sobota, 9 grudnia 2017

Flotsam and Jetsam- Doomsday for the Deceiver (Metal Blade Records/ Music for Nations, 1986/ 1992)

Rok 1986! Ach co to był za rok dla metalowej sztuki, zwłaszcza dla Thrashu! W Stanach swoje najpotężniejsze albumy wydały Metallica, Megadeth, Nuclear Assault, Dark Angel oraz Slayer. W Europie uderzyły ze swoimi, do dziś sztandarowymi płytami Exumer i Kreator. Thrash metal przeżywał wtedy swój złoty okres. Powstały też inne autentycznie świetne krążki, które zostały przez wspomniane potęgi nieco przyćmione, na co rzecz jasna nie zasługiwały. Można tu wymienić chociażby "Eternal Devastation" Destruction, Metal Church ze swoim "The Dark" czy chociażby debiut Flotsam and Jetsam, czyli "Doomsday for the Deceiver". To o tej ostatniej płycie będzie dziś mowa.
Zespół szerszemu gronu odbiorców znany jest przede wszystkim dzięki osobie Jasona Newsteda, który w 1987 zasilił szeregi Metallici po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Flotsam and Jestsam tworzyli w tamtym czasie dosyć ciekawą formę thrash metalu, nieco mniej zajadłą, mniej ekstremalną od swoich kolegów po fachu, ale moim zdaniem w niczym im nie ustępującą. Na "Doomsday for the Deceiver" ich granie wciąż mocno inspirowane jest Judas Priest, Maidenami czy tuzami speed metalu pokroju Exciter lub Agent Steel. Dodając do tego zapatrzenie w ówczesną Metallicę daje bardzo ciekawy efekt, bardzo oryginalny i dający się zapamiętać. Agresywne, rozpędzone, a jednocześnie chwytliwe riffy takich killerów jak otwierający płytę "Hammerhead", "Iron Tears" czy mój ulubiony "Desecrator" połączone z wysokimi wokalami Erica A.K. oraz wciąż mocno speed/heavy metalizującą sekcją rytmiczną to po prostu najpiękniejszy metalowy sen. Płyta pełna jest kapitalnych zagrywek, nie idzie na jedno kopyto, aż kipi pomysłami, energią i niewyobrażalną pasją. Zastanawiam się czasem co by było gdyby Jason pozostał w swojej macierzystej grupie, gdzie by to Flotsam and Jetsam zaprowadziło, był notabene jednym z kompozytorskich filarów zespołu. W każdym bądź razie ich debiutancka płyta zasługuje na to aby wymieniać ją wśród najważniejszych metalowych wydawnictw 1986 roku oraz ważniejszych thrashowych albumów jakie powstały w USA. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. To bardzo dojrzałe i kompletne dzieło. Mnogość inspiracji na niej zawartych i sposób ich wykorzystania to najlepszy na to dowód. Na zakończenie dodam, że własnie ten album wypchnął dwójkę brytyjskiego Sabbat z mojej prywatnej thrashowej, pierwszej trójki. Ta płytka chyba nigdy mi się nie znudzi. Każdemu kto nie zna polecam po tysiąckroć!