wtorek, 24 października 2017

Leviathan- Memento Mori/ C'est La Vie (Thrashing Madness 2017)

No i mamy kolejne, tegoroczne uderzenie od Thrashing Madness. Tym razem padło na dema wrocławskiego Leviathan. Jeszcze trochę a uwierzę w to, że dzięki Lechowi ukażą się niemal wszystkie demówki, czy zapomniane przez czas i ludzi albumy naszego metalowego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Serio! Kolejne wydawnictwo i kolejna perełka, o której wznowieniach na srebrnych krążkach nawet nikt nie śmiał marzyć. A tu proszę, mówisz masz! Leviathan wzięli to co najlepsze od najbardziej ekstremalnych grup thrashu oraz rodzącego się death metalu tamtego czasu i stworzyli własną, siarczystą, surową oraz bezkompromisową hybrydę obu tych gatunków. Zarówno "Memento Mori" z 1990, "C'est La Vie" (1992), jak i dodane jako bonus pierwsze demo zespołu z 1989 to karkołomne galopady i konkretne łojenie bez rozmieniania się na drobne. Czysty ogień, furia i szaleństwo. Co prawda z każdego z dem można wydobyć jakieś kawałki, fragmenty, które mogą zdawać się nieco bardziej subtelne riffowo, chwytliwe (o ile w przypadku Leviathan można w ogóle o takim zjawisku mówić), gdzie nie gdzie wolniejsze, bardziej marszowe, ale gdy to się dzieje nie mija parę chwil, a z powrotem zmieniają się w nieokiełznaną bestię. Może nie jest to coś wyjątkowego, odkrywczego, ale to kolejny przykład, jakich na naszej scenie było ogrom, mianowicie na to ile pasja do grania i energia potrafią do spółki zdziałać i jaki materiał zrodzić. To przede wszystkim żywioł i esencja thrashowej nawałnicy. Słucha się tego kapitalnie, a dodatkowo ma się okazję poczuć przez to granie ten unikalny klimat tamtych lat i poznać kolejny element historii naszej rodzimej sceny. Bezcenne!
Co się tyczy samej formy wydania. Nawet nie ma sensu specjalnie się tu rozwodzić, bo kolejne płytki Thrashing Madness dosłownie prześcigają się w dążeniu do wydawniczej perfekcji. I nie mówię tu tylko o bonusach, czy jakości samej w sobie, ale także o aspekcie wizualnym. Ogrom zdjęć, sporo do czytania, masa pamiątek itd. Booklety są tak grube, że ciężko je wyjąć z pudełka, które ledwie się za ich sprawą domykają. Jakiekolwiek polecanie, czy dalsze zachwalanie uważam za kompletnie zbyteczne.

http://www.oldschool-metal-maniac.com/