niedziela, 17 grudnia 2017

Sacrilegium- Sleeptime (Pagan Records 1994, Witching Hour 2015)

Kolejna porcja historii polskiego podziemia BM z udziałem Sacrilegium. Pewien jestem, że "Sleeptime" jest znany większości z was i z pozoru wałkowanie tego materiału nie jest niezbędne, ale uważam, że takie wydawnictwa należy wciąż przypominać, aby nie zagubiły się gdzieś w mrokach dziejów, żeby młodsze pokolenia metalowych maniaków mogły je poznać i łyknąć nieco tej historii, materiałów od których poniekąd wszystko się na naszej scenie rozpędziło. Bardzo dobrym pretekstem są reedycje tych wydawnictw, jak ma to miejsce obecnie.
"Sleeptime" (1994) to pierwszy oficjalny materiał Sacrilegium nagrany w słynnym, trójmiejskim Warrior Studio z Krzysztofem Maszotą za konsoletą. To co zaserwował tutaj zespół to misterna, surowa i siarczysta mieszanka Pogańskiego Black Metalu (tak na marginesie, rytualne intro z bębnami i wyciem wilków to czysty obłęd). Coś jakby ówczesny Behemoth, Graveland oraz Darkthrone okraszone świetnym klimatem i tym unikatowym oraz charakterystycznym wtedy dla naszej sceny BM pogańskim pierwiastkiem. Tutaj Sacrilegium stawia swoje pierwsze kroki w Black Metalową sztukę, której zwieńczeniem będzie później "Wicher". Technika jeszcze kuleje, do doskonałości daleko, ale jest w tym ta niczym nie zmącona, pierwotna magia. Tak jak w przypadku dwóch wymienionych wyżej zespołów naszej sceny, te nagrania są znamieniem tamtych czasów, to przede wszystkim rejestracja pasji, idei i zaangażowania jakie wtedy towarzyszyły zespołom z podziemia. Obecnie ciężko o nagrania z takim ładunkiem emocji i klimatu, także polecanie/ rekomendacje uważam za zbyteczne.
W poniższej reedycji wypuszczonej przez Witching Hour jako bonus dostajemy rehearsal oraz nagrania live z 1993 roku, też kolejny kawał historii zespołu. Brzmi to obskurnie, jakość nie jest najlepsza, ale aura i atmosfera... No bezcenna sprawa proszę Państwa! W wersji kompaktowej mamy to na oddzielnym dysku, podobnie jak w winylowej. W tym drugim przypadku jest to w postaci cd w kartoniku z oddzielną okładką. Do winyla dodany jest także spory plakat z nową grafiką albumu. Wewnątrz znajdzie się sporo archiwalnych zdjęć, poza okładką wszystko w czerni i bieli, wyszło to naprawdę solidnie i warto to mieć na półce.

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/




piątek, 15 grudnia 2017

Moloch Letalis- Live in Wolfsburg, Necrostuprum/ Satanic Toment- Goetes, Aragon- Executed by Gibbet (Demented Omen of Masochism 2013, 2017)

Kolejna promówka od Demented Omen of Masochism. Tym razem z nieco inną bajką niż poprzednio. Dostałem tu trzy materiały z tych najbardziej brutalnych, opętanych i bluźnierczych jakie Death i Black Metal mogą zrodzić, mianowicie: Moloch Letalis "Live in Wolfsburg", czyli piekielne misterium koncertowe od tej hordy z Wrześni (czysty obłęd i zniszczenie proszę Państwa!), split Necrostuprum/ Satanic Torment pt. "Goetes" z 2013 (nic innego jak oldschoolwy Black oraz Death metal zakorzeniony w pierwotnych i najczarniejszych odmianach tych sztuk) oraz najnowszy wyziew od Aragon czyli "Executed by Gibbet" (tu zewsząd kłaniają się takie zespoły jak Blasphemy, Archgoat czy Beherit- jednym słowem kawał brutalnego Black Metalu, który bez pardonu depcze wszelkie świętości). Wszystkie trzy taśmy zawarte na niniejszej kasecie promo to pożywka dla maniaków zapatrzonych we wspomniane wyżej grupy jak i takie akty jak Sarcofago, Mystifier, Bestial Warlust, Proclamation, Nun Slaughter czy Impiety.
W każdym z trzech przypadków jest to potężna dawka podziemnego łojenia, które nie ogląda się na nic i na nikogo, a prze w swej sztuce do przodu niczym taran będąc konsekwentną w swym stylu i brzmieniu. Rzecz jasna nie ma co się tu spodziewać niczego odkrywczego, to raczej rzeczy powtarzalne i reprezentowane przez wiele grup obecnego podziemia. Niemniej jednak to wszystko to sprawdzone recepty, przepisy, które na szczęście, najprawdopodobniej nigdy się nie zestarzeją. Mnie jakoś na dłużej to już nie zatrzymuje, mam w tego typu graniu swoich wypracowanych faworytów, ktorych się trzymam, ale wciąż niezmiennie, od czasu do czasu lubię zajrzeć sobie do podziemia i posłuchać cóż to nowego się urodziło. Ta taśma dała mi ku temu okazję i dobrze mi się tego słuchało. Jeżeli ktoś szuka pewnej stylistycznej i brzmieniowej stabilizacji osadzonej w starych, dobrych Black/ Death Metalowych klimatach to te materiały są właśnie dla niego. Chcesz konkretnego metalowego wpierdolu z piekła rodem? Proszę bardzo, te hordy zapewnią to aż z nawiązką. Także kto żyje przede wszystkim takim właśnie grańskiem niech sięga po te taśmy, zawodu być nie powinno!

https://www.facebook.com/dementedomen/
http://www.dementedomen.org/


sobota, 9 grudnia 2017

Flotsam and Jetsam- Doomsday for the Deceiver (Metal Blade Records/ Music for Nations, 1986/ 1992)

Rok 1986! Ach co to był za rok dla metalowej sztuki, zwłaszcza dla Thrashu! W Stanach swoje najpotężniejsze albumy wydały Metallica, Megadeth, Nuclear Assault, Dark Angel oraz Slayer. W Europie uderzyły ze swoimi, do dziś sztandarowymi płytami Exumer i Kreator. Thrash metal przeżywał wtedy swój złoty okres. Powstały też inne autentycznie świetne krążki, które zostały przez wspomniane potęgi nieco przyćmione, na co rzecz jasna nie zasługiwały. Można tu wymienić chociażby "Eternal Devastation" Destruction, Metal Church ze swoim "The Dark" czy chociażby debiut Flotsam and Jetsam, czyli "Doomsday for the Deceiver". To o tej ostatniej płycie będzie dziś mowa.
Zespół szerszemu gronu odbiorców znany jest przede wszystkim dzięki osobie Jasona Newsteda, który w 1987 zasilił szeregi Metallici po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Flotsam and Jestsam tworzyli w tamtym czasie dosyć ciekawą formę thrash metalu, nieco mniej zajadłą, mniej ekstremalną od swoich kolegów po fachu, ale moim zdaniem w niczym im nie ustępującą. Na "Doomsday for the Deceiver" ich granie wciąż mocno inspirowane jest Judas Priest, Maidenami czy tuzami speed metalu pokroju Exciter lub Agent Steel. Dodając do tego zapatrzenie w ówczesną Metallicę daje bardzo ciekawy efekt, bardzo oryginalny i dający się zapamiętać. Agresywne, rozpędzone, a jednocześnie chwytliwe riffy takich killerów jak otwierający płytę "Hammerhead", "Iron Tears" czy mój ulubiony "Desecrator" połączone z wysokimi wokalami Erica A.K. oraz wciąż mocno speed/heavy metalizującą sekcją rytmiczną to po prostu najpiękniejszy metalowy sen. Płyta pełna jest kapitalnych zagrywek, nie idzie na jedno kopyto, aż kipi pomysłami, energią i niewyobrażalną pasją. Zastanawiam się czasem co by było gdyby Jason pozostał w swojej macierzystej grupie, gdzie by to Flotsam and Jetsam zaprowadziło, był notabene jednym z kompozytorskich filarów zespołu. W każdym bądź razie ich debiutancka płyta zasługuje na to aby wymieniać ją wśród najważniejszych metalowych wydawnictw 1986 roku oraz ważniejszych thrashowych albumów jakie powstały w USA. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. To bardzo dojrzałe i kompletne dzieło. Mnogość inspiracji na niej zawartych i sposób ich wykorzystania to najlepszy na to dowód. Na zakończenie dodam, że własnie ten album wypchnął dwójkę brytyjskiego Sabbat z mojej prywatnej thrashowej, pierwszej trójki. Ta płytka chyba nigdy mi się nie znudzi. Każdemu kto nie zna polecam po tysiąckroć!


piątek, 8 grudnia 2017

Cadaveric Possession- Sanctity Collapsed/ Rot- Kingdom of Antigod Sodomy (Demented Omen of Masochism 2017)

Dziś przedstawię wam jedną z dwóch nadesłanych mi taśm "dwa w jednym", które dotarły do mnie z Demonted Omen of Masochism (tak właśnie słało się niegdyś promo, a w podziemiu śle się do tej pory). Na pierwszy ogień idzie Cadaveric Possession z materiałem "Sanctity Collapsed" oraz Rot z "Kingdom of Antigod Sodomy". Pierwszy z nich to, co tu dużo mówić, brudny i siermiężny oldschool. Szatan, ćwieki i kult. Grańsko mocno siedzące w klimatach Hellhammer, starego Bathory, Sarcofago, Possessed i tym podobnych. No i poza konkretnym ciosem w pysk i uszy dostajemy też bardzo fajny, mistyczny, zatęchły klimat. Coś jakby zespół grał w jakimś przestrzennym lochu który jednocześnie zasklepia dźwięk i daje swoiste wrażenie studni, w tym przypadku efekt kapitalny. No i co ważne, nad całym tym materiałem siedzi ten motorheadowski luz i feeling, który nadaje całości  pewnej rock n' rollowej chwytliwości. Sporo mamy już takiego grania na scenie, ale tego typu łojenia, jeżeli dobrze zagrane, na dobrą sprawę nigdy nie jest za wiele i raczej zawsze się obroni.
Co się tyczy Rot, to trochę podobna bajka, chociaż odrobinę bardziej rozpędzona niż Cadaveric Possession. Niemniej jednak to ta sama szkoła chaosu, bluźnierstwa i obalania wszelakich świętości okraszona rn'r-owym luzactwem. Swoją drogą taśmę zgrano mi z wyczuciem, bo te zespoły to dwie bratnie, czarne dusze.
Obie grupy to nic innego jak totalne podziemie, które ma głęboko wywalone na jakiekolwiek poprawności, tendencje i trendy, jadą z tym koksem równo i nie oglądają się na boki, nie dumają co, z czym i jak, byle do przodu i z pasją. I w tym oto szaleństwie jest reguła, z resztą jak dobrze wiecie nie od dziś. Nie powaliły mnie te nagrania, zachwytów nie będzie, ale jedno mogę powiedzieć z pewnością. To po prostu bardzo dobre materiały, które znajdą swoich zwolenników bez najmniejszego problemu. Także kto lubuje się w death/black metalowej miksturze z domieszką thrashu i wspomnianego, unoszącego się nad tym wszystkim ducha Motorhead może śmiało po niniejsze taśmy sięgać.

https://www.facebook.com/dementedomen/
http://www.dementedomen.org/


czwartek, 7 grudnia 2017

Destruction- Thrash Anthems II (Nuclear Blast 2017)

Kolejna z dosyć modnych ostatnimi czasy płyt w stylu przypominamy/ odgrzewamy/ nagrywamy ponownie. Wiadomo jak z tego typu przedsięwzięciami jest, chyba nawet zdarzyło mi się przy jakiś tam okazjach nie raz o tym wspomnieć. Można to zrobić z energią, pasją, nostalgią i faktycznie stworzyć fajną retrospekcję dawnych dziejów, a przy okazji pokazać jakby teraz zabrzmiały dawne klasyki, tchnąć w nie nową jakość. Można też zrobić to jako coś na poczekaniu, trochę na odpierdol, żeby zapełnić lukę powstałą z braku weny lub najprościej mówiąc nabić czymś kabzę. "Thrash Anthems II"  Destruction to niewątpliwie pierwszy przykład. Już w 2006 popełnili taką właśnie płytkę, a w tym roku mamy jej kontynuację. Poprzedniczka była naprawdę dobra, ale "II" bije ją na głowę. Zespół pokazał jak wciąż kapitalnie, pomimo ponad 30 lat na scenie, potrafią zagrać kawałki z lat swojej chwały, wciąż z energią i ogniem, tak jak kiedyś, tylko w nowej odsłonie. Wiadomo, tak zupełnie czasu się nie cofnie. Do sięgnięcia po płytę nakłonił mnie tzw. teaser tego wydawnictwa. Wystarczył zawarty tam fragment "Black Mass" z kultowej epki "Sentence of Death", abym nie miał już wątpliwości, że warto. Płyta dotarła, wylądowała w odtwarzaczu, i żeby uniknąć już wypełniaczy w stylu różnych achów i ochów, najnormalniej w świecie w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Dostałem dokładnie to czego się spodziewałem, ni mniej- ni więcej, oczekiwania zostały spełnione. Niby brzmienie już nie to co wtedy i czas nie ten, ale Destruction zagrali te kawałki w taki sposób, że ma się wrażenie, iż cofnęli się duchem do owych dni, że pojawiła się w nich ta sama iskra, która pchnęła ich w tamtym czasie do grania. Iskra która, wciąż w pewnym stopniu towarzyszy im do dziś. Na tym krążku znów rozpalił się z niej tamten dawny ogień. Wydawnictw tego typu, niosących takie emocje może być więcej, nie mam nic przeciwko, bo właśnie o to powinno w nich chodzić. Tak jeszcze na marginesie wspomnę o bardzo trafionym koncepcie apropo tej płyty. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Thrash Anthems I" obok tekstów pojawia się mnóstwo memorabiliów z okresu od dema "Bestial Invasion of Hell" po "Cracked Brain", także nostalgiczny double strike!. Podsumowując, tak to się powinno robić Proszę Państwa!


niedziela, 3 grudnia 2017

"Kiedy byliśmy nastolatkami twórczość Kata była dla nas kluczowa (...)"- wywiad z Beldarohem (Besatt, Det Gamle Besatt)

1. Witaj Beldaroh! Tak na sam początek chciałbym żebyśmy przenieśli się nieco w czasie do początków Besatt. Jesteście na scenie już chyba od 1991, opowiedz po krótce jak to wszystko się zaczęło, jak powstał zespół i co was pchnęło do ścieżkę Black Metalowej sztuki.

Witaj, wszystko zaczęło się w 1991 roku kiedy to jako grupa nastolatków zafascynowana satanizmem i zespołami jak Venom, Samael czy Celtic Frost postanowiliśmy założyć zespół. W tamtych czasach zdobycie sprzętu do grania było już wyzwaniem tym bardziej że nie śmierdzieliśmy groszem a tanie wina też lubiliśmy. Po jakimś czasie wyrzeczeń i determinacji zaczęliśmy grać nasz prymitywny satanistyczny metal. Jeżeli chodzi o Black Metal to odkryliśmy go dość późno, bo gdzieś na przełomie 1993/94. Wtedy to usłyszeliśmy o Gorgoroth, Immortal, Satyricon, no i Mayhem. Norweska scena pochłonęła nas bez reszty. Wtedy też zaczęliśmy muzycznie wzorować się na norweskim graniu i image'u.

2. Jednym z waszych sztandarowych albumów jest po dziś dzień "Hail Lucifer". Jak wspominasz tamten czas i pracę nad tą płytą? Wydaje się, że sporą inspiracją była wtedy dla was twórczość Gorgoroth. Podobne brzmienia dostrzegam także w przypadku "Triumph of Antichrist", chociaż już o nieco innym zabarwieniu. Jest w tym odrobina prawdy?

"Hail Lucifer" to nasza płyta która okazała się dla nas przełomową. W 1997 po nagraniu "In Nomine Satanas" rozstaliśmy się z naszym jednym gitarzystą, a drugi został wciągnięty do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Jak by tego było mało ukradziono nam cały sprzęt i straciliśmy salę prób. Zostałem tylko ja basista i Fulmineus perkusista bez sali i bez sprzętu. Przez ponad rok u mnie w domu razem z Fulmineusem tworzyliśmy nowe utwory i zbieraliśmy kasę na nowy sprzęt. Po odbyciu służby wojskowej Creon wrócił w nasze szeregi i materiał mieliśmy w 90% gotowy, wystarczyło go ograć i doszlifować. W 1999 nagraliśmy ten przełomowy nasz materiał który ukazał się poza granicami polski i został bardzo dobrze przyjęty. Ja byłem wielkim fanatykiem Gorgoroth co może być słyszalne w riffach i brzmieniu na pierwszych płytach Besatt.

3. Na "Triumph of Antichrist" pokusiliście się o cover klasyka Kat "Czarne Zastępy". Jak ważni są dla Ciebie nasi rodzimi prekursorzy diabelskiego grania? Z tego co pamiętam w wywiadach wspominałeś coś o istotnym wpływie Kat na twórczość Besatt. Jakie inne zespoły odcisnęły swoje piętno na Twojej twórczości?

Kiedy byliśmy nastolatkami twórczość Kata była dla nas kluczowa. Teksty Romana były dla nas niczym biblia i oczywiście znaliśmy je na pamięć wyśpiewując niejednokrotnie podczas ognisk i innych imprez. W tamtych czasach to właśnie te liryki ukształtowały nasz pierwotny światopogląd więc nagranie covera było niemalże obowiązkowe. Inne zespoły które miały na mnie wpływ to WASP, Slayer, Venom zespoły w których zajebista muzyka szła w parze z diabelskim wizerunkiem.

4. Nie byłbym sobą gdybym nie zapytał o coś w temacie albumu "Sacrifice for Satan". To dzięki tej płytce po raz pierwszy zetknąłem się z Besatt. Po bardzo siarczystych i surowych, pierwszych trzech albumach, ten zdaje się być krokiem w bardziej dopracowane, jak dla mnie potężniejsze brzmienie i nieco mniej karkołomne kompozycje. W wywiadzie z Dayalem Pattersonem niezbyt pochlebnie oceniłeś to dzieło z perspektywy czasu. Możesz podzielić się jakimiś refleksjami, wspominkami dotyczącymi tego albumu?

"Sacrifice for Satan" jest albumem jak słusznie zauważyłeś bardziej dopracowanym kompozycyjnie od swoich poprzedników i na tej płycie chciałem uzyskać mocniejsze i pełniejsze brzmienie dlatego też nagraliśmy po pięć i więcej gitar które nałożyliśmy na siebie. Nie wiem w czym tkwił problem, może w złej kompresji. W każdym razie finalnie mam wrażenie że brzmienie jest zbyt mocno zbasowane, przesterowane. Gdybym mógł wrócić czas to nagrałbym tylko dwie gitary brzmiało by to surowo, ale bardziej dla mnie przyswajalnie. Kompozycyjnie jestem jak najbardziej zadowolony z tego albumu ale zachciało mi się kombinować z brzmieniem i wyszło jak wyszło....

5. Kontynuując jeszcze przez moment temat "Sacrifice for Satan", jak doszło do tego, że zaprosiliście do gościnnego udziału Romana Kostrzewskiego? Kto wyszedł z tym pomysłem i jak przebiegła wasza współpraca?

Gdzieś w 2003 roku po kilkuletnim niebycie Kata gruchnęła wiadomość że zespół się reaktywował i powrót rozpoczyna serią koncertów po Polsce. Wybrałem się na Gliwicki koncert z tej trasy i zobaczyłem Romana na scenie w koszulce Besatt. To było piękne uczucie widzieć swojego mentora w koszulce swojego zespołu i to właśnie wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, że może Roman zgodzi się zaśpiewać gościnnie w Besatt. Skontaktowałem się z nim i powiedział że nie ma problemu tylko muszę mu podrzucić tekst, muzę itp. Mój dobry znajomy napisał i nagrał organy kościelne, drugi znajomy okultysta wynalazł gdzieś średniowieczną modlitwę wywołującą Szatana po łacinie a Roman dokończył dzieło. Nie ukrywam gdy pierwszy raz słuchałem u Romana w domu finalny efekt „Gloria Causa Satani” miałem ciarki na plecach.

6. Wraz z koncepcyjnym "Demonicon" zmienił się radykalnie skład zespołu i wydaje mi się, że i wasza sztuka zauważalnie ewoluowała. Masz jakieś konkretne wspomnienia z nagrywania tego krążka? Co spowodowało, że rozstałeś się wtedy z muzykami którzy poniekąd towarzyszyli Ci od wielu lat, zwłaszcza Fulmineusem, osobą obecną w Besatt od czasów "Czarciego Majestatu? Czy sprawiło Ci problem przejęcie roli wokalisty?

Jak sam zauważałeś na "Demonicon" nasza muzyka ewoluowała i stała się bardziej techniczna. Fulmineusowi nie podobała się ta ewolucja i postanowił opuścić zespół. Ja przejąłem rolę wokalisty, ale nie było to jakimś większym problemem bo już na wcześniejszych wydawnictwach nagrywałem też wokale i na koncertach graliśmy na dwa wokale. "Demonicon" zdecydowaliśmy się nagrać w Hertz studio i uważam że był to trafiony wybór. W tamtym czasie byliśmy zachwyceni profesjonalizmem jaki tam zastaliśmy i brzmieniem jakie udało nam się uzyskać. Do tej pory pełne albumy nagrywamy właśnie w Hertzu.

7. W ostatnich latach powołany został do życia Det Gamle Besatt, którego skład na początku lat 90-tych uformował Besatt. Co sprawiło, że ponownie połączyłeś siły z Weronisem i Dertalisem pod takim właśnie szyldem i jakie macie plany na przyszłość? Wiem, że koncertujecie, a i macie już na koncie dwa pełne albumy.

Na dwudziestolecie Besatt wydaliśmy trzypłytowy CD "Unholy Trynity" i na tym wydawnictwie znalazł się także pierwszy utwór Besatt który zrobiliśmy "Ares". Postanowiłem nagrać go na nowo w pierwotnym składzie na co Weronis i Deltaris się zgodzili. Po nagraniu tego utworu okazało się że dobrze nam się razem współpracuje i zrobiliśmy kolejny utwór i potem kolejny tak że mamy w tej chwili nagrane jedno MCD dwie płyty i zagranych kilka koncertów. Na razie pracujemy nad kolejną płytą i cały czas czekamy na kolejne propozycje koncertowe. Det Gamle Besatt muzycznie hołduje starej szkole metalu pokroju Venom, Celtic Frost, Samael czy stary Kat.

8. Teraz trochę w temacie ostatnich zdarzeń. Nie powiem, wasza ostatnia płyta po prostu ścięła mnie z nóg. Kompozycje są mocarne, świetnie wybrzmiewające, z niebagatelną atmosferą, śmiem twierdzić, że to wasze najlepsze dzieło. Co było inspiracją podczas procesu tworzenia tego albumu, jakie jest Twoje zdanie o efekcie końcowym, jesteś zadowolony z "Anticross"?

Ja jestem bardzo zadowolony z tego albumu i duża w tym zasługa chłopaków z kapeli. Wiesz przez ostanie kilka płyt kładłem duży nacisk na techniczny aspekt w utworach a tym razem namówili mnie żeby sobie odpuścić i zrobić płytę która nam po prostu wyjdzie bez szukania technicznych riffów. Jak słychać materiał dzięki temu zyskał dużo klimatu i diabelską atmosferę, jest to 100% satanistyczny Black Metal do tego okraszony potężnym brzmieniem z Hertz studio. Mam nadzieję, że maniacy docenią ten album, zresztą już jest bardzo pozytywny odzew z całego świata.

9. Okładkę do wspomnianej w poprzednim pytaniu płyty przygotował Marcelo Vasco, odpowiedzialny min. za artworki wydawnictw Slayer, Borknagar czy Ragnarok. Wyszła naprawdę przednio. Dlaczego wybór padł akurat na Marcelo, mieliście jeszcze jakieś inne opcje?

Marcelo moim zdaniem robi fantastyczne okładki, to znajomy naszego wydawcy z Mutilation rekords i to on po raz pierwszy pokazał mi jego prace. Pierwszą okładkę jaką dla nas zrobił to do płyty „Tempus Apocalypsis” i współpraca okazała się bardzo owocna, ja mu powiedziałem tytuł płyty i moje sugestie a on po kilku poprawkach miał gotową sztukę dla nas. Nie inaczej było przy ostatniej płycie ”Anticross”, to naprawdę była szybka i owocna współpraca. Myślę, że w przyszłości też będę z nim współpracował, bo efekt końcowy jego prac jest naprawdę piorunujący i jak zauważyłeś dużo zespołów z najwyższej półki korzysta z jego usług.

10. Właśnie wróciliście z Ameryki Południowej, a nie tak dawno z koncertowania w Japonii. Opowiedz trochę jak było w obu miejscach, jakie mieliście przyjęcie, w Japonii byliście chyba po raz pierwszy, czy się mylę? Czy planujecie jakieś sztuki u nas po Nowym Roku?

Kolumbia i Japonia to dwa oddzielne światy całkowicie inne od siebie i widzieć i porównać je w tak krótkim czasie to też ciekawe doświadczenie. W Japonii byliśmy pierwszy raz, dopiero teraz zaczynamy wchodzić na tamten rynek i nie jesteśmy tam jakoś szczególnie popularni więc koncerty odbywały się w mniejszych klubach mimo wszystko publiczność dopisała i reagowała dość entuzjastycznie. Oni są trochę inni, cały czas są serdeczni i bardzo pomocni, idealnie punktualni i wyglądają też inaczej, ich ubiór i fryzury daleko odbiegają od standardów przyjętych w europejskim Black Metalu. Japonia to dla nas było kompletnym nowium. Kolumbia to natomiast metalowa dzicz! Byliśmy tam drugi raz i tej dziczy się spodziewaliśmy i na taką dzicz liczyliśmy. Tutaj nikt specjalnie czasem się nie przejmuje, niekiedy nawet na plakatach nie ma godziny rozpoczęcia koncertu po prostu jak już zejdzie się odpowiednia ilość osób koncert się zaczyna, a reszta ludzi dochodzi w międzyczasie. Natomiast i wygląd i to co robią pod sceną to jest istne piekło! Na Amerykę południową można zawsze liczyć i mamy kolejne rozmowy o powrocie tam na koncerty. Oczywiście chciałbym też grać w Polsce i mam nadzieję, że w 2018 roku coś tutaj pogramy.

11. Ostatni pytanie, jeszcze w kwestii koncertów. Czy zanosi się może na jakieś wznowienie waszego dvd "Black Cult of Evil? To była kapitalna i pełna klimatu sztuka, no i notabene nagrana właśnie podczas jednej z tras po Ameryce Południowej.

Na razie nie myślę o wznowieniu tego DVD, od tamtego czasu minęło dziesięć lat. Nagraliśmy kolejne płyty i zmienił się skład zespołu tak więc planuję na 2018 roku nagrać drugie oficjalne DVD. Myślę że to będzie dużo lepsze rozwiązanie niż wznowienie „Black Cult of Evil”. Rozmowy na ten temat są już mocno zaawansowane i mam nadzieję, że wszystko się uda.

12. Myślę, że to by było na tyle. Dzięki ogromne za ten krótki wywiad i za poświęcony nań czas, że miałeś ochotę powspominać trochę dawne dzieje, a i podzielić się tym co ostatnio działo się w obozie Besatt. Ostanie słowa pozostawiam Tobie! Pozdrawiam! 666!

Ja również dziękuję za wywiad i standardowo: Hail Lucifer Forever!!!!



rozmawiał: Przemysław Bukowski

sobota, 2 grudnia 2017

Running Wild- Black Hand Inn (Noise Records 1994/ 2017)

"Black Hand Inn" jest bez wątpienia jednym z najbardziej intrygujących punktów w dyskografii Running Wild. Kasparek zalicza ów krążek do największych osiągnięć grupy, a mimo to w tamtym czasie, ku rozczarowaniu zespołu jak i wytwórni, okazał się najgorzej sprzedającą się płytą w ich dorobku. Dopiero po latach została ona w pełni doceniona przez fanów. "Black Hand Inn" otwierał poniekąd kolejny rozdział w twórczości Running Wild, nastąpiła tu następna zauważalna zmiana nie tylko w brzmieniu, ale i samych kompozycjach. Położony został jeszcze większy nacisk na dynamizm oraz chwytliwość- pewną charakterystyczną motorykę, zwłaszcza jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną. W takich utworach jak "Black Hand Inn", The Privateer" czy "The Phantom of Black Hand Hill" słychać to najlepiej. Tak jak za czasów Jensa Beckera, bas wygrywał swoje własne, złożone linie, tak tutaj, w rękach Thomasa Smuszyńskiego nastawiony jest bardziej na podbijanie partii gitar i galopadę razem z perkusją. Pamiętam jak przy pierwszym zetknięciu z tym albumem nie mogłem przywyknąć to pewnego swoistego "dudnienia" tych kawałków. Kolejnym krokiem, który wyróżniał to dzieło był jego koncepcyjny charakter jeżeli chodzi o teksty. Każdy z nich jest odrębną historią pochodzącą z przeszłości, teraźniejszości czy też przyszłości, którą pod dachem "Tawerny pod Czarną Ręką" opowiada stary, piracki kapitan. Pomysł bardzo ciekawy i w pełni się obronił. Wspomniałem też wcześniej o brzmieniu. Jest dosyć sterylne i bardzo dopracowane. Stało się tak za sprawą skorzystania z nowinki jaką były wtedy Pro Tools. Zespół nagrywał przy pomocy najnowszego dostępnego im sprzętu i sprawił iż "Black Hand Inn" stał się najdroższą płytą, jaką przyszło im kiedykolwiek wydać.
Kolejna sprawa o której watro wspomnieć omawiając ten album to wieńczący ją utwór "Genesis (The Making and the Fall of Man), najdłuższa (ponad 15 minut) i najbardziej złożona kompozycja w historii Running Wild. Jak na ich twórczość bardzo eksperymentalna i najdłużej powstająca (z przerwami 18 miesięcy).Był to jak najbardziej odważny i bez wątpienia ambitny krok, ale mam wrażenie, że przeładował płytę i stanął swym rozmachem w drobnym kontraście do reszty albumu. Może lepiej by się sprawdził jako np. oddzielna, limitowana epka "dla chętnych"? Cóż, tego nigdy się już nie dowiemy. Mimo to, i tak można powiedzieć, że "Black Hand Inn" charakteryzuje niesamowita spójność, zarówno muzyczna, tekstowa, jak i graficzna. No właśnie, okładka. Praca Andreasa Marshalla precyzyjnie odzwierciedla to co na tym wydawnictwie zawarł zespół. Mamy tu nie tylko snującego opowieści kapitana, ale też personifikację wspomnianej rozpiętości czasowej opowiadań poprzez przedstawienie Rolfa z jego lat dzieciństwa, czasu kiedy nagrywana była płyta, oraz domniemanego okresu starości (rzeczony kapitan). Strzał w dziesiątkę!
Podsumowując, mimo faktu, że rzeczony album nie zalicza się do mojej ścisłej czołówki RW, to bardzo go lubię, a jeszcze bardziej szanuję za oryginalność i niesamowity wkład pracy jaki został w niego włożony. Dzięki temu jest wyraźnym, jaśniejącym punktem na mapie materiałów jakie stworzył przez lata zespół.
Poniżej tegoroczna reedycja "Black Hand Inn" wydana przez Nosie. Nie będę kolejny raz wypowiadał się w tym temacie, bo co było do napisania zostało już napisane. Dodam tylko, że powinni byli to wydać w takiej formie jak zostało to zrobione w chociażby w przypadku Celtic Frost. Te płyty w pełni na to zasługują!