poniedziałek, 13 marca 2017

Hell-Born- Cursed Infernal Steel (Conquer Records 2006)

Z biegiem czasu Hell-Born stał się dla mnie jednym z tych osobiście najważniejszych zespołów jeżeli chodzi o naszą rodzimą scenę, jak i generalnie death metalową sztukę. W każdą ich płytę się zasłuchuję i każdą chłonę jednym tchem, ale to "Legacy of the Nephilim" i właśnie "Cursed Infernal Steel" są moimi absolutnymi faworytami w dyskografii tej bluźnierczej hordy.
Nagrany w 2006, w białostockim studiu Herz, "Cursed Infernal Steel" to godny następca poprzedniego albumu. Wciąż nie brak mu mocy, siły i tej niezrównanej chwytliwości. Hell- Born nigdy nie kombinował tylko łoił jak leci, i tak samo jest w tym przypadku. Płytę otwiera lider całego rozkładu jazdy czyli "Impaled Archangels", który w mgnieniu oka rzuca słuchacza w same piekło Belzebubu na rogi! Refren chwyta się z marszu i za moment ma się ochotę drzeć ryja razem z Baalem. Czy można oczekiwać lepszego początku? Nie sądzę, zadowoli każdego! Kolejnym wymiataczem jest tu niewątpliwie galopujący niczym apokaliptyczna kawaleria "The Black Flag of Satan", który na refren odrobinę zwalnia by potem ponowić szarżę. Trzecim moim ulubieńcem jest tytułowy "Cursed Infernal Steel", który podobnie jak "Impaled Archangels" natychmiast wrzyna się w mózgownicę. Ma potężny, jakby podniosły riff i jakże hymniczny refren. Gitary Jeffa i Lesa tną powietrze niczym kosa! Całość tej wybuchowej, czarciej mieszanki zespala świetne brzmienie, co zawsze uwydatnia walory tego typu grania.
Podsumowując, Hell- Born nigdy nie zawodzi, niby ten sam styl, niby to same bezkompromisowe, zakorzenione w oldschoolu uderzenie, ale każda płyta niesie ze sobą kolejny powiew świeżej energii i mocy. Ma się wrażenie, że ten zespół nigdy się nie zestarzeje i nigdy nie osiądzie na laurach. Każda kolejna ich płyta to niezbity na to dowód. Od ostatniego "Darkness" minęło już sporo czasu i mam nadzieję niebawem znowu o nich usłyszeć i z tym samym zapałem zabrać się do konsumpcji ich kolejnego dzieła. Kto jeszcze Hell-Born nie słuchał niech nadrabia zaległości, gwarantuję, że nie będzie zawiedziony!




piątek, 10 marca 2017

Mayhem- Live in Zeitz (Peaceville 2017)

Zdjęcie ze zbiorów "The True Mayhem Collection"
Wiadomym jest, że wszelakie nagrania Mayhem w klasycznym składzie z Deadem i Euronymousem to kult absolutny, każde jest na wagę złota, nie tylko ze względu na te dwie jakże ważne persony, których nie ma już wśród żywych, ale także znakomitą muzykę pełną niesamowitej atmosfery i ducha tamtych dni. Ostatnio Peaceville wzięło się za wznowienia oraz pierwsze oficjalne wydania, na razie 3 z 4 nagranych, koncertów Mayhem jakie zespół zagrał w 1990 roku (Leipzig, Zeitz, Sarpsborg oraz Jessheim). Na razie na winylu i cd ukazały się reedycje dwóch pierwszych ("Live in Zeitz" było do tej pory dostępne tylko jako bootleg), natomiast Sarpsborg jest w przygotowaniu. Znaczenie tamtych kilku występów miało niesamowity wpływ na rodzącą się scenę Black Metalową oraz estetykę związaną z tą sztuką. Corpsepaint, świńskie łby, krew na scenie, muzyczny chaos i totalnie bezkompromisowa postawa było tym co Mayhem zaserwowało muzyce metalowej na zawsze zapisując się na kartach jej historii.
Co mogę powiedzieć o nagraniu z Zeitz? Jest odrobinę gorszej jakości od tego z Leipzig (lecz nieznacznie, trochę czepiam się szczegółów hehe), ale wciąż zachowuje ten unikalny klimat i autentycznie przenosi słuchacza do tamtego miejsca i czasu, a coś takiego jest absolutnie bezcenne i w tym przypadku najważniejsze. Warto wspomnieć, że owe nagranie nie pochodzi z dotychczas dostępnego bootlegu, a z nowego źródła i znacząco lepszej jakości. Setlista jest ta sama, z jednym wyjątkiem. W Zeitz nie zagrali "Pure Fucking Armageddon", a przynajmniej nagranie tego nie uwzględnia. Poza tymi dwoma drobiazgami to tak samo dobry gig, niosący te same wyjątkowe przeżycia. Zespół zagrał z pasją i furią, jakby miało nie być jutra! Jest mrok, chaos i zniszczenie, które nie przybrało już nigdy takiej formy jaką Mayhem emanował w tym składzie.
W kwestii samego wydania to muszę przyznać, że Peaceville odwalił kawał dobrej roboty. Z pozoru skromny digipak skrywa, nie tylko genialną płytę, ale także opasły booklet z mnóstwem archiwalnych fotografii z tamtego czasu oraz kilkoma świetnymi, wspomnieniowymi wywiadami dotyczącymi Mayhem. Przepytani zostali min. Samoth, Faust, Hellhammer oraz Anders Ohlin (brat Deada). Także jest co czytać i co oglądać (wystarczy zerknąć na przykładowe zdjęcia poniżej, mówią same za siebie)!
W kwestii podsumowania nie ma co się specjalnie produkować. Polecam to wydawnictwo każdemu fanowi Mayhem i nie tylko, po prostu każdemu entuzjaście black metalowej sztuki!



środa, 8 marca 2017

Eternal Deformity- No Way Out (Temple of Torturous 2016)

Eternal Deformity to jedni z tych weteranów naszej rodzimej sceny, którzy pomimo autentycznie świetnej muzyki nigdy nie doczekali się należytej im uwagi i sukcesu. Cholera mnie bierze, że żaden wydawca w naszym kraju nie dostrzegł drzemiącego w tym zespole potencjału. No wstyd po prostu. O reedycji ich starych materiałów nawet nie wspominam, bo to też woła o pomstę.
Grupa istnieje od 1993 roku i ma obecnie na koncie 6 pełnych albumów. Ich muzyka to znakomita mieszanka avantgardy, doom metalu oraz symfonicznej, bardziej melodyjnej odsłony black metalu. Ich kompozycje zawsze są bogate, pełne różnorodności i ciekawych rozwiązań w obrębie swojej stylistyki, nie brakuje w niej instrumentalnych pasaży czy wokalnej różnorodności. Nudy z pewnością nie da się tu doświadczyć.


"No Way Out" to 6-sty studyjny album Eternal Deformity nagrany w 2015 roku i wydany przez zespół własnym sumptem. Dopiero rok później doczekał się, nazwijmy to, oficjalnego wydania przez szwedzką Temple of Torturous. Krążek ten w pierwszej kolejności zaskakuje swoim autentycznie świetnym, przestrzennym i wyrazistym brzmieniem co uwydatnia wszystkie walory kompozycji zawartych na płycie. Mamy tu nie tylko mocne, mroczne kawałki, z jadowitym, praktycznie black metalowym wokalem przeplatanym także czystym głosem (warto wspomnieć, że mamy tu do czynienia z dwoma wokalistami, co nie często się zdarza), ale i bardzo subtelne utwory, gdzie swoje pięć minut mają klawisze oraz akustyczne wstawki, jak ma to miejsce w chociażby instrumentalnym "Mothman" czy, krótkim otwierającym płytę "I". Za absolutną wizytówkę płyty uważam natomiast "Esoteric Manifesto" oraz zamykający album "Glacier". W tych utworach jest dosłownie wszystko czym zespół się charakteryzuje, a o czym zdążyłem już wspomnieć na początku. Dodam jeszcze, że od 6 minuty "Glacier" mam wrażenie, że słyszę bardzo mocne inspiracje starszym Ulver (przez chwilę), oraz dokonaniami Immortal od "At the Heart of Winter" w górę. W kwestii tych drugich to podobne echa da się zauważyć już w "I". Nie wiem, czy faktycznie tak było, ale pewne podobieństwo słychać. Warto napomknąć, że i wpływy Candlemass da się na tej płycie usłyszeć tu i ówdzie.
Osobna kwestia, to okładka tego wydania płyty. Przykro mi ale tutaj, w moim mniemaniu, nie ma czego zachwalać, niestety. Wersja, którą zrobił sam zespół miała oryginalne logo grupy (nie wiem dlaczego zostało w drugim wydaniu zmienione, niech ktoś mnie oświeci po co taki zabieg) i przede wszystkim klimat odzwierciedlający zawartość krążka. Poniższe wydanie go po prostu nie ma. Mamy wszechobecne piramidy, które niby współgrają z tytułem płyty, ale nie oddają charakteru muzyki. Czarno, srebrno biała szata pierwszej wersji wypełniona zdjęciami starych budynków i podziemi robi o niebo lepsze wrażenie i przede wszystkim współgra z muzyką. Także oprawa graficzna wydania z Temple of Torturous niestety wypada słabo.
Podsumowując, zawartość płyty szczerze polecam dosłownie każdemu fanowi ciężkiego grania. "No Way Out" jest jak dla mnie fenomenalny i nie raz będę do niego wracał. Jeżeli ktoś nie miał do tej pory okazji zapoznania się z twórczością Eternal Deformity to po stokroć zachęcam!

https://www.facebook.com/eternaldeformity/
https://www.last.fm/pl/music/Eternal+Deformity
http://templeoftorturous.com/shop/product_info.php?products_id=463&XTCsid=lpt933b0341jbh8iq75m86u5s2





niedziela, 5 marca 2017

Damnation- Reborn... (Pagan Records 1995/ Witching Hour 2014)

Są takie płyty, zespoły, które są symbolami, ikonami swojego czasu, ich nagrania się pamięta, kojarzy z pewnymi okolicznościami, pewnym konkretnym graniem. Taki jest właśnie sopocki Damnation. Działali w najlepszych czasach naszej sceny, a ich death metal był nasycony tym wszystkim co w jego surowej, brutalnej, bezkompromisowej formie najlepsze, co tu dużo mówić, na ich płytach po prostu się działo!
"Reborn..." to ich długogrający debiut wydany w 1995 przez dobrze wszystkim znaną Pagan Records. Załoga Damnation nagrała płytę niesamowicie dojrzałą, pełną ciekawych rozwiązań, aranżacji, budowania klimatu oraz wypełnioną po brzegi kipiącym jadem, diabelskim death metalem najwyższej próby. Wystarczy wspomnieć otwierający płytę konkretnym kopem "Pagan Prayer/ The Antichrist", który z marszu zdolny jest sponiewierać niejednego słuchacza, otwierający riff po prostu wgniata w glebę. Absolutnymi killerami są tu także chociażby "Infestation/ Maldoror Is Dead" czy "Forbidden Spaces" w których pełno jest zmian tempa, drobnych akustycznych wstawek i świetnych solówek okraszonych pogłosem, co dodaje im klimatu. Powstała płyta o czarnej duszy, w której zaklęte zostały wszystkie te pierwiastki, które za każdym razem w tym klasycznym, oldschoolowym death metalu zachwycają i które zawsze chce się słyszeć, no klasa sama w sobie. Jedynym minusem niniejszego krążka może być nieco płaskie brzmienie, ale przy innych jego walorach, nie specjalnie ma to znaczenie. Czy zawsze wszystko musi być idealne? Czasem cały w tym cymes żeby nie było!
Nie ulega wątpliwości, że death metal w wykonaniu Damnation inspirowany jest pionierami gatunku z lat 80-tych, ale nie znaczy to, że zespołowi brak było świeżości i oryginalności, wręcz przeciwnie! Z czystym sumieniem można powiedzieć, że grupa była swojego czasu jednym z ważniejszych death metalowych aktów na naszej scenie, a takie płyty jak właśnie "Reborn..." czy następujący po nim "Rebel Souls" są tego niezbitym dowodem. O tym co stworzył Les i spółka (warto wspomnieć że przez skład grupy przewinęli się min. Jeff z Hell-Born, Nergal, Baal czy Inferno), pod sztandarem Damnation trzeba pamiętać i co jakiś czas odświeżać, bo była to czołówka naszego rodzimego metalowego grania.
W 2014 Witching Hour wypuściło wznowienia prawie całego katalogu Damnation w oparciu o stare wydania tych płyt. Wyszło przednio i jeżeli ktoś nie załapał się na pierwsze ich edycje, to z czystym sumieniem mogę owe wznowienia polecić. Jest prosto, ale solidnie. Nic tylko brać!




piątek, 3 marca 2017

Slayer- Hell Awaits (Combat/ Metal Blade 1985)

Nie da się ukryć, że "Hell Awaits" było dla Salyer'a wyzwaniem. Po bardzo dobrze przyjętym "Show No Mercy" istniała potrzeba wykazania się i udowodnienia swojej wartości. Slayer sprostał temu zadaniu (choć do ideału trochę brakowało), stworzył płytę pełną gębą osadzoną w thrashu, bardziej dojrzałą, pozbawioną już pewnej młodzieńczej naiwności obecnej na debiucie.
Album rozpoczynają jęki potępionych dusz, które w pewnym momencie zaczynają wspólnie skandować jakąś bliżej nieokreśloną frazę (jak się okazuje jest to "Join us!" puszczone od tyłu, wykrzykiwane do mikrofonu przez ekipę zgromadzoną w studiu), a za chwilę słyszymy odpowiednio zmodyfikowany, stylizowany na piekielną bestię głoś Toma oznajmiający "Welcome back!". Wchodzi ciężki riff  podbijany mocarną miarową perkusją. Jest moc! Trudno o lepszy wstęp! Tak właśnie zaczyna się tytułowa kompozycja "Hell Awaits", która jest bez wątpienia jedną z najlepszych na krążku. Z marszu podkreślona zostaje złowieszczość i diabelski charakter płyty. Kolejnym bardzo udanym utworem jest "At Dawn They Sleep" obracający się wampirycznej tematyce. Jest to kawał thrashowego mięcha wypełnionego zagrywkami które aż proszą się o konkretny headbanging. Na wyszczególnienie zasługuje także typowo slayerowski "Necrophiliac". Kanonada rozpędzonych gitar, opętańczy wokal Arai oraz bardzo chwytliwe zwolnienie pod koniec. Mamy tu zalążek tego co można zaobserwować na "Reign in Blood" w takich klasykach jak "Angel of Death" czy "Raining Blood". Pozostałe 4 kompozycje z krążka nie mają już tak wiele do zaoferowania, ale jak najbardziej trzymają poziom i wciąż są sporym kompozytorskim krokiem na przód w stosunku do prostolinijnego (oczywiście nie traktuję tego na minus, w żadnym wypadku), wciąż u podstaw inspirowanego tradycyjnym heavy metalem spod znaku Judas Priest i skupionego przede wszystkim na emanowaniu energią "Show No Mercy".
Teraz czas na kilka słów w kwestii okładki zdobiącej album. Po raz kolejny stworzył ją Albert Cueller, odpowiedzialny za wizualną oprawę "Live Undead". Pejzaż piekielnej otchłani zdobią rogate stwory rozrywające na strzępy jakiś potępionych nieszczęśników. Nad wszystkim góruje charakterystyczny pentagram z logo zespołu. Projekt tej okładki, a była to wyklejanka w zinowskim stylu, prawdopodobnie wciąż jest w posiadaniu Toma. Czy można było zrobić to lepiej? Nie sądzę! Dzieło skończone i na właściwym miejscu!
"Hell Awiats" ukazał Slayer'a jako zespół dojrzały, świadomy swojej drogi i stylu, ale jeszcze nie do końca ogarnięty w kwestii jak to dobrze przekuć w czyn. Płyta jest autentycznie świetna, ale brakuje jej takiej swoistej kropki nad "i", pewnego kopa, większego dynamizmu, brzmienie także trochę kuleje. Niedługo po jej wydaniu rozważano poddanie jej ponownemu masteringowi, ale Araya stwierdził, że zepsuło by to jej charakter, że album powinien być swoistym dokumentem swojego czasu, w przeciwnym razie straci swoją wyjątkowość. Całkowita racja i trudno się z tym nie zgodzić. Mam wrażenie, że drugi album Slayera wciąż siedzi nieco w cieniu debiutu oraz "Reign in Blood" co nie powinno mieć miejsca, choćby ze względu na to jak przełomowy charakter miała ta płyta dla samego zespołu jak i rosnącej w siłę sceny thrashowej, zwłaszcza w USA. To tutaj wyklarował się ich charakterystyczny styl. To jeden z klasyków, które trzeba znać, których wartość należy dostrzegać i doceniać.


czwartek, 2 marca 2017

Entombed A.D.- Dead Dawn (Century Media 2016)



Ostatnimi czasy katuję tą płytę nieustannie. To co robi LG aby nazwa Entombed (końcówka A.D. jest jak najbardziej zbyteczna bo to jest nic innego jak właśnie najprawdziwsze Entombed!) była wciąż żywa jest godne pochwały i ogromnego szacunku. Byłem pod sporym wrażeniem "Back to the Front", ale "Dead Dawn" sprawił, że jestem wprost w grób wzięty! Ta płyta wręcz ocieka dawną, trupią stęchlizną i death'n'rollowym  duchem sprzed lat!
Na płycie niepodzielnie rządzą ciężkie, zapiaszczone gitary miotające mocarne i niesamowicie nośne riffy, które praktycznie nie dają słuchaczowi ani chwili wytchnienia. Ale żeby nie było. Mamy tu także okazyjne, nieco bardziej melodyjne momenty, wręcz heavy metalowe, które rzecz jasna świetnie wkomponowują się w tą stylistykę nadając jej dodatkowego kopa i luzackiego charakteru (np. "The Winner Has Lost"). Jest też garść wolniejszych temp, wciągających swoim ciężarem niczym najczarniejsze, cmentarne bagnisko (chociażby "As the World Fell"). Moimi osobistymi faworytami z niniejszego krążka jest właśnie utwór tytułowy, "Dawn to Mars to Ride" oraz "Silent Assassin". Cała trójka ma jedną cechę wspólną, rozpędzone, intensywne i wpadające w ucho motywy przewodnie, istne walce rozjeżdżające wszystko co stanie im na drodze. No nic tylko machać banią, aż się urwie! To jest własnie znak rozpoznawczy Entombed, który wieńczy znakomity growl Petrova. Swoją drogą gość ma niespożytą energią i wciąż jest w świetnej formie. Oby jak najdłużej!
Jeszcze na moment pragnę zatrzymać się przy okładce albumu, którą wykonał nie kto inny jak Erik Danielsson (Watain) i jego Trident Arts. Płytę zdobi profilowy przekrój ludzkiej głowy przedstawiony w jasnych odcieniach brązu z dodatkiem czerni i czerwieni. U dołu wyrasta horda nieumarłych jakby próbująca wciągnąć ją za sobą pod ziemię. Obraz ten pasuje do płyty oraz jej tytułu jak ulał i myślę, że w pełni odzwierciedla jej zawartość, a z pewnością przykuwa wzrok. Po prostu spitzenklasse!
"Dead Dawn" jest jednym z tych naprawdę znakomitych wydawnictw, w które tak obrodził ubiegły rok. Nowe- stare wcielenie Entombed z kolejną płytą nabiera mocy i rozpędu. Zżera mnie ciekawość co zaserwują nam następnym razem, czekam na kolejny tak udany, a może i jeszcze lepszy, wyziew jak niniejsza płyta. Jeżeli ktoś jeszcze nie słuchał to niech w te pędy nadrabia zaległości!


środa, 1 marca 2017

Samael- Eternal (Century Media 1999)

Płyta z czasów kiedy Samael odjechał w kompletnie inne rejony niż te znane z ich pierwszych trzech, kultowych albumów. Dla wielu dziwna, dla innych asłuchalna, dla jeszcze kolejnych zapewne samo jej wspomnienie to trauma. W każdym bądź razie szacun dla zespołu za odwagę i realizację własnych artystycznych wizji. Na "Eternal", poniekąd kontynuując niektóre patenty obecne już na "Passage", Samael stworzył muzyczną kreację mrocznych, astralnych przestrzeni i ich bezkresu, transową i barwną podróż po galaktyce. I co jest w Samael piękne, ano to, że praktycznie każda ich płyta jest inna, nie ma powielania pomysłów, stagnacji, ich sztuka cały czas gdzieś dąży, dokądś biegnie, odkrywa nowe pokłady artystycznego wyrazu.
"Eternal" to prawie 50 minut skondensowanej dawki wszechobecnej klawiszowej elektroniki połączonej z ciężkimi, idustrialnymi, lekko schowanymi na drugim planie gitarami i intensywną perkusją, wszystko okraszone świetnymi wokalami Vorpha. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty (no mimo, że to nie do końca mój ukochany metal w czystej postaci, to mam autentyczną ochotę do tego wracać) wyszczególniłbym zwłaszcza trzy utwory, mianowicie "The Cross", "Supra Karma"oraz "Ailleurs". Pierwszy z nich rozpoczyna się niesamowicie przejmującymi klawiszami, aby za chwilę przejść w subtelny walec (tak!) sekcji rytmicznej niosącej słuchacza w gwiezdną otchłań. Linia wokalna jest tu bardziej recytowana niskim chropowatym głosem, niż śpiewana. Sprawia to poniekąd wrażenie obecności lektora towarzyszącego w tej podróży poprzez nieskończoną pustkę. "Supra Karma" jest już bardziej mroczna, więcej tu niepokojących i dynamicznych dźwięków, totalny komos i to dosłownie! Co się tyczy "Ailleurs" to mamy tu do czynienia z konkretną industrialną galopadą, gdzie bardziej naprzód wysuwają się gitary. Bardzo energetyczny kawałek, gdzie sekcja rytmiczna gra pierwsze skrzypce.
Z pewnością "Eternal" należy do tych bardziej wymagających albumów i z niechybnie wzbudza wśród wielu fanów metalu mocno mieszane uczucia. Jest to biegunowo odległe od samaelowskiej klasyki, ale w swojej stylistyce równie dobre. Jeżeli są osoby które jeszcze nie miały okazji usłyszeć tego albumu, a nie boją się zejść na moment z jedynej słusznej drogi i zobaczyć co leży obok niej, szczerze zachęcam aby dać tej płycie szansę. To naprawdę kawał dobrej sztuki, którą z czasem się docenia.