Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2020

Imperator - The Time Before Time (Nameless Productions 1991/ Nuclear War Now! 2019)

Zespół i album można powiedzieć legendarny. Nie wiem, czy Imperator nie jest tą najważniejszą grupą z polskiego metalowego podziemia, która cieszy się aż tak zauważalną sławą, poważaniem i szacunkiem fanów starego i młodego pokolenia. To w końcu oni mieli być niegdyś wydani przez Deathlike Silence, a sam Bariel wymienił tony listów zarówno z Deadem, jak i Euronymousem. Ale do rzeczy. "The Time Before Time" to jedyny pełny album w dorobku grupy. Ale za to jaki! Nie ma co się oszukiwać, to Death Metal najwyższej próby! Są tu marszowe, ale i karkołomne riffy (niekiedy wciąż mogące się poszczycić nieco thrashową chwytliwością), trochę technicznych zawiłości, raptowne zmiany tempa i porywające solówki. Wszystko to okala bezlitosna sekcja rytmiczna i nienawistny wokal Bariela. Brzmienie zachowało sporo surowości, co dodatkowo nadało płycie tego specyficznego oldschoolowego klimatu (bardzo podobny ma "Hell Awaits" Slayer, a to już nie lada porównanie). "The Time Before Time" to chaos, ale chaos misternie zaplanowany, uporządkowany - jakkolwiek by to nie brzmiało. To kolejna wyjątkowa cecha tej płyty. Z jednej strony jest to album prosty, bezpośredni w swym przekazie, a z drugiej złożony, muzycznie bogaty. Tym materiałem Imperator stanął na podium naszej Death Metalowej sceny obok takich dzieł jak "The Ultimate Incantation" (1992) Vader czy "Calamity" (1994) Betrayer. I z pewnością można powiedzieć, że to "The Time Before Time" rozpętało na naszej scenie piekło, które dało bodziec tylu niesamowitym zespołom i płytom, jakie ukazały się na polskiej scenie w kolejnych latach. Śmiem twierdzić, że Imperator był najbardziej ekstremalnie grającą grupą tamtego czasu.
Ogromna szkoda, że w czasie gdy album się ukazał, jego promocja kulała i tak niewiele osób miało go na swojej półce. Został on pierwotnie wydany tylko na winylu przez Nameless Productions należące do Tomasza Grabowskiego. Dopiero w 1997 doczekał się pierwszej porządnej reedycji na CD dzięki Pagan Records. Istnieje jeszcze edycja kompaktowa z 1994, wydana przez Loud Out, ale nie mam pewności, czy była ona autoryzowana przez zespół. W 2019 Nuclear War Now! pokusił się o wznowienie albumu na winylu i CD (zdjęcia poniżej) i jest to moim zdaniem najlepsze wydanie tej płyty, jakie się do tej pory pojawiło. Takie, na jakie ten album zasługuje!
Mimo wydawniczego pecha w latach 90. i zniknięciu zespołu ze sceny na wiele kolejnych lat, "The Time Before Time" wsiąkł głęboko w podziemie i znali go po czasie wszyscy siedzący w temacie. Wystarczyło to, aby przetrwał w świadomości i pamięci słuchaczy, zapisując się na kartach historii sceny wielkimi literami. To nie tylko Death Metalowa płyta, to wciąż żywa legenda!

https://www.facebook.com/ImperatorOfficial/

English translation:

The band and the album that can be described as legendary. I do not know if the Imperator is not the most important group from the Polish metal underground, the one which enjoys such noticeable fame and respect from fans of the old and young generation. After all, they were to be once published by Deathlike Silence, and Bariel himself exchanged tons of letters with both Dead and Euronymous. But to the point. "The Time Before Time" is the only full-length album in the group's discography. A hell of an album! There is no doubt, it's Death Metal of the highest quality! There are marching and neckbreaking riffs (sometimes still having that thrashy catchiness), some technical complexities, rapid tempo changes and thrilling solos. All this is surrounded by a merciless rhythm section and Bariel's hateful vocals. The sound retained a lot of rawness, which additionally gave it that specific oldschool atmosphere ("Hell Awaits" by Slayer is very similar, which is quite a comparison). "The Time Before Time" is chaos, but chaos carefully planned - however it may sound. This is another unique feature of this album. On the one hand, simple, direct in its message, and on the other, complex, musically rich. With this material, Imperator stands on the podium of our Death Metal scene, alongside such works as "The Ultimate Incantation" (1992) by Vader or Betrayer's "Calamity" (1994). And it can certainly be said that "The Time Before Time" unleashed hell, which gave an impulse to so many amazing bands and records that appeared on the Polish scene in the following years. I dare to say that Imperator was the most extreme group of that time.
It is a pity that when the album was released, its promotion was lame, and so few people had it on their shelves. It was originally released only on vinyl by Nameless Productions belonging to Tomasz Grabowski. It wasn't until 1997 that it had its first solid re-release on CD, thanks to Pagan Records. There is also a compact edition from 1994, released by Loud Out, but I'm not sure if it was authorized by the band. In 2019 Nuclear War Now! got tempted to reissue the album on vinyl and CD (photos below) and in my opinion this is the best release of this record that has appeared so far. The one this album truly deserves!
Despite the publishing bad luck in the '90s and the band's disappearance for many years to come, "The Time Before Time" sank deep into the underground and everyone in the subject knew it after a while. It was enough to survive in the consciousness and memory of its listeners to make its recognisable place on the pages of the scene's history. It's not just a Death Metal album, it's a living legend!




środa, 9 października 2019

Ascaris - Uncured Sickness (Baron Records 1994/ Dark Omens Production 2019)

Wydany w 1994 roku na kasecie przez Baron Records jeden z dwóch pełnych albumów wrocławskiego Ascaris to jedna z wielu zapomnianych pereł polskiego Death Metalu. Chcąc być szczerym, to nie wiem, czy do tej pory słyszałem tego typu granie z naszej sceny, które brzmiałoby równie złowieszczo jak "Uncured Sickness" Ascaris. Udało się chłopakom połączyć tu po części style i atmosferę wczesnych płyt Morbid Angel, Grave, czy Deicide, dodając do tego spore ilości świetnych riffów, solówek, ogólnie różnej maści gitarowych pasaży (kłania się znakomity "Cosmic Undiscovery Vacant") i tej domieszki Thrashu, jaką można zaobserwować na pierwszych płytach Vader. Widać tu też odrobinę technicznego zacięcia, weźmy taki "Sinless Desire". Są tu elementy, które już na całego rozwinął już rok wcześniej jakże niedoceniony Violent Dirge.
Smuci mnie zawsze niezmiernie, że takie zespoły, jak właśnie Ascaris, przepadły gdzieś w odmętach historii, że jakimś cudem po wydaniu naprawdę solidnych, mających potencjał wydawnictw (no może tylko ich brzmienie pozostawiało nieco do życzenia, ale każdy dobrze wie, jakie to były czasy) przechodziły bez zbytniego echa. Pozytywem jest natomiast to, że wciąż znajdują się maniacy oddani sprawie, odkopujący te materiały i wznawiający je na różnych nośnikach. Mam tu na myśli Leszka i jego Thrashing Madness, stojącego od lat na straży Tomka Krajewskiego (Pagan Records) czy właśnie Michała z Dark Omens Production. To właśnie za sprawą Michała możemy trzymać "Uncured Sickness" ponownie w łapach. I tym razem na cd. Korzystajcie zatem z tej okazji, zgarniajcie płytkę i przeżyjcie na nowo minione dni sceny i to, co najlepsze miała do zaoferowania, a nasza, nie będąc tu skromnym, miała tego dobra od cholery!

https://darkomensprod.bandcamp.com/album/ascaris-uncured-sickness
https://www.facebook.com/darkomensdepartament
http://www.darkomens.pl/sklep/

English version:

Released on a cassette tape by Baron Records in 1994, one of two full albums of Ascaris from Wrocław, is one of many forgotten pearls of Polish Death Metal. To be honest, I don't know if I have heard this type of stuff from our scene so far, which would sound as sinister as "Uncured Sickness", their debut album. The guys managed to combine here partly the styles and atmosphere of the early Morbid Angel, Grave or Deicide albums, adding to this a large amount of great riffs, solos, generally a variety of guitar passages (especially "Cosmic Undiscovery Vacant"), and this admixture of Thrash, which can be found on the first Vader records. You can also hear a bit of technical jamming here, let's take "Sinless Desire". There are elements that have already been highly developed a year earlier by the underestimated Violent Dirge.
I am always sad that such bands as Ascaris have disappeared somewhere in the depths of history, that somehow after the release of a really solid record, with potential (well, maybe only their sound left something to be desired, but everyone knows what time it was), they went unnoticed. The positive is, however, that there are still people devoted to the case, digging up these materials and re-releasing them in various formats. I am thinking of Leszek and his Thrashing Madness, an eternal guardian Tomasz Krajewski (Pagan Records) or Michał from Dark Omens Production. It is thanks to Michał that we can hold "Uncured Sickness" in our hands again. And this time on cd. So take advantage of this opportunity, get the cd and experience the past days of the scene and what it had to offer, and Polish one, not being modest here, had a damn lot of good stuff!


sobota, 31 sierpnia 2019

Enslaved - Frost (Osmose Productions 1994/ Season of Mist 2014)

Po niezwykle udanym "Vikingligr Veldi", wydanym w barwach Deathlike Silence (niestety, Euronymous nie usłyszał już efektu nagrań grupy, a byłby dumny), po niespełna pół roku Enslaved uderzyli z kolejnym długograjem. Tym razem zrezygnowali z elementów symfonicznych, artyzmu, jakim odznaczał się poprzednik, na rzecz płyty bardziej surowej i mroźnej, bardziej gitarowej, szorstkiej. "Frost" to istotnie klimatyczny i brzmieniowy mróz, skuta lodem i smagana wichrem dźwiękowa połać. Płyta - poza konkretnie Black Metalowym sznytem w kwestii struktury kompozycji - może poszczycić się również niebanalną atmosferą, okazjonalnymi klawiszami, które przecinają co jakiś czas muzyczną nawałnicę oraz nieszablonowymi, nieco połamanymi riffami. "Frost" jest dziełem niepowtarzalnym, biorąc pod uwagę całą dyskografię Enslaved. Nigdy potem już takiej typowo "norweskiej" płyty nie nagrali, chociaż jej cechy obecne były już na "Hordanes Land", a potem na jeszcze na "Eld", jednak nie było to dokładnie to, co podali nam wraz z "Frost". Tematyka nordyckiej mitologii, jakiej hołduje w swoich tekstach zespół, została tu zapakowana w bardzo intensywną formę, to jakby połączenie Bathory z czasów "Twilight of the Gods" oraz "Hammerheart" z typowym brzmieniem Norweskiego Black Metalu, jaki reprezentowały wtedy chociażby Immortal, Mayhem, Gorgoroth czy Satyricon. Ale to, rzecz jasna, tylko przykładowe porównania. Enslaved stworzyli swój własny charakterystyczny styl i ta płyta jest jednym z elementów jego szlifowania i jedną z najbardziej odznaczających się materiałów Black Metalu pierwszej połowy lat 90-tych.
"Frost" był też pierwszą płytą Enslaved w barwach Osmose Productions, z którą współpracowali również przy kilku kolejnych płytach. Wydany z końcem 1994 roku album zwieńczyła wspólna trasa ze Szwedami z Marduk - "Winter War Tour", trwająca przez cały luty 1995 i składająca się z 20 koncertów na terenie całej Europy.

English version:

After the extremely successful "Vikingligr Veldi", released by Deathlike Silence (unfortunately, Euronymous did not have a chance to hear the effect of the group's recordings, and he would have been proud of what they achieved), in less than half a year Enslaved hit the scene with another full-length. This time they gave up the symphonic elements, the artistry of their predecessor, in favor of a more raw and frosty, more guitar-oriented and rough record. "Frost" has indeed a freezing climate and sound, creates a soundscape chilled with ice and windswept. The album, apart from specifically Black Metal finish in terms of the composition structure, can also boast an original atmosphere, occasional keys that cut the musical storm from time to time, and unconventional, slightly broken riffs. "Frost" is a unique work when taking into account the entire discography of Enslaved. They never recorded such a typical "Norwegian" album, although its features were already present on "Hordanes Land" and then on "Eld", but it was not exactly what they gave us with "Frost". The subject of Norse mythology, which the band adheres to in their lyrics, has been packed here in a very intense form, it is like the combination of Bathory from the period of "Twilight of the Gods" and "Hammerheart" with the typical sound of Norwegian Black Metal which was represented at that time by Immortal, Mayhem, Gorgoroth or Satyricon. But these are, of course, only comparisons. Enslaved created their own distinctive style and this record is one of the elements of its polishing, one of the most distinguishing Black Metal materials of the first half of the 90s.
"Frost" was also the first Enslaved album in the Osmose Productions catalogue, with whom they also collaborated on several subsequent albums. Released at the end of 1994, the album culminated in a joint tour with the Swedes from Marduk - "Winter War Tour", lasting throughout February 1995 and consisting of 20 concerts throughout Europe.


niedziela, 16 czerwca 2019

Darkthrone - Transilvanian Hunger (Peaceville Records 1994/ 2019)

W 1993 roku Darkthrone miał już na swoim koncie trzy pełne albumy. Po bardzo udanym, wręcz ikonicznym "Under a Funeral Moon" przyszedł czas na kolejny materiał. W tamtym czasie Fenriz i Nocturno Culto mieli ze sobą nieco słabszy kontakt, głównie z powodu śmierci Euronymousa i wszystkich wydarzeń temu towarzyszących. Każdy zaszył się na swoim podwórku ażeby przeczekać sytuację i całą policyjną (nie tylko) zawieruchę temu towarzyszącą. Ciekawym jest, że obaj członkowie Darkthrone napisali swoje własne kompozycje na nadchodzącą płytę, lecz zanim Nocturno zdążył wyjść ze swoimi pomysłami zdążył otrzymać już taśmę z gotowymi utworami autorstwa Fenriza. Traf chciał, że się spodobały i Nocturno nagrał do nich tylko wokale, natomiast za wszystkie instrumenty oraz połowę tekstów odpowiedzialny jest Fenriz. Część liryków, na jego prośbę, napisał Varg Vikernes przebywający wtedy w więzieniu w Trondheim. Udział Varga w tym wydawnictwie nie uszedł uwadze sceny i pojawiły się różnej maści sygnały dezaprobaty, jak chociażby groźby wystosowane prze Jon'a Nodtveidt'a (Dissection) czy It'a z Abruptum na łamach Slayer Mag. Jak mozna się domyślić, na gadaniu się skończyło. Swoją drogą w tamtym czasie Fenriz był m.in mocno zasłuchany w trzy pierwsze płyty Burzum co rzecz jasna da się słyszeć na "Transilvanian Hunger". Nagrań dokonano w listopadzie i grudniu 1993 roku, wokale dograno już w kolejnym.
Tak oto powstała płyta jeszcze bardziej surowa i zimna niż jej poprzedniczka, bardziej mroczna i bezkompromisowa. Brzmienie jest prymitywne, niemal demówkowe, riffy prostsze, grane prawie przez całą płytę tą samą techniką, o wiele więcej tu monotonii i prostoty. Dakrthrone serwuje nam czystą black metalową esencję. Jeżeli miałbym wyszczególnić jakieś kompozycje to bez wątpienia byłby to utwór tytułowy. Jego riff wystarczy usłyszeć tylko raz i już potem zawsze będzie świdrował mózgownicę. Drugim, który bym wyróżnił jest "Skald as Satans sol" z podobnie chwytliwym riffem, ale za to jeszcze większą dawką wszechobecnej czerni.
Wypuszczonemu w 1994 roku albumowi towarzyszyły problemy natury wydawniczej. Mianowicie chodziło o hasło "Norsk Arisk Black Metal", które widniało na tylnej części poligrafii płyty. Przez nie wiele wydawnictw wycofało ją ze swojej dystrybucji. Nie obyło się bez tłumaczeń czy sprostowań, co zaowocowało złością i frustracją samych muzyków, ale jak to zwykle bywa, ostatecznie rozeszło się po kościach, a kolejne tłoczenie albumu zostało wydane już bez wspomnianej frazy. Wraz z tym wydawnictwem narodziło się też określenie "True Norwegian Black Metal", także zawarte w poligrafii.
Tak oto Darkthrone (a raczej Fenriz) stworzył jedną ze swoich trzech najsłynniejszych i najbardziej poważanych płyt, album, który stał się wzorcem dla kolejnych rzesz muzyków parających się black metalową sztuką. Bezapelacyjnie kanon tego typu grania, a jednocześnie kawał historii! Bez dwóch zdań, mój ulubiony album w dyskografii Darkthrone.

http://peaceville.com/
https://www.facebook.com/Darkthrone-101075189934422/

English version:

In 1993, Darkthrone already had three full-length albums. After the very successful, almost iconic "Under a Funeral Moon", the time has come for another material - "Transilvanian Hunger". At that time, Fenriz and Nocturno Culto had a somewhat weaker contact, mainly due to the death of Euronymous and all the accompanying events. Everyone holed up in his yard to wait out the situation and all the police (not only) turmoil accompanying it. It is interesting that both members of Darkthrone wrote their own compositions for the upcoming album, but before Nocturno managed to come up with his ideas, he had already received the tape with the finished stuff by Fenriz. Luck would have liked them, and Nocturno recorded only vocals, while Fenriz is responsible for all instruments and half of the lyrics. The other half, at his request, were written by Varg Vikernes who was then in prison in Trondheim. Varg's participation in this release has not escaped the scene and there have been various signs of disapproval, like the threats made by Jon Nodtveidt (Dissection) or It from Abruptum published in Slayer Mag. As you can guess, it was just a talk. By the way, at that time, Fenriz was, among others, very much into the first three albums of Burzum, which can of course be heard on "Transilvanian Hunger". Recordings were made in November and December 1993, the vocals were recorded the following year.
This is how the album was made even more severe and cold than its predecessor, more dark and uncompromising. The sound is primitive, almost demo-like, riffs are simpler, played almost the with the same technique during the whole album, there is much more monotony and simplicity. Dakrthrone serves us with a pure black metal essence. If I had to specify any compositions, it would undoubtedly be the title track. Its riff is enough to hear only once and then it will always drill your brain. The second track I would like to distinguish is "Skald as Satans sol" with a similarly catchy riff, but with even greater dose of ubiquitous darkness.
Released in 1994, the album was accompanied by publishing problems. Namely, it was all about the slogan "Norsk Arisk Black Metal", which appeared on the back of the printing of the record. Because of it, many publishers withdrew it from their distribution. There were a lot of explanations and corrections, which resulted in the anger and frustration of the musicians themselves, but as it usually happens, eventually it spread on the bones, and the subsequent pressing of the album was released without the phrase mentioned above. Along with this release, the term "True Norwegian Black Metal" was born, also included in the polygraphy.
This is how Darkthrone (or rather Fenriz) created one of his three most famous and most respected albums, an album that became an inspiration for the next multitude of musicians engaged in Black Metal art. Undoubtedly the cream of the crop of its style, and at the same time a piece of history! No question, my favorite album in Darkthrone's discography.


wtorek, 19 marca 2019

Mayhem- De Mysteriis Dom Sathanas (Deathlike Silence/ Voices of Wonder 1994)

Płyt tak niesamowicie ważnych dla ekstremalnego grania, a zwłaszcza Black Metalu, jak "De Mysteriis Dom Sathanas" nie ma wiele. O takim wydźwięku, wpływie na scenę i gatunek jest zaledwie kilka, a niniejsze dzieło Mayhem jest wśród nich tym niemal najważniejszym.
Pierwszy długograj w burzliwej i już praktycznie legendarnej historii Mayhem to zwieńczenie życia i twórczości Euronymousa, jego muzycznego geniuszu i świadectwo nieocenionego wpływu jaki miał na całą norweską scenę i nurt Black Metalu jak świat długi i szeroki. "De Mysteriis Dom Sathanas" to również portret tekstowego kunsztu Dead'a. Wszystkie tytuły kompozycji oraz połowa tekstów ("Funeral Fog", "Pagan Fears", "Freezing Moon" oraz "Buried By Time and Dust") to jego dzieło. Pozostałe cztery numery uformował w skończone liryki Snorre Ruch (Thorns) bazując na notatkach do nich jakie pozostawił po sobie Pelle. Warto zaznaczyć, że, w tamtym czasie nie powstał jakikolwiek bardziej złożony i pracochłonny album w gatunku (no może z wyjątkiem "In the Nightside Eclipse" Emperor). Pomijając fakt, że przez zdarzenia mające w tamtym czasie miejsce, płyta powstawała przez niemal dwa lata (nagrywana w latach 1992-93, wydana w 1994), z produkcją i nagrywaniem płyty związany był cały szereg prac i zabiegów jakie przeprowadziła trójca Pytten-Euronymous-Hellhammer.
Gitary na album nagrywane były z bardzo bliskiej odległości, techniką tzw. close-miking, gdzie mikrofon znajduje się mniej niż stopę od źródła. Usuwało to wszelakie poboczne naleciałości dźwiękowe, dając dokładny bezpośredni sygnał uwydatniając przy okazji bas. Perkusja natomiast z warunków stricte studyjnych przeniesiona została do hali koncertowej (również w Grieghallen) i tam zarejestrowana, podobnie jak wszelakie elementy pogłosu. Co ciekawe, wg. wspomnień Fausta, który był w stałym, bliskim kontakcie z zespołem, wyznacznikiem dla brzmienia perkusji na "De Mysteriis Dom Sathanas" było demo "Morbid Reich" Vader. W nagrywaniu albumu wzięli również udział Varg Vikernes oraz Attila Csihar (wtedy wokalista węgierskiego Tormentor). Attila doskonale wiedział jakim wokalem dysponował Maniac, a przede wszystkim Dead, niemniej nie chciał niczego powielać i po, nazwijmy to, teatralnym i bardzo ekspresyjnym podejściu wokalnym do utworu tytułowego, zaproponował Oysteinowi, aby resztę nagrać właśnie w takim niepowtarzalnym stylu. Euronymous się zgodził, był zachwycony efektem jaki to dało. Ponad to węgierski akcent Csihara dodał całości swoistego klimatu. Co się tyczy linii basu jakie nagrał Varg, to pozostały na płycie, chociaż nieco schowane w miksie. Po zabójstwie Euronymousa rodzina zmarłego naciskała na Hellhammera, aby ścieżki nagrane przez Vikernesa zostały usunięte, jednakże tak się nie stało, zostały tylko przytłumione.
Kolejna ciekawostka związana z płytą to jej tytuł. Wg. Necrobutchera takowy nosiła książka dotycząca satanizmu, którą jakoby niegdyś przeczytał Dead, i który to postanowił wykorzystać jako tytuł pierwszego długograja Mayhem. Rzeczony wolumin nigdy nie został odnaleziony, aby ten fakt potwierdzić.
Na deser pozostaje jeszcze okładka. Widnieje na niej poddane kilkukrotnej obróbce zdjęcie katedry Nidaros w Trondheim (nazwę Nidaros nosiło w średniowieczu całe Trondheim), którą to Arseth, Vikernes oraz Ruch zapożyczyli ze zbiorów Norweskiej Agencji Telegramów. Jak głosi plotka, bo ile jest w tym prawdy to już się nie dowiemy, Euronymous i Varg planowali ów obiekt wysadzić. Potwierdzać to niby miały spore ilości materiałów wybuchowych znalezione w mieszkaniu Varga po jego aresztowaniu.
Tak oto powstał album, który do tej pory jest pomnikiem i kamieniem milowym w swoim gatunku, jedną z płyt go definiującą. Dla mnie osobiście jest to absolutny numer jeden z pierwszej piątki w tym graniu. "De Mysteriis Dom Sathanas" nie jest tylko i wyłącznie albumem muzycznym, to historia, legenda, dziedzictwo, które żyć będzie wiecznie, o którym, śmiem twierdzić, fani nigdy nie zapomną, scena nigdy nie zapomni. To wzór i almanach Black Metalu!


niedziela, 10 marca 2019

Gorgoroth- Pentagram (Embassy Productions 1994/ Malicious Records 1996)

Kolejny klasyczny album ze słynnego Grieghallen i drugi mój ulubiony jeżeli chodzi o Gorgoroth (wraz z "Under the Sign of Hell"). Niepowtarzalna muzyka, klimat, no i zajadłe wokale Hata (te jego skrzeki i wrzaski są nie do podrobienia)  zawarte na tym półgodzinnym krążku to kanon Norweskiego Black Metalu. Tego co Infernus i spółka wyczarowali na tej płytce chyba już nikt inny nie powtórzył. Materiał na "Pentagram" łączył cechy starego Bathory oraz wczesnego Celtic Frost (mam tu na myśli "Morbid Tales") z tym wszystkim co do Black Metalu wniosła norweska szkoła tego grania. To perfekcyjny przykład na łączenie szlachetnych wzorców z nowym podejściem. Nawet samo brzmienie tej płyty jest niepowtarzalne.
W tamtym czasie poza Infernusem i Hatem załogę Gorgoroth tworzyli Samoth (którego Infernus poznał podczas jednej ze swoich sporadycznych wizyt w Oslo) oraz Goatpervertor. Ten ostatnio opuścił grupę zaraz po nagraniu "Pentagram", zastąpiony przez Frosta z Satyricon. I tu pojawia się taka drobna ciekawostka. Jak dobrze wiemy, pierwsze wydanie płyty ukazało się z ramienia francuskiej Embassy Productions w 1994. Zanim jednak zespół podpisał kontrakt na wydanie płyty chciał ich do siebie przygarnąć Satyr (do swojej mającej wtedy dopiero rok Moonfog Productions), Infernus jednak odmówił.
Nie ma co ukrywać, że tym krążkiem Gorgoroth zasłynął na Black Metalowej scenie lat 90-tych i do tej pory płyta ta traktowana jest z ogromnym szacunkiem i sentymentem, który uważam słusznie się jej należy. Do tego materiału zwolennicy tematu wracają regularnie. Jest to jeden z tych albumów które zbudowały norweską scenę i ukształtowały jej brzmienie i estetykę. Płyta absolutnie kultowa i rzekłbym ponadczasowa!


sobota, 23 lutego 2019

Burzum- Hvis Lyset Tar Oss (Misanthropy Records, Cymophane Productions 1994/1995)

Trzeci, pełny album w dorobku Burzum to kamień milowy, zarówno w twórczości muzycznej Varga, jak i w Norweskim Black Metalu, czy Black Metalu w ogóle. Wizytówka Burzum i jego stylu z pierwszej połowy lat 90-tych. Varg połączył na tej płycie surowość i charakterystyczne struktury gitar , perkusji oraz maniery wokalnej z dwóch swoich pierwszych krążków z ambientowymi wpływami, które w szeroko rozwinął na albumie "Filosofem". Położył tu również nacisk na jeszcze większy ładunek emocjonalny i atmosferę. "Hvis Lyset Tar Oss" traktuję w pewnym sensie jako zwieńczenie tych pierwszych lat norweskiej sceny, materiał wraz z którym coś się kończy i coś zaczyna.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak  "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.




niedziela, 17 lutego 2019

Necrophobic- Fears/ When You Die (Thrashing Madness 2019)

Niniejsza kompilacja dwóch materiałów rybnickiego Necrophobic to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością, także opisując album "Fears" (drugi pełniak w dorobku grupy) oraz wydane 2 lata później demo "When You Die" nie mam zbytnio porównania z poprzednimi materiałami. Oczywiście niebawem zamierzam tę kwestię nadrobić. No ale do rzeczy. To co na obu tych materiałach prezentuje Necrophobic to klasyczna odmiana Thrashu amerykańskiej szkoły lat 80-tych, słychać tu wpływy starego Anthrax, Metalliki z czasów "And Justice for All" oraz odrobiny Slayera. Podczas słuchania zwłaszcza "Fears" znajduje się też sporo odniesień do wczesnych Acid Drinkers, pełno tu gitarowych i wokalnych połamańców, zmian tempa, akustycznych wstawek. Nawet usłyszałem w tym co nieco z thrashowego Turbo z czasów "Epidemii", czy "Dead End". Bogate, zróżnicowane granie z silnymi odniesieniami do gatunkowego oldschoolu. Na "When You Die" dostajemy materiał podobny, ale wydaje mi się mniej zawiły, mniej "zakręcony", a bardziej agresywny siarczysty, lecz nie mniej absorbujący. Ba, osobiście nawet wolę bardziej ten tradycyjny kierunek. To demo daje się zapamiętać zwłaszcza dzięki kawałkowi "This Night" który misternie łączy elementy ballady i agresywnego, thrashowego numeru, no i ten wykrzyczany refren! Świetna kompozycja! Z początku nie do końca siadał mi styl zespołu z tych dwóch materiałów, to nie do końca Thrash który do mnie przemawia, ale im dłużej się tego słucha tym bardziej odkrywa się ich potencjał i po prostu chwytają.
Thrashing Madness robi świetną robotę wznawiając wszystkie te nasze zapomniane perły rodzimego metalu, aby poznać je mogli młodzi adepci, starzy mieli szansę sobie je przypomnieć, a co niektórzy, co przegapili, nadrobić zaległości. A Necrophobic na takie przypomnienie bezapelacyjnie zasługuje, w końcu to kawał chlubnej historii naszej sceny. Solidna cegła w tym imponującym, Metalowym murze.

https://www.facebook.com/nekrofobik/
http://www.oldschool-metal-maniac.com/index.php


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Behemoth- ...From the Pagan Vastlands (Pagan Records 1994/ Witching Hour 2011)


To demo to już klasyk naszego krajowego podziemia, i jedno z czołowych wydawnictw czasu gdy formowała się u nas scena BM. W czasie kiedy się ukazało nie było chyba równie pieczałowicie wydanej taśmy. Pagan Records stanęło tu na głowie! Zespół, mimo ogromnych wpływów sceny norweskiej (zespół potwierdził to już nawet doborem coveru "Deathcrush" Mayhem, który notabene odegrali niemal identycznie jak sama legenda)  w swojej muzyce, miał być z czego dumny, to było wtedy coś. Materiał jak wtedy mało który przenosił ducha północy na nasze ziemie objawiając go w kolejnej formie, która stworzyła charakterystyczne dla naszego kraju brzmienie Black Metalowej sztuki. "...From the Pagan Vastlands" obok demówek, długograjów Graveland, North, Sacrilegium, Marhoth, materiałów Christ Agony, Taranis czy Xantotol był i historycznie wciąż jest istotnym wpływowym elementem naszego metalowego dziedzictwa lat 90-tych, dzieckiem swoich burzliwych czasów, symbolem tego co się wtedy liczyło. Nie chodziło o perfekcję, szlify i cholera wie co jeszcze. Ważna była pasja, przekonanie i chęć tworzenia. Oddanie temu co się robiło. 1994 rok był dynamicznym okresem, a Behemoth stał już u progu domowej wojny między północą, a południem naszej sceny BM, będąc głównym celem wszelakich gróźb o pozerstwo itd. Niemniej ten właśnie rok był dla nich przełomowy, właśnie wtedy ukazało się "...From the Pagan Vastlands" zdobywając scenę, nie tylko krajową, niemal szturmem. Kto nie pamięta tych wszystkich wywiadów jakie pokazywały się w zinach, słynnych fot zespołu cykniętych z końcem 93' roku w leśnych ostępach między Brzeźnem, a Letniewem (Gdańsk), które towarzyszyły tym treściom i które lądowały zapewne w wielu skrzynkach pocztowych wraz z demem i biosami? Pozytywne recki materiału pokazywały się w zinach również poza granicami Polski, a samo demo, rozeszło się w kilku tysiącach egzemplarzy i doczekało wersji cd z ramienia Nazgul's Eyrie oraz amerykańskiej Wild Rags. Do jego już nieco pogańskiego sznytu doszły riffy inspirowane po części twórczością takich hord jak Enslaved czy Immortal (no jak tu zapomnieć chociażby charakterystyczne "łał łał!" w "Thy Winter Kingdom", no ale kurde, miało to klimat!), wspierane przez tło klawiszowe (sesyjna robota Czarka Morawskiego) i złowieszcze wokale. Sama okładka to też już czysty kult i jedno z bardziej charakterystycznych dzieł w temacie, a jest ona zasługą, jeszcze w czasie nagrywania basisty Behemoth, Sebastiana "Orcusa" Kolasy. Chodzi o rzecz jasna corpse- paintową twarz, do której leśne tło dodał już Tomasz Krajewski. To wszystko wciąż sprawia, że o tym demie będzie się pamiętać i wciąż do niego wracać, jeżeli nie ze względu na samą muzykę, to z całą pewnością na sentyment. Mi nie dane było dorastać w tamtych czasach, ale od lat chłonę wiedzę i wspomnienia wielu osób na jego temat i mam nadzieję, że przynajmniej w małym stopniu udało mi się obudzić nostalgię i pamięć u tych, którzy wciąż je pamiętają.
Poniżej kompaktowa reedycja wydana przez Witching Hour w 2011. Zastąpiła moją mocno zasłużoną, oryginalną wersję kasetową.

Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/


wtorek, 4 grudnia 2018

Ancient- Svartalvheim (Listenable Records 1994/ Soulseller Records 2018)

Jedyna taka płyta w całym dorobku Ancient. Nie ma jeszcze elementów wampirycznych, gotyckich, nadmiaru klawiszy i, nie oszukujmy się, tego całego lekkiego kiczu w wizerunku grupy. Tak jak szanuję i lubię "The Cainian Chronicle" czy "Mad Grandiose Bloodfiends" tak niestety, mimo wszystko żadna z nich, ani jakikolwiek inny późniejszy krążek nie może równać się z debiutanckim "Svartalvheim". Nie ta liga. Potem już było inne brzmienie, estetyka, klimat. Zorientowani wiedzą do czego tu piję. Kompletnie inna przestrzeń muzyczna, chociaż niby wciąż Black Metal, ale taki trochę naciągany, jak późny Dimmu Borgir, Siebenburgen czy chociażby dobrze znane Cradle of Filth.
"Svartalvheim" to chropowaty, lekko surowy materiał na którym obecne są wszelkie dobre cechy Black Metalu tamtych lat oraz aury jakie wniosły zespoły pokroju Ulver czy Gehenna. Mamy trochę klawiszy, jakiś budujący klimat akustyk przemknie w kilku miejscach (zwłaszcza na początku utworów), są atmosferyczne zwolnienia i wstawki, trochę melodii, a przede wszystkim cała masa mocnych, szorstkich, piłujących riffów i siarczystych wokali Grimm'a, które nie odbierają materiałowi tej wspomnianej odrobiny melodyjności. Takie utwory jak "The Call of Absu Deep", "Det Glemte Riket" (najlepszy na płycie i suma wszystkich smaczków jakie można na niej znaleźć- epickość, akustyczne gitary, kapitalne riffy, budujące nastój elementy jak skowyt wichru), szeptany, nastrojowy "Ved Trolltjern" czy "Early Howling Winds" to mówiąc szczerze klasyka norweskiego BM  połowy lat 90-tych, tego nie da się pomylić z niczym innym. Takie płyty jak właśnie debiut Ancient budowały to charakterystyczne brzmienie i strukturę kompozycji jakimi praktycznie charakteryzowały się tylko zespoły ze Skandynawii. Muzyka zawarta na "Svartalvheim" jest również pięknym przykładem tego jak można zakląć w kompozycjach ten wyjątkowy mrok, te posępne lasy, jeziora, ciemną, niepokojącą stronę natury jaka budzi się po zmierzchu. Głównie dlatego ten materiał jest tak wyjątkowy, dlatego chce się do niego wciąż wracać.
Poniżej zakupiona przeze mnie ostatnio reedycja z Soulseller Records. Wzorowana jest totalnie na pierwszym wydaniu, dzięki czemu oddaje ducha pierwszego bicia tej płyty. Żadnych dodatkowych kawałków, ani materiałów graficzno- tekstowych tu nie ma. Jest to standardowe wznowienie oparte na pierwowzorze. Jak ktoś nie ma ciśnienia na łowienie wydania z Listenable śmiało może sobie sprawić właśnie to, różnice nieznaczne.


piątek, 20 lipca 2018

Amorphis- Tales from the Thousand Lakes (Relapse Records/ Irond 1994/2007)

Jedna z najlepszych płyt metalowych lat 90-tych i najwybitniejsze dzieło Amorphis, moim zdaniem niezaprzeczalnie. Niewiele jest płyt, nie tylko w dorobku Amorphis, ale generalnie, które miałyby w sobie tak niezmierzone pokłady magii i klimatu, finezji i kunsztu kompozytorskiego, tak misternie łączyły w sobie melodyjność i ciężar. "Tales from the Thousand Lakes" zawiera bardzo wiele różnych wpływów, w swoim czasie można powiedzieć, iż był nowatorski. Podłożem albumu jest synteza Death i Doom metalu, do której dorzucono bardzo dużo melodyjności poprzez klawisze oraz różnorodności dzięki użyciu w kompozycjach zarówno tradycyjnego, death metalowego growlu oraz czystych wokali. Kolejna sprawa to koncepcyjność całości. Płyta w warstwie tekstowej inspirowana jest "Kalevalą", fińskim eposem narodowym (zawierającym również pieśni i legendy z terenów Estonii i Karelii). Dzięki temu zyskała niebagatelne, bogate liryki, ale również, i tu ponownie wracamy do kwestii muzycznej, pewien folkowy pierwiastek, który wyraźnie słychać w melodiach zawartych na materiale. Cały zespół odwalił tu kawał niesamowitej roboty i w pełni ukazał scenie swój potencjał i talent, tworząc dzieło jedyne w swoim rodzaju. Co więcej, w żadnym momencie trwania "Tales from the Thousand Lakes" nie jedzie nudą, jednostajnością, czy też tendencyjnością. Każdy jeden utwór niesie ze sobą inne emocje, prezentuje różne rozwiązania i inspiracje, zaczynając od niesamowicie nostalgicznego i tęsknego, klawiszowego wstępu "Thousand Lakes" (w pełnej krasie oddaje klimat całości), poprzez tajemniczy, romantyczny, a za razem ciężki "Black Winter Day", momentami niemal heavy metalowy, rozpędzony "Drowned Maid", po "Magic and Mayhem" z szaleńczymi, futurystycznymi partiami klawiszy i mocarnym riffem w środku jakby żywcem wyrwanym z twórczości Dismember. Płyta jest naprawdę bogata i ambitna, można się w niej doszukiwać o wiele większej ilości różnych smaczków oraz odniesień, a te wymienione przeze mnie to tylko niektóre z całej ich palety.
Cóż można rzec na koniec ponad to co zostało już powiedziane? Swojego czasu, a i nadal jest to praktykowane, tworzone były listy albumów, które trzeba usłyszeć przed śmiercią. "Tales from the Thousand Lakes" z pewnością można do nich zaliczyć i usadowić gdzieś w wyższych partiach rzeczonej listy. Takie materiały udowadniają jak wiele może mieć do zaoferowania metalowa sztuka i jak na wielu płaszczyznach kompozycyjnych może się poruszać, z jak wielu źródeł czerpać inspirację. Ten album to jedna z wizytówek fińskiej sceny i jedna z najlepszych płyt metalowych jakie ukazały się w w historii tego gatunku. Tak, śmiało można tak powiedzieć.


wtorek, 6 lutego 2018

Behemoth- And the Forests Dream Eternally/ Damnation- Forbidden Spaces split (Last Epitaph 1997)

Dwa arcypotężne materiały dwóch hord, które w latach 90-tych stanowiły trzon naszej sceny Death i Black Metalu. EP "And the Forests Dream Eternally, nagrany w lipcu 1994 (a wydany rok później przez włoską Entropy) w gdyńskim Warrior Studio (w ciągu dwóch dni) jest dla wielu fanów najlepszym z materiałów "starego" Behemoth, a i zespół bardzo go ceni. Sam Nergal przyznał, że to najważniejszy materiał jaki nagrał z Baalem, swoiste podsumowanie pierwszego etapu w historii zespołu. Na ów materiał składa się pięć kompozycji. Jest tu min.  poniewierający swą agresją i atmosferą "Transylvanian Forest", klimatyczny i ponury "Moonspell Rites" (notabene, pierwotnie, taki właśnie tytuł miał nosić niniejszy EP), "Pure Evil and Hate" (z początku wiele osób uważało go za cover jakiegoś mało znanego kawałka Bathory), który był chęcią złożenia hołdu wczesnym dokonaniom Quorthona, czy "Forgotten Empire of Dark Witchcraft"- nagrany przez Nergala samodzielnie od początku do końca, będący podobno eksperymentalną kompozycją. Mimo tego, że był to chwilowo dosyć ciężki okres dla zespołu spowodowany problemami ze składem jak i wewnątrz grupy, zrodziły się nagrania o dosyć niepowtarzalnym brzmieniu, surowym, prymitywnym, ale oddziałującym przede wszystkim na obszar klimatu "And the Forests Dream Eternally". Dosyć zaskakując historię ma też okładka Epki, a może wręcz do bólu prozaiczną. Zdjęcie lasu najzwyczajniej w świecie wzięte zostało z jakiegoś atlasu lasów polskich, wkomponowane w dodatkowe elementy i ot cała filozofia. Na podsumowanie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego przyjaciela Thorn'a (ex North, Neasit)- "Ten materiał idealnie odzwierciedla klimat najlepszych lat w krajowym Black Metalu!". Nic dodać, nic ująć!
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.


czwartek, 21 grudnia 2017

Graveland- The Celtic Winter (Melissa Productions 1994/ Warheart Records 2013)

Ten mini-album/ to demo (bo różnie jest "The Celtic Winter" określany) jest swoistym pomostem pomiędzy In the Glare of Burning Churches, a albumem Carpathian Wolves, tworząc z nimi swoistą black metalową trylogię w dorobku Graveland. Na tle wspomnianych tytułów wyróżnia je dosyć uwypuklona obecność klawiszowego tła które nadaje temu wydawnictwu niesamowitej atmosfery i głębi. Bardzo wyraźny jest też progres twórczy w stosunku do poprzednich materiałów. Właściwie można by The Celtic Winter potraktować właśnie jako EP, a nie damo, albo wręcz album. Moim absolutnym faworytem wśród utworów tu zawartych jest "Gates to the Kingdom of Darkness" (intro/ prolog z tej kompozycji to jedno z najlepszych, jeżeli nie najlepsze, dzieło w tej materii jakie dane mi było usłyszeć), magia i mistyczna aura jaką emanuje ten utwór to jakieś wyższe wtajemniczenie. To był pierwszy kawałek Graveland jaki kiedykolwiek usłyszałem i mocno wrył mi się w pamięć, zwłaszcza jego intro i główny motyw. Zaraz za nim mogę wymienić "The Night of Fullmoon", który znany jest już z poprzedniej demówki. Tutaj nagrany jest ponownie i w nieco lepszej jakości co znacznie podbija jego walory i odbiór. Wydawnictwo to zapisało się też w wydawniczej historii będąc pierwszym krążkiem wypuszczonym przez No Colours Records, ale niestety tylko w formie 3 utworowego cd. "The Celtic Winter" jest bardzo bardzo charakterystycznym, wręcz wyjątkowym materiałem zarówno pod względem brzmienia jak i atmosfery, którą tworzy w trakcie słuchania. Co tu dużo mówić, czuć tutaj spore pokłady emocji i przełożenia esencji gatunku na kompozycje. Minusem, ale takim mocno naciąganym, może być fakt iż, podobnie jak w przypadku Carpathian Wolves, za szybko się kończy i pozostawia pewien niedosyt. Ale cóż, przecież zawsze można odpalić od nowa i raz jeszcze przeżyć to obłędne misterium nocy.
Powinienem jeszcze wspomnieć o sentymentalnym i, ponowie, historycznym znaczeniu tego materiału dla sceny i ludzi którzy wtedy byli jej częścią, ale robiłem to w przypadku recenzji "In the Glare of Burning Churches" oraz chociażby długograja "Thousand Swords", więc nie chcę się już powtarzać, bo doskonale wiecie o co chodzi. To nie są tylko nagrania, to wspomnienia i ogromny sentyment. Same fotografie z bookletów wersji kasetowej jak i kompaktowej emanują niezwykłą aurą.Dla fanów dawnego BM i jak i Graveland pozycja nie do pominięcia!
Poniżej reedycja "The Celtic Winter" popełniona w ostatnich latach przez Warheart Records. Pisałem już o ich wznowieniach nie raz, także znacie moją opinię w tej kwestii.




niedziela, 17 grudnia 2017

Sacrilegium- Sleeptime (Pagan Records 1994, Witching Hour 2015)

Kolejna porcja historii polskiego podziemia BM z udziałem Sacrilegium. Pewien jestem, że "Sleeptime" jest znany większości z was i z pozoru wałkowanie tego materiału nie jest niezbędne, ale uważam, że takie wydawnictwa należy wciąż przypominać, aby nie zagubiły się gdzieś w mrokach dziejów, żeby młodsze pokolenia metalowych maniaków mogły je poznać i łyknąć nieco tej historii, materiałów od których poniekąd wszystko się na naszej scenie rozpędziło. Bardzo dobrym pretekstem są reedycje tych wydawnictw, jak ma to miejsce obecnie.
"Sleeptime" (1994) to pierwszy oficjalny materiał Sacrilegium nagrany w słynnym, trójmiejskim Warrior Studio z Krzysztofem Maszotą za konsoletą. To co zaserwował tutaj zespół to misterna, surowa i siarczysta mieszanka Pogańskiego Black Metalu (tak na marginesie, rytualne intro z bębnami i wyciem wilków to czysty obłęd). Coś jakby ówczesny Behemoth, Graveland oraz Darkthrone okraszone świetnym klimatem i tym unikatowym oraz charakterystycznym wtedy dla naszej sceny BM pogańskim pierwiastkiem. Tutaj Sacrilegium stawia swoje pierwsze kroki w Black Metalową sztukę, której zwieńczeniem będzie później "Wicher". Technika jeszcze kuleje, do doskonałości daleko, ale jest w tym ta niczym nie zmącona, pierwotna magia. Tak jak w przypadku dwóch wymienionych wyżej zespołów naszej sceny, te nagrania są znamieniem tamtych czasów, to przede wszystkim rejestracja pasji, idei i zaangażowania jakie wtedy towarzyszyły zespołom z podziemia. Obecnie ciężko o nagrania z takim ładunkiem emocji i klimatu, także polecanie/ rekomendacje uważam za zbyteczne.
W poniższej reedycji wypuszczonej przez Witching Hour jako bonus dostajemy rehearsal oraz nagrania live z 1993 roku, też kolejny kawał historii zespołu. Brzmi to obskurnie, jakość nie jest najlepsza, ale aura i atmosfera... No bezcenna sprawa proszę Państwa! W wersji kompaktowej mamy to na oddzielnym dysku, podobnie jak w winylowej. W tym drugim przypadku jest to w postaci cd w kartoniku z oddzielną okładką. Do winyla dodany jest także spory plakat z nową grafiką albumu. Wewnątrz znajdzie się sporo archiwalnych zdjęć, poza okładką wszystko w czerni i bieli, wyszło to naprawdę solidnie i warto to mieć na półce.

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/




sobota, 2 grudnia 2017

Running Wild- Black Hand Inn (Noise Records 1994/ 2017)

"Black Hand Inn" jest bez wątpienia jednym z najbardziej intrygujących punktów w dyskografii Running Wild. Kasparek zalicza ów krążek do największych osiągnięć grupy, a mimo to w tamtym czasie, ku rozczarowaniu zespołu jak i wytwórni, okazał się najgorzej sprzedającą się płytą w ich dorobku. Dopiero po latach została ona w pełni doceniona przez fanów. "Black Hand Inn" otwierał poniekąd kolejny rozdział w twórczości Running Wild, nastąpiła tu następna zauważalna zmiana nie tylko w brzmieniu, ale i samych kompozycjach. Położony został jeszcze większy nacisk na dynamizm oraz chwytliwość- pewną charakterystyczną motorykę, zwłaszcza jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną. W takich utworach jak "Black Hand Inn", The Privateer" czy "The Phantom of Black Hand Hill" słychać to najlepiej. Tak jak za czasów Jensa Beckera, bas wygrywał swoje własne, złożone linie, tak tutaj, w rękach Thomasa Smuszyńskiego nastawiony jest bardziej na podbijanie partii gitar i galopadę razem z perkusją. Pamiętam jak przy pierwszym zetknięciu z tym albumem nie mogłem przywyknąć to pewnego swoistego "dudnienia" tych kawałków. Kolejnym krokiem, który wyróżniał to dzieło był jego koncepcyjny charakter jeżeli chodzi o teksty. Każdy z nich jest odrębną historią pochodzącą z przeszłości, teraźniejszości czy też przyszłości, którą pod dachem "Tawerny pod Czarną Ręką" opowiada stary, piracki kapitan. Pomysł bardzo ciekawy i w pełni się obronił. Wspomniałem też wcześniej o brzmieniu. Jest dosyć sterylne i bardzo dopracowane. Stało się tak za sprawą skorzystania z nowinki jaką były wtedy Pro Tools. Zespół nagrywał przy pomocy najnowszego dostępnego im sprzętu i sprawił iż "Black Hand Inn" stał się najdroższą płytą, jaką przyszło im kiedykolwiek wydać.
Kolejna sprawa o której watro wspomnieć omawiając ten album to wieńczący ją utwór "Genesis (The Making and the Fall of Man), najdłuższa (ponad 15 minut) i najbardziej złożona kompozycja w historii Running Wild. Jak na ich twórczość bardzo eksperymentalna i najdłużej powstająca (z przerwami 18 miesięcy).Był to jak najbardziej odważny i bez wątpienia ambitny krok, ale mam wrażenie, że przeładował płytę i stanął swym rozmachem w drobnym kontraście do reszty albumu. Może lepiej by się sprawdził jako np. oddzielna, limitowana epka "dla chętnych"? Cóż, tego nigdy się już nie dowiemy. Mimo to, i tak można powiedzieć, że "Black Hand Inn" charakteryzuje niesamowita spójność, zarówno muzyczna, tekstowa, jak i graficzna. No właśnie, okładka. Praca Andreasa Marshalla precyzyjnie odzwierciedla to co na tym wydawnictwie zawarł zespół. Mamy tu nie tylko snującego opowieści kapitana, ale też personifikację wspomnianej rozpiętości czasowej opowiadań poprzez przedstawienie Rolfa z jego lat dzieciństwa, czasu kiedy nagrywana była płyta, oraz domniemanego okresu starości (rzeczony kapitan). Strzał w dziesiątkę!
Podsumowując, mimo faktu, że rzeczony album nie zalicza się do mojej ścisłej czołówki RW, to bardzo go lubię, a jeszcze bardziej szanuję za oryginalność i niesamowity wkład pracy jaki został w niego włożony. Dzięki temu jest wyraźnym, jaśniejącym punktem na mapie materiałów jakie stworzył przez lata zespół.
Poniżej tegoroczna reedycja "Black Hand Inn" wydana przez Nosie. Nie będę kolejny raz wypowiadał się w tym temacie, bo co było do napisania zostało już napisane. Dodam tylko, że powinni byli to wydać w takiej formie jak zostało to zrobione w chociażby w przypadku Celtic Frost. Te płyty w pełni na to zasługują!


wtorek, 22 sierpnia 2017

Marduk- Opus Nocturne (Osmose Production 1994/ 2013)

Marduk. Co by tu nie mówić to klasyka Black Metalu i jeden z czołowych jego reprezentantów ze Szwecji i generalnie biorąc pod uwagę cały gatunek. Zespół może się poszczycić ogromnym płytowym dorobkiem w którym szczerze nigdy nie było słabej płyty, każda trzyma poziom i mimo takiego stażu zespół wciąż jest w znakomitej formie nagrywając wciąż niesamowite, siejące zniszczenie albumy.
Na dziś wybrałem, wydaje mi się, czołową płytę z ich wczesnego dorobku, zanim na pokładzie zespołu zawitał Legion. Nagrany w 1994 "Opus Nocturne" to swoiste podsumowanie pierwszych lat działalności grupy, płyta przełomowa, którą zwieńczyły słynne trasy u boku Immortal i Enslaved w kolejno 1994 i 95' roku. Na tej płycie Marduk zaklął w swoją Black Metalową furię jakiś pierwiastek niepokojącej symfonii nocy i wszechobecnego zła. "Opus Nocturne" był kolejnym krokiem naprzód w nieco bardziej złożoną i misterną warstwę kompozycyjną. Tym razem za ich piekielną machiną wojenną zaczęła kryć się druga głębia nadająca ich muzyce jeszcze bardziej unikatowej, mrocznej atmosfery. Takie "Sulphur Souls" czy "Autumnal Reaper" są tego najlepszym przykładem. Wielka szkoda, że był to ostatni album z Av Gravf'em na wokalu, gdyż tutaj pokazał się z najlepszej strony i w pełni rozwinął skrzydła swojego opętanego i złowieszczego głosu. Z całym szacunkiem dla Legiona, jego wokalu ogromnej charyzmy, ale Joakim miał jednak w sobie i swoim wokalu coś niepowtarzalnego. "Opus Nocturne" to moja pierwsza trójka Marduk i bezapelacyjnie jedna z wizytówek tej szwedzkiej hordy. Konkretny wpierdol z niesamowitym klimatem! Wielbię!
Poniżej przedstawiam limitowane wznowienie omawianej płyty wydane przez Osmose w 2013 roku. Jest ono limitowane do 1000 sztuk, każda na czarnym cd. Poligrafia natomiast wykonana jest na szorstkim, grubym papierze. Mimo tego, że kolory są trochę ciemniejsze niż w oryginale prezentuje się to całkiem ok. Co warto zaznaczyć, przy dźwięku nikt nie grzebał, nie jest to remaster. Także tutaj na plus, bo ten materiał nie wymaga jakichkolwiek poprawek. Dla porównania aspektów wizualnych wrzucam również pierwsze bicie tego albumu, również popełnione przez Osmose. Osobiście, preferuję właśnie to wydanie.



czwartek, 20 lipca 2017

Holy Battalion- Cosmic War/ Breaking the Face (Thrashing Madness 2010)

Kolejna zapomniana już ekipa z naszego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Holy Battalion ze Sławna, bo o nich tu będzie mowa, wykonywał bardzo poprawny, chociaż nieco chaotyczny, thrash. Zespół miał na koncie tylko 3 materiały demo, pełnego albumu niestety się nie doczekali. Dwa pierwsze demka, które są tu głównym rozkładem jazdy, czyli "Cosmic War" oraz "Breaking the Face" są względem brzmienia praktycznie bliźniacze lub przynajmniej takiemu faktowi bliskie. Nie słychać tu w tej kwestii znaczącego progresu. W obu przypadkach mamy brzmienie dosyć toporne, dalekie od doskonałości, surowe, szorstkie (jak na demo przystało) i w tym przypadku śmiem twierdzić, iż nie do końca działające na korzyść samych kompozycji. Materiał z obu dem jest nieco połamany, sporo się tu dzieje, ale wisi nad tym wszystkim jakiś nieokreślony chaos, podczas słuchania mam wrażenie, że zagrany jest na ogromnym spontanie, ale czasem aż za bardzo, przez co można mieć wrażenie pewnych wykonawczych niedociągnięć/ bałaganu. No, ale może w tym jest metoda, taki urok i zero dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że spokojnie znalazły by się osoby, które nie podzieliłyby tego zdania, cóż, takie moje subiektywne odczucia. Niemniej jednak udało mi się wyłapać w dwóch utworach bardzo ciekawe, czy świadome- nie wiem, odnośniki do poza thrashowej, metalowej klasyki w postaci NWOBHMowego Blitzkrieg ("March") czy Celtic Frost (początek "The Temple") wplecione w thrashowe metalowe łojenie w bardzo misterny sposób. Zamieszczone tu jako bonus demo "Mr. Dolly" z 1994 to już widoczny krok naprzód zarówno w brzmieniu jak i samych utworach, o wiele więcej tu świeżości i bardziej dojrzałego technicznie grania, ale wciąż nie do końca porywającego.
Podsumowując, jakoś specjalnie Holy Battalion mnie nie zauroczył. Nie są to złe materiały, skąd, daleki jestem od takiej opinii, ale giną momentalnie w natłoku innych znacznie lepszych i bardziej oryginalnych (chociażby wplatające już w swą sztukę death metal, grające po sąsiedzku Slaughter z Koszalina, czy, jeszcze wtedy, słupski Betrayer). To po prostu dobre, żywiołowe, thrashowe granie bez specjalnych fajerwerków. Dla miłośników takiego właśnie grania jak i naszego undergroundu będzie to z pewnością niezła gratka i kolejny interesujący element historii naszej sceny. Co się tyczy samego wydania, to jak to już zwykłem mawiać, logo Thrashing Madness to wystarczająca rekomendacja, jednak płyta pochodzi z czasów kiedy owe krakowskie wydawnictwo wypuszczało cd jeszcze nieco skromniejsze, ale już wieszczące przyszły patos. Dla fanów tematu, pozycja warta polecenia.


piątek, 14 kwietnia 2017

Taranis- Faust (Baron Records 1994)

Debiutancki, pełny album wadowickiej hordy Taranis zatytułowany "Faust" jest swoistą, Black Metalową adaptacją tej sztuki. Ale, ale, jak się okazuje nie chodzi tu o "Fausta" autorstwa Goethego, a Marlowa ("Doctor Faustus"). To co tu znajdziecie to już nie jest tylko i wyłącznie muzyka, to niesamowite pokłady emocji, atmosfery, wszechobecnego mroku oraz dramatyzmu, zaklętego we wspomnianym dziele, jak i samych spowitych czernią dźwiękach składających się na niniejszą płytę. Dostajemy tu dwa cztero- utworowe akty zatytułowane kolejno "Waltz Mephistoph" oraz "Balneum Diaboli". Taranis raczą nas kompozycjami będącymi hybrydą Black Metalu w stylu chociażby wczesnego Samael oraz Doom Metalowych naleciałości. Królują tu wolniejsze, czasem wręcz transowe tempa, które od czasu do czasu przyspieszają oddając dramatyzm oraz charakter opisywanych sytuacji i nadając dziełu cech ścieżki dźwiękowej. Mamy tu sporo akustyków, wyciszeń, w których słychać niepokojące krzyki i zawodzenia. Atmosfera jest momentami iście upiorna i niepokojąca. Istotnie słuchając widzi się oczyma wyobraźni całą sytuację w której rozgrywa się dialog Fausta z Diabłem. W drugim akcie zespół pokusił się o fragment w ojczystym języku, inkantację, która w tej formie niesamowicie oddziałuje na słuchacza. Muzycznie na początku jest spokojnie, ale z sekundy na sekundę napięcie rośnie i robi się podniośle, a jednocześnie złowrogo- "Niech wyją wiatry!". Co się tyczy samej szaty graficznej płyty to jeszcze przed jej odtworzeniem daje do zrozumienia, że czeka nas pełne tajemniczości misterium, i tak właśnie jest. Zatem i tu należą się słowa uznania.
"Faust" jest bez wątpienia dziełem oryginalnym i jedynym w swoim rodzaju jeżeli chodzi o naszą metalową scenę. Taranis przełamali tą płytą utarte schematy i zdobyli się na odważny krok tworząc dzieło zaiste ambitne i pełne unikalnego klimatu. Każde kolejne przesłuchanie tej płyty pozwala jeszcze bardziej dostrzec i odczuć jej mroczne piękno. Zespół nie tylko znakomicie oddał charakter i atmosferę tego co napisał w swoim dramacie Marlow, ale także zostawił po sobie trwałe muzyczne dziedzictwo, które wciąż może inspirować i zachwycać. To właśnie tu grupa w pełni rozwinęła skrzydła swej Black Metalowej sztuki i szkoda, że w takim właśnie momencie zginęła w mrokach dziejów. Każdemu kto jeszcze nie miał z owym albumem styczności, zalecam aby te zaległości nadrobił, daję słowo, że nie będzie zawiedziony!


środa, 12 kwietnia 2017

Graveland- Carpathian Wolves (Eternal Devils 1994/ No Colours 2015)

Jest noc. Księżyc swym pełnym majestatu blaskiem oświetla wierzchołki gór zatopione w leśnych ostępach. Wszechobecną ciszę, którą nieśmiało burzy tylko powiew wiatru przecina mrożący krew skowyt wilków. Ów zew krwi niesie się po najdalszych zakątkach Karpat zwiastując nienazwaną groźbę, a w oddali połyskiwać zaczyna ognista łuna. To były mroczne czasy....
"Carpathian Wolves" jest swoistym podsumowaniem wczesnych lat Graveland obfitujących w nagrania demo. Zawiera wszystko co najlepsze z tych taśm i jest najbardziej zaawansowany produkcyjnie i brzmieniowo. Tym co najbardziej wyszczególnia się podczas słuchania tej płyty jest jej niesamowita atmosfera grozy i mroku. Najlepiej słucha się jej nocą podczas pełni (wiem co mówię), wtedy na prawdę można poczuć klimat tego albumu i ładunek emocji który ze sobą niesie. Moimi absolutnymi faworytami z tej płyty są "Barbarism Returns" oraz "Impaler of Wallachia", dwa black metalowe majstersztyki okraszone tu i ówdzie klawiszowym tłem które jest wręcz wizytówką Graveland. Darken nagrał na tym albumie chyba najmroczniejsze intra w swojej twórczości. Gitary w stosunku do dem nabrały wyrazistości i odpowiedniego brzemienia- wciąż surowego ale jakby pewniejszego, tak samo partie perkusji, bm-owa kuźnia na pełnych obrotach. Słuchając tego albumu czuje się oddech tamtych lat na plecach, to co wtedy motywowało ludzi ze sceny, co nieśli wraz ze swoją muzyką i co chcieli przez nią wyrazić, a jest to bezcenne i zaklęte min. w tym albumie, cień ognia który płoną wtedy mocno i jasno.
Co się tyczy oprawy graficznej albumu to moim zdaniem jest piękna w swojej prostocie- rysunek przedstawiający wojownika z bm-owymi barwami wojennymi na twarzy, trzymającego w dłoni pochodnię i klęczącego obok wilka. Obie postacie patrzą w niebo, otoczone lasem i górami. Spotkałem się z opiniami szydzącymi zarówno z owej grafiki jak i z samej płyty, że niby rysuneczek jak z przedszkola, a płycie brak oryginalności. Totalnie się z tym nie zgadzam! Może grafika jest prosta i nie na miarę profesjonalnych poligrafii, ale za to bardzo wymowna i szczera jak sama muzyka, która płynęła z serc i z potrzeby tworzenia, a nie pokazania się z jak najlepszej strony czy świadomej chęci zaistnienia. Moim jedynym zarzutem jaki można wysnuć pod adresem "Carpathian Wolves" jest fakt, że płyta jest nieco krótka i szybko się kończy, co nie pozwala się w pełni nią nacieszyć.
Podsumowując, jest to dzieło zasługujące na wejście do kanonu klasyki polskiego black metalu oraz, i przede wszystkim, wizytówki świetności lat sceny jak też tego czym był dla tych ludzi black metal. Wydawnictwo bez wątpienia o wymiarze ponadczasowym! Rekomendacja zbyteczna!