niedziela, 30 września 2018

Gates of Ishtar- A Bloodred Path (Spinefarm Records 1996/ VIC Records 2017)

Gates of Ishtar to jeden z ważniejszych, a niestety nieco już zapomnianych reprezentantów melodyjnego Black/ Death Metalu ze szkoły zapoczątkowanej przez Dissection. Powołany został do życia w 1992 roku w położonym na północy Szwecji miasteczku Lulea. Muzyka Gates of Isthar na debiutanckim "A Bloodred Path" to niemal bliźniaczka tego co prezentowało na swoich dwóch płytach Dissection. Podobna struktura riffów, ta sama estetyka, nawet brzmienie, z taką różnicą, że wydają mi się nieco bardziej melodyjni, i słychać w nich pewne echa klawiszowych akcentów takiego chociażby Dimmu Borgir, które pojawiały się na płytach norwegów na "For All Tid" oraz Stormblast. Miejscami, co również odróżnia chociaż odrobinę Gates of Ishtar od zespołu Jona, acz nieznacznie, to odrobina inspiracji wczesnymi At the Gates, przez co ich muzyka nie niesie ze sobą tylu mrocznych akcentów co materiały Dissection. Przez te wszystkie widoczne i niepodważalne podobieństwa do kolegów ze Stromstad, grupa przeszła bez specjalnego echa. Wielu twierdzi, że w porównaniu do nich wypadali nieco blado. Trudno się dziwić, bo Jona i spółki w tym konkretnym stylu gry prześcignąć się nie da. Ja natomiast uważam, że wraz z Sacramentum byli najlepszymi piewcami stylu gry zapoczątkowanego przez Dissection i należy im się odrobina uwagi i uznania. Potrafili mimo wszystko wpleść na "A Bloodred Path", oraz pozostałych trzech płytach, swoje własne pierwiastki i uczynić je wartościowymi materiałami. Słuchając niniejszego debiutu ma się wrażenie właściwych ludzi na właściwym miejscu, przekonania do tego stylu i świadomości obranej drogi. W podobnych klimatach obracał się też poniekąd Unanimated. Nie przypuszczałem, że pokuszę się o takie stwierdzenie, ale Gates of Ishtar chyba przekonują mnie w tej właśnie, melodyjnej odmianie Death/Black Metalu o wiele bardziej niż wspomniana przed chwilą grupa. Mimo jakiejś tam wtórności "A Bloodred Path" jest niesamowicie prawdziwy i ma swój własny klimat. Tym co nie jeszcze tego materiału nie znają, jak i samego zespołu, szczerze polecam!
Poniżej reedycja płyty, wydanej oryginalnie przez Spinefarm w 1996, popełniona przez holenderskie VIC Records w 2017. Obecnie dostępne są również reedycje całej dyskografii zespołu wydane przez Century Media. Uzupełnione są o ciekawe liner-notes oraz całe mnóstwo archiwalnych fotografii. Te wydania polecam w szczególności i sam mam je na liście zakupów.


sobota, 29 września 2018

Venedae- Siedem Kamiennych Oblicz (Eastside 2002)

Jedna z pierwszych płyt, która tak na dobrą sprawę wprowadziła mnie w Pogańską tematykę i estetykę w metalu. Ten album bytowskiego Venedae towarzyszy mi nieprzerwanie już od jakiś 15-16 lat. Sentyment jaki mam do tego materiału jest niegasnący. Zetknąłem się z nim będąc jeszcze w szkole gimnazjalnej, w momencie kiedy z bardziej ekstremalnymi brzmieniami w metalu czy z podziemiem w ogóle nie miałem styczności, a jeżeli już to bardzo niewielką, wręcz marginalną. W tamtym czasie spotkałem się po raz pierwszy z takimi grupami jak Nokturnal Mortum, Dub Buk, Temnozor, Graveland, ale to jeszcze wtedy nie była moja muza. Musiały minąć jeszcze ze 2 lata zanim ostatecznie zatopiłem się w tych brzmieniach. No, ale na bok te mniej istotne wspominki i do rzeczy. "Siedem Kamiennych Oblicz" (tak, wiem, że tytuł jest z błędem, ale trzymam się już tego co zostało wydrukowane) poznałem dzięki koledze z klasy (dzięki Piotrze!), który przytargał ten cd do szkoły, aby puszczać w radiowęźle (możecie nie wierzyć, ale tak właśnie było, z głośników na korytarzu wydobywał się kawałek "Gniazdo"). Będąc wtedy jeszcze na etapie Black Sabbath, AC/DC, Metalliki, Maidenów nie do końca byłem do tego grania przekonany, no ale ziarno zostało zasiane i później już sam po nią sięgnąłem i katowałem ile wlezie.
Na tej płycie wszystko się zazębia. Świetny klimat, chwytliwe riffy i dające się zapamiętać melodie, akustyczne przerywniki, budujące atmosferę spowolonienia, no i teksty... Tak, wrzynają się w pamięć tak mocno, że po paru odsłuchach zna się je na pamięć. Warto wspomnieć, że na płytce udzielił się Rob Darken z Graveland nagrywając instrumentalną/ samplowo- klawiszową wstawkę w "Na Ośnieżonych Polach Bitewnych...". Nie uwzględniony jest również w trackliście cover Graveland "For Pagan and Heretic's Blood" na którym Wened zabrzmiał wokalnie prawie jak sam Darken.
Dla mnie osobiście "Siedem Kamiennych Oblicz" ma bardzo nostalgiczny charakter, nie dość, że to masa wspomnień to jeszcze jedna z płyt, która otworzyła przede mną niegdyś drzwi podziemnej sceny i przedstawiła Pogańskiemu pierwiastkowi w metalowej sztuce, który to do tej pory jest mi bardzo bliski. Wielu powie pewnie, że w tej płycie nie ma nic specjalnie rewelacyjnego, że muzycznie sporo może jej brakować (obiektywnie rzecz biorąc tak jest), ja natomiast nie potrafię jej ocenić inaczej jak tylko mocno subiektywnie. Podobało mi się to granie kilkanaście lat temu i wciąż się podoba, mimo swojej prostoty. Ten album był, jest i będzie dla mnie dziełem pod wieloma względami wyjątkowym.


piątek, 28 września 2018

Cultes Des Ghoules- Sinister, Or Treading The Darker Paths (Under the Sign of Garazel 2018)

2 lata minęły i mamy kolejny cios od Cultes Des Ghoules. I jest to cios ciężki, mroczny, posępny w każdym możliwym wymiarze, i złowieszczy. Tak, ten album przesiąknięty jest do granic możliwości diabelską aurą, złem zaszczepionym w dźwięki. Tak jak "Coven" wydawał mi się dla słuchacza nie lada wyzwaniem ze względu na swoją długość i złożoność, tak "Sinister" stawia z goła inne. Skupia się na wolnych i średnich tempach, jego mrok i ciężar czasem wręcz przytłacza (tytuł płyty mówi sam za siebie) i album nie jest do od takiego sobie łyknięcia za jednym razem, przynajmniej ja potrzebowałem paru podejść aby dostatecznie się w niego zagłębić. Składa się na niego pięć kompozycji, każda średnio po dziesięć minut, także i ta formuła prostą nie jest. Płyta jest również wymagająca w kwestii swojego klimatu, ładunku emocji które niosą zawarte tu hymny królestwa nocy. Na dobrą sprawę "Sinister" mógłby być niezłym soundtrackiem do jakiegoś filmu grozy.
Cultes Des Ghoules podąża ambitną ścieżką tworząc płyty złożone i nie skierowane do pierwszego lepszego słuchacza. Każdy ich materiał to tak naprawdę wyzwanie w jakimś aspekcie, muzyka, której trzeba poświęcić czas, skupienie, a i być podatnym na pewne brzmienia. "Coven" był opowieścią, opusem łączącym bardzo wiele cech składających się na koncept album, sporo narracji i różnych smaczków. "Sinister" to podróż w najgłębsze piekielne czeluście, emocjonalny mrok i pokłady brzmieniowego ciężaru uwydatniające ten spowity czernią klimat. To właśnie esencja najnowszego dzieła Cultes Des Ghoules.  Może płyta nie wzbudzi w was od razu chęci częstych powrotów, ale jej docenienie nie powinno zająć dużo czasu. Bardzo esencjonalny i ambitny materiał.

https://www.utsogp.pl/


wtorek, 25 września 2018

Mortiis- The Great Deceiver (Omnipresence 2016)

Trochę spóźniona ta recenzja, nawet mocno, ale nie jest to już teraz istotne. Ważne iż najnowszy, studyjny materiał Mortiis ani trochę nie ulega przeterminowaniu, będzie tak samo żywy i powalający w momencie wydania, dwa lata później, czy w jakimkolwiek innym czasie. On dojrzewa niczym dobre wino, po 2 latach powracania do tej płyty wiem co mówię. W 2016 roku Havard Ellefsen uderzył w scenę najlepszym, moim zdaniem, materiałem z industrialnej części swojej twórczości, a możne nawet i generalnie (chociaż ciężko łączyć to granie z jego Dark Ambientowymi płytami z lat 90-tych). "The Great Deceiver" może poszczycić się potężnym, skondensowanym, brzmieniem, intensywnymi, chwytliwymi numerami i niesamowitym wręcz ładunkiem emocjonalnym, którego na pierwszej lepszej płycie z pewnością nie znajdziecie. Jest totalnym upustem dla agresji i frustracji, oddaniem otaczającemu światu całego jego zła z nawiązką. Na dodatek płyta niesie ze sobą same szlachetne wzorce jeżeli chodzi o stary, dobry industrial. Można usłyszeć tu odległe echa takich wykonawców jak Skinny Puppy, White Zombie, NIN czy Ministry. Kopalnia idustrialowego oldschoolu i najprościej rzecz ujmując konkretny, energetyczny, dźwiękowy strzał jaki tylko można sobie w tym temacie wyobrazić. Są kompozycje wolniejsze, powiedziałbym bardziej refleksyjne, z pewną nutą nostalgii, a i takie, które wyrywają z butów i tych właśnie jest najwięcej. Album ma też znacznie mnie połamanych elementów czy eksperymentowania jakie miało w pewnym stopniu miejsce na "The Grudge" oraz "Perfectly Defect", także teoretycznie jest bardziej przystępny i bezpośredni w swojej wymowie. Co na to scena? Ano jajco! I jaki odzew potencjalnych słuchaczy? No kiepski jak wzrost grzybów w trakcie suszy. Byłem zaszokowany i zawiedziony. Jak ten album, mimo naprawdę nie najgorszej promocji, bo zawartość muzyczna broni się tak, że zero pytań, nie zdobył należytego mu uznania/ uwagi? Czy naprawdę mamy do czynienia z muzycznym lenistwem populacji? Zachowawczością fanów? Wierzyć się nie chce! W sumie to dobrze (a i niedobrze zarazem), że ta recenzja pojawia się po czasie i mogłem, z  niestety mocno wątpliwą przyjemnością, zobaczyć jak obojętnie zostało to dzieło potraktowane, jak niesprawiedliwie. Po prostu wstyd (oczywiście nie mówię tu fanach Mortiis i wszystkich tych którzy po płytę sięgnęli, a z pewnością trochę ich było).
Każdego z was, kto nie ogranicza się tylko i wyłącznie do tradycyjnych odmian rocka i metalu, gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę płytę i doświadczenia tego jak wiele ma swoją zawartością do zaoferowania. Emocjonalnie, muzycznie, klimatycznie, to suma i to co najlepsze z tego co Mortiis nagrał od czasów "The Smell of Rain" i to bez dwóch zdań. Także nie leńcie się i obczajcie sobie ten album koniecznie, dajcie mu szansę!

https://downloadmusic.mortiis.com/music
https://mortiiswebstore.com/
https://www.facebook.com/officialmortiis/


niedziela, 23 września 2018

Deicide- Overtures of Blasphemy (Century Media 2018)

Minęła dłuższa chwila zanim zdobyłem się na zakup najnowszej płyty Deicide. Single które poprzedzały wydawnictwo przyprawiły mnie o zdumienie. Wprawdzie nie było ani negatywne, ani jakoś mocno pozytywne, ale zastanawiałem się czy na pewno dobrze słyszę. Byłem zaskoczony bo w tym graniu objawił mi się nie tyle Deicide co... Vader! Tak! "Seal the Tomb Below" z marszu, i brzmieniem i riffem, skojarzył mi się "Prayer to the God of War". Z resztą "Ecomunicated" podobnie, też iście vaderowski, nawet i w kwestii solówek. Gdy pierwszy szok opadł, podjąłem decyzję o zgarnięciu tego krążka. Ciekawość pozostałych kawałków była silniejsza i postanowiłem nie odkładać tej płytki na potem. Pierwszy odsłuch całości i faktycznie jest jeszcze co nieco pod Vader, poza wymienionymi utworami można do tego worka spokojnie  dorzucić jeszcze "Crawled from the Shadows". Da się te elementy znaleźć i w innych kompozycjach na albumie, ale w tych trzech widać to najwyraźniej. Pozostała cześć płyty to już Deicide znany dobrze z "In the Minds of Evil" (która notabene bardzo mi się podobała). Płyta zdaje się kontynuować pomysły z poprzedniczki, kładąc nacisk na nieco większą melodyjność (nawet nie tyle w riffach co w solówkach), a chwytliwość na pewno. Ogólnie rzecz biorąc album jest bardzo przystępny dla tych którzy nie są mocnymi zwolennikami dużych dawek brutalności i agresji. Deicide od dłuższego już czasu stopniowo przyjmuje, moim zdaniem,właśnie taką dosyć przystępną formułę. To wciąż dobra muzyka, ale Ci którzy są zatwardziałymi zwolennikami pierwszych trzech klasycznych albumów grupy, raczej niczego tu dla siebie nie znajdą. Tamten ogień, jad, brutalność i muzyczne, a nie liryczne, bluźnierstwo dawno gdzieś wyparowało. Jak zestawia się w tym momencie te płyty to ktoś mógłby powiedzieć, że to dwa różne zespoły. Wtedy była to, brutalna, Death Metalowa jazda bez trzymanki, teraz miejscami opiera się to na zapożyczonych z Thrashu, bardziej nośnych strukturach, niemniej wciąż mających u podstaw to co w Metalu Śmierci niezbędne i istotne. Mimo wszystko wciąż dają radę. Notowania nie są wysokie, ale wciąż ponad kreską.
Co można powiedzieć w podsumowaniu? Jak komuś pasowała poprzednia płyta, może brać w ciemno. Ci którzy kochają stary Deicide niech raczej sobie darują, bo może szkoda nerwów, zdrowia itd.. Mi po paru przesłuchania podpasowała, tym bardziej, że miała dobry grunt po poprzedniczce. Byłem trochę zaskoczony tymi patentami które tak dobrze słychać w Vader, ale mam wrażenie, że zespół wcale nie zagapił się tu na kolegów po fachu, a zdarzyło się to raczej przypadkowo. Cóż, nie ma co się oszukiwać,  już od dawna Deicide to inna bestia i z pewnością nie tak groźna jak kiedyś, lecz wciąż potrafiąca nagrywać przynajmniej przyzwoite albumy. I tego się trzymajmy, bo o powrocie do dawnej chwały już raczej nie ma mowy.


sobota, 22 września 2018

Galvanizer- Sanguine Vigil (Everlasting Spew Records 2018)

Galvanizer to stosunkowo młody zespół z Finlandii hołdujący starym tradycjom Death Metalu i Grindcore'a. I to tym najlepszym, przede wszystkim ze szwedzkiej, brytyjskiej szkoły oraz klasyków ich własnej sceny. Co dobrego można powiedzieć o grze chłopaków to to, że należą do tej grupy zespołów, która umiejętnie korzysta ze swoich inspiracji i nie kopiuje weteranów, a bazując na ich dorobku stara się stworzyć coś swojego i przez to granie przekazać pasję do wybranej przez siebie, muzycznej drogi. Na "Sanguine Vigil" da się słyszeć echa takich grup jak Carcass, Grave, Entombed, Bloodbath, Xysma czy Demilich. Przy pierwszym zetknięciu z tym materiałem, a nie wiedząc z którego roku pochodzi, można wziąć go za jakiś zapomniany staroć z lat 90-tych. Brzmienie gitar mocno przywodzi na myśl to gęste i smoliste jakie powstawało swojego czasu na produkcjach, które wyszły spod ręki Skogsberga w Sunlight Studio. Jest potężne, pełne mocy i ciężaru, każdy z kawałków prze naprzód niczym walec. Co się tyczy grindcore'owej części płyty to jest raczej nienachalna, jest podana w stosunkowo mrocznej formie i lekko schowana za wiodącym prym Death Metalem. Niemniej jednak jest fajnym dodatkiem i dobrze podbija pewne elementy kompozycji urozmaicając materiał. Wracając do całokształtu, byłem pozytywnie zaskoczony po usłyszeniu sampli w internecie, a jeszcze bardziej już po odsłuchaniu z płyty. Galvanizer ma w sobie potencjał, a co najważniejsze totalnie czują muzykę, którą grają. Jak to się mówi, właściwi ludzie na właściwym miejscu. Cieszę się, że wciąż jest tak wiele zespołów, które pchają scenę do przodu i wykazują zainteresowanie dawną gwardią sukcesywnie przekazując jej dziedzictwo kolejnym rzeszom fanów. "Sanguine Vigil" to właśnie taki przewodnik, który nie tylko reprezentuje starą-nową jakość, ale również zaprasza do odświeżania dawnych klasyków Death Metalu. Już czekam na kolejną ich płytę i wierzę, że będzie równie dobra!

https://www.facebook.com/GalvanizerBand/
https://galvanizer.bandcamp.com/


piątek, 21 września 2018

Grave Digger- The Living Dead (Napalm Records 2018)

Grave Digger kolejną swoją płytą na trwałe utwierdza mnie o swojej przewidywalności. Kolejny album i tak naprawdę już wiadomo co się na nim znajdzie. Zespół jest totalnie oddany obranemu stylowi, estetyce, brzmieniu i za żadne skarby nie robi od tego odstępstw, jeżeli już to jednostkowo i bardzo rzadko. "The Living Dead" to tak naprawdę nic tylko, najprościej mówiąc, kolejna płyta Grave Digger, tylko tyle i aż tyle. Spadku jakości nie ma, wzlotów też brak, to po prostu dobry, acz szeregowy materiał, ważne, że trzyma poziom. Nadal są tu chwytliwe riffy, jest trochę nośnych kawałków, które dobrze się sprawią na koncertach ("Fear of the Living Dead", "Fist in Your Face" czy "The Power of Metal", ten trzeci trochę naiwny, pewnie z początku fani pokręcą nosem, ale ostatecznie się sprzeda), no i drobny odjazd w postaci "Zombie Dance". Ta kompozycja to właśnie przykład tego jednostkowego odstępstwa od schematu o którym wspomniałem na początku. Zespół podszedł to tego utworu z niezaprzeczalnym humorem i dystansem, chcąc nieco zamieszać w fanowskim kotle. Stworzyli skoczny, melodyjny numer okraszony ruską polką. Abstrakcyjne, ale prawdziwe. Do tego doszedł jeszcze teledysk, w którym również poczucia humoru nie brakuje. Opinie na jego temat były podzielone, z przewagą tych negatywnych. I ja byłem trochę zdumiony takim krokiem ze strony zespołu, ale jeżeli ma się dystans, to to w niczym nie przeszkadza, przynajmniej album ma jakiś oryginalny, niecodzienny akcent. Wracając do reszty materiału, na wspomnienie zasługuje też dodany jako bonus "Glory or Grave". Ameryki oczywiście nie odkrywa, ale jest to fajne odniesienie i ukłon w stronę odrobinę starszych krążków zespołu.
Tak naprawdę nie ma co tu więcej rozwodzić się nad tym albumem. Ci którzy słyszeli przynajmniej dwa poprzednie mają ogólny obraz tego co znajdą na "The Living Dead". Fajerwerków brak, ale jest wciąż solidnie i pod swój wyrobiony styl. Grave Digger jest przykładem tego co działo się w przypadku AC/DC lub Motorhead. Nie dość, że zawsze mniej więcej wiadomo czego się po nich spodziewać, to i można być spokojnym o to, iż kolejny album będzie przynajmniej przyzwoity. Tak jest i w tym przypadku.


środa, 19 września 2018

Eucharist- A Velvet Creation (Wrong Again Records 1993/ Regain Records 2001)

"A Velvet Creation" to nieodżałowana perła Szwedzkiego Death Metalu, płyta z ogromnym potencjałem i widocznym talentem jej twórców, którą zniszczyły różne wypadki losu. To właśnie przez nie nie odniosła należytego sukcesu i nie zasiadła na wysokim podium. Ci co dobrze znają ten album wiedzą jak kiepsko brzmi, żeby nie powiedzieć koszmarnie. Jakim cudem tak dobre riffy i  kompozycje, czasem zawiłe, ze wstawkami akustyków, pełne pomysłów i ciekawych rozwiązań, zostały tak brutalnie potraktowane przez produkcję, ale i samych twórców? W 1993, kiedy Eucharist dostali propozycję nagrania debiutanckiej płyty zespół praktycznie nie istniał. Członkowie się poróżnili i w tamtej chwili nie było już mowy o dalszej współpracy, a co dopiero o wspólnym nagrywaniu płyty. Niemniej jednak ciśnienie na nagranie i wydanie "A Velvet Creation" było silne, zwłaszcza ze strony Thomasa Einarssona, jednego z gitarzystów grupy. Owszem płyta została nagrana, ale w okowach niezgody, co wpłynęło na to jak ostatecznie się słuchaczom objawiła. Markus Johnsson, wokalista i drugi gitarzysta, samotnie nagrał wokale, akustyki oraz swoje solówki, natomiast cała reszta ścieżek gitar, nawet te należące do niego, nagrał Thomas w towarzystwie pozostałych dwóch członków grupy, których udało się ściągnąć aby zarejestrowali swoje partie. Dlaczego płyta brzmi tak szorstko, sucho? Odpowiedź jest prosta. Taki był styl gry Thomasa, a na niego spadła lwia część gitar jakie znalazły się na płycie, jego styl zdominował materiał. Nauczył się partii Markusa i zagrał je kompletnie po swojemu, nie oglądając się na nikogo. Jak wspomina wokalista, jego styl gry był bardziej dokładny, selektywny, płynniejszy niż Thomasa, i tej przeciwwagi na płycie zabrakło. Materiał brzmiał podobno zupełnie inaczej i o niebo lepiej gdy szlifowali go jeszcze jako zespół na próbach. W takim to właśnie chaosie powstał ten album. Trochę na szybko, trochę na odwal. Liczył się tylko fakt wydania. W takiej sytuacji, brzmienie i dopracowanie materiału zostało potraktowane po macoszemu, bez należytej uwagi. Marcus do tej pory z trudem przyznaje się do efektu tej sesji, płyta produkcyjnie i poniekąd wykonawczo pozostawia wiele do życzenia (jeszcze ta puszkowata/ pudełkowa perkusja...)
Niemniej jednak i mimo wszystko same utwory, gitarowe riffy, cała ta kompozytorska składnia "A Velvet Creation" to powód do dumy dla Eucharist. Tak. Mało który zespół ze Szwecji tworzył w tamtym czasie tak zawiłe, natchnione, nawet odrobinę melodyjne, a jednocześnie brutalne kawałki. Mimo, że z pewnych powodów płyta nie wyszła tak jak powinna była wyjść, to zasługuje na pamięć i należne jej miejsce w panteonie Szwedzkiego Death Metalu. Pomimo swoich niedoskonałości produkcyjnych to dla mnie niezaprzeczalny klasyk i ważny punkt na mapie szwedzkiej sceny.


poniedziałek, 17 września 2018

Frontside- Zmartwychwstanie (Mystic Production 2018)

Po dwóch ostatnich płytach poruszających inną estetykę i odwiedzających nieco inne rejony metalu/ rocka niż te po których zespół poruszał się od niemal początku grania, Frontside powraca na tory sprzed niemal 10 lat. I to z jakim hukiem! Mi wystarczył premierowy "Bez przebaczenia" aby z marszu zaklepać sobie kopię płyty i być niemal pewnym, że będzie to muzyczna uczta. Fanem Deathcore/ Metalcore nigdy nie byłem, ale Frontside już od wielu lat jest zespołem do którego mam jakiś ukryty sentyment i do którego żywię spory szacunek  i upodobanie. Na płytach od "I Odpuść Nam Nasze Winy" po "Zniszczyć Wszystko" zawsze coś dla siebie znajdowałem. "Zmartwychwstanie" nie dość, że jest albumem który obudził we mnie chęć powrotu do tamtych materiałów, to jeszcze sprawia wrażenie jakby był ich wszystkich sumą, która objawia się słuchaczowi z jeszcze większą mocą. Co więcej "Zmartwychwstanie" pobiło moją jak dotąd ulubioną "Teorię Konspiracji" o której co nieco któregoś tu razu pisałem. Tak, i nie jest to stwierdzenie ani trochę na wyrost, a zasłużony wjazd na podium.
Album jest niesamowicie energetyczny, pełen furii i dynamizmu, a co ważne muzycznie nie monotematyczny. Mimo osadzeniu w stylu sprzed lat, każdy kawałek ma co innego do zaoferowania, nie tylko w ramach Deathcore/ Metalcore ale i nawet elementów powiedziałbym niemal bliskim konkretnego Death Metalu ("Poznaj Swoich Wrogów", "Pieczęcią Niech Będzie Krew"). A jeszcze do tego dochodzi napędzany jakby Death 'n' Rollowym paliwem "Martwy jak Ty". Płyta nie ma prawa się nudzić! Brzmienie jest soczyste, zwarte, dające materiałowi odpowiedniego kopa. Kolejna sprawa, to naprawdę świetne teksty przedstawiające naszą ponurą rzeczywistość, zakłamanie, hipokryzję i autodestrukcyjne zapędy, których wciąż nie jesteśmy świadomi- kawał prawdy, który tak uporczywie od siebie odsuwamy. Brawa też za "krwawy" artwork, który nie dość, że odpowiednio koresponduje z zawartością płyty, ale i zdaje się nawiązywać nieco do tego który znalazł się na "Zmierzchu Bogów'.
Po tym wszystkim faktycznie można sądzić, że zespół, tak jak w tytule, istotnie zmartwychwstał odradzając się niczym feniks z popiołów. "Zmartwychwstanie" jest dla mnie kolejną, tegoroczną, bardzo pozytywną niespodzianką płytową i z pewnością zajmie wysokie miejsce w rocznym podsumowaniu. Frontside, chylę czoła i gratuluję tak udanego dzieła!
Tak na marginesie, bardzo ciekawi mnie czy kawałek o niepozbawionym skojarzeń tytule "Krew, Ogień, Śmierć" nie jest jakimś pozamuzycznym puszczeniem oka do "Blood, Fire, Death" Bathory o podobnym wydźwięku chaosu i zniszczenia.

https://www.facebook.com/frontsideofficial/


sobota, 15 września 2018

"Nigdy nie obchodziło nas czy to co gramy będzie określane jako Death Metal, Black Metal, Thrash Metal czy cokolwiek innego"- wywiad z Bjørnem "Tigerem" Mathisenem (Fester)

1. Witaj Tiger! Co u Ciebie i co dzieje się obecnie w obozie Fester? W 2012 wróciliście na scenę wraz z albumem "A Celebration of Death". Jaki był odzew na płytę i jak czułeś się wracając wraz z zespołem do ponownego grania?

U mnie wszystko w porządku, dzięki! Czuję się trochę ospały po długim lecie, ale w pełni gotowy na jasień jako, że zapowiada się bardzo kreatywnie, wena do tworzenia jest dosłownie nie z tego świata! Tak właśnie działa na mnie jesień... Praca i wydanie "A Celebration of Death" to był niezły rollercaster różnego rodzaju emocji... Odzew na płytę był bardzo dobry. Dostaliśmy wysokie noty w takich pismach jak Metal Hammer, Rock Hard czy Scream. Byliśmy niezwykle ciekawi jak płyta zostanie odebrana gdyż jest totalnie inna niż nasze wcześniejsze dokonania. Więcej w niej Doom metalowych pierwiastków, jest bardziej przerażająca, obskurna.

2. Cofnijmy się do wczesnych lat Fester. Opowiedz mi proszę jak to wszystko się zaczęło, jak się zeszliście, co was wtedy inspirowało. Wasz styl nie do końca wpasowywał się w stricte Death lub Black Metalową estetykę, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Dissection.

Byliśmy czwórką dzieciaków która chciała poprzez granie wyrzucić z siebie frustrację, złość, depresję i nienawiść, wylać te emocje na otaczający nas świat. Nigdy nie obchodziło nas czy to co gramy będzie określane jako Death Metal, Black Metal, Thrash Metal czy cokolwiek innego. Może zabrzmi to dziwnie, ale serio, mieliśmy na to wywalone. Wszyscy wychowaliśmy się na NWOBHM, wczesnym Thrashu, Speed Metalu, zespoły takie jak Sepultura, Kreator, Pestilence wywarły naturalny wpływ na naszą muzykę.  Zaczynaliśmy w 1989 jako Heroic Conduct, nazwę zmieniliśmy w 1991. Anders Odden z Cadaver przysłał mi projekt loga i zaproponował zmianę na Fester. Bardziej pasowała do naszego wolnego, posępnego grania, a my nigdy nie oglądaliśmy się za siebie haha! Bardzo dużo czasu na rozmowach o zespołach spędziłem z Jonem (Dissection) w czasie gdy tzw. Druga Fala Black Metalu uderzyła w scenę jak Tsunami. Zawsze zgadzaliśmy się co do tego, że byłoby fałszywym tworzyć muzykę pod kątem dopasowania się do jakieś grupy lub aby zdobyć sympatię określonej publiki. Niezmiennie było dla nas lepiej aby podobać się niewielkiej, oddanej tematowi grupie, niż tysiącom. Ale muszę przyznać, że będąc wytrwałym i konsekwentnym w tej sprawie, musieliśmy również zaakceptować poczucie bycia niekiedy piątym kołem u wozu.

3. Jak odnaleźliście się ze swoją muzyką pośród tego, co działo się w tym czasie w Norwegii? Czy byliście w kontakcie ze sceną Black Metalową, Euronymousem, Fenrizem, Vargiem i pozostałymi? Słyszałem, że mieliście okazję grać z Jonem, Ole (Dissection), Immortal i Mayhem na metalowej imprezie w Askim w 1991 roku. Czy możesz podzielić się wspomnieniami z tego wydarzenia?

Jak już wspomniałem, zespół zawsze był na uboczu sceny, mimo że osobiście byłem bardzo zaangażowany. Miałem kontakt ze wszystkimi wyżej wymienionymi. Miałem małe "Helvete" w moim mieszkaniu i sprzedawałem nagrania i rzeczy, które dostałem od Euronymousa z jego sklepu. Zorganizowałem w swojej okolicy kilka wydarzeń związanych z Death i Black Metalem, między innymi najbardziej kultowe z nich wszystkich, właśnie to w Granheim / Askim w 1991 roku. Pojawili się wtedy ludzie z Mayhem, Dissection, Emperor, Darkrhrone, Immortal i tak dalej. Świetnie się bawiliśmy! Ktoś właściwie przesłał mi któregoś razu pamiątkowe zaproszenie z tej imprezy ... Nie widziałem tego masę czasu! Oj, działo się wtedy! Może opowiem Ci o pewnym incydencie, który wcześniej nie był wymieniany w żadnym innym zinie? Będąc starym zwolennikiem norweskiej sceny, może pamiętasz Balvaz? Jon (obecny basista Fester- Jon Bakker) grał na basie w Balvaz i Mock, teraz obstawia te ciężkie struny zarówno w FESTER, jak i Kampfar. W pewnym momencie wszedł na scenę, złapał w łapy mysz i zaczął nawijać o HP Lovecrafcie. Tak jak i większość tłumu, był kompletnie pijany, i niestety jego wywód nie został zbyt dobrze przyjęty... Został zaatakowany na scenie, potem ścigany po całym hotelu, aż skończyło się na gonitwie samochodowej. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a i sam Jon wyszedł z tego bez szwanku, a teraz, 27 lat później, gra na basie w Fester.

4. Przed wydaniem "Winter of Sin" mieliście wypuścić  7 '' vinyl 'The Commitments that Shattered ". Dlaczego tak się nie stało? Czy ten materiał jest nie jest dostępny nigdzie indziej, czy też jest częścią tego, co słyszymy na debiutanckim albumie bez żadnych znaczących zmian?

W grudniu 1991 roku nagraliśmy demo w Phat Studios, które szczerze myślę, jest najostrzejszym materiałem jaki kiedykolwiek napisaliśmy. Wysyłaliśmy te nagarnia jako taśmę promocyjną z 4-5 utworami na stronie A i wcześniejszymi nagraniami ("The Introducing Demo 1991") na stronie B. Taśma trwała ponad 60 minut i dała nam kilka ofert, głównie na 7'' Epkę.  Mieliśmy ponowie nagrać kilka utworów i wydać je w takiej formie. W ostatniej chwili Thomas Nyquist (Putrefaction mag) powiadomił nas, że chce, by Fester był pierwszym zespołem, którego płyta będzie wydana przez jego wytwórnię No Fashion Records. Wspomniana taśma promo zawiera 6 utworów, których nie znajdziecie na żadnym z naszych albumów, a także kilka innych nagrań. Kyrck Production wydali zarówno dema, jak i niektóre nagrania na żywo z '91 w 2010 roku.

5. Wasze pierwsze logo zostało stworzone przez Andersa Odden'a (Cadaver), ale nie pojawiło się ono na żadnym z waszych wydawnictw (nie licząc reedycji dem przez Kyrck). Dlaczego postanowiliście zmienić je na wersję przygotowaną przez Jona Bakkera? Poprzednie było proste, ale wciąż niezłe.

Nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że chcieliśmy zdystansować się od stylu Autopsy, który naszym zdaniem to logo nieco przypominało. Myślę, że fakt, że "logo Bakkera" wciąż wyróżnia się po tak wielu latach jako coś wyjątkowego, jest dowodem na to iż był to kawał dobrej roboty. Mając to na uwadze, byliśmy bardzo zdeterminowani, aby mieć jego logo z powrotem na wspomnianych wydawnictwach z Kyrck.

6. Wracając do mojego ulubionego wydawnictwa z waszej dyskografii - "Winter of Sin", czy masz jakieś wspomnienia związane z tworzeniem i nagrywaniem tego albumu? Co sądzisz o waszej współpracy z No Fashion Records, którzy ją wydali? Później wytwórnia nie miała już najlepszej reputacji.

Pamiętam, że chcieliśmy, aby wydawnictwo było skondensowane, ostre i brudne, ale nadal zachowujące heavy metalowe brzmienie i prostotę. Mieliśmy po 16 lat, byliśmy źli, pełni nienawiści do całego konformistycznego świata, zdeterminowani i nie chcieliśmy aby KTOKOLWIEK  mówił nam co i jak mamy robić. Nie zmieniliśmy ani jednego riffu .. Hahaha ... Producent rwał  włosy z głowy pracując z grupą popieprzonych nastolatków, nie mającym o niczym pojęcia . Nawet okładka została namalowana przez jednego z członków zespołu. Fotosesja przed albumem była najlepszą jaką kiedykolwiek mieliśmy. Zamówiliśmy 100 kilogramów wnętrzności i kości u lokalnego rzeźnika. Fotograf poprosił lokalne władze o możliwość wykorzystania jako lokalizacji sesji bunkra z czasów II Wojny światowej. Efekt był niesamowity, byliśmy bardzo zadowoleni. NFR nie uczestniczył w procesie nagrywania płyty, z wyjątkiem opieki nad finansami, drukowania i tak dalej. Dostaliśmy mnóstwo darmowych kopii albumu, ale minusem było to, że nigdy nie wypłacili nam naszych tantiem. Ale w sumie bez takich zagrywek nie byliby w stanie wydać debiutów Marduk i Dissection, nie?

7. Czy możesz zdradzić jakie inspiracje towarzyszyły wam podczas tworzenia debiutanckiego albumu? Pytam o to ponieważ, oczywiście to moje własne odczucie, poza innymi cechami, słyszę tu trochę starego Candlemass, nie tylko w brzmieniu, ale także gdzie nie gdzie w riffach. Czy Leif i spółka mieli jakiś wpływ na waszą muzykę? Również Hellhammer wydaje się być obecny w tych kompozycjach, nadając im ten złowieszczy nastrój. Czy są jakieś inne zespoły, które były dla was ważne w tamtym czasie jeśli chodzi o inspiracje podczas tworzenia?

Myślę, że jedną z rzeczy, która czyni "Winter of Sin" wyjątkowym jest to, że album został nagrany, szczerze, bez żadnych innych inspiracji poza starymi, okultystycznymi tekstami, przechadzkami po lesie itd. A co najważniejsze konsekwencją w nierobieniu NIGDY niczego, co nie pochodziłoby prosto z serca. Nieważne czy brzmiało to dziwnie, prosto, Death Metalowo, Punkowo czy jakkolwiek inaczej. Twierdziliśmy, że z takim podejściem zawsze będziemy brzmieli jak Fester. Candlemass nigdy nie był nawet w żadnej z naszych płytowych kolekcji (tak, wiem, trochę wstyd). Słuchając teraz tego albumu, całkowicie zgadzam się z odniesieniem do Hellhammer, a nawet do Candlemass, ale gitarzystami, których słuchałem i którzy mnie inspirowali w tamtym czasie byli Mick Mars (Mötley Crue), Jay Jay French (Twisted Sisters) i Zakk Wylde (Ozzy Osbourne). Ale oczywiście zawsze będą istniały zespoły i sposób grania, które inspirują Cię w głębi duszy, czy tego chcesz, czy nie, a Celtic Frost, Darkthrone, Bathory, Kreator, Mercyful Fate to zespoły, które nawiedzały mój odtwarzacz regularnie.

8. Na "Silence" wydaje się, że zmieniliście kierunek swojej muzyki na rzecz bardziej majestatycznych elementów i bardziej ciężkich riffów, rezygnujących nieco z typowych elementów Black / Death Metalowych i surowości. Co stało za tym ruchem, co wpłynęło na twoją muzykę podczas pisania tego materiału?

Zgadzam się, że muzyka, a może i cały występ, była na "Silence" nieco inna. Chociaż większość albumu została napisana, gdy zarówno Jørgen (RIP), jak i ja mocno angażowaliśmy się w scenę norweską, to myślę, że uczucie iż to wszystko zmierza w złym kierunku, nie tylko "my przeciwko nim", ale także wewnętrzne zmagania, nauczyły nas jak zachować naturalny dystans. Biorąc to pod uwagę, myślę, że fakt, że zaczęliśmy słuchać różnych rzeczy w tamtym czasie, miał tu istotne znaczenie. Wczesne grunge, późne lata 60-te, wczesne 70-te, rock taki jak T.Rex, Free i Led Zeppelin, oraz słuchanie wielu zespołów, które zainspirowały mnie do tworzenia muzyki od samego początku: Kiss, Motley Crüe, Judas Priest, Metallica, Slayer,Dio- lista jest długa. Nadal robiliśmy swoje, konsekwentnie, tak jak to założyliśmy sobie na początku, mieliśmy wywalone na to co piszą/ mówią o nas Metal Hammer, Slayer Mag, Rock Hard, czy w końcu sama scena. Oddawaliśmy w tej muzyce całe nasze emocje.

9. Coś niecoś z innej beczki. Jaka jest Twoja opinia na temat obecnego stanu sceny metalowej generalnie i jeśli chodzi o Norwegię? Czy jesteś na bieżąco z najnowszymi wydawnictwami? Są jakieś ciekawe materiały, które możesz szczególnie polecić?

Nie mam tyle czasu co kiedyś, kiedy byłem młodszy, aby stale być na bieżąco. Wiesz, jak to jest. Codzienne życie zajmuje większość czasu- większość dnia, większość tygodnia. Oczywiście słucham codziennie odpowiedniej dawki Metalu, ale mam też dni w które nadrabiam temat, że tak powiem. Zawsze znajduję jakieś ciekawe zespoły z lokalnej sceny. Faktem jest, że istnieje jakość i oryginalność w prawie każdym gatunku / pod gatunku grania. Czy słuchałeś debiutu Konsortium, który ukazał się kilka lat temu? Jeśli chodzi o scenę, to myślę, że jest zarówno tak samo jak i inaczej. Są tu ludzie tworzący z prawdziwych i szczerych powodów, ale i trendziarze czy Ci co po prostu chcą się obłowić. Są i wilki, są i owce. Ale myślę, że nigdy nie można  do końca porównywać tego co mamy dzisiaj z tym, co mieliśmy na początku lat 90-tych.

10. Ostatnie pytanie. Czy w dawnych czasach handlowałeś taśmami, tworzyłeś może jakiś zine, pisałeś listy do innych muzyków ze sceny? Jeśli tak, czy miałeś szansę nawiązać kontakt z jakimś zespołem z polskiej sceny?

Nigdy nie robiłem zina, ale siedziałem mocno w handlu/ wymianie taśmami. A i listy pisywałem. Od  3 do nawet 10 listów każdego dnia sprawiło, że znalazłem nawet to co w życiu robię poza tworzeniem i graniem muzyki  hahaha.  Dostaliśmy kilka listów ze wschodniej Europy, także z Polski. Pamiętam, że pierwsza kompilacja w której braliśmy udział pochodziła z Polski i pamiętam, w szczególności taki zine z błyszczącą okładką w formacie A5. Nie pamiętam jednak jego nazwy, wybacz. Ale to, co pamiętam, to fakt, że rzadko lub nawet nigdy nikt z waszego kraju nas nie oszukał!


wywiad przygotował i przeprowadził Przemysław Bukowski

środa, 12 września 2018

Murderworker- Where Scream Becomes Silence (Base Record Production 2018)

Ostatnio zajechał do mnie kawał soczystego Death Metalu prosto z Hiszpanii! Już od pierwszych dźwięków płyta najpierw zaskoczyła, a potem powaliła mnie swoim brzmieniem! Tak, to jest główny atut tego wydawnictwa. Mocarne, lekko pisakowe i gęste niczym najczarniejsza smoła. Walec konkretny! Lata to gdzieś w okolicach tego co na swoich  wczesnych wydawnictwach osiągnęło Dismember, Asphyx, czy Entombed już w bardziej Death 'n' Rollowej odsłonie. Potęga! Tych wszystkich wyśmienitych riffów jakie zespół zawarł na tym krążku w takim właśnie brzmieniu słucha się rewelacyjnie. Klimatem, tekstami i oprawą uderza to w typowe klasyki z elementami gore, czyli Cannibal Corpse (tu i wokal ma podobną barwę i manierę jak u Corpsegrindera), wczesny Entrails itd. Kompozycje utrzymane są w zróżnicowanych tempach, jednostajności nie ma, także album się nie nudzi i jak ktoś siedzi w klasycznych klimatach gatunku, to znajdzie tu dla siebie wszystko co w temacie najlepsze. Dziw bierze, że tak dobre zespoły jak Murderworker nie zostają zauważone przez czujne oczy dużych wytwórni. Cóż, może tej grupie niebawem się powiedzie w tej kwestii, bo zasługują na to aby dotrzeć do jak najszerszego grona fanów Death Metalowego grania. Może Murderworker nie tworzą czegoś mocno oryginalnego, ale w precyzyjny sposób operują tym wszystkim co zrodziła swojego czasu scena, i przekuwają to w swoją własną muzykę, naznaczoną niepodważalną pasją do takiego właśnie grania. Każdy kto sięgnie po tę płytę zawiedziony nie będzie, a i wróżę częste powroty.

https://www.facebook.com/MurderWorker-1475327439205003/
https://murderworkerband.bandcamp.com/


niedziela, 9 września 2018

Bestiality- Endless Human Void (FWO 2018)

Doczekaliśmy się wreszcie debiutanckiego długograja od Bestiality. Niestety jest to radość połączona z żalem, jako, że zespół wydał płytę jako zwieńczenie swojego bytu na scenie. Koncert towarzyszący premierze albumu był ich ostatnim, Bestiality przeszło do historii. Ogromna szkoda bo był to jeden z zespołów naszej rodzimej sceny, który w kwestii swojej Black/ Death/ Thrashowej sztuki był jednym z wiodących i najbardziej w tej materii oryginalnych. Musimy się cieszyć z dziedzictwa jakie nam zostawili, a jest ono niewątpliwie wartościowe, a wiadomym jest, że w dziedzinie oldschoolowego Black/ Thrashu nie jest już tak łatwo zostać zauważonym. Grup uskuteczniających ten styl jest na całej scenie jak grzybów po deszczu, a sporo z nich gra po prostu to samo i na jedno kopyto, czasem ciężko odróżnić kto co. Załoga Bestiality bez wątpienia była tą wyróżniającą się i oferującą coś świeżego w temacie, jakąś nową energię, a jednocześnie coś, wydaje mi się, totalnie swojego.
"Endless Human Void" to tak naprawdę ogromna kopalnia wszystkiego co stworzyła tzw. Pierwsza Fala Black Metalu. Znajdzie się tu elementy wczesnego Bathory, Venom, Sodom, Destruction, Slayer czy już, mówiąc szczerze, pierwszych, szaleńczych Death Metalowych aktów jak Sarcofago i Possessed. Nie brakuje tu też odniesień do klasyki tych mroczniejszych płyt Heavy/ Speed jak chociażby debiut Running Wild, Piledriver lub Kat. Bestiality pokusili się tutaj o nieco podobny "hołd" jaki nagrali na swojej pierwszej płycie Curel Force ("Leather and Metal") zatytułowany "Forever in Leather". Jest on jednak o wiele bardziej zaciekły i brudny, i przynosi na myśl znacznie szerszy zakres klasycznych brzmień i w o wiele bardziej ekstremalnej odsłonie. Płyty słucha się świetnie, jest zróżnicowana, to kawał solidnego metalowego mięcha zagranego na najwyższych obrotach. 40 minut materiału mija niczym z diabelskiego bicza strzelił. No i cover Imperator... Szacun panowie! Wszyscy maniacy starej szkoły tyłki w troki i zasuwać po tę płytkę póki jest!
P.S.
W grudniu album dostępny będzie również na kasecie. Wydawcą znakomity i oddany sprawie label Destruktion Records!

https://www.facebook.com/Bestiality-838611276153519/


piątek, 7 września 2018

Arkona- Khram (Napalm Records 2018)

Ostatnio dotarł do mnie najnowszy krążek rosyjskiej Arkony, zespołu który jest ścisłą czołówką jeżeli chodzi Pagan/ Folkowe granie w zakresie metalowej sztuki. "Khram" to już 9, studyjne dzieło grupy i drugie, które poniekąd rozpoczyna nowy rozdział w twórczości zespołu, nie diametralny, ale jednak. Przynajmniej ja to tak odbieram. Wtajemniczeni wiedzą, że poprzedni materiał, "Yav", był dziełem bardzo mrocznym, posępnym, a w kwestii samego grania miejscami nawet powiedziałbym progresywnym. Długie utwory, częste zmiany tempa, różne ciekawe wstawki, recytacje. Jednym słowem nieco zawile, ale na bogato. Nie był to album tak łatwo przyswajalny jak niemal każdy poprzedni. Nie było na nim ani jednej ballady, czy przytupanek w stylu "Yarilo" czy "Stenka na Stenku". Już po pierwszym przesłuchaniu "Khram" było jasne, że będzie to płyta kontynuująca przyjęty na "Yav" kierunek. Jest tutaj nieco więcej żywszych momentów ("Shtorm", "V Pogonie Za Beloj Ten'yu"), majestatycznych (słuchając takiego "Rebionok Bez Imieni" przypomniał mi się trochę "They Rode On" Watain), ale klimat i struktura płyty jest niemal ta sama, z taką różnicą, że "Khram", jak sam tytuł wskazuje, ma sporo elementów szamańskich, rytualnych (jeszcze bardziej oznajmiających swą obecność w stosunku do poprzedniczki), wiele motywów z inkantacją. I co istotne, słychać tu miejscami mocne wpływy Black Metalu, a całość utrzymana jest przede wszystkim w średnich tempach i oparta na ciężkim, mocarnym brzmieniu gitar oraz wyraźnej obecności basu. Sporą rolę odgrywają tu instrumentalne pasaże w których swoje 5 minut mają bardzo fajnie zaaranżowane partie klawiszy. Album jest rozbudowany, znajduje się tu 9 kompozycji, a płyta trwa ponad 70 minut. Zdawać by się mogło, że Arkona zmierza w nowym kierunku, ku jeszcze bardziej kompleksowym kompozycjom, jeszcze większemu budowaniu atmosfery przy wykorzystaniu szerokiego wachlarza pomysłów i zagrywek. Mówiąc szczerze zespół ten nigdy wcześniej nie brzmiał tak potężnie i dojrzale. No i te niesamowite pokłady emocji... Tego nigdy w twórczości Arkony nie brakuje, tego swoistego, rodzimowierczego ducha, silnego związku z tradycjami i wierzeniami naszych słowiańskich przodków, które jest wiecznie bijącym sercem tego zespołu, które również mi są bliskie.
Podsumowując, "Khram" to potężna, majestatyczna dawka Pagan/Folk Metalu i chyba najcięższa płyta w dorobku Arkony. Album godny polecenia każdemu, komu te klimaty nie są obce. A nawet każdemu innemu, bo to najprościej mówiąc, kawał wyśmienitego, emocjonalnego, pełnego pasji grania!



czwartek, 6 września 2018

At the Gates- To Drink from the Night Itself (Century Media 2018)

"To Drink from the Night Itself" to szósty pełny album wynalazców gothenburskiego brzmienia- At the Gates, a drugi od czasu gdy ponownie wrócili na scenę. Pierwsze co nasuwa się słuchając tej płyty to jej mroczny, posępny, miejscami nostalgiczny klimat. W tej kwestii to pierwszy taki album tego zespołu, pierwszy z takim ładunkiem tych emocji. Kolejna sprawa to brzmienie- bardzo gęste, z lekkim piachem, odrobiną surowości, jak najbardziej współgrające z atmosferą, i tak jak w przypadku innych albumów At the Gates, agresja nieco ustępuje pola melodyjności, ale u nich to akurat od dawna normalka. Chociaż nie, pierwsze dwa albumy dosyć zgrabnie temat balansowały, wraz ze "Slaughter of the Soul" nacisk na melodyjność stał się bardzo wyraźny. No, ale zostawmy to, bo oczywiście to nic na minus. Zaletą, a jednocześnie i jakby wadą płyty jest jej niebywała spójność. Już tłumaczę zagadnienie. Płyta jest bardzo zwarta i słucha się jej jak jednego, bardzo długiego utworu. Przynajmniej ja odniosłem dokładnie takie wrażenie. Lecz jakby zacząć ją rozbijać na poszczególne kawałki, to traci na mocy, bo żaden tak naprawdę jakoś mocno się nie wyróżnia, są po prostu dobre, poprawne, ale bez szału. Dobrze zobrazuje kwestię porzekadło "w kupie siła". I tutaj, mam wrażenie, wyłazi na wiesz brak w składzie Andersa Bjorlera, który w temacie riffów wiódł w At the Gates prym. Potrafił nadać utworom tych wybijających je cech. Brak jego twórczej ręki jest tu, w porównaniu do poprzedniej płyty, dosyć widoczny. Niemniej jednak nie brakuje płycie różnych smaczków i ciekawych rozwiązań wpływających na odbiór, choćby partii akustyków. Mimo, że album nie ma efektu "wow" i raczej nie będę się palił aby nazbyt często do niego wracać, to generalnie rzecz biorąc podoba mi się. Co najważniejsze, mimo braku konkretnego ognia i większej dawki chwytliwości i energii, nie jest to płyta przewidywalna i z marszu łatwa w odbiorze, trzeba dać jej szansę wybrzmieć i przemówić jako jedno spójne dzieło. Jest ambitna, pomysłowa, lecz nie dla każdego odbiorcy. Z pewnością wyróżnia się na tle pozostałych płyt grupy. Czy mogę polecić "To Drink from the Night Itself"? Tak, z całą pewnością wszystkim tym którzy zadurzeni są w Szwedzkich Death Metalu (min. dlatego dałem tej płycie nieco większy kredyt zaufania i dodatkową notę wyżej). Reszcie, cóż, jeżeli melodyjny Death Metal nie jest waszym priorytetem, a fanami At the Gates nie jesteście, to raczej niewiele tu dla siebie znajdziecie, odbierzecie to dzieło jako przeciętne. Kończąc, jak dla mnie bardzo udany materiał, ale z nóg nie ścina.




niedziela, 2 września 2018

Dissection- The Somberlain (No Fashion Records 1993/ Irond, Black Horizon Music 2006)

"The Somberlain" to jeden z najlepszych, najbardziej imponujących debiutów w historii muzyki metalowej, jak i również ścisła czołówka płyt wydanych na szwedzkiej ziemi. Nagrany w marcu 1993, był dziełem które tak naprawdę przedstawiło światu nowy styl grania, nietuzinkową, melodyjną hybrydę Black i Death Metalu, z tym drugim u podstaw. W tamtym czasie w jakimś stopniu, na podobnym gruncie, powołując do życia melodyjną odmianę Death Metalu, poruszało się At the Gates oraz Unanimated ze swoim debiutem, ale to wciąż nie było to z czym mamy do czynienia w przypadku Dissection. "The Somberlain" charakteryzowały zmyślne riffy, bogate kompozycje oraz zmiany tempa w jakimkolwiek stopniu nie ujmujące płynności płyty, a wręcz przeciwnie, nadając jej dodatkowej złożoności. Płyta nafaszerowana jest kapitalnymi, posępnymi melodiami. W przeciwieństwie do innych zespołów, które podobnie jak oni bazowały na skali molowej, Dissection nader często uderzali w struny pojedynczo nadając tej formie nowej jakości, a swojej muzyce dodatkowego, niepowtarzalnego klimatu. Na płycie nie brak też dodatkowych akustyków czy drobnych nawiązań do klasyki (kto nie kojarzy ów czystego krzyku Jona a la King Diamond w otwierającym album "Black Horizons", którym potem przechodzi w nucenie niczym z "One Rode to Asa Bay"). Dzieła dopełniła czysta i potężna produkcja, którą zespół zawdzięcza Danowi Swano.
Tak oto powstała kolejna płyta bez skazy, kolejny z ponadczasowych monumentów tej sceny. W tamtym czasie nikt nie brzmiał tak jak oni. I tak jak to miało miejsce w przypadku Entombed, nie trzeba było długo czekać na tych którzy postanowią podążać muzyczną ścieżką wydeptaną przez Dissection, mam tu na myśli chociażby Gates of Ishtar, Sacramentum czy to co stworzyło Unanimated na "Ancient God of Evil". Powstał materiał o niemal podobnym wpływie na scenę, który wytyczył kolejne, nowe ścieżki w metalowym graniu, który sprawił, że Dissection, którzy doczekali się z czasem niemal legendarnego statusu. Uważam, że w pełni na niego zasługując.


sobota, 1 września 2018

Entombed- Left Hand Path (Earache Records 1990/2008)

W dziedzinie Death Metalu "Left Hand Path" stoi ponad wszelkimi zestawieniami czy listami najlepszych albumów w temacie. Mimo swojego prywatnego uwielbienia dla "Like an Everflowing Stream" Dismember, debiut Entombed uważam obiektywnie za najwybitniejsze dzieło zrodzone przez Szwedzki Death Metal. To przykład płyty bez najmniejszej skazy, dlatego w tej chwili robienie tu jakieś typowej recenzji trochę nie uchodzi. Nicke i reszta chłopaków stworzyli album pionierski, który otworzył przed światem szwedzką scenę, przestała być już wtedy tylko undergroundowym tworem. "Left Hand Path" to nie tylko wyśmienita dawka Death Metalowego rzemiosła, wypełniona masą ciekawych smaczków, przejść, zwolnień (jak chociażby słynna klawiszowa pauza w utworze tytułowym), ale przede wszystkim materiał definiujący brzmienie Szwedzkiego Death Metalu (min. historia o rozkręconej na maks kostce Boss Heavy Metal). Nawet LG Petrov nie pozostał przy samym tylko growlu dodając do linii wokalnych różnego typu, okazjonalne potępieńcze wrzaski. Kropkę nad "i" postawił rzecz jasna Tomas Skogsberg okraszając muzykę zespołu najlepszą możliwą produkcją, która wpłynęła na tak znamienite oblicze "Left Hand Path". To na tej płycie wszystko zostało powiedziane, a Entombed stali się guru za którym marsz rozpoczęły rzesze pilnych uczniów.
Ciekawostką jest same uzyskanie przez Entombed kontraktu na wydanie płyty. Już po samych demówkach Nihilist, Digby Pearson, właściciel Earache Records, palił się do podpisania umowy z zespołem i sam się z nimi skontaktował. Jak wspomina sam Nicke, jego telefon w tej sprawie poprzedził sam David Vincent dając ujście swojemu uwielbieniu dla materiałów Entombed/ Nihilist. Zespół otrzymał również propozycję od rodzącej się Nuclear Blast, niemniej jednak wtedy na scenie liczył się przede wszystkim Earache (czas miał później zweryfikować te opinie za sprawą rosnącej grupy zespołów wydojonych finansowo przez wspomnianą wytwórnię). Swoją drogą ciekaw jestem co by było gdyby Nicke wybrał jednak niemieckiego wydawcę, który niebawem wziął pod swoje skrzydła min. Dismember.
Cóż można rzec na koniec? "Left Hand Path" to po prostu jeden ze znaczniejszych kamieni milowych w metalu, począwszy od wybitnej zawartości muzycznej, po wieńczącą wizualnie dzieło okładkę Dana Seagrave'a. Klasyk i wzór!