"Port Royal" z 1988 to jedna z trzech, lub nawet ta najważniejsza z płyt w dorobku Running Wild. Przełomowa, ugruntowująca nowo obraną drogę, wg. Kasparka najlepsza jaką wtedy byli w stanie nagrać. Album zostawił za sobą poprzednie bardziej surowe oblicze zespołu, brzmienie i kompozycje grupy stały się bardziej dopracowane (to co wyczynia tu na basie Jens Becker to coś niebywałego, nie tak często ma się do czynienia z albumami na których ten instrument gra tak istotną rolę), bardzo dojrzałe, nieco bardziej melodyjne, ale nie mniej energetyczne i porywające. Podobnie stało się z samymi tekstami. Zaczęły poruszać poważniejszą tematykę ("Uaschitschun" opowiadający o zagładzie Indian i świata w którym żyli, "Warchild" poruszający kwestię dzieci wysyłanych do walki, czy bardzo dobrze znany "Conquistadores"), a same liryki o tematyce pirackiej zaczęły bazować na literaturze, a nie tylko i wyłącznie filmach, jak to było w przypadku "Under Jolly Roger", wystarczy wsłuchać się w tytułowy "Port Royal" czy zamykający płytę "Calico Jack", to klasa sama w sobie. Sama muzyka Running Wild może zatraciła gdzieś tego pazura i surowość pierwszych wydawnictw, stając się bardziej dopracowaną, ale jednocześnie jeszcze bardziej chwytliwą, dynamiczną i tak niesamowicie charakterystyczną (nawet nie czuję jak rymuję haha!). To właśnie na "Port Royal" Running Wild wypracował swój niepowtarzalny styl z którego zasłynął i który uczynił ich sztukę niepowtarzalną. Udało im się stworzyć dzieło, które stale broni się przed upływem czasu i któremu wciąż udaje się czarować kolejne rzesze metalowych maniaków. Moim zdaniem tylko wydanemu przez nich rok później "Death or Glory" udało się prześcignąć fenomen omawianej tutaj płyty.
Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest jego okładka (nobel dla Stefana Krugera w dziedzinie cover- artu!). Jak wiadomo na grafice z jej frontu, która powstała zanim nagrany został album, widnieje w składzie Stefan Schwarzmann, który nagrał na "Port Royal" ścieżki perkusji. Natomiast na jej tylnej części mamy zdjęcie Iana Finlay'a pozornie sugerujące, iż to jego robota. Stało się tak ponieważ Stefan zaraz po odwaleniu swojej części roboty opuścił Running Wild zasilając szeregi U.D.O., a na jego miejsce wskoczył wtedy Ian. Zespół postanowił, mimo wszystko, uhonorować go miejscem w składzie już na "Port Royal" mimo, że nie miał tutaj swojego wkładu.
Podsumowując niniejszy album jest jednym z najjaśniejszych i najbardziej istotnych punktów w dyskografii Running Wild i powiedziałbym, że jednym z najlepszych materiałów jakie spłodziła niemiecka scena lat 80-tych. Każdy fan klasycznego Heavy Metalu powinien ją znać, bo to bez wątpienia jeden z kamieni milowych tego typu grania. Klasyk już wtedy i klasyk do tej pory!
Poniżej tegoroczna reedycja owej płytki. Jakość tych wznowień omawiałem już przy okazji recenzji "Death or Glory", także nie będę się powtarzał. Mam co do nich neutralny stosunek, ani nie piętnuję, ani specjalnie nie wychwalam. Wszyscy wiemy, że fakt faktem można było to zrobić lepiej. Cóż, ważne, że brzmieniowo naprawdę dają radę.
niedziela, 29 października 2017
sobota, 28 października 2017
Egaheer- Signum Satanas (Dark Omens 2017)
Ostatnimi
czasy sporo radości przynosi mi fakt tylu reedycji staroci z naszej
dawnej sceny. Tym jakże potrzebnym odgrzebywaniem zajęło się
swoimi czasy nie tylko Wiching Hour czy Thrashing Madness, ale także
Dark Omens. Było już min. demo przasnyskiego Thirst, a teraz mamy
kłodzki Egaheer. Na "Signum Satanas" mamy praktycznie
wszystkie nagrania jakie zespół wydał w czasie swojego istnienia.
To nic innego jak surowy, zimny, i bardzo klimatyczny Black Metal lat
90-tych, który w ich wykonaniu zdążył już zostać nieco
zapomniany. Egaheer może nie szczycił się nie wiadomo jaką
techniką czy umiejętnościami, ale atmosferę i ducha tej sztuki w tym swoim topornym graniu potrafił oddać. Bo przecież o to tu chodzi, to jest
coś więcej niż sama muzyka. Mimo wszechobecnej tu surówki emocje
które ta muzyka niesie nie zostają zagłuszone, a wręcz
przeciwnie, taka, a nie inna jakość staje się w tym przypadkiem kluczem do celu.
Tak posępnych, niepokojących, przesiąkniętych mrokiem i złem, a
jednocześnie nostalgicznych materiałów nigdy za mało. "Demo
93'/94'", "Czarna Litania" czy "Templum Umbrae"
to esencja właśnie takiego grania. Zespół zaczął i skończył
na samych materiałach demo i może to dobrze. Dzięki temu pozostał
wciąż w tych mistycznych rewirach swojej sztuki i niczym nie
zmąconym, podziemnym charakterze. Koła w swojej dziedzinie nie odkryli, ale żarliwa
pasja przebija się z każdym dźwiękiem. Dla osób stale
eksplorujących nasze BM-owe podziemie pozycja bliska obowiązkowej,
a dla tych którym w tej muzyce zależy też na klimacie, a nie samym
konkretnym łojeniu to totalny mus!
piątek, 27 października 2017
Prosecutor- Krew Czarnej Ziemi (Thrashing Madness 2017)
Kolejna z ostatnich propozycji od Thrashing Madness- bytomski Prosecutor. Następna perła naszego metalowego podziemia i ich jedyny pełny album "Krew Czarnej Ziemi". Materiał ten wydany został w 1992 roku przez naszą słynną Baron Records, tylko i wyłącznie na taśmie. Wreszcie po tylu latach ten album znów jest dostępny, tym razem na srebrnym krążku. To co serwuje w swojej thrashowej sztuce Prosecutor to precyzja Metallici, finezja, żywiołowość i klimat Kata (zwłaszcza w "balladowych" momentach) oraz wściekłość Destruction. Trudno o lepszą kompilację wpływów. Taka mikstura wciąga i uzależnia. Jakby ktoś zmieszał ze sobą płyty "Master of Puppets", "Bastard" oraz "Infernal Overkill" wspomnianych zespołów. Coś absolutnie kapitalnego i porywającego już od samego intra. Energia, pasja i zapierające dech, chłoszczące riffy (sola też niczego sobie, ciary są)! Grupa widać nie macała gruntu tylko z marszu przywaliła ze wszystkich luf i pokazała o co im chodzi i co chcą grać! Im więcej słucha się tych zapomnianych już nieco nagrań, tym bardziej żal bierze ile to naszego metalowego potencjału nie miało okazji zaistnieć szerzej i przetrwać próby czasu. Prosecutor wraz każdym utworem ze swojej pierwszej i jedynej płyty daje dowód na to jak ogromny potencjał tkwił w ich graniu, mimo faktu, że początek lat 90-tych dla thrashu łaskawy już nie był i ciężko było o świeży powiew w tym temacie. Oni tą świeżość i talent mieli, bezapelacyjnie! Oddali ducha grania, które wydawało się odeszło już wtedy w pewien niebyt. Każdy zainteresowany naszą sceną tamtych lat powinien ten materiał znać, a jeszcze lepiej mieć w zbiorach.
Już po raz któryś z rzędu nie będę się rozpisywał nad tym jak wydany jest każdy tytuł wypuszczany przez Thrashing Madness, bo doskonale to wiecie. Precyzja, profesjonalizm i rozmach, i tutaj nie ma od tego wyjątku. Poza, jak zwykle wypasionym bookletem, dostajemy sporo materiału live, który przenosi nas swą atmosferą do tamtych lat. Rekomendacja zbyteczna!
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
Już po raz któryś z rzędu nie będę się rozpisywał nad tym jak wydany jest każdy tytuł wypuszczany przez Thrashing Madness, bo doskonale to wiecie. Precyzja, profesjonalizm i rozmach, i tutaj nie ma od tego wyjątku. Poza, jak zwykle wypasionym bookletem, dostajemy sporo materiału live, który przenosi nas swą atmosferą do tamtych lat. Rekomendacja zbyteczna!
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
środa, 25 października 2017
Monstraat- Scythe & Sceptre (Fallen Temple 2017)
Kolejny w tym roku, naprawdę godny polecenia Black Metalowy krążek. Tym razem chodzi tu o drugi długograj szwedzkiego Monstraat. Już od pierwszych wydobywających się z głośników dźwięków da się poznać, że "Scythe & Sceptre" hołduje niedoścignionym wzorcom Black Metalowej sztuki. Przez całą płytę czuje się w tych nagraniach pierwiastek starego Mayhem z czasów gdy był z nimi Dead. Te upiorne, zawodzące wokale, brzmienie, atmosfera... Jak te typy to zrobiły to zachodzę w głowę... Nie brakuje tu też riffów rodem z pierwszych, kultowych płyt Darkthrone takich jak "A Blaze in the Northern Sky" czy "Under a Funeral Moon", a i nawet "Pentagram" Gorgoroth przychodzi na myśl. To wszystko tu jest. Gdyby nie fakt, że płyta wyszła w tym roku, to można by pomyśleć, że to jakiś zapomniany wyziew podziemia lat 90-tych. Niesamowicie szanuję i poważam grupy, które tak misternie, tak umiejętnie potrafią przekazywać kult tamtych lat, nie brzmiąc przy tym jak bezczelna kopia dawnych Bogów. Monstraat sprostał zadaniu, którego się podjął grając w ten, a nie inny sposób. Nie chcę się tu specjalnie rozpisywać, bo uważam, że to nie ma sensu, tej płytki po prostu trzeba doświadczyć samemu. Każdy kto siedzi w Black Metalu, a nie tylko odwiedza go sobie turystycznie od czasu do czasu powinien zaopatrzyć się w ten krążek. Gwarantuję, że zawodu nie będzie. Odpalam "Scythe & Sceptre" i słyszę niemal tą samą atmosferę, to nienazwane "coś", które emanuje od "Live in Leipzig" Mayhem. Czy koło materiału serwującego niemal te same emocje można przejść obojętnie? No chyba za cholerę nie!
wtorek, 24 października 2017
Leviathan- Memento Mori/ C'est La Vie (Thrashing Madness 2017)
No i mamy kolejne, tegoroczne uderzenie od Thrashing Madness. Tym razem padło na dema wrocławskiego Leviathan. Jeszcze trochę a uwierzę w to, że dzięki Lechowi ukażą się niemal wszystkie demówki, czy zapomniane przez czas i ludzi albumy naszego metalowego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Serio! Kolejne wydawnictwo i kolejna perełka, o której wznowieniach na srebrnych krążkach nawet nikt nie śmiał marzyć. A tu proszę, mówisz masz! Leviathan wzięli to co najlepsze od najbardziej ekstremalnych grup thrashu oraz rodzącego się death metalu tamtego czasu i stworzyli własną, siarczystą, surową oraz bezkompromisową hybrydę obu tych gatunków. Zarówno "Memento Mori" z 1990, "C'est La Vie" (1992), jak i dodane jako bonus pierwsze demo zespołu z 1989 to karkołomne galopady i konkretne łojenie bez rozmieniania się na drobne. Czysty ogień, furia i szaleństwo. Co prawda z każdego z dem można wydobyć jakieś kawałki, fragmenty, które mogą zdawać się nieco bardziej subtelne riffowo, chwytliwe (o ile w przypadku Leviathan można w ogóle o takim zjawisku mówić), gdzie nie gdzie wolniejsze, bardziej marszowe, ale gdy to się dzieje nie mija parę chwil, a z powrotem zmieniają się w nieokiełznaną bestię. Może nie jest to coś wyjątkowego, odkrywczego, ale to kolejny przykład, jakich na naszej scenie było ogrom, mianowicie na to ile pasja do grania i energia potrafią do spółki zdziałać i jaki materiał zrodzić. To przede wszystkim żywioł i esencja thrashowej nawałnicy. Słucha się tego kapitalnie, a dodatkowo ma się okazję poczuć przez to granie ten unikalny klimat tamtych lat i poznać kolejny element historii naszej rodzimej sceny. Bezcenne!
Co się tyczy samej formy wydania. Nawet nie ma sensu specjalnie się tu rozwodzić, bo kolejne płytki Thrashing Madness dosłownie prześcigają się w dążeniu do wydawniczej perfekcji. I nie mówię tu tylko o bonusach, czy jakości samej w sobie, ale także o aspekcie wizualnym. Ogrom zdjęć, sporo do czytania, masa pamiątek itd. Booklety są tak grube, że ciężko je wyjąć z pudełka, które ledwie się za ich sprawą domykają. Jakiekolwiek polecanie, czy dalsze zachwalanie uważam za kompletnie zbyteczne.
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
Co się tyczy samej formy wydania. Nawet nie ma sensu specjalnie się tu rozwodzić, bo kolejne płytki Thrashing Madness dosłownie prześcigają się w dążeniu do wydawniczej perfekcji. I nie mówię tu tylko o bonusach, czy jakości samej w sobie, ale także o aspekcie wizualnym. Ogrom zdjęć, sporo do czytania, masa pamiątek itd. Booklety są tak grube, że ciężko je wyjąć z pudełka, które ledwie się za ich sprawą domykają. Jakiekolwiek polecanie, czy dalsze zachwalanie uważam za kompletnie zbyteczne.
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
piątek, 20 października 2017
Burial Choir- Iconoclast (Fallen Temple 2017)
https://www.facebook.com/burialchoir/
https://burialchoir.bandcamp.com/releases
czwartek, 19 października 2017
W.A.S.P.- W.A.S.P. (Capitol Records, Emi 1984/ Snapper 2004)
Jak dla mnie jedna z najbardziej żywiołowych i skrzących się energią płyt w historii Heavy Metalu. Uważam ją też swoją drogą za bardzo wpływową dla stojącego już tuż za rogiem bardziej ekstremalnego grania, które wtedy podnosiło łeb za sprawą min. Venom czy Bathory. Takie grupy jak Kiss, Alice Cooper czy właśnie W.A.S.P. miały podobnie spory wpływ na Death czy przede wszystkim Black Metal, jak zespoły ochrzczone mianem jego pierwszej fali. I to bynajmniej nie za sprawą muzyki, a bardziej wizerunku. Każdy z tych zespołów wywoływał wokół siebie sporo sensacji i oburzenia, na scenie był ogień, elementy demoniczne, czy też rodem z horrorów, sztuczna krew, czaszki i tym podobne. Debiut Wasp (już nie chce mi się pisać tych kropek, wybaczcie :D) jest tego kwintesencją. Poza wizerunkiem wypełnionym wyżej wymienionymi atrybutami, cechowały go odważne teksty, traktujące o wszystkim co zakazane, no i rzecz jasna dawka niesamowicie energetycznego i naszpikowanego chwytliwymi, zadziornymi riffami Heavy Metalu. Sam wokal Blackiego to też oddzielna działka... Drugiego takiego próżno szukać. Nie mówi się o tym za wiele, ale to między innymi Wasp był jednym z tych zespołów, które miały wpływ na młodych wtedy adeptów mrocznej sztuki kształtując ich muzyczny gust. Debiut Amerykanów uważam za najważniejszy w ich całej dyskografii, wywołał w swoim czasie burzę i zapisał się na stałe do grona najważniejszych metalowych wydawnictw zza oceanu. Płyta wypełniona jest po brzegi metalowymi hiciorami. Znajdują się tu min. "I Wanna Be Sombody", "L.O.V.E. Machine" oraz "B.A.D." (mają się tymi kropkami, nie ma co :D), których refreny wsiąkają w mózgownicę dosłownie z marszu i nie opuszczają jej już nigdy. Rządzi także piekielny "Tormentor", którego uważam za kolejny wsławiający tą płytę numer. Pozostałe rzecz jasna także sroce spod ogona nie wypadły i idą ramię w ramię z tymi które tu wyróżniłem, i które wyróżnił sam zespół. Ta płyta to był wtedy solidny strzał w pysk dla glam metalu, który próbował zagarnąć Wasp w ramy swojej estetyki. Ja osobiście tą płytę uwielbiam od momentu w którym się z nią zetknąłem i gdyby istniał metalowy elementarz w stylu "must have, must listen" chętnie bym tam debiut Wasp władował. Istny dynamit!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















