środa, 29 marca 2017

Dark Funeral- The Secrets of the Black Arts (No Fashion 1996/ Century Media 2013)

Niesamowity album! To pierwsze co mi się nasuwa gdy myślę o debiucie Dark Funeral. Jest to bez wątpienia jedna z tych black metalowych płyt, które są dla mnie wzorcowe, które są dziełami skończonymi, w których płynie kwintesencja tej sztuki. Zapewne wielu się ze mną nie zgodzi lub miało by ochotę powiedzieć, że przesadzam, Cóż, tak naprawdę mocno średnio mnie to obchodzi, ponieważ album ten totalnie do mnie dotarł, a opinia jest czysto subiektywna. Zauważam w nim nie tylko muzyczny geniusz, ale i niesamowite pokłady emocji i autentycznego mroku, który wylewa się tu z każdym dźwiękiem.
Wydany w 1996 roku "The Secrets of the Black Arts" uważany jest za wizytówkę Dark Funeral, i w sumie nie ma co się dziwić. Był to czas kiedy zespół emanował weną twórczą, młodzieńczą energią i najlepszym w swojej historii składem z Blackmoonem na pokładzie. Wystarczy posłuchać takich symfonii nocy jak tytułowy "The Secrets of Black Arts", "My Dark Desires", "Shadows Over Transylvania" czy złowieszczy, wyciągnięty z najczarniejszych głębin ludzkiej wyobraźni "The Dawn No More Rises". Nad wszystkimi kompozycjami góruje gitarowy geniusz Parlanda, który do spółki z Ahrimanem zalał album riffami z samych czeluści piekieł, które dzięki znakomitej pracy Tagtgrena, brzmią fenomenalnie. Skoro już przy tym jesteśmy, z nagrywaniem tego albumu wiąże się pewna historia. Otóż pierwotna jego wersja została nagrana w studiu Unisound Dana Swano. Niestety, owoc jego pracy nie spodobał się zespołowi kompletnie i zanim ostatecznie trafili do studia Abyss aby nagrać album ponownie, szukali ratunku u Skogsberga w Sunlight. Ten jednak nie był w stanie im pomóc, nawet dzwonił do Swano aby ochrzanić go za taką fuszerkę. Po latach Dan przyznał się do błędów jakie popełnił i podobno jakoś to zespołowi zrekompensował. W tamtym czasie dysponował sprzętem, który jeszcze do końca nie ogarniał i trochę się w tym wszystkim pogubił.
Reedycja "The Secrets of the Black Arts" wydana przez Century Media cztery lata temu oferuje ową niepublikowaną wersję tejże płyty na dodatkowym dysku. Jest ona krótsza, zawiera tylko 8 utworów i faktycznie mamy na niej black metal, który nie brzmi jak black metal. Jest bardzo sterylnie, miejscami aż sztucznie, ale za to niesamowicie klarownie i wyraziście. Słuchanie tego materiału w takiej formie jest dosyć niecodziennym doświadczeniem. Powstało coś co zarówno w teorii jak i w praktyce nie ma racji bytu. Gdyby nie fatalne, pudełkowe brzmienie perkusji, pokusiłbym się o stwierdzenie, że mogłoby to być coś przełomowego w swojej estetyce, a z pewnością bardzo odważnego (a wyszło raczej przypadkiem).
Wydaniu niniejszego krążka towarzyszyły koncerty na których zespół nie przebierał w środkach, krew, świńskie łby, odwrócona krzyże, w tamtym czasie robiło to wrażenie i nadawało granym przez nich sztukom wyjątkowego klimatu i aury. Nie obeszło się rzecz jasna bez nagminnego zainteresowania mediów szukających w tym wszystkim sensacji (bo rzecz jasna sama muzyka ich nie interesowała) oraz jednostkowym przypadkom kiedy koncerty grupy były odwoływane.
W kwestii podsumowania, uważam, że jakakolwiek rekomendacja samego albumu jest tu zbyteczna, natomiast bardzo zachęcam aby sięgnąć po jego ostatnią reedycję. Nie tylko jest na najwyższym wydawniczym poziomie (konkretny booklet- wszystkie teksty, wspomnienia, zdjęcia, czarne płyty cd), ale właśnie zawiera tą niepublikowaną wersję albumu z którą warto się zapoznać i samemu ją ocenić. Rzadko wznowienia mogą poszczycić się tak konkretnym bonusem.



niedziela, 26 marca 2017

Grand Magus- Triumph and Power (Nuclear Blast/ Scarecrow 2014)

Szwedzki Grand Magus z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej wciągający. Mają już na koncie sporo materiału, a sprawiają wrażenie jakby wciąż chcieli przeganiać samych siebie i to się im udaje. Ich ostatnie dzieło "Swords Songs" jest tego doskonałym przykładem.
Dziś postanowiłem cofnąć się trzy lata wstecz i przypomnieć ich poprzedni album "Triumph and Power". Po stosunkowo przebojowym i nieco łagodniejszym "The Hunt" trzeba było przywalić z pełną mocą i tak się właśnie stało. "Triumph and Power" zabrzmiał o wiele ciężej i jest czystą heavy metalową łaźnią naszpikowaną wpływami takich grup jak Manowar, Cirith Ungol, klasykami niemieckiego heavy, czy nawet namiastką epickości Bathory. Dostajemy tu majestatyczne i ciężkie utwory jak otwierający album "On Hooves of Gold", tytułowy "Triumph and Power" czy zamykający płytę "The Hammer Will Bite", które przepełnione są patosem i niesamowitą mocą. Nie brakuje tu też, rozpędzonych, skrzących się energią i zadziornością kawałków, których najlepszymi reprezentantami są "Steel Versus Steel" czy chociażby pokrzepiający "Fight". Przy obu autentycznie mam ciary! Bardzo ciekawa jest także jedna z instrumentalnych miniatur pt. "Ymer". Nostalgiczna, a za razem podniosła, osadzona w skandynawskiej estetyce.
"Triumph and Power" jest krążkiem bardzo zróżnicowanym, nie kręci się wokół jednego typu utworów, ale nie tracącym jednocześnie balansu. Wszystko zespala typowa dla Grand Magus estetyka oraz klarowne, dopracowane brzmienie, o znakomitych, mocnych wokalach JB (ile ten gość ma pary w gardle!). Uważam ten album za jeden z najlepszych jaki ten zespół nagrał. Pasja z grania i oddanie tej sztuce słyszalne jest w każdej minucie ich gry, w każdym jednym szarpnięciu struny czy uderzeniu w gary. Ten zespół to istny heavy metalowy demon, któremu chyba nigdy nie skończą się pomysły! Jakiekolwiek polecanie uważam za zbyteczne, bo to genialny album, który siedzi na własnym tronie!


piątek, 24 marca 2017

Dark Funeral- Diabolis Interium (No Fashion/ House of Kicks 2001)

Jak dla mnie Dark Funeral nigdy nie nagrał słabej płyty, zawsze tworzyli krążki naprawdę solidne. Zaliczam ich do tych zespołów, które od początku do końca są wierne i konsekwentne w stosunku do wykonywanej sztuki, zawsze wiadomo, że nagrają album przynajmniej dobry. Dziś zebrało mi się na napisanie kilku słów o ich trzecim dziele "Diabolis Interium".
Płyta nagrana i wydana została w 2001 roku. Tradycyjnie zespół wybrał Petera Tagtgrena i jego Abyss Studio. Mimo faktu, że materiał powstawał na bieżąco podczas nagrywania, Dark Funeral stworzyli jedno ze swoich najlepszych dzieł, a z pewnością nadrobili z nawiązką odrobinę niedosytu po "Vobiscum Satanas". Powstał album o świetnym dynamicznym brzmieniu, które przeniosło typową, wyrazistą dla zespołu ścianę nasyconego riffami dźwięku w nowy wymiar. Materiał wyszedł naprawdę potężnie! Na szczególną uwagę zasługują tu zwłaszcza trzy kompozycje. Pierwszą z nich jest otwierający piekielne wrota "The Arrival of Satans Empire". Ogień dosłownie bucha w twarz, to istna kanonada szatańskiej artylerii i bez wątpienia jeden z najbardziej rozpoznawalnych kawałków jakie Dark Funeral kiedykolwiek stworzył. Kolejny mój faworyt to "Hail Murder" w którym mocno przypadł mi do gustu motyw z refrenu, złowieszczy, przesiąknięty mrokiem, a jednocześnie tak prosty i zapadający w pamięć. Następna czarna perła tej płyty to "An Apperentice of Satan", który znany jest z poprzedzającej płytkę epki "Teach Children to Worship Satan" (jakoś dużo tego Satan haha). Tutaj zgrany został nieco szybciej i bardziej dynamicznie, wyróżnia się z marszu i mocno zapada w pamięć.
"Diabolis Interium" jest bez wątpienia dziełem skończonym, dopracowanym w każdym calu, które mknie na złamanie karku od pierwszego dźwięku, dając nam odetchnąć tylko przy nieco wolniejszym "Goddess of Sodomy". Spisał się zarówno zespół jak i producent. Dark Funeral nie rozpieszczał się nad tą płytą i nagrał materiał typowy dla ich stylu, agresywny, bluźnierczy i cuchnący siarką na kilometr. Moim zdaniem ten krążek nie zestarzał się ani trochę mimo swoich lat, a stwierdzenie, że po odejściu Parlanda nie tworzyli już takich albumów tak dobrych jak słynny "The Secrets of the Black Arts", uważam za mocno niesprawiedliwy. Świetna płyta i szczerze ją polecam!



środa, 22 marca 2017

Merciless- Realm of the Dark/ Behind the Black Door (bootleg)

Wreszcie jakiś miły człowiek pokusił się o wydanie demówek szwedzkiego Merciless na cd. Nie wiem dlaczego nie miało to do tej pory miejsca oficjalnie, bo to co dziś przedstawiam to bootleg, przecież to legendarne, miażdżące i przełomowe dla szwedzkiego death metalu materiały! Dobra, zostawmy frustrację w temacie na boku i przejdźmy do rzeczy.
Nagrane w 1987 roku "Behind the Black Door" to same początki Merciless. Zespół grał wtedy intensywny thrash inspirowany takimi zespołami jak Kreator czy Sodom dodając do tego także zapatrzenie we wczesne dokonania Bathory. A jak pięknie słychać Slayera z czasów "Show No Mercy"! Kawałek "Satanic Slaughters" jest najlepszym tego przykładem, "Metal Storm/ Face the Slayer" po prostu się kłania. Gdy materiał się ukazał był wtedy z pewnością dziełem w jakimś stopniu przełomowym, na pewno przeskoczyli nim dokonania Mefisto oraz Obscurity po których nie było już śladu. Co się tyczy "Realm of the Dark"... To już jest klasa sama w sobie! Jak dla mnie jest to niezaprzeczalnie najlepsza i najważniejsza demówka dla szwedzkiego death metalu (ocena czysto subiektywna). Było tam już wszystko z czego Merciless zasłynęli i to właśnie na niej wyrobili swoją niepowtarzalną, agresywną hybrydę thrash i death metalu. Brzmieniowo posunęli sprawę niebotycznie w odniesieniu do poprzedniego dema, a swoistą wisienką na tym śmiercionośnym torcie był wokal Roggi, który dołączył do zespołu zaraz po opuszczeniu go przez Kallego. "Realm of the Dark" szturmem zdobyło ówczesną scenę, a taśmy śmigały pocztą po całym świecie. W tamtym czasie na szwedzkim podwórku rządzili niepodzielnie będąc ogromnym źródłem inspiracji dla pozostałych zespołów sceny, które wyrastały wtedy jak grzyby po deszczu.
Co się tyczy samego wydania, które poniżej wam przedstawiłem. No nie da się ukryć, że jest skromnie, no ale czego spodziewać się od bootlegowego wydania typu "not on label". Dostajemy tłoczony cd (chwali się, że nie cd-r jak to czasem w tym przypadku bywa) w pudełku typu dvd i skromną szatę graficzną, rzecz jasna w oparciu o oryginalne wydania tych dem. Zatem szału w tej kwestii nie ma, ale takowy jest z faktu, że te materiały się ukazały, przynajmniej w takiej formie. Przy dźwięku nikt nie grzebał, jest taki jak na oryginalnych taśmach, słychać delikatne trzaski itd. W tytułowym "Behind the Black Door" mam wrażenie, że taśma którą tu wykorzystano była już nieco skatowana. Ale wiecie co, ma to swój urok! Jak ktoś nie posiada kasetowych oryginałów, a pewnie sporo jest takich osób, to szczerze polecam! Brać i słuchać do upadłego!


poniedziałek, 20 marca 2017

Ulver- Bergtatt: Et Eventyr i 5 Capitler (Head Not Found 1995)

Ulver jest bez wątpienia jednym z tych bardziej oryginalnych i nieszablonowych zespołów jakie zrodziła norweska scena w pierwszej połowie lat 90-tych. Nie chcieli być klonami żadnej z grup które ich poniekąd do grania zainspirowały. Stworzyli własną unikatową hybrydę Black Metalu i norweskiego folku, który zdominował także warstwę tekstową ich twórczości.
"Zabrana Przez Góry: Baśń w 5 Rozdziałach" to debiutancki album Garma i spółki, który wydało w swoich barwach należące do Metaliona (Slayer Mag) Head Not Found. Płyta przepełniona jest folkowymi naleciałościami, które muzycy przenieśli do swojej sztuki inspirując się historią Norwegii, jej poetyckim i muzycznym dziedzictwem oraz folklorem. "Bergtatt..." inspirowany był dawnymi opowieściami o tym jak ludzie wabieni byli w góry przez trolle i duchy ruszali w ich leśne ostępy, aby już nigdy stamtąd nie powrócić. Garm pisząc teksty na niniejszy krążek zainspirował się w sporym stopniu poezją epoki Baroku i na tej bazie stworzył własne, które później na staro-norweski przetłumaczył jego kolega z zespołu Erik.
Muzycznie mamy tu nieustający flirt silnych, folkowych motywów reprezentowanych przez partie akustycznych gitar, fletów, czystych wokali, z typowym norweskim Black Metalem i towarzyszącymi mu ostrymi, chrypliwymi liniami wokalnymi (tutaj Garm pokazał klasę oraz talent dając radę zaśpiewać w dwóch tak odległych od siebie stylach). Tworzy to świetny klimat i balans, przez co płyty słucha się z zaciekawieniem i przyjemnością od pierwszych do ostatnich dźwięków. Najlepszym przykładem współgrania tych dwóch form jest kompozycja "Capitler II: Soelen gaaer bag Aese need", która zaczyna się subtelnym, wręcz romantycznym, folkowym intrem, aby za moment przejść w Black Metalową nawałnicę w najlepszym stylu znaną chociażby z pierwszych albumów Darkthrone. Moimi faworytami są tu natomiast otwierający płytę "Rodział I..." o bardzo majestatycznym i nostalgicznym charakterze (autentycznie oczami wyobraźni zaczyna się widzieć, owe posępne, zalesione góry w których czają się mityczne stwory) oraz "Rozdział IV...", który jest na tej płycie utworem czysto folkowym, ale za to jakim! Całość nasyca mroczna aura wciąż wtedy w muzyce zespołu obecna. Już sama okładka płyty emanuje tymi z pozoru skrytymi elementami.
Na "Bergtatt..." Ulver ruszył swoją własną drogą, mimo wpływu starszych kolegów potrafili stworzyć coś na tamten czas nowatorskiego, co nie szło z falą ogółu. Bywając stałym gościem Helvete, Garm podpatrzył co najlepsze i przeniósł to do własnego zespołu zespalając z swoimi zainteresowaniami i muzyczną wizją wciąż silnie podpartą Black Metalową estetyką. Ciekawostką jest, iż na pierwszej płycie powinien był udzielić się na gitarze Shagrath. Uczęszczał na próby Ulver przez pół roku, ale zrezygnował na rzecz nowo wtedy powstałego Dimmu Borgir.
Zapewne wielu z was już tą płytę słyszało i zna na wylot, ale tym co nie mieli jeszcze okazji się z nią zetknąć, czy przesłuchać w całości, mocno zachęcam. To jeden z tych zespołów norweskiej sceny, które znać się powinno! Dla mnie osobiście, obok poniekąd kontrowersyjnego "Kveldssanger", najwybitniejsze dzieło Ulver!


sobota, 18 marca 2017

Damnation- Demo(n)s (Witching Hour 2015)

Jest środek nocy. Blade światło księżyca oświetla stary, zapomniany cmentarz. Gdy zapada zmierzch to miejsce zdaje się ożywać, ale nie jest to życie jakie znamy. Budzą się nieumarli...
Kompilacja "Demo(n)s" to nic innego jak dokumentacja początków Damnation zawierająca ich dwa pierwsze dema "Everlasting Sickness" oraz "Forbidden Spaces". Pierwsze z nich, wciąż obskurne, niesamowicie surowe i nieco zamulone, to czysta esencja typowo demówkowej, death metalowej sztuki. Trupi jad po prostu wylewa się z głośników podczas słuchania! To jeszcze nie było to Damnation, które tak dobrze znamy. Na tym materiale zespół dopiero próbował swoich sił w studio, szukał własnego stylu i drogi, którą miałby podążać. Mimo to zawarł na tym demie zalążek swojego diabelskiego, zakorzenionego w oldschoolu stylu, tu padła pierwsza iskra rozniecająca przyszły ogień. Wystarczy posłuchać otwierającego demo niepokojącego i złowieszczego intra po, którym rozpętuje się burza zza grobu w postaci tytułowego "Everlasting Sickness".
Drugi z kolei materiał, czyli "Forbidden Spaces" to już klasa sama w sobie. Powiedziałbym, że to demo to swoiste preludium do debiutanckiego "Reborn..." (z resztą gro utworów z demka pojawiło się ponownie na owym krążku). Mamy tu już zespół dojrzały, z własnym charakterystycznym stylem. Brzmieniowo i kompozycyjnie to także niesamowity progres, czasem ciężko uwierzyć, że to ten sama grupa, zmiany są tak znaczne. Jest potężniej, klarowniej, bardziej esencjonalnie. Nie zapomnę jak usłyszałem basowy pomruk w "Pagan Prayer", no jest moc! Partie gitar to też miazga, zdają się rzeźbić dźwięki z żywych płomieni! Tak właśnie rodził się jeden z klasyków polskiego death metalowego podziemia.
Reedycja tych materiałów w formie cd, którą w 2015 wypuściło Witching Hour nie jest jakaś specjalnie bogata, wydanie jest stosunkowo ubogie, ale nie pozbawione klimatu. Prosi się o nieco więcej, ale chyba chciano specjalnie zachować ową prostotę, aby współgrała z bezkompromisową i surową zawartością płyty. Jeżeli takie było założenie, to jak najbardziej jestem na tak.
W kwestii podsumowania powiem tylko jedno, to trzeba mieć, czy to w wersji kompaktowej czy też pokwapić się o oryginalne wydania na taśmach, ale trzeba. Kawał znakomitego kopiącego zad death metalu, a przy okazji kawał historii!



piątek, 17 marca 2017

Woodtemple- Sorrow of the Wind (Folkproduktion 2008)

Woodtemple należy do tej grupy zespołów, które nie lubią eksperymentować i wierne są do bólu swojej własnej wypracowanej stylistyce i brzmieniu. Zawsze wiadomo czego się po nich spodziewać i tak samo jest w tym przypadku. Ale, ale! Czasem taki stan rzeczy działa wręcz na plus i nie postrzega się go negatywnie. I tak jest w przypadku tego Pagan Black Metalowego projektu z Austrii. Pod szyldem Woodtemple Aramath wypracował bardzo ciekawą i pełną klimatu mieszankę Pogańskiego Black Metalu z wszechobecnymi wpływami folku. Całość zespala złowieszczy ochrypły wokal.
Nie licząc intra i outra, na płytę "Sorrow of the Wind"  składają się cztery (z czego dwie znacząco rozbudowane) kompozycje. Poza wiodącymi tu prym "Rise the Horns up to Battle" oraz tytułowego "Sorrow of the Wind", mamy także nieco krótszy "The Shields Light" oraz cztero-minutowy, instrumentalny "Path of Runes", który jest swoistym wyeksponowaniem motywu przewodniego niniejszej płyty, który pojawia się już we wspomnianym "Rise the Horns up to Battle". Na albumie nacisk został położony przede wszystkim na atmosferę. Pełno jest tu smaczków w postaci wspomnianych partii akustycznych, folkowych, dodania ścieżek chóru, czy nawet pojawiającego się parę razy krzyku orła w tle. Całość płyty zbudowana jest w taki sposób, że ma się wrażenie, że jest to jedna, spójna, dźwiękowa opowieść, która stymuluje wyobraźnię. Słuchając "Sorrow of the Wind" przenosimy się do prastarych borów i gór, czasu wojów i dawnych bitew, do czasu w którym człowiek żył bliżej natury. Jak dla mnie bardzo nostalgiczne i refleksyjne dzieło.
W muzyce Woodtemple bardzo widoczne są wpływy Graveland oraz epickość jaką cechował się Bathory w czasach "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods". Bardzo to wszystko słychać, ale wciąż udało się zespołowi zachować oryginalność i, mimo zauważalnej stylistycznej i kompozycyjnej monotematyczności, stworzyć własny niepowtarzalny styl w którym rządzi niepodzielnie i który czyni ten projekt rozpoznawalnym. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób może narzekać napewną powtarzalność materiałów Woodtemple, ale dla mnie ta muzyka ma w sobie pewien pierwiastek, zew, który sprawia, że stale chcę do tego wracać. Ta muzyka ewidentnie ma ducha. "Sorrow of the Wind" uważam, za najlepsze dzieło Aramath'a i jeżeli ktoś nie miał jeszcze styczności z tym projektem to od tej płyty powinien zacząć. Polecam przede wszystkim fanom Pagan Metalowej sztuki!