Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graveland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graveland. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2018

Graveland- Dawn of Iron Blades (No Colours Records 2004/ Hammer of Damnation 2018)

Kolejne wznowienie od Graveland i ponownie, kolejny odświeżony i przearanżowany materiał. Tym razem padło na "Dawn of the Iron Blades". Materiał może jednostajny, trochę przewidywalny, ale za to niesamowicie spójny i epicki w swym wyrazie, zwłaszcza w nowym obliczu. Nabrał jeszcze więcej patosu i mocy. Nie ma co ukrywać faktu, że Graveland ma swój misternie wypracowany styl którym podąża już od wielu lat, który buduje przekaz i tożsamość zespołu. Można być pewnym, że grupa nigdy nie zejdzie z obranej ścieżki. No, ale do rzeczy. "Dawn of the Iron Blades" został w tej wersji podrasowany, przede wszystkim partiami chóru (żeńskie w wykonaniu Olyi są po prostu niesamowite, bardzo subtelne, a jednocześnie podkreślające majestat towarzyszący kompozycjom), większą ilością klawiszowego tła i mocniejszą, wyrazistszą partią perkusji, którą nagrał Miro. Jednym słowem płyta stała się barwniejsza w stosunku do oryginału, bardziej urozmaicona. Jej brzmienie, uważam, również jest znacznie lepsze. Poprawiona i przeredagowana została również warstwa tekstowa. Jednym słowem album przeszedł gruntowną rewitalizację, przez co ma szansę zaprezentować drzemiący w nim potencjał w ramach epickiego, pogańskiego odcienia metalowej sztuki.
Co się tyczy samej formy wydania. Przyznać trzeba, że brazylijskie Hammer of Damnation się postarało. Szata graficzna wykonana jest z dbałością o szczegóły, jest rozbudowana, jednym słowem wyczerpuje temat jeżeli chodzi o tzw. radość dla oka. Dodatkowym bonusem jest świetny pomysł w kwestii formy zaczerpnięty z pierwszych kompaktowych wydań "Frost" Enslaved oraz "Blizzard Beasts" Immortal. Mianowicie wytłoczone na pudełku logo zespołu. Prezentuje się to kapitalnie i przywodzi na myśl właśnie te wspomniane wydania z lat 90-tych. Całość posiada jeszcze dodatkowych slipcase. Reasumując, mucha nie siada! Wydawnictwo wg. mnie bez zastrzeżeń. Dla fanów Graveland mus, a dla reszty dobry przykład na to aby posłuchać sobie jak zespół brzmi i komponuje obecnie.

http://www.graveland.org/
https://www.hodrecs.com/



czwartek, 21 grudnia 2017

Graveland- The Celtic Winter (Melissa Productions 1994/ Warheart Records 2013)

Ten mini-album/ to demo (bo różnie jest "The Celtic Winter" określany) jest swoistym pomostem pomiędzy In the Glare of Burning Churches, a albumem Carpathian Wolves, tworząc z nimi swoistą black metalową trylogię w dorobku Graveland. Na tle wspomnianych tytułów wyróżnia je dosyć uwypuklona obecność klawiszowego tła które nadaje temu wydawnictwu niesamowitej atmosfery i głębi. Bardzo wyraźny jest też progres twórczy w stosunku do poprzednich materiałów. Właściwie można by The Celtic Winter potraktować właśnie jako EP, a nie damo, albo wręcz album. Moim absolutnym faworytem wśród utworów tu zawartych jest "Gates to the Kingdom of Darkness" (intro/ prolog z tej kompozycji to jedno z najlepszych, jeżeli nie najlepsze, dzieło w tej materii jakie dane mi było usłyszeć), magia i mistyczna aura jaką emanuje ten utwór to jakieś wyższe wtajemniczenie. To był pierwszy kawałek Graveland jaki kiedykolwiek usłyszałem i mocno wrył mi się w pamięć, zwłaszcza jego intro i główny motyw. Zaraz za nim mogę wymienić "The Night of Fullmoon", który znany jest już z poprzedniej demówki. Tutaj nagrany jest ponownie i w nieco lepszej jakości co znacznie podbija jego walory i odbiór. Wydawnictwo to zapisało się też w wydawniczej historii będąc pierwszym krążkiem wypuszczonym przez No Colours Records, ale niestety tylko w formie 3 utworowego cd. "The Celtic Winter" jest bardzo bardzo charakterystycznym, wręcz wyjątkowym materiałem zarówno pod względem brzmienia jak i atmosfery, którą tworzy w trakcie słuchania. Co tu dużo mówić, czuć tutaj spore pokłady emocji i przełożenia esencji gatunku na kompozycje. Minusem, ale takim mocno naciąganym, może być fakt iż, podobnie jak w przypadku Carpathian Wolves, za szybko się kończy i pozostawia pewien niedosyt. Ale cóż, przecież zawsze można odpalić od nowa i raz jeszcze przeżyć to obłędne misterium nocy.
Powinienem jeszcze wspomnieć o sentymentalnym i, ponowie, historycznym znaczeniu tego materiału dla sceny i ludzi którzy wtedy byli jej częścią, ale robiłem to w przypadku recenzji "In the Glare of Burning Churches" oraz chociażby długograja "Thousand Swords", więc nie chcę się już powtarzać, bo doskonale wiecie o co chodzi. To nie są tylko nagrania, to wspomnienia i ogromny sentyment. Same fotografie z bookletów wersji kasetowej jak i kompaktowej emanują niezwykłą aurą.Dla fanów dawnego BM i jak i Graveland pozycja nie do pominięcia!
Poniżej reedycja "The Celtic Winter" popełniona w ostatnich latach przez Warheart Records. Pisałem już o ich wznowieniach nie raz, także znacie moją opinię w tej kwestii.




środa, 22 listopada 2017

Graveland- Immortal Pride (No Colours Records 1998/ Warheart Records 2017)

Immortal Pride to chyba najbardziej „inny” album w całym dorobku Graveland. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale i o strukturę płyty- tylko dwa utwory główne, ale za to bardzo rozbudowane i długie intro i outro wiążące całość. Jest to też pierwszy album na którym tak rozwinięta jest warstwa symfoniczna o takiej głębi i kolorycie. Nadal są tu obecne pagan black metalowe riffy, ale to klawisze i symfoniczne tło grają na tym albumie pierwsze skrzypce. Podczas słuchania od razu narzuca się skojarzenie z albumami Bathory- Hammerheart oraz Twilight of the Gods, wpływy tych dwóch majstersztyków Quorthona są aż nadto oczywiste, zwłaszcza ten epicki sznyt, który bije od Immortal Pride na odległość. Album nie jest w żadnym wypadku kopią albumów Bathory, były one tylko inspiracją, Darken nadał tej płycie charakterystycznego brzmienia które spotyka się tylko u zespołów z Polski, Ukrainy czy Rosji. Jest bez wątpienia oryginalny.
Kolejnym aspektem który charakteryzuje tę płytę jest następna inspiracja. Tym razem po raz kolejny mamy odnośnik do twórczości Basil'a Poledurisa (przypomnicie sobie "In the Glare of Burning Churches czy "Epilogue") i jego nieśmiertelnego soundtracku do Conana Barbarzyńcy. Echa tej muzyki stale przewijają się podczas słuchania płyty.
Co się tyczy brzmienia i produkcji Immortal Pride to nie można narzekać. Jest świeżo, instrumenty są wyraziste, jest głębia, a klawisze tworzą piękne tło. Sama partia perkusji może wydawać się nieco toporna względem całej reszty, ale w ostateczności daje radę i jest ok. Muzyka niesie ze sobą sporą dawkę emocji w kwestii zarówno tekstów jak i samej muzyki, co sprawia że w istocie pasowała by do jakiegoś filmu o dawnych Słowianach (wystarczy zerknąć na okładkę) lub o wojownikach pokroju chociażby Conana.
Co prawda nie jest to moja ulubiona płyta w dorobku Graveland, ale bardzo ją szanuję i doceniam potencjał jaki ze sobą niesie. Jest niezaprzeczalnie jednym z tych ważniejszych dzieł Graveland, które zapadają w pamięć.
W kwestii samej przedstawionej poniżej reedycji z Warheart, to jest dokładnie tak jak w przypadku omawianego wcześniej wznowienia "Following the Voice of Blood". Wyszło to naprawdę nieźle i jak ktoś nie ma first pressów, czy nie przeszkadza mu ta pierwszoplanowa, odświeżona warstwa graficzna to śmiało może po to sięgnąć. Jak najbardziej polecam.



poniedziałek, 20 listopada 2017

Graveland- Following the Voice of Blood (No Colours Records 1997/ Warheart Records 2017)

Gdy ładnych parę lat temu zaczynałem swoją przygodę z twórczością Graveland myślałem, że Thousand Swords jest tym albumem który zajmuje najwyższe miejsce w dyskografii grupy, to prawda, ale Following the Voice of Blood wyprzedza go o ten jeden mały kroczek. Jest to płyta która coś kończy i coś zaczyna, dzieło przełomowe, dzięki czemu tak ważne. Wraz z tą płytą w pewnym stopniu zanikają tu patenty stricte black metalowe, a z całą okazałością objawiają się cechy pagan metalu z tą jakże charakterystyczną dla Graveland nutą epickości z majaczącymi w tle echami folku. Możemy jeszcze usłyszeć tutaj wokal typowy dla dwóch poprzednich albumów, ale muzyka jak już wspomniałem zaczyna wkraczać w inne rejony, które z kolejnymi albumami przerodzą się w to z czego Graveland słynie brzmieniowo i aranżacyjnie już od kilku ładnych lat, jest to także ostatnia płyta na której mamy typowo szybkie bm-owe partie gitar i perkusji.
Przejdźmy teraz do konkretów. Following the Voice of Blood jest albumem który wciąż cechuje surowa produkcja i w przypadku Graveland jest to olbrzymia, nadająca charakteru i klimatu zaleta. Miks płyty został wykonany perfekcyjnie, pełen profesjonalizm i wyczucie. Muzyka okraszona jest klawiszowym tłem, które świetnie podkreśla melodykę i nadaje całości tego całego epickiego sznytu. Utwory są tu odpowiednio długie, z ciekawymi przejściami melodii co sprawia że się nie dłużą i nie wieją nudą, można je porównać do snującej się opowieści która zabarwiona jest odpowiednimi emocjami i zwrotami akcji. Ambientowe oraz neoklasyczne pasaże obecne na płycie nadają całości drugiego dna, zespalają muzykę i tworzą jedną całość. W niektórych utworach są swoistą ciszą przed jeszcze obecną tu black metalową burzą. Na szczególne z mojej strony wyróżnienie zasługują utwory Thurisaz (tu jest wszystko- świetne intro, bm-owa szarża i zapadające w pamięć melodyjne przejścia), Following The Voice of Blood (fajne folkujące intro) oraz majestatyczny And the Horn was Sounding far Away (aż mi się przypomniał Twilight of the Gods Bathory, klasa!). Zapewne może was zdziwić brak jakiejkolwiek krytyki z mojej strony, ale po prostu nie mam się tu do czego przyczepić. W moim odbiorze album jest od A do Z kawałkiem wspaniałej i dobrze wykonanej muzyki, koniec i kropka.
Pomysłowe kompozycje, niesamowita atmosfera, swoista świeżość i wyobraźnia twórcza Darkena stworzyła album który moim skromnym zdaniem jest perłą w koronie polskiej sceny black/ pagan metalowej, jak dzieła Emperor, Bathory oraz Burzum (których wpływ na twórczość Graveland jest raczej ogólnie wiadomy) czy Ulver dla sceny norweskiej.
Co się tyczy oprawy graficznej płyty, to co tu dużo ukrywać, cieszy oko i zachęca do słuchania- rydwan wojów podążający za stadami kruków majaczącymi na tle szarego, pochmurnego nieba. Wchodzi w klimat płyty jak ulał! W przedstawionej poniżej reedycji tego albumu za ramienia Warheart Records mamy nową okładkę, równie dobrą, aczkolwiek gubiącą już atmosferę swojej oryginalnej poprzedniczki. Niemniej jednak wewnątrz wydawnictwa znajdziemy także oddzielną reprodukcję okładki pierwszego wydania, także każdy będzie usatysfakcjonowany. Tak jak w przypadku niedawnych wznowień "In the Glare of Burning Churches" oraz "The Celtic Winter", te reedycje jeszcze nieco kulały, tak tutaj wszystkie niedopracowane mankamenty zostały poprawione przez co w pełni i z czystym sumieniem mogę je polecić. Warto wspomnieć, że wewnątrz dostajemy garść memorabiliów z tamtego okresu, trochę archiwalnych zdjęć z sesji do albumu oraz nieco liner notes do poczytania. Reasumując jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!



środa, 19 kwietnia 2017

Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1995/ No Colours Records 2010)

"Thousand Swords" jest w dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek królował na scenie i emanował niesamowitą atmosferą i mocą. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian stylistyki czy tempa, całość jest równa, zwarta co sprawia, że ma się wrażenie słuchania jednolitej całości, a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na "Thousand Swords" zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego łojenia z czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do pewnych przemyśleń, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Szata graficzna albumu też zahacza o tzw. kult. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, jest moc..., ale i pewna nostalgia. Jest to swoisty dokument rebelii i bezkompromisowych postaw ówczesnej sceny BM na naszych ziemiach.
Płyta jest też, jak wszystkie starsze wydawnictwa Graveland, częścią mrocznej i pięknej historii polskiego black metalu. Na pewno jest jednym z dumnych pomników tamtych lat i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Warto napomknąć, iż album był jednym z niewielu wydawnictw spod szyldu Isengard Production założonej w tamtych latach przez Darkena. Na cd w 1995 wydało go Lethal Records, ale podobno była to fuszerka i chybiony układ.
Podsumowując jest to dzieło o wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w kolekcji!
Poniżej winylowa reedycja tego dzieła wydana w 2010 roku przez nikogo innego jak niemiecką No Colours Records. Jak widać wzorcem było stare oryginalne wydanie. W sumie nie wyobrażam sobie innej opcji przy tego typu materiale. Wykonanie pierwsza klasa!



środa, 12 kwietnia 2017

Graveland- Carpathian Wolves (Eternal Devils 1994/ No Colours 2015)

Jest noc. Księżyc swym pełnym majestatu blaskiem oświetla wierzchołki gór zatopione w leśnych ostępach. Wszechobecną ciszę, którą nieśmiało burzy tylko powiew wiatru przecina mrożący krew skowyt wilków. Ów zew krwi niesie się po najdalszych zakątkach Karpat zwiastując nienazwaną groźbę, a w oddali połyskiwać zaczyna ognista łuna. To były mroczne czasy....
"Carpathian Wolves" jest swoistym podsumowaniem wczesnych lat Graveland obfitujących w nagrania demo. Zawiera wszystko co najlepsze z tych taśm i jest najbardziej zaawansowany produkcyjnie i brzmieniowo. Tym co najbardziej wyszczególnia się podczas słuchania tej płyty jest jej niesamowita atmosfera grozy i mroku. Najlepiej słucha się jej nocą podczas pełni (wiem co mówię), wtedy na prawdę można poczuć klimat tego albumu i ładunek emocji który ze sobą niesie. Moimi absolutnymi faworytami z tej płyty są "Barbarism Returns" oraz "Impaler of Wallachia", dwa black metalowe majstersztyki okraszone tu i ówdzie klawiszowym tłem które jest wręcz wizytówką Graveland. Darken nagrał na tym albumie chyba najmroczniejsze intra w swojej twórczości. Gitary w stosunku do dem nabrały wyrazistości i odpowiedniego brzemienia- wciąż surowego ale jakby pewniejszego, tak samo partie perkusji, bm-owa kuźnia na pełnych obrotach. Słuchając tego albumu czuje się oddech tamtych lat na plecach, to co wtedy motywowało ludzi ze sceny, co nieśli wraz ze swoją muzyką i co chcieli przez nią wyrazić, a jest to bezcenne i zaklęte min. w tym albumie, cień ognia który płoną wtedy mocno i jasno.
Co się tyczy oprawy graficznej albumu to moim zdaniem jest piękna w swojej prostocie- rysunek przedstawiający wojownika z bm-owymi barwami wojennymi na twarzy, trzymającego w dłoni pochodnię i klęczącego obok wilka. Obie postacie patrzą w niebo, otoczone lasem i górami. Spotkałem się z opiniami szydzącymi zarówno z owej grafiki jak i z samej płyty, że niby rysuneczek jak z przedszkola, a płycie brak oryginalności. Totalnie się z tym nie zgadzam! Może grafika jest prosta i nie na miarę profesjonalnych poligrafii, ale za to bardzo wymowna i szczera jak sama muzyka, która płynęła z serc i z potrzeby tworzenia, a nie pokazania się z jak najlepszej strony czy świadomej chęci zaistnienia. Moim jedynym zarzutem jaki można wysnuć pod adresem "Carpathian Wolves" jest fakt, że płyta jest nieco krótka i szybko się kończy, co nie pozwala się w pełni nią nacieszyć.
Podsumowując, jest to dzieło zasługujące na wejście do kanonu klasyki polskiego black metalu oraz, i przede wszystkim, wizytówki świetności lat sceny jak też tego czym był dla tych ludzi black metal. Wydawnictwo bez wątpienia o wymiarze ponadczasowym! Rekomendacja zbyteczna!




wtorek, 17 stycznia 2017

Graveland- Creed of Iron (No Colours 2000/ 2009)

O płycie „Creed of Iron” (Prawo Stali) pisano już wiele, ale i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze na jej temat bo jest to płyta niewątpliwie istotna w dorobku Graveland. Po pierwsze album ten zapoczątkował poniekąd nowy, trwający do dnia dzisiejszego etap w twórczości zespołu. Na tej płycie utrwaliły się styl i naleciałości które przewinęły się przez jego poprzedników w postaci „Following the Voice of Blood” oraz „Immortal Pride”. Jest epicko, podniośle, wojennie ze szczyptą folku w tle, ale tego bardziej bitewnego. Aczkolwiek w porównaniu do „Immortal Pride” gdzie pierwsze skrzypce należały do klawiszy, tak na „Creed of Iron” rządzą mocarne gitarowe riffy które na długo zapadają w pamięć słuchacza. Na album składa się pięć, średnio dziesięcio-minutowych kawałków, oraz świetne budujące atmosferę intro otwierające płytę. Poniekąd można by „Prawo Stali” potraktować jako następcę poprzedniej płyty, ale zbyt dobrze widoczna jest wspomniana zmiana ról klawiszy i gitar, tutaj te pierwsze podbijają brzmienie i głębię tych drugich. Pomimo faktu iż kompozycje są rozbudowane, album się nie nudzi. Melodyka jest na tyle chwytliwie skonstruowana że wciąga i utwory płyną. Pamiętam kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty, byłem pod wrażeniem jak długie i podniosłe hymny potrafią wpadać w ucho, a jednocześnie nie niszczyć atmosfery tego typu nagrań gdzie jest ona istotnym elementem.
„Creed of Iron” jest jedną z najważniejszych płyt Graveland, może nie tyle przełomową co wyznaczającą pewną drogę którą Graveland podąża do dziś, pewnym kamieniem milowym. To tu wszystko się zaczyna, a to co było wcześniej kończy. Będąc szczerym to właśnie ta płyta jest moim faworytem jeżeli chodzi o twórczość zespołu od 2000 roku w górę. Ma w sobie to co każdy album rozpoczynający pewien etap, pierwotną świeżość i masę pomysłów, tą swoistą energię i pasję. Jeżeli ktoś nie przepada zbytnio za black metalem, a lubi epickie klimaty z echami bitwy i folku w tle, a jeszcze na dodatek nie zna twórczości Graveland, to właśnie od tej płyty powinien zacząć. Miecze pójdą w ruch a tarcze w drzazgi, na ziemi rozpoczyna się bitwa, a w Valhalli wieczna uczta!



niedziela, 15 stycznia 2017

Graveland- 1050 Years of Pagan Cult (Heritage Recordings 2016)

"1050 Years of Pagan Cult" to płyta na którą ostatnio niecierpliwie czekałem. Docierały do mnie materiały z prób, dema zaostrzając mój apetyt. Już wtedy było to bardzo obiecujące. Byłem ciekaw jak wyjdą stare kultowe utwory Graveland zagrane obecnie, w pełnym składzie, już w wersji oficjalnej, studyjnej, w tzw. pełnej krasie. Nie zawiodłem się ani trochę!
Na niniejszą kompilację wybrane zostały same perły z Black Metalowego okresu działalności Graveland. Znalazły się tu takie klasyki jak "Thousand Swords" czy "Thurisaz", nie zabrakło też mroku z czasów dem i pierwszej płyty. Mamy tu niesamowicie klimatyczne, oddające ducha tamtych dni "The Night of Fullmoon", "Hordes of Empire" oraz utwór do którego po wsze czasy będę miał niegasnący sentyment- "The Gates to the Kingdom of Darkness" (intro miazga!). Jak zaczynałem swoją przygodę z Black Metalem to ten kawałek był dla mnie synonimem tej sztuki, esencją brzmienia, najpoprawniejszym uchwyceniem związanej z tą muzyką atmosfery. Mistrzostwo i ciary na skórze! We wszystkie kompozycje z płyty tchnięty został świeży duch, nowa jakość, mocne, przestrzenne brzmienie. Graveland zaczął nowy etap swojej muzycznej drogi i to słychać. Zespół przeszedł chrzest bojowy zarówno na ubiegłorocznych koncertach jak i w studiu nagrywając ten album. Nastąpiły konkretne zmiany, ale dawny klimat pozostał. Miniony ogień pierwszej połowy lat 90-tych dalej w tych odświeżonych utworach majaczy, nadal czuć jego ciepło i roztańczone iskry. To wydawnictwo to bardzo trafione i udane podsumowanie tamtych płyt, tamtego niezwykłego czasu. Jest to jednocześnie pewien ładunek nostalgii, powrót do korzeni oraz zaprezentowanie nowego zespołu i jego możliwości. Bardzo dobrze, że stało się to w taki sposób, poprzez własnie te, a nie inne utwory.
Co się tyczy samej formy wydania, jakiekolwiek negatywne uwagi byłby tutaj nie na miejscu. Heritage Recordings, podobnie jak to miało miejsce w przypadku splitu z Nokturnal Mortum, stanęli na wysokości zadania i zadbali o to aby płyta cieszyła nie tylko uszy, ale i oczy. Dostaliśmy pieczołowicie wykonany, matowy digibook z obszerną książeczką wypełnioną fotografiami z pierwszych w historii koncertów Graveland. Zdobiąca całość okładka to też kawał solidnej sztuki zespalający całość i łączący pierwiastki przeszłości z tym co nowe.
Na koniec powiem jedno, każdy fan Graveland, jak i samego Pagan i Black Metalu powinien to wydawnictwo mieć, nie tylko ze względu na jego formę i treść, ale także na niezwykły ładunek emocjonalny!



niedziela, 8 stycznia 2017

Graveland- In the Glare of the Burning Churches (demo 1993/ Warheart 2013)

Niniejsze demo to jeden z pierwszych rozdziałów księgi polskiego podziemia bm i lat jego świetności. Żałuję że to na ten właśnie okres nie przypadły moje młodzieńcze lata, że nie dane mi było poczuć atmosfery tamtych dni i właśnie wtedy słuchać tej muzyki. Chętnie podpiszę się pod opinią że to demo to jedno z najważniejszych dzieł polskiego black metalu- tego szczerego i najprawdziwszego. Jest przesiąknięte tymi wszystkimi wydarzeniami które wtedy miały miejsce nie tylko w Norwegii, ale i na terenie naszego kraju. Kiedy trzyma się w dłoniach to wydawnictwo to emanuje z niego coś niezwykłego, mrocznego, tak jakby to demo nie poddało się czasowi i stale było cząstką minionych lat.
"In the Glare of Burning Churches" to w warstwie muzycznej absolutna bm-owa surowizna z genialnymi klawiszowymi pasażami i intrami (wstęp do utworu tytułowego od razu narzuca skojarzenia ze ścieżką dźwiękową Basila Poledurisa do "Conana Barbarzyńcy"), "The Durk Dusk Abyss" wnosi klimat niczym ze starych, czarno-białych filmów grozy oraz outro które po raz kolejny przynosi na myśl Conana). Moim absolutnym faworytem jest "The Night of Fullmoon", bez wątpienia klasyk z repertuaru starego Graveland. Nagromadzenia emocji i aury jaką posiada ten utwór nie da się opisać (kiedyś nawet pokusiłem się o nagranie coveru tego kawałka wraz z kolegą). Brzmienie gitar i perkusji jest tutaj typowe dla większości dem black metalowych- surowość, milion kilometrów od idealnej produkcji i wymuskanego brzmienia. Mimo to słucha się tego z przyjemnością. Wampiryczny, skrzekliwy wokalal Roba jest idealnym zwieńczeniem całości. Demo jest co prawda krótkie ale maksymalnie treściwe.
Bez zastanowienia można powiedzieć że "In the Glare of the Burning Churches" jest jednym z tych nagrań które mogły by reprezentować cały gatunek jakim jest black metal. Surowość, szczerość, bezkompromisowe podejście do twórczości, przesiąknięty mrokiem klimat i niczym niepohamowany ładunek emocjonalny to domena tego wydawnictwa. Coś takiego już nigdy nie powstanie, ale to dobrze. Dzięki temu to demo wyryje się mocno na kartach historii black metalu, i dzięki temu będzie się po takie nagrania sięgać, a potem do nich wracać niczym do najlepszych i wiecznie żywych wspomnień.
Poniżej pragnę przedstawić posiadaną przeze mnie reedycję owego dema wydaną w 2013 roku przez Warheart Records. Jak widać mamy zarówno starą jak i nową, alternatywną grafikę. Jest też booklet ze sporą liczbą zdjęć i tekstów. Płyta ma dodatkowy slipcase na pudełku oraz sporo bonusów w postaci dema "Epilogue" oraz nagrań z prób. Generalnie jest dobrze choć ta nowa szata graficzna trochę burzy klimat tego materiału, no ale dobra, ujdzie w tłoku. Mogę polecić.



poniedziałek, 3 października 2016

Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1996/ No Colours 2012)

Thousand Swords jest w dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek trzymał się jeszcze dobrze i był czym z założenia być powinien. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian stylistyki czy tępa, całość jest równa co sprawia że ma się wrażenie słuchania jednolitej całości a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.


Warto wspomnieć że na Thousand Swords zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego oldschoolu z czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do przemyśleń na tle tożsamości kulturowej, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Poruszane są tu też tematy honoru czy heroizmu.
Szata graficzna albumu to hołd tradycyjnej formie. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, kult musi być! Generalnie, pokazane tutaj wznowienie z No Colours jest w bardzo dużym stopniu wierne wydaniu Isengard z 1996, co bardzo się chwali. Oczywiście album ukazał się oryginalnie rok wcześniej nakładem austriackiej Lethal Records, ale zespół nie był zadowolony ani z wydania, ani ze współpracy z wydawcą. Dlatego rok później Darken wydał ten album na cd i mc pod szyldem własnego distro.
Płyta jest też jak wszystkie starsze wydawnictwa Graveland częścią mrocznej i pięknej historii polskiego black metalu. Na pewno jest jedną z wizytówek tamtych lat i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Podsumowując jest to album o wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w każdej szanującej się bm-owej kolekcji!


sobota, 1 października 2016

Graveland/ Nokturnal Mortum- The Spirit Never Dies split (Heritage Recordings 2016)

Nie powiem, byłem tego splitu bardzo ciekaw bowiem zawiera materiały, które są poniekąd kolejnym krokiem w nowy rozdział stylistyczny i brzmieniowy obu grup. Pierwszych zalążków możemy już doszukiwać się na ostatnich albumach obu zespołów, ale to tu jest to najbardziej słyszalne.
Pamiętam jeszcze Nokturnal Mortum z takich wydawnictw jak "Goat Horns" czy "Nechrist", był to bardzo charakterystyczny i oryginalny black metal z sporymi naleciałościami folkowymi, wszechobecnymi klawiszami, jednakże wciąż diabelski,  o surowym brzmieniu, nieprzejednany w swym przekazie. To co obecnie zespół reprezentuje, także na tym splicie, to już odrobinę inna bajka. Black metal w ich muzyce podany jest już w nieco innej formie niż dawniej, wciąż jest folkowo, ale też słychać w ich graniu elementy chociażby heavy metalu. Niemniej jednak zespół puszcza oko do starych czasów używając intra z "Nechrist" jako otwarcia swojej części splitu. Pozostałe dwa numery to ciekawy miks różnych wpływów z nieprzerwanie dominującym u Nokturnal Mortum folk black metalem.


Co się tyczy Graveland to niniejsze wydawnictwo narobiło mi smaku na nadchodzące "the best of" black metalowej ery w nowych aranżacjach oraz nowy album. w ciekawym kierunku podążają tu konstrukcje kompozycji. Darken dodaje do swej muzyki coraz więcej folku, nie tylko w wydźwięku utworów, ale także poprzez używanie dawnych instrumentów (bardzo siadł mi wstęp do "Lodowego Labiryntu"). Utwory są coraz bogatsze, coraz bardziej kompleksowe, pełne epickiego charakteru. Pogański metal najwyższej próby! Jest też sporo wpływów doom metalu, którego to naleciałości Darken ostatnio wplata w swoją muzykę. Dominują średnie tempa. Jedyną pozostałością po black metalowej przeszłości zespołu jest styl wokalny, nadal chrapliwy i charakterystyczny.
Duży plus za fakt, że materiały obu grup mają bardzo dobre, czyste brzmienie, wyśmienicie się tego słucha.
Nie chcę bardziej dogłębnie analizować muzyki tu zawartej, wdawać się w szczegóły bo zatrę pewną dawkę niewiadomej. Bardziej zależy mi na tym żeby zarzucić na was wędkę i zachęcić do sięgnięcia po ten krążek bo naprawdę warto. Fani tych klimatów z pewnością nie będą zawiedzeni.
Jak widać na zdjęciach split wydany został pieczałowicie, mamy 4- panelowy digipak wykonany z dbałością o szczegóły, wytłoczone są loga zespołów i część grafik. Widać, że wydawca się przyłożył i nie jest to zrobione na odwal. Dla zwolenników LP dostępna będzie także wersja winylowa w 3 różnych kolorach.


https://www.facebook.com/GravelandPL/
https://www.facebook.com/nokturnalmortumofficial/
https://www.facebook.com/Heritagerex/