Po oszałamiającym sukcesie "The Number of the Beast", który otworzył przed Iron Maiden hale koncertowe na całym świecie, przyszedł czas na album ugruntowujący ich pozycję. Takie wyzwanie stanęło przed "Piece of Mind".
Płyta nagrana została w marcu 1983 roku w Compass Point Studios w Nassau na Bahamach (miesiąc późnej AC/DC nagrywało tam swój "Flick of the Switch"). W porównaniu do wypełnionej hitami i odznaczającej się mięsistym brzmieniem poprzedniczki, "Piece of Mind" charakteryzował się w tej kwestii mniejszą selektywnością, niejako spłaszczeniem, natomiast wyeksponowana została mocno linia basu oraz wokal Dickinsona. Kompozycje tracą tu może na dynamice, nie ma tu już tej punkowej zadziorności, są nieco wolniejsze i dłuższe, ale to wcale albumowi nie umniejsza. Wraz z tą płytą Iron Maiden wypracowało własny charakterystyczny styl, wykraczający już poza estetykę stricte związaną z nurtem NWOBHM. Z nagrywaniem "Piece of Mind" wiązała się jeszcze jedna, a właściwie dwie istotne zmiany - ta na miejscu perkusisty, oraz fakt kompozycyjnych debiutów Bruce'a. Co się tyczy zmiany za perkusją, Clive Burr niestety nie sprostał życiu w trasie i musiał opuścić szeregi grupy, robiąc miejsce dla dotychczasowego perkusisty Trust, Nicko McBraina, który jest obecny w zespole po dziś dzień. Ta zmiana odcisnęła na zespole największe piętno, gra obu muzyków różniła się od siebie diametralnie. Clive to był żywioł, energia, natomiast Nicko - technika. Dickinson natomiast mógł wreszcie zacząć pisać swoje numery. Wcześniej uniemożliwiały mu to zobowiązania wobec swojej poprzedniej ekipy, zespołu Samson.
Na "Piece of Mind" składa się 9 utworów. W porównaniu do "The Number of the Beast" nie ma tu już tylu hitów, zaledwie dwa w postaci singlowych "Flight of the Icarus" oraz słynnego "The Trooper" - bez tej kompozycji w setliście nie może odbyć się żaden koncert Maidenów. Wbrew powszechnej opinii, która za najjaśniejsze punkty albumu wskazałaby jeszcze "Revelations", czy "Where Eagles Dare", ja skłaniam się, żeby takie miano przydzielić utworom "Still Life", "Quest for Fire", czy wieńczącemu materiał "To Tame a Land". Te utwory zapowiadały kompozycyjne zmiany, które wraz z kolejnymi płytami będą rozwijały się w pełnej krasie, przybierając coraz częściej nieco bardziej refleksyjny, złożony charakter niż ten czysto bezpośredni. Co się tyczy tego ostatniego, wspomnianego przed chwilą kawałka, może nie przebija "Hallowed be Thy Name", ani "Rime of the Ancient Mariner" z wydanego rok później "Powerslave", ale jest jak najbardziej poprawny i ładnie staje na podium obok dwóch wymienionych numerów, zajmując zaszczytne, trzecie miejsce.
Moim zdaniem do wyrównania z "The Number of the Beast" trochę brakowało, niemniej "Piece of Mind" sobie poradził i zabezpieczył pozycję grupy, owocując niespadającą sprzedażą płyt i kolejną ogromną trasą po całym świecie, na którą składało się 140 koncertów. Po latach album obrósł patyną i dołączył do grona najwybitniejszych albumów w dorobku Iron Maiden, bez wątpienia zasłużenie.
English version:
After the stunning success of "The Number of the Beast", which opened concert halls around the world for Iron Maiden, the time has come for an album to consolidate their position. Such a challenge was faced by "Piece of Mind".
The album was recorded in March 1983 at Compass Point Studios in Nassau, Bahamas (a month later AC/DC recorded its "Flick of the Switch" there). Compared to the predecessor, filled with hits and dominated by a fleshy sound, "Piece of Mind" was characterized by less selectivity in this matter, being a bit flattened, while the bass line and vocals of Dickinson were strongly exposed. The compositions might have lost their dynamics here, the punk buzz is no longer present, they are a bit slower and longer, but this does not weaken the record that much. With this album, Iron Maiden has developed its own, distinctive style, going beyond the strict aesthetics of NWOBHM. The recording of "Piece of Mind" was associated with one more, or actually two, significant changes - the one considering replacement of the drummer, and the fact of composing debuts of Bruce. As for the change behind the drums, Clive Burr unfortunately did not live up to the tour and had to leave the ranks making room for ex Trust drummer Nicko McBrain, who is present in the band to this day. This change left the biggest mark on the band, the style of both musicians was radically different. Clive was all about feeling, energy, and Nicko - a technique. Dickinson could finally start writing his compositions. Earlier he was prevented from doing that because of commitments to his previous band, Samson.
"Piece of Mind" consists of 9 songs. Compared to "The Number of the Beast", there are not so many hits here, just two in the form of single "Flight of the Icarus" and the famous "The Trooper" - without this composition in the setlist no Maiden concert can take place. Contrary to popular opinion, which would also indicate "Revelations" or "Where Eagles Dare" as the brightest points of the album, I tend to assign such title to "Still Life", "Quest for Fire" or "To Tame a Land" that ends the record. These songs heralded compositional changes which, along with subsequent albums, will develop in all their glory, becoming more and more often of a reflexive, complex character than the purely direct one. As for the last track just mentioned, it may not beat the "Hallowed be Thy Name" or "Rime of the Ancient Mariner" from the "Powerslave" released a year later, but it nicely stands on the podium next to the two others, taking honorable, third place.
In my opinion, the alignment with "The Number of the Beast" was a bit lacking, but "Piece of Mind" managed to secure the group's position, resulting in non-falling sales of records and another huge tour around the world, which consisted of 140 concerts. After years, the album turned patina and joined the list of the most outstanding albums among the Iron Maiden discography, undoubtedly deservedly.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parlophone Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parlophone Records. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 sierpnia 2019
sobota, 24 sierpnia 2019
Iron Maiden - The Number of the Beast (EMI 1982/ Parlophone 2014)
Są takie płyty, które niczym trylogię "Władcy Pierścieni" Tolkiena trzeba znać, poważać... Czy wielbić, to już indywidualna sprawa. Niemniej jednak ja "The Number of the Beast" wielbię i skłaniam się uważać za jedną z najwspanialszych płyt, jakie zrodziła metalowa scena. Nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie lat 80-tych, a wręcz całokształt gatunku. Słuchając jej ma się wrażenie, że wciąż jest świeża, aktualna, że zniewala zmysł słuchu tak samo jak wtedy, kiedy się ukazała. Został w nią tchnięty jakiś nienazwany pierwiastek, który mami umysły metalowych wyjadaczy już od 37 lat i sytuacja bynajmniej nie ulega zmianie.
Wydany w 1982 roku "The Number of the Beast" był pierwszym krążkiem Maidenów, na którym zagościł Bruce Dickinson. Poprzedni wokalista, charyzmatyczny Paul Di'Anno, podobno miał notoryczne problemy z używkami i dźwignięciem rosnącej w błyskawicznym tempie popularności zespołu, przez co niestety musiał pożegnać się z grupą. Wielu uważało, że zmiana na miejscu wokalisty w takim czasie była bardzo niekorzystnym posunięciem, ale jak dowiodła historia był to strzał w dziesiątkę. Bruce pasował na swoje miejsce jak ulał i bez niego za mikrofonem Maideni nie byliby tym samym tworem.
Na "The Number of the Beast" składa się 8 kompozycji, z czego ponad połowa to do tej pory koncertowe hity na stałe zakorzenione w setliście. Mam tu na myśli singlowe "Run to the Hills" oraz tytułowy "The Number of the Beast", rozpędzający się z każdą minutą, epicki "Hallowed Be Thy Name", kontynuujący opowieść o Charlotte "22 Acacia Avenue" i potężny "The Prisoner". Z pozostałych na szczególną uwagę zasługuje "Children of the Damned", charakteryzujący się nieco balladowym zacięciem. Pozostałe dwa utwory, czyli "Invaders" oraz "Gangland" już tak nie zachwycają i w moim przypadku przechodzą bez specjalnego echa. Na pokazanej poniżej reedycji z 1998/2014 dodany został "Total Eclipse", który według obecnej opinii zespołu powinien był zastąpić niezbyt udany "Gangland" (zgadzam się tu w zupełności).
Od tej płyty historia Iron Maiden tak naprawdę zaczyna się od nowa, w tyle zostają dwa pierwsze albumy znaczące lata walki o pozycję na scenie i poszukiwanie własnego brzmienia oraz stylu. "The Number of the Beast" poszedł za ciosem bardzo dobrze przyjętego "Killers" i zaowocował pierwszą tak ogromną trasą koncertową (jedną z największych w karierze grupy), jaką była "The Beast on the Road", trwająca od końca lutego do początku grudnia 1982 roku. Składały się na nią 184 koncerty w 18 krajach. Wszystko w ciągu 10 miesięcy!
Podsumowując, trzeci krążek Maidenów to jeden z kamieni milowych metalowej sztuki i jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów, i to nie tylko za sprawą charakterystycznej okładki i samej postaci Eddiego, ale przede wszystkim muzyki na nim zawartej. Materiał niezaprzeczalnie ponadczasowy, w którym zasłuchiwać się będą kolejne pokolenia, to pewne!
English version:
There are such records, which status can be compared to "The Lord of the Rings" trilogy - you need to know it, respect it... Whether you worship it or not is an individual matter. Nevertheless, I adore "The Number of the Beast" and tend to consider it to be one of the greatest albums begotten by the metal scene. I do not mean only the 80s stuff here, but the whole genre. Listening to it gives the impression that it is still fresh, timeless, that it captivates the sense of hearing just as it did when it was released. An unnamed element has been enchanted in it, which has been possessing metalheads - for 37 years already, and the situation is not changing.
Released in 1982, "The Number of the Beast" was the first Maiden album to feature Bruce Dickinson. The previous vocalist, charismatic Paul Di'Anno, reportedly had notorious problems with stimulants and the leverage of the band's growing popularity, which unfortunately effected in him saying goodbye to the group. Many thought that the change at the singer's place, at that time, was a very unfavorable move, but as history has proved, it was a hit in the bull's-eye. Bruce fit into his place like a glove and without him behind the microphone, Iron Maiden would not be the same creation as it is now.
"The Number of the Beast" consists of 8 compositions, of which over half are concert hits to date, permanently rooted in the set list. I mean the single "Run to the Hills" and the title track "The Number of the Beast", speeding up by every minute, the epic "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue", continuing the story of Charlotte, and the powerful "The Prisoner". Also "Children of the Damned", with a bit of a ballad feeling, deserves special attention. The other two songs, "Invaders" and "Gangland" are not so impressive and in my opinion they pass without a special echo. On the version from 1998/2014 shown below, "Total Eclipse" was added as a bonus track. That one, according to the current opinion of the band, should have replaced the not very successful "Gangland" (I agree here completely).
From this album, the history of Iron Maiden starts all over again really, lagging behind the first two albums that marked the years of struggle for position on the scene and searching for their own sound and style. "The Number of the Beast" followed the success of the well-received "Killers" and resulted in the first huge world tour (one of the largest in the group's career), which was "The Beast on the Road", lasting from the end of February to the beginning of December 1982. It consisted of 184 concerts in 18 countries. All within 10 months!
To sum up, the third Maiden album is one of the milestones of metal art and one of the most recognizable albums, not only due to the characteristic cover and the character of Eddie, but above all, the music it contains. The material is undeniably timeless, to which the next generations will listen to, for sure!
Wydany w 1982 roku "The Number of the Beast" był pierwszym krążkiem Maidenów, na którym zagościł Bruce Dickinson. Poprzedni wokalista, charyzmatyczny Paul Di'Anno, podobno miał notoryczne problemy z używkami i dźwignięciem rosnącej w błyskawicznym tempie popularności zespołu, przez co niestety musiał pożegnać się z grupą. Wielu uważało, że zmiana na miejscu wokalisty w takim czasie była bardzo niekorzystnym posunięciem, ale jak dowiodła historia był to strzał w dziesiątkę. Bruce pasował na swoje miejsce jak ulał i bez niego za mikrofonem Maideni nie byliby tym samym tworem.
Na "The Number of the Beast" składa się 8 kompozycji, z czego ponad połowa to do tej pory koncertowe hity na stałe zakorzenione w setliście. Mam tu na myśli singlowe "Run to the Hills" oraz tytułowy "The Number of the Beast", rozpędzający się z każdą minutą, epicki "Hallowed Be Thy Name", kontynuujący opowieść o Charlotte "22 Acacia Avenue" i potężny "The Prisoner". Z pozostałych na szczególną uwagę zasługuje "Children of the Damned", charakteryzujący się nieco balladowym zacięciem. Pozostałe dwa utwory, czyli "Invaders" oraz "Gangland" już tak nie zachwycają i w moim przypadku przechodzą bez specjalnego echa. Na pokazanej poniżej reedycji z 1998/2014 dodany został "Total Eclipse", który według obecnej opinii zespołu powinien był zastąpić niezbyt udany "Gangland" (zgadzam się tu w zupełności).
Od tej płyty historia Iron Maiden tak naprawdę zaczyna się od nowa, w tyle zostają dwa pierwsze albumy znaczące lata walki o pozycję na scenie i poszukiwanie własnego brzmienia oraz stylu. "The Number of the Beast" poszedł za ciosem bardzo dobrze przyjętego "Killers" i zaowocował pierwszą tak ogromną trasą koncertową (jedną z największych w karierze grupy), jaką była "The Beast on the Road", trwająca od końca lutego do początku grudnia 1982 roku. Składały się na nią 184 koncerty w 18 krajach. Wszystko w ciągu 10 miesięcy!
Podsumowując, trzeci krążek Maidenów to jeden z kamieni milowych metalowej sztuki i jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów, i to nie tylko za sprawą charakterystycznej okładki i samej postaci Eddiego, ale przede wszystkim muzyki na nim zawartej. Materiał niezaprzeczalnie ponadczasowy, w którym zasłuchiwać się będą kolejne pokolenia, to pewne!
English version:
There are such records, which status can be compared to "The Lord of the Rings" trilogy - you need to know it, respect it... Whether you worship it or not is an individual matter. Nevertheless, I adore "The Number of the Beast" and tend to consider it to be one of the greatest albums begotten by the metal scene. I do not mean only the 80s stuff here, but the whole genre. Listening to it gives the impression that it is still fresh, timeless, that it captivates the sense of hearing just as it did when it was released. An unnamed element has been enchanted in it, which has been possessing metalheads - for 37 years already, and the situation is not changing.
Released in 1982, "The Number of the Beast" was the first Maiden album to feature Bruce Dickinson. The previous vocalist, charismatic Paul Di'Anno, reportedly had notorious problems with stimulants and the leverage of the band's growing popularity, which unfortunately effected in him saying goodbye to the group. Many thought that the change at the singer's place, at that time, was a very unfavorable move, but as history has proved, it was a hit in the bull's-eye. Bruce fit into his place like a glove and without him behind the microphone, Iron Maiden would not be the same creation as it is now.
"The Number of the Beast" consists of 8 compositions, of which over half are concert hits to date, permanently rooted in the set list. I mean the single "Run to the Hills" and the title track "The Number of the Beast", speeding up by every minute, the epic "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue", continuing the story of Charlotte, and the powerful "The Prisoner". Also "Children of the Damned", with a bit of a ballad feeling, deserves special attention. The other two songs, "Invaders" and "Gangland" are not so impressive and in my opinion they pass without a special echo. On the version from 1998/2014 shown below, "Total Eclipse" was added as a bonus track. That one, according to the current opinion of the band, should have replaced the not very successful "Gangland" (I agree here completely).
From this album, the history of Iron Maiden starts all over again really, lagging behind the first two albums that marked the years of struggle for position on the scene and searching for their own sound and style. "The Number of the Beast" followed the success of the well-received "Killers" and resulted in the first huge world tour (one of the largest in the group's career), which was "The Beast on the Road", lasting from the end of February to the beginning of December 1982. It consisted of 184 concerts in 18 countries. All within 10 months!
To sum up, the third Maiden album is one of the milestones of metal art and one of the most recognizable albums, not only due to the characteristic cover and the character of Eddie, but above all, the music it contains. The material is undeniably timeless, to which the next generations will listen to, for sure!
sobota, 10 czerwca 2017
Iron Maiden- Killers (EMI/ Parlophone 1981/2014)
No i wreszcie nastał czas aby napisać o mojej ulubionej płycie z całego dorobku Iron Maiden, od zawsze i na zawsze. "Killers", bo o tym albumie będzie mowa, obok "Master of Puppets", było pierwszą metalową płytą jaką usłyszałem i nabyłem (co z resztą gro z was już wie). Parę ładnych lat już od tamtego czasu minęło, a ten materiał wciąż jest dla mnie świeży i tak samo wciągający (syndrom ponownego "play"). Nie ma tu ani jednego słabego utworu, a na reedycji dołożony jest jeszcze świetny, singlowy "Twilight Zone". Czego chcieć więcej?Czasy "Killers" to rosnąca w szybkim tempie popularność Iron Maiden, której nie sprostał wokalista Paul Di'Anno. Zaraz przed końcem koncertowania związanego z promowaniem albumu opuścił grupę robiąc miejsce dla Bruce'a Dickinsona. Niemniej jednak zanim to się stało Iron Maiden po raz pierwszy w swojej karierze zagrali naprawdę ogromną trasę odwiedzając min. Japonię i grając u boku takich grup jak Judas Priest, Humble Pie czy UFO. Zarówno debiutancki album, jak i właśnie "Killers" miały w sobie pokłady niesamowitej, młodzieńczej energii i lekkości wciąż zachowując feeling nurtu NWOBHM, typowy dla Maidenów styl miał dopiero nadejść.
"Killers" jak sam tytuł może sugerować, zawiera dosłownie same killery, abstrahując już od tematyki utworów na albumie, które tworzą pewien tematyczny koncept. Płytę otwiera "The Ides of March", jedno z najlepszych "wejść" Maidenów, pełne patosu i gitarowych popisów wspartych potężnym brzmieniem bębnów Clive'a Burr'a (z całym szacunkiem do Nicko i jego świetnych umiejętności technicznych, ale Clive miał to "coś", to niesamowite wyczucie i dar). Potem nadchodzi "Wrathchild" jeden z najbardziej znanych utworów z tamtego okresu, który zespół grywa na koncertach do tej pory. Potem mamy "Murders in the Rue Morgue" oraz "Another Life" dwa konkretne, energetyczne kawałki, które świetnie kontynuują rozpętaną przez swoich poprzedników nawałnicę. Następnie mamy przerywnik w postaci instrumentalnego "Genghis Khan". Pojawiający się w tym kawałku krzyk gitar z dodanym pogłosem od dawien dawna przyprawia mnie o dreszcze, magia totalna! Później mamy "Innocent Exile" oraz tytułowy "Killers". W tym drugim Paul Di'Anno dał moim zdaniem największy popis swoich umiejętności wokalnych w całej swojej kadencji w Iron Maiden (i tak, dla mnie zawsze był lepszy od Bruce'a, sorry). Za wokal (a właściwie krzyki) na początku utworu mega szacun! Druga sprawa w tym numerze to otwierający pomruk gitary basowej Steve'a, coś pięknego, podobnie jest też we wspomnianym "Innocent Exile". W ogóle uważam, że właśnie na tym albumie najlepiej została wyeksponowana, najlepiej ją słychać, nadaje całości niesamowitego kopa. Później mamy do czynienia z przyjemną balladą "Prodigal Son" po której dostajemy trój-pak energetyczny w postaci "Purgatory", bonusowego "Twilight Zone" oraz "Drifter". Te trzy utwory to takie ukryte serce płyty (a właściwie dwa, bo "Twilight Zone" oryginalnie tu nie ma), schowane nieco w cieniu "Wrathchild" i "Killers", a równie dobre i zagrane tak jakby miało nie być jutra!
Chyba nigdy tej płyty nie przestanę chwalić i nigdy nie przestanę się w nią zasłuchiwać odkrywając na nowo każdą z zawartych tu kompozycji. To nie tylko mój faworyt jeżeli chodzi o całą twórczość Iron Maiden, ale także ogromny bagaż wspomnień związanych z odkrywaniem metalowej sztuki, coś nie do przecenienia i coś dzięki czemu wciąż tli się w nas ten ogień, dzięki któremu zawsze będziemy młodzi.
czwartek, 19 stycznia 2017
Iron Maiden- Seventh Son of the Seventh Son (EMI 1988/ Parlophone 2014)
Niezaprzeczalnie jedno z najwybitniejszych dzieł w dorobku Iron Maiden. Płyta niesamowicie bogata, kompleksowa i intrygująca, pierwszy i jak na razie jedyny koncept album w ich dorobku (oparty w znacznej mierze o książkę Orsona Scotta Carda "Siódmy Syn"). Nie ma więc zaskoczenia co do wyjątkowości tego krążka. Gdy płyta ukazała się na rynku muzycznym w 1988 roku odniosła niesamowity sukces, a aż 4 single ją promujące uzyskały bardzo wysokie notowania, nie wiem czy nie najwyższe jakie na tamtą chwilę zespół osiągnął. Wtedy Maideni byli niewątpliwie u szczytu kariery i popularności na, wydaje mi się, nie tylko stricte metalowym podwórku.Rozkład jazdy "Seventh Son of the Seventh Son" to, podobnie jak to miało miejsce chociażby w przypadku "The Number of the Beast", praktycznie same evergreeny, które goszczą na koncertach Żelaznej Dziewicy po dziś dzień. Mamy tu tak ponadczasowe numery jak "Can I Play With Madness", "The Evil That Man Do" czy też "The Clairvoyant". Każdy z nich cechuje niesamowita i nieprzeciętna melodyka, która już z pierwszym zetknięciem zapada słuchaczowi mocno w pamięć, a przy każdym kolejnym obcowaniu z tymi kompozycjami, chcąc czy nie, zaczyna się wyśpiewywać ich tekst razem z zespołem. Na równie dużo uwagi zasługują tu rozkołysany, chwilami subtelny "Infinite Dreams", któremu w odpowiednich momentach, rzecz jasna, nie brakuje solidnego kopa, tytułowy, potężny i podniosły "Seventh Son of the Seventh Son" z epickim wręcz motywem przewodnim, oraz wieńczący całość, rozpędzony "Only the Good Die Young".
Rzeczony album serwuje fanom bardzo szerokie spectrum metalowych doznań. Znajdziemy tu nie tylko typowo Midenowskie brzmienia z poprzednich płyt, nie tylko rasowy heavy metal, ale także sporą melodyjność, kompozycyjne bogactwo, które znaczy sporo progresywnych naleciałości.Osobną sprawą jest tu grafika zdobiąca płytę. Tym Razem Eddie odsłania przed nami swoje "wnętrze" oraz budzącą się w nim formę życia. Wszystko okala arktyczny pejzaż i wykute w lodzie wcześniejsze wcielenia Edwarda. Od zawsze miałem wrażenie, że odbiór muzyki Iron Maiden nie byłby taki sam bez dzieł zdobiących ich płyty, to jest jakaś nieodzowna całość, która nie tylko zaprasza do obcowania z ich sztuką, ale także towarzyszy przy jej słuchaniu tworząc spójną całość. Tak jest i w tym przypadku, bez wyjątku.
Podsumowując, "Seventh Son of the Seventh Son" jest płytą, która zasiada na swoim własnym tronie, dziełem wyróżniającym się swoim nietypowym charakterem na tle pozostałych płyt w dyskografii zespołu. Ten album bezapelacyjnie każdy szanujący się fan metalowych brzmień powinien znać.
piątek, 30 grudnia 2016
Iron Maiden- The Book of Souls (Parlophone 2015)
Zespół legenda, 41 lat na scenie i mimo tak znacznego stażu nie zwalniają. Wciąż raczą nas płytami, nieustannie koncertują, trudno o drugi zespół, który byłby w takiej znakomitej formie jak oni i wciąż trzymał tak wysoki poziom.
"The Book of Souls" jest już 16 albumem studyjnym w dorobku Iron Maiden i śmiem twierdzić, że obok "Brave New World" najlepszym jaki nagrali w ciągu ostatnich 24 lat. To już tyle czasu, tyle znakomitych wydawnictw, można pomyśleć, że przy takim układzie nie ma już szans na dzieło wybitne, a oni nagrywają coś takiego, dla mnie to niesamowite, i wręcz nieprawdopodobne. Nieustannie przenoszą swoją muzykę w kolejne dziesięciolecia stale zachowując świeżość i serwując tą samą energię, którą zarażali fanów w latach 80-tych. Na płycie znajdują się przede wszystkim długie, rozbudowane i ambitne kompozycje, ale jest też miejsce dla bardziej klasycznych struktur. Już sam fakt, że zespół zafundował nam dwupłytowy album trwający ponad półtorej godziny jest zwiastunem czegoś wyjątkowego.
Nie chcę rozwodzić się nad każdym utworem, a uwierzcie, że każdy ma coś do zaoferowania i zasługuje na uwagę, także jak to zwykłem robić, wyszczególnię te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pierwszy ogień idą najbardziej zwięzłe i nośne kompozycje czyli singlowy "Speed of Light" (uwielbiam to echo w refrenie!) nawiązujący mocno do klasycznych maidenowskich brzmień i struktur, oraz melodyjny, także nadający się na singiel "When the River Runs Deep". Kolejne perły tego wydawnictwa to już konkretne, długie i bogate utwory. Moim absolutnym faworytem jest tu "The Red and the Black". Sekcja rytmiczna jest tu istną poezją, chciałbym kiedyś doświadczyć tego kawałka na żywo. Słuchając go momentami przypomina się nieśmiertelny "The Clansmen" z płyty "Virtual XI". Kolejny wybór padł na zwieńczający ten materiał, prawie 20- minutowy "Empire of the Clouds". No to już jest wyższa szkoła jazdy i autentyczny kunszt! Utwór otwiera ujmująca, zagrana na fortepianie melodia, która przewija się przez jakiś czas przez cały utwór. Jest tu mnóstwo zmian tempa, ciekawych wstawek, nawet instrumenty smyczkowe znalazły dla siebie miejsce. Jednym słowem szacun! Warto jeszcze wspomnieć o "Tears of a Clown", dedykowanym pamięci Robina Williamsa, oraz "Shadows of the Valley" w którym zespół puszcza oko do fanów otwierając utwór zagrywką łudząco przypominającą tą z "Wasted Years". Rzecz jasna utwory o których tu nie wspomniałem wcale nie ustępują reszcie, to także kawał znakomitego grania, po prostu nie zachwyciły mnie w tak znaczącym stopniu jak wymienione powyżej.
Bardzo podoba mi się szata graficzna którą przygotował na tą płytę Mark Wilkinson. Okładka może jest odrobinę minimalistyczna, ale za to w środku już na bogato. Booklet posiada dodatkowe, kolorowe grafiki Eddiego, którym tym razem wcielił się w coś na kształt majańskiego wojownika. Całość wkładki stylizowana jest na starą księgę. Na każdej stronie, w tle tekstów, widnieją klimatyczne grafiki związane z motywem przewodnim tej płyty. Jednym słowem jest na czym zawiesić oko.
Nagraniem takiego krążka jakim jest "The Book of Souls" Iron Maiden dali do zrozumienia, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Są żywym przykładem na to, że chcieć znaczy móc, i że upływ czasu nie ma tu nic do gadania. Mistrzostwo!
"The Book of Souls" jest już 16 albumem studyjnym w dorobku Iron Maiden i śmiem twierdzić, że obok "Brave New World" najlepszym jaki nagrali w ciągu ostatnich 24 lat. To już tyle czasu, tyle znakomitych wydawnictw, można pomyśleć, że przy takim układzie nie ma już szans na dzieło wybitne, a oni nagrywają coś takiego, dla mnie to niesamowite, i wręcz nieprawdopodobne. Nieustannie przenoszą swoją muzykę w kolejne dziesięciolecia stale zachowując świeżość i serwując tą samą energię, którą zarażali fanów w latach 80-tych. Na płycie znajdują się przede wszystkim długie, rozbudowane i ambitne kompozycje, ale jest też miejsce dla bardziej klasycznych struktur. Już sam fakt, że zespół zafundował nam dwupłytowy album trwający ponad półtorej godziny jest zwiastunem czegoś wyjątkowego.
Nie chcę rozwodzić się nad każdym utworem, a uwierzcie, że każdy ma coś do zaoferowania i zasługuje na uwagę, także jak to zwykłem robić, wyszczególnię te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pierwszy ogień idą najbardziej zwięzłe i nośne kompozycje czyli singlowy "Speed of Light" (uwielbiam to echo w refrenie!) nawiązujący mocno do klasycznych maidenowskich brzmień i struktur, oraz melodyjny, także nadający się na singiel "When the River Runs Deep". Kolejne perły tego wydawnictwa to już konkretne, długie i bogate utwory. Moim absolutnym faworytem jest tu "The Red and the Black". Sekcja rytmiczna jest tu istną poezją, chciałbym kiedyś doświadczyć tego kawałka na żywo. Słuchając go momentami przypomina się nieśmiertelny "The Clansmen" z płyty "Virtual XI". Kolejny wybór padł na zwieńczający ten materiał, prawie 20- minutowy "Empire of the Clouds". No to już jest wyższa szkoła jazdy i autentyczny kunszt! Utwór otwiera ujmująca, zagrana na fortepianie melodia, która przewija się przez jakiś czas przez cały utwór. Jest tu mnóstwo zmian tempa, ciekawych wstawek, nawet instrumenty smyczkowe znalazły dla siebie miejsce. Jednym słowem szacun! Warto jeszcze wspomnieć o "Tears of a Clown", dedykowanym pamięci Robina Williamsa, oraz "Shadows of the Valley" w którym zespół puszcza oko do fanów otwierając utwór zagrywką łudząco przypominającą tą z "Wasted Years". Rzecz jasna utwory o których tu nie wspomniałem wcale nie ustępują reszcie, to także kawał znakomitego grania, po prostu nie zachwyciły mnie w tak znaczącym stopniu jak wymienione powyżej.
Bardzo podoba mi się szata graficzna którą przygotował na tą płytę Mark Wilkinson. Okładka może jest odrobinę minimalistyczna, ale za to w środku już na bogato. Booklet posiada dodatkowe, kolorowe grafiki Eddiego, którym tym razem wcielił się w coś na kształt majańskiego wojownika. Całość wkładki stylizowana jest na starą księgę. Na każdej stronie, w tle tekstów, widnieją klimatyczne grafiki związane z motywem przewodnim tej płyty. Jednym słowem jest na czym zawiesić oko.
Nagraniem takiego krążka jakim jest "The Book of Souls" Iron Maiden dali do zrozumienia, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Są żywym przykładem na to, że chcieć znaczy móc, i że upływ czasu nie ma tu nic do gadania. Mistrzostwo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)










