępy spowite mgłą, widzi skalne wybrzeża o które rozbijają się spienione fale. Magia! Talent aby tworzyć tak bogatą w emocje muzykę jest dany nielicznym, a Quorthon był bez wątpienia jednym z ludzi których takowym obdarzono.