czwartek, 29 czerwca 2017

Silence- The Last Warrior (demo 1989/ Thrashing Madness 2014)

W latach 1988-89 istniał twór o nazwie Silence. Obecnie chyba kompletnie zapomniany zespół. Grupa w pewnym sensie powstała na zgliszczach Merciless Death (późnej rzecz jasna reaktywowanego) z inicjatywy perkusisty grupy- Gustawa, którego min. wspomógł w tej inicjatywie Żaku, także były muzyk Merciless Death przejmując wokal i bas. Na gitarach cięli Robert Kuraj i Piotr Sawinda. W takim oto składzie nagrali demo "The Last Warrior". Poza dodanym na niniejszej płycie instrumentalnym kawałku z próby to jedyny znany materiał tej załogi.
"Ostatni Wojownik" serwuje nam prostą, surową dawkę speed/ thrash metalu w tradycyjnym stylu. Silence koła tu nie odkryli. Była pasja i chęć do grania to grali, i rzecz jasna robili to dobrze. Problem w tym, że nie było to nic specjalnie wyróżniającego się na tle innych naszych grup parających się wtedy thrashem. No i gdzieś Silence w tym wszystkim przepadło, nie pomógł temu fakt, iż już w drugiej połowie 89' Żaku odchodzi do Egzekuthor, po czym zespół zawiesza działalność. Najciekawszym utworem jest tu moim zdaniem "Dzwon Bije Dla Mnie". Bardzo nośny kawałek, którego warto sobie posłuchać jako próby tego co Silence miało na "The Last Warrior" do zaproponowania.
Co się tyczy samego wydania to już rozpisywać się nie będę, bo nazwa Thrashing Madness mówi już wszystko. Co prawda, tym razem wkładka jest nieco skromniejsza, ale to dlatego, że zapewne nie zachowało się tak wiele materiałów dotyczących grupy. Mamy tu garść fotografii, teksty oraz krótką notkę biograficzną. Całość zdobią wspaniałe i bardzo klimatyczne grafiki namalowane przez samego wydawcę Leszka Wojnicza- Sianożęckiego.
Dla osób mocno zainteresowanych naszym metalowym podziemiem przełomu lat 80-tych i 90-tych, pozycja obowiązkowa i zaiste godna polecenia.


środa, 28 czerwca 2017

Infected Mind- Lost Existence (demo 1993/ Thrashing Madness 2017)

Krakowskie Thrashing Madness uderza w tym roku z konkretną siłą i znów dostajemy sporą dawkę nagrań z naszego dawnego metalowego podziemia podaną w kompaktowej formie. Tym razem pochylam się nad demem gliwickiego Infected Mind "Lost Existence" (1993), notabene jedynym materiałem tej grupy (a szkoda, naprawdę). Zespół serwuje istotnie bardzo dobrą i emanującą pasją mieszankę death i thrash metalu spod znaku takich grup jak Merciless, starej Sepultury czy Possessed (w niektórych miejscach cichym echem odbija się Metallica z czasów "Master of Puppets"). I co ważne, brzmienie, choć to demo, jest naprawdę niezłe i jak na demówkowe realia naprawdę wysoko stawia poprzeczkę. Grupa zaserwowała tu siedem autorskich kompozycji (warto zwrócić uwagę na gitarowe galopady i sola, jest tu czego posłuchać) w których skład wchodzą też całkiem ciekawe, nieco zawiłe utwory istrumentalne w postaci "Crazy Horse" oraz "Terminator". Co do zawiłości, to generalnie cały ów materiał opatrzony jest w sporo zmian temp i całą masę riffów, słucha się tego piekielnie dobrze, a materiał nie ma prawa się nudzić, a i jeszcze wokal. No swoista kropka nad "i"- wściekły, opętańczy, momentami nieco vaderowski, klasa! Śmiem twierdzić, że zespół miał predyspozycje aby doganiać takie grupy jak osławiony Armageddon czy nawet Vader. Tkwił w nich potencjał i to nie byle jaki, wystarczy się wsłuchać. Te niespełna 28 minut biczowania dźwiękiem to zaprzepaszczona kiedyś szansa na prawdopodobnie znaczący sukces. Ale wiadomo jak to wtedy bywało, nie każdemu było dane zaistnieć z powodów przeważnie losowych, niestety, ot pech, czasem zaniechanie, a czasem po prostu niewłaściwe miejsce czy czas.
Jak zwykle Thrashing Madness raczy nas wydaniem na najwyższym możliwym poziomie jeżeli generalnie chodzi o kompaktowe reedycje starych wyziewów metalowej sceny. Płyta wydana jest z dokładnością o każdy szczegół. Mamy nie tylko nośnik z siarczystym metalowym łojeniem z najwyższej półki, ale i także coś dla oka. Jak w poprzednich przypadkach dostajemy opasły booklet wypełniony memorabiliami i sporą ilością archiwalnych fotografii, którym towarzyszą wspomnienia Bera, gitarzysty i jednocześnie wokalisty Infected Mind. Czy jakakolwiek rekomendacja jest tu potrzebna? Nie sądzę!



wtorek, 27 czerwca 2017

Egzekwie- Czarna Noc Duszy (Under the Sign of Garazel 2013)

Płyta ponura, emanująca mrokiem i utrzymana w całości w wolnych, niekiedy majestatycznych, tempach. Lubelska załoga Egzekwie zatopiła swą sztukę w klimatach, które wyrosły na bazie takich grup jak Candlemass (warto wspomnieć, że w utworze tytułowym zespół użył "Marsza Żałobnego" podobnie jak to Marcolin i spółka uczynili we wstępie do "Bewitched", czyżby czysty przypadek?) czy Samael, i które jak wiadomo w swej posępności przez niejeden zespół popchnięte zostały jeszcze głębiej w czeluść czarnej otchłani ludzkiej duszy.
Tak jak lubię tego typu granie w wykonaniu protoplastów stylu, tak niespecjalnie leżą mi wycieczki, które ryją jeszcze głębiej w temat potęgując kilkukrotnie emocje i brzmienie swoich inspiracji. Jeszcze więcej ciężaru w ciężarze i mroku w mroku. Nie twierdzę, że to źle, bo bardzo wiele jest osób, które się w takie klimaty zasłuchuje, do mnie to niestety nie trafia w stopniu na tyle zadowalającym, aby w miarę regularnie do tego wracać. Muszę mieć wenę, a na tego typu dźwięki mam raczej rzadko. Niemniej jednak przyznać muszę, że Egzekwie zawarli na tej płycie klimat iście grobowy, jeden z najbardziej w tej materii esencjonalnych jaki dane mi było do tej pory usłyszeć. I tutaj szacun za wyczucie i, co za tym idzie, całkowite oddanie obranej drodze. To trzeba chwalić zawsze bo świadczy o prawdziwości i jakości słuchanego materiału.
Poza tzw. Dark Metalowymi oraz Doom Metalowymi naleciałościami znajdziemy tu także namiastkę Black Metalu, która objawia się w szorstkich, chrypliwych liniach wokalnych, oraz nieco w surowym brzmieniu gitar. Myślę, że taki manewr zadziałał jak najbardziej na korzyść materiału, nadając mu szczypty odmienności, równoważąc typowo doomowy, cmentarny pierwiastek z jakim przede wszystkim mamy tu do czynienia.
Krótko podsumowując, album skierowany jest głównie do tych, którzy lubują się w wolnych, posępnych klimatach o złowrogim, grobowym wydźwięku, i których nie nuży po czasie schemat oraz pewna jednostajność takiego właśnie grania. W tym aspekcie materiał jest na solidnym poziomie i wart jest polecenia.


sobota, 24 czerwca 2017

Ritual Lair- Morbid Ritual of the Insane (Under the Sign of Garazel 2012)

"Morbid Ritual of the Insane" to z pewnością jeden z najkrótszych materiałów jakie w życiu słyszałem (niespełna 12 minut). Co prawda jest to epka, co wiele tłumaczy, no ale mimo wszystko. Ledwie się zaczyna, a już się kończy. Nie licząc intra i coveru Lord of Evil "Szatan" (kilka sekund skandowania imienia rogatego), mamy tu cztery kawałki, po średnio dwie i pół minuty. To co serwuje nam na niniejszym krążku płocki Ritual Lair to Black Metal inspirowany starą szkołą tej sztuki zakorzenioną jeszcze w latach 80-tych (sporo tu Hellhammer, starego Sodom czy szczypty Sarcofago) plus wpływy takich hord jak chociażby Blasphemy, Beherit czy Archgoat (zwolennicy masek pegasek, pasów z nabojami, kapturów i warpaintu będą w siódmym piekle!). Jest to granie  obskurne, z charakterystycznym brudnym brzmieniem, proste, ale konkretnie kopiące cztery litery. Nie ma tu przebierania w środkach, anie wyszukanych formuł. Coś w sam raz dla fanów takich grup jak nasz rodzimy Bestial Raids.
Co mogę powiedzieć więcej, generalnie sporo jest tego typu zespołów i Ritual Lair specjalnie się z tego tłumu nie wyróżnia. Nie znaczy to rzecz jasna, że czegoś im brakuje, oczywiście warto sięgnąć po ten materiał, z pewnością wielu fanom przypadnie do gustu. Jest to granie według utartej już formy, ale szczere i z oddaniem tematowi, a tak właśnie powinno być.


wtorek, 20 czerwca 2017

Crystal Viper- Queen of the Witches (AFM Records 2017)

Po czterech latach przerwy na pole bitwy wraca jeden z czołowych obecnie reprezentantów naszego rodzimego heavy metalu. I cóż to jest za powrót! Z hukiem, przytupem i pompą, Crystal Viper nie bierze jeńców! Znając cały poprzedni dorobek grupy z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to najlepszy materiał jaki do tej pory nagrali, przeszli samych siebie. W takim stylu wraca się do gry! Na "Queen of the Witches" widać ogrom włożonej pracy, sporo nowych, ciekawych pomysłów, różnorodności (wciąż zachowując swój własny oryginalny styl oraz brzmienie) i przede wszystkim autentyczną pasję i radość z grania, totalne oddanie wykonywanej sztuce! A to jest przecież w tym wszystkim najważniejsze i to powinno cenić się najwyżej!
Album otwiera najbardziej zadziorna i najcięższa kompozycja na płycie "The Witch is Back" (Istotnie! I ten krzyk Marty na samym początku, jest moc!), miejscami niemal thrashowa, co w przypadku Crystal Viper nie lada zaskoczenie, ale rzecz jasna bardzo miłe, pomysł na taki utwór jak najbardziej się sprawdził i otworzył wrota albumu mocarnym kopem. Potem mamy "I Fear No Evil", który wraz z zamykającym płytę coverem "See You in Hell" jest ewidentnym hołdem dla, rzecz jasna Grim Reaper, ale także całego nurtu NWOBHM. Zespół nie byłby sobą gdyby nie zaserwował nam jakiś klimatycznych ballad, a tutaj mamy ich aż trzy. Nastrojowe "Trapped Behind" oraz "We Will Make It Last Forever" zaśpiewany z gościnnym udziałem wokalisty Saracen Steve'a Bettney'a oraz cięższe "When the Sun Goes Down" z moim zdaniem jedną z najlepszych linii wokalnych Marty w całym dorobku zespołu. Pozostała część rozkładu jazdy to już same skondensowane dynamity. "Do or Die" to delikatne puszczanie oka w kierunku Running Wild, notabene bardzo udana inspiracja ową klasyką niemieckiego heavy metalu, no i jeszcze gościnny udział Rossa The Bossa. "Burn my Fire" to kawałek iście maidenowski z naprawdę fajne odegranymi solowymi partiami gitar (Żelazna Dziewica byłaby rada!), natomiast "Flames and Blood" (z udziałem Mantasa z Venom) to poniekąd nawiązanie do amerykańskiego speed metalu znanego z twórczości takich grup jak chociażby Exciter. "Rise of the Witch King" natomiast odsyła nas do pierwszych dźwięków płyty. Jest to także kawał solidnego, heavy metalowego łojenia, odrobinę bardziej melodyjnego niż to reprezentowane przez "The Witch is Back", ale wciąż z tym samym pazurem.
Reasumując, Crystal Viper zaserwował nam album, moim zdaniem, bez słabego punktu (no chyba, że ktoś nie jest zwolennikiem ballad, to może mieć jakiś drobne "ale"). W zespół wstąpiła nowa energia i siła, zaiste narodzili się na nowo! Walić cały ten hejt, który się na nich niesłusznie wylewa (chyba ludzie nie mają co robić, naprawdę), życzę im kolejnych tak świetnych płyt i jak najbardziej zasłużonego sukcesu, bo słusznie im się należy! Płyta na bank załapie się do mojego osobistego zestawienia najlepszych krążków 2017 roku, już to wiem.


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Anaboth- Nie Czas Pomiotów (Under the Sign of Garazel 2010)

"Nie Czas Pomiotów" to pierwszy materiał naszego rodzimego Anaboth, demo wydane pierwotnie na taśmie w 1996 roku. Materiał zapomniany i jeżeli znany to raczej okrojonemu gronu maniaków mocno siedzących w dawnym podziemiu. Teraz dzięki Under the Sign of Garazel "Nie Czas Pomiotów" wyszedł z mrocznych czeluści na światło dzienne. Jest to czarna sztuka najwyższego wtajemniczenia, zawierające wszystkie swoje najbardziej pierwotne i złowieszcze cechy, bluźnierstwa i jadu w tym nie brakuje. Surowizna wylewa się hektolitrami, a wszystko zespala opętańczy, wrzaskliwy wokal, teksty jak sugeruje tytuł w języku polskim.Tematyka- szatan, mrok, no i Cthulu (chociaż i tak niewiele da się wyłapać) z zaklętym w tym duchem dawnych lat sceny. Odbijają się tu echa stylu starego Burzum (przede wszystkim w partiach perkusji i ewidentnie wokali), Darkthrone, Behemoth, North, czy innych hord, które swojego czasu stawiały podwaliny pod Black Metalową scenę i to nie tylko polską. Króluje tu typowe dla tamtego czasu i tego typu materiałów brzmienie, ale ono jest tu kluczowe. Wiadomo, trzeba lubić te klimaty i najnormalniej w świecie czuć o co w tym biega. Anaboth się nie certoli i gra prosto, ale z pasją i wyczuciem uprawianej sztuki. Pieruńsko dobrze się tego słucha, atmosfera niepowtarzalna, z marszu przenosi słuchacza do tamtych dni. Każdemu kto lubi nasze stare, rodzime Black Metalowe dema, a nie zna jeszcze tego materiału Anaboth, to gwarantuję, że spodoba się z marszu. Po tysiąckroć zachęcam do posłuchania i jeszcze bardziej do zaopatrzenia się w ten materiał. Wznawiając go UtSoG odwalił kawał dobrej roboty i oby nadal wykopywali z głębin sceny tak kapitalne, a niestety gdzieś tam zgubione w ciągu lat nagrania. Jak to mawiają, kult!


niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".