Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helloween. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helloween. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lipca 2021

Helloween - Helloween (Nuclear Blast 2021)


Zespół dla mnie legendarny, jeden z ulubionych i bardzo ważny w historii oraz rozwoju muzyki metalowej (dali początek europejskiej odnodze power metalu). Nawet nie śmiałem marzyć, że ponownie zobaczę w jego szeregach Hansena i Kiske, którzy poszli własną muzyczną drogą już wiele lat temu. Jakim było dla mnie zaskoczeniem, gdy obaj panowie zasili zespół na trasie "Pumpkins United", a szokiem i radością, gdy dołączyli do zespołu na stałe i przypieczętowali to jakże wymownie zatytułowaną płytą - "Helloween". Tak, cała rodzina jest wreszcie w komplecie! "Helloween" jest albumem ociekającym melodyjnością, dzięki dwóm, a nawet trzem wokalistom (bo i Kai coś tam czasem dorzuci drobnego od siebie) przepełnionym różnorodnymi wokalami oraz bardzo rozbudowaną, pełną pomysłów muzyczną paletą. Gitary, jak przystało na ten zespół, wiodą prym, a solówki przypieczętowują znakomite riffy. Mamy tu utwory bardziej wymagające, rozbudowane, a i krótkie strzały pełne energii. Może nie jest to dzieło na miarę "Keeperów" czy "Master of the Rings", ale ten album trochę przynosi na myśl te trzy klasyczne materiały i to nie tylko swoją szatą graficzną. Najlepiej określa to utwór "Best Time", który nie tylko pokazuje jak dobrze dzieje się w kapeli, ale też nawiązuje do hitu "I Want Out". Brzmienie jest nowoczesne, kompozycje łączą Heloween lat 80. i tych późniejszych, gdy za mikrofonem stał tylko Andi Deris. Niewiele jest takich "powrotów" klasycznych zespołów, tak udanych i tak scenie potrzebnych. Helloween pokazał światu, że wciąż reprezentują wysoki poziom, a powrót Michaela Kiske i Kaia Hansena tylko ten stan rzeczy polepszył, uwydatnił wciąż pulsujący potencjał grupy. Zespół po raz kolejny zawojował listy najlepszych wydawnictw, ponownie zrobiło się o nich głośno i niech to żelazo dalej będzie kute, a feniks odradza się z popiołów. Siedem kluczy, siedmiu muzyków, jedno dziedzictwo!



English translation:

A legendary band for me, one of my favorites and very important in the history and development of metal music (they gave rise to the European leg of power metal). I didn't even dare to dream that I would see Hansen and Kiske again in its ranks, who went their own musical path many years ago. What a surprise it was for me when both men joined the band on the "Pumpkins United" tour, and a shock and joy when they joined the band permanently, and the band sealed it with an eloquently titled album - "Helloween". Yes, the whole family is finally together! "Helloween" is an album dripping with melody, thanks to two or even three vocalists (because Kai here and there adds something from himself) filled with various vocals and a very extensive musical palette full of ideas. The guitars, as befits this band, lead the way, and the solos seal the excellent riffs. Here we have more demanding, complex songs, and also short shots full of energy. It may not be a work equal to "Keepers" or "Master of the Rings", but this album brings to mind those three classic materials, and not only with its graphic design. It is best described by the song "Best Time", which not only shows how well the band is doing, but also refers to the hit "I Want Out". The sound is modern, the compositions combine Heloween of the 1980s and those later, when only Andi Deris was behind the microphone. There are not many "returns" of classic bands, so successful and so necessary for the scene. Helloween showed the world that they still represent a high level, and the return of Michael Kiske and Kai Hansen only improved this status, highlighted the still pulsating potential of the group. The band once again conquered the lists of the best releases, made people talk about the band. Let this iron be forged and phoenix ​​reborn from the ashes. Seven keys, seven musicians, one legacy!


niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".