sobota, 12 listopada 2016

Hammerfall- Built to Last (Napalm Records 2016)

No i mamy kolejny, już dziesiąty, studyjny album Hammerfall. Zanim zasiadłem do pisania przesłuchałem go trzykrotnie, żeby upewnić się co do werdyktu. Z pewnością jest to album trzymający poziom, aczkolwiek tym razem obeszło się bez fajerwerków. Zabrakło mi tu utworów, które znacząco wychodziłyby przed szereg, wyjątkiem jest tu jedynie "Sacred Vow" z tradycyjnym, hammerfallowym feelingiem i istotnie chwytliwym refrenem. Reszta płyty jest po prostu przeciętna, nie jest źle, ale szału też nie ma. Zespół po prostu zaserwował nam kolejny album w charakterystycznym dla siebie stylu, ni mniej, ni więcej. Jako tako mogą się prezentować "Built to Last" oraz "Derthrone and Defy", może "Second to None", ale nie jest to ich szczytowa forma, tego typu rzeczy potrafią grać lepiej, i tak naprawdę po odsłuchu nic szczególnie się nie zapamiętuje, ma się tylko ogólny obraz całości, że po prostu było przyzwoicie, ale nic ponad to. Co się tyczy brzmienia jest oczywiście zadowalające jak to już poprzednio bywało, dynamiczne, przejrzyste, jest ok.
Odkładając na bok warstwę muzyczną tego wydawnictwa, chciałbym pochwalić autentycznie udaną okładkę. Wykonają ją Andreas Marschall odpowiedzialny za warstwę graficzną pierwszych 3 albumów oraz przedostatniego "(R)evolution". Ponownie korzystanie z jego usług w tym zakresie uważam za pomysł bardzo trafiony, w końcu to on powołał do życia Hektora, który pojawił się na okładkach 9 z 10 albumów Hammerfall. Oby wznowiona współpraca na tym tle trwała nadal.
Cóż, tym razem jestem raczej skąpy w pochwałach, no ale niewiele jest tu do chwalenia, taka prawda. Mając porównanie z poprzednią płytą "(R)evolution", na której było kilka naprawdę dobrych numerów, które chwytały momentalnie, "Built to Last" wypada bardzo blado. Nie wiem jak to będzie w przyszłości, może za jakiś czas ta płyta ukaże przede mną coś czego w tej chwili nie słyszę, to nie jest wykluczone. Dlatego też, moja ocena nie jest mocno wiążąca i życzyłbym sobie, jako wieloletni fan Hammerfall, żeby kiedyś uległa zmianie.


czwartek, 10 listopada 2016

Testament- Brotherhood of the Snake (Nuclear Blast 2016)

Przyznam się bez bicia, że tak naprawdę Testament wzbudził moje konkretne zainteresowanie i autentycznie mi się spodobał dopiero dzięki najnowszej płycie (dzięki ogromne dla Pana Wojtka i audycji "Bez Granic" w radiowej Trójce). Przez te wszystkie lata ten zespół był u mnie na dalekim marginesie. Swojego czasu przesłuchałem debiut, który kompletnie mi nie podszedł, potem była składanka i tak jakoś mnie specjalnie mnie wciągnęło, no ale cóż, ostatnio zaskok i zmiana diametralna.


Najnowszy album to taki trochę skondensowany dynamit, nie ma tu zapędów balladowych, ani znacząco wolniejszych numerów, rasowa thrashowa jazda od początku do końca. Podoba mi się, że mimo takiego stanu rzeczy utwory, mimo pierwszego wrażenia, nie są do końca zrobione na jedno kopyto (zmiany tępa, różnorodność zagrywek), dzięki czemu płyta się nie nudzi i po tych 40 minutach szczerze ma się ochotę na powtórkę. Już sam otwierający płytę utwór tytułowy o tym świadczy i zapowiada to co będzie działo się dalej, jest też jednym z tych najbardziej jaśniejących punktów płyty. Kolejne petardy to "Pale King", "Centuries of Suffering" oraz mój faworyt "Neptune's Spear" (nie dość, że genialny riff, to jeszcze równie dobra solówka). Pozostałe utwory też sroce spod ogona nie wypadły.
"Brotherhood of the Snake" pokazuje, że zespół zna się na swojej robocie jak mało kto. Album zawiera w sobie dużo świetnych, nośnych riffów przy których nie da się nie pomachać banią, Chuck jest w znakomitej formie wokalnej, a wszystko to okraszone jest miażdżącą pracą sekcji rytmicznej. Do tego brzmienie płyty jest czyste, przestrzenne, nic się nie zlewa, no kawał dobrej, satysfakcjonującej roboty.
Myślę, że ta płytka to rzecz musowa dla wszystkich maniaków thrashu i to bez wyjątku. Nie znajdziecie tu kombinowania, ani silenia się na cokolwiek, Testament zrobił tutaj to co robią najlepiej. Nagrali konkretny, mięsisty i bezpośredni materiał bez stylistycznych niespodzianek czy innych nowatorskich zapędów. I powiem szczerze, że w ich przypadku to nie jest grzech, a wręcz przeciwnie. Jeden z pretendentów do płyty roku? Dla mnie jak najbardziej!


środa, 9 listopada 2016

Hammerfall- Glory to the Brave (Nuclear Blast 1997/ 2017)

Jak już kiedyś wspominałem, apropos płyty "Legacy of Kings", Hammerfall był pierwszym zespołem, który odkryłem samodzielnie gdy zaczynałem stawiać swoje pierwsze kroki w świecie metalu. Nikt mi ich nie podsunął, nigdzie wcześniej ich nie słyszałem, po płytę sięgnąłem, przyznając się, za sprawą okładki. Opłaciło się i wybór był jak najbardziej trafiony, jako że od tamtego czasu ta heavy/ power metalowa grupa ze Szwecji to ścisła czołówka moich ulubionych zespołów ze wspomnianych styli/ gatunków.
No ale do rzeczy. "Glory to the Brave" to, jak zapewne większość z was wie, debiutancki krążek Hammerfall. W 1997 roku kiedy został wydany był swoistym manifestem faktu, że tradycyjne heavy metalowe granie, okraszone pewną dozą melodyjności, wciąż ma się dobrze i zmierza ku odrodzeniu. Szwedzi czerpali w swej muzyce z najlepszych wzorców takich jak Rainbow, Judas Priest, Stormwitch, Loudness, Accept czy Helloween, tworząc swój własny, charakterystyczny styl. Nie tylko ich muzykę łatwo można rozpoznać, czysty, mocny głos Joakima Cansa jest jedyny w swoim rodzaju. Album zbierał bardzo dobre recenzje przez co rosły oczekiwania wobec zespołu, któremu wg. niektórych entuzjastów ciężkich brzmień nie sprostali. Cóż, nad gustami dyskutować nie należy. Bądź co bądź, w czasie gdy ukazała się płytka byli jednym z objawień Heavy Metalu, który w latach 90-tych był nieco w odwrocie
Na "Glory to the Brave" składa się dziewięć wyśmienitych kompozycji. Płyta jest bardzo spójna, świeża, pełna enrgii i świetnie brzmiąca. Takie klasyki jak "The Dragon Lies Bleeding", "Hammerfall" czy "Steel Meets Steel", mówią same za siebie i grane są przez zespół na koncertach po dziś dzień. Mamy tu także miejsce na ballady, lekko ckliwe "I Believe", którego na dobrą sprawę mogłoby tu nie być, oraz dobrze znany, tytułowy "Glory to the Brave" (podobno gdy zespół wykonuje go na żywo poza zamkniętymi salami koncertowymi prawie zawsze zaczyna wtedy padać deszcz, przypadek?). Obecne są i bezpośrednie odniesienia do heavy metalowych brzmień lat 80-tych- cover Warlord "Child of the Damned" oraz marszowy "Stone Cold". Połączenie tradycyjnych heavy metalowych struktur z wpadającymi w ucho melodiami dało naprawdę zacny efekt i płyty słucha się jednym tchem z ochotą na powtórkę.
W późniejszych latach i wraz z kolejnymi płytami Hammerfall zyskiwał sobie zarówno fanów jaki i przeciwników. Zarzucano im przeróżne rzeczy, wyśmiewano, hejtowano, robiono anty-Hammerfallowe koszulki, no stek bzdur, dziecinada i poziom poniżej poziomu. No ale cóż, zespołu to nie zraziło i dalej robili i robią swoje, wciąż moim zdaniem trzymając formę i racząc swoich zwolenników dobrymi, a nawet bardzo dobrymi płytami. Wiadomo, nie każdy lubi heavy/ power metalową estetykę i teksty bazujące na świecie fantastyki gdzie pełno bitew, smoków, magii i wszelkiego rycerstwa, ale debiut Szwedów to naprawdę klasa sama w sobie i warto po tą płytę sięgnąć. Kto nie miał jeszcze okazji posłuchać to szczerze zachęcam.
Poniżej przedstawiam zarówno 1-wsze kompaktowe wydanie tego albumu, jak i jego rocznicowe wznowienie poszerzone o całe mnóstwo bonusów live, całe DVD "The First Crusade", obszerny wywiad z muzykami przeprowadzony specjalnie na okazję tego wydawnictwa oraz cały koncert z Dynamo Festival 98'. Nie zabrakło też opasłej książeczki z całą historią powstawania płyty, losami zespołu z tamtego okresu oraz mnóstwem archiwalnych zdjęć i pamiątek. Nuclear Blast uczcił tę płytę tak jak należy, na bogato i wyczerpująco, nie ma do czego się przyczepić. Box ewidentnie wart jest swojej i tak niewygórowanej ceny (65zł), także polecam mocno.









wtorek, 8 listopada 2016

Bathory- Under the Sign of the Black Mark (Black Mark 1987/ 1990)

Z pewnością nie popełnię błędu stwierdzając, że o tej płycie zostało już powiedziane chyba wszystko. W sumie nie ma co się dziwić. Drugiego albumu równie ważnego dla black metalu i niedoścignionego w swoim brzmieniu i atmosferze próżno szukać. Wydany w 1987 "Under the Sign of the Black Mark" był doskonałym zwieńczeniem, rzec można, diabelskiej trylogii Bathory. Płyta zasadniczo różniła się od swoich dwóch poprzedniczek na których obecna była piekielna dawka rock 'n' rolla wywodząca się od takich zespołów jak Motorhead, a później Venom. Na tym albumie Quorthon postawił na różnorodność kompozycji i nieco inną, bardziej wyrafinowaną w swej prostocie strukturę. Wokale też stały się bardziej dojrzałe, ale nie mniej obłąkane i demoniczne.
Największym atutem albumu jest niewątpliwie jego atmosfera. Ciężko w tej dziedzinie o płytę której klimat mógłby choć w połowie dorównać "Under the Sign of the Black Mark". Płyta zdaje się mieć drugie dno, jakby dźwięki na niej zawarte przedostawały się z jakiś otchłani, efekt jest niesamowity, jakby nad wszystkim wisiała jakaś nienazwana groźba. Sporo dały tu użyte na albumie pogłosy, których celem było przede wszystkim tuszowanie błędów i kamuflaż dla kiepskiej jakości sprzętu na jakim przyszło zespołowi nagrywać. Efekt totalnie niezamierzony, a nadał całości niepowtarzalnego charakteru. Wystarczy posłuchać takich utworów jak "Woman of Dark Desires" (w tym kawałku klawisze zrobiły niesamowitą robotę, posłuchajcie, a będziecie wiedzieli o co chodzi), "Call from the Grave" z iście grobowym klimatem, czy potężny "Enter the Eternal Fire". Bardzo zaskakującym jest fakt, że Quorthon szczerze tej płyty nie znosi. Nic mu się na niej nie podoba, ani wokal, ani brzmienie, nic, wolałby o niej zapomnieć. Cóż, często jest tak, że dzieła najmniej lubiane przez swych twórców są ubóstwiane przez fanów.
Wydaniu "Under the Sign of the Black Mark" towarzyszyły pierwsze wyjazdy Quorthona w celach promowania albumu. Mowa tu nie tylko o spotkaniach z fanami w sklepach płytowych w obrębie Szwecji, ale także o wyprawie do USA do której zdołał namówić młodego Forsberga jego ojciec. Wtedy też, miał okazję spotkać się z członkami Slayer. Oczywiście, jak to u Bathory, o koncertach nie mogło być mowy.
Reasumując, jest to płyta o wręcz nieocenionym wpływie oraz znaczeniu dla rodzącej się sceny nie tylko black, ale i death metalowej. To swoisty monument, który nigdy nie został i raczej nigdy nie zostanie dościgniony. Ja ten album uwielbiam. Kult, mistrzostwo i co tam jeszcze chcecie!



poniedziałek, 7 listopada 2016

Accept- Russian Roulette (RCA 1986/ HNE Recordings 2014)

No i przyszedł czas na kolejną klasykę niemieckiej sceny. Tym razem padło na Accept i album "Russian Roulette", jeden z najlepszych krążków w dyskografii tego zespołu. Wydany w 1986 był ostatnią płytą w klasycznym składzie. Po trasie promującej album grupę opuścił charyzmatyczny wokalista Udo Dirkschneider, poniekąd będący znakiem rozpoznawczym Accept dzięki nietuzinkowemu, ochrypniętemu, lekko skrzeczącemu wokalowi. Było to bardzo dobre zwieńczenie, co tu dużo mówić, złotego okresu w historii grupy. "Russian Roulette" trzymał tak samo świetny poziom jak "Balls to the Wall" czy "Metal Heart".
Album otwiera rozpędzona lokomotywa w postaci "TV War", szybki, energiczny kawałek w typowym dla nich stylu, od razu wiadomo kto gra. Kolejnymi utworami o których szczególnie warto wspomnieć są "Monsterman" z chwytliwym, nie dającym się nie zapamiętać refrenem, tytułowy "Russian Roulette", nieco wolniejszy, lecz pełen mocy i patosu, mój faworyt "Aiming High" z fajnym. nośnym riffem (to właśnie ta kompozycja swojego czasu sprawiła, że sięgnąłem po tą płytę- pamiętna wizyta w Neseblod, w Oslo), rozbudowany "Heaven is Hell" oraz "Man Enough to Cry" z zapadającą w pamięć partią gitar.
"Russian Roulette" jest moim zdaniem częścią takiej żelaznej trójcy jeżeli chodzi o Accept, zajmując miejsce tuż obok wspomnianych przeze mnie już wcześniej poprzedniczek. Opinie co do tego która z płyt grupy jest tą najlepszą są bardzo różne, wielu wymieniłoby surowy, najcięższy w dyskografii "Restless and Wild", za którym osobiście tak mocno nie przepadam, ja natomiast po dłuższym namyśle wskazałbym właśnie "Roussian Roulette". Nie tylko za naprawdę udane kompozycje, ale także za ogromny sentyment który do niej żywię, co jest już sprawą stricte subiektywną.
Teraz słów kilka na temat posiadanego przeze mnie wydania które poniżej zamieściłem. Tak nie owijając w bawełnę to praktycznie wszystkie reedycje które wypuszcza Hear No Evil Recordings są dobre, a nawet bardzo dobre. Generalnie jedne z lepszych na rynku. Co prawda cenowo są w granicach 50zł i wyżej, ale myślę, że są tego warte. Poligrafia jest bogata, jest co poczytać w środku, płyty brzmią dobrze, no nie ma się do czego przyczepić. Także w kwestii zakupu polecam wam właśnie to konkretne wydanie.


piątek, 4 listopada 2016

Black Sabbath- The Dio Years (Warner Bros/ Rhino 2007)

Black Sabbath z Dio na pokładzie... Cóż to było za zestawienie, cóż za zespół! Głoś Dio, kunszt gitarowy i kompozytorski Iommi'ego oraz mocarna sekcja rytmiczna Butler/ Ward (później Appice) były mieszanką iście magiczną, której Sabbath nigdy później nie osiągnęło, nawet na wydanym w 1992, bardzo dobrym, "Dehumanizer". Takie płyty jak "Heaven and Hell" oraz "Mob Rules" na stałe zadomowiły się w kanonie klasyki metalu/ ciężkiego rocka. Tak jak niespecjalnie przemawiają do mnie solowe płyty Dio, tak w tym zestawieniu jest to coś niesamowitego i autentycznie ponadczasowego. Kto nigdy nie miał ciarek przy "Neon Knights" lub solówce z "Heaven and Hell" ten nie zrozumie.


Przedstawiona poniżej kompilacja "Black Sabbath- The Dio Years" jest moim zdaniem bardzo udanym i godnym polecenia wydawnictwem. Bardzo zgrabnie podsumowuje lata w których Dio zasilał swoim głosem załogę Iommi'ego. Kawałki są dobrane jak najbardziej trafnie, chociaż jak znam życie znaleźliby się tacy, którzy coś by wyrzucili, a coś dodali, wiadomo nie wszystkim się dogodzi. Mamy tu oczywiście "Neon Knights", "Heaven and Hell", "Die Young", "The Mob Rules", "Children of the Sea" (tu w wersji live) czy też mocarny "I" z płyty "Dehumanizer". Na deser dostajemy 3 nowo nagrane w tamtym czasie utwory tegoż składu dostępne tylko na tej kompilacji. Jest to składanka skierowana do tych, którzy nie predysponują do kompletowania Sabbathów z Dio na oddzielnych krążkach, a chcą mieć co lepsze rzeczy skondensowane na jednym cd jednocześnie nie byle jak wydanym. Tak, płytka wydana jest bardzo przyzwoicie, cieszy oko. Poligrafia utrzymana w czerni i złocie, mamy dwie fajne foty, rozkładaną grafikę, coś do poczytania, także jest ok. Jak ktoś chce mieć na półce Black Sabbath z Dio w ładnie opakowanej pigułce to szczerze zachęcam do sięgnięcia po ten album.


czwartek, 3 listopada 2016

Warlock- True As Steel (Vertigo 1985/ Southworld 2012)

Jako, że ostatnio uzupełniam sobie dyskografię Warlock to postanowiłem dalej drążyć temat. Tym razem na tapecie trzecia z kolei płyta grupy, czyli "True As Steel".

Czy ten album jest jakiś szczególnie wyjątkowy to nie powiem, następca w postaci "Triumph and Agony" bije go na głowę. Mimo wszystko mamy tu jednak dwa wyjątkowe killery w postaci utworu tytułowego oraz hymnowego "Fight for Rock". Dla tego kawałka warto tą płytkę mieć. Tak poza tym album jest stosunkowo równy i nic innego nie wychodzi przed szereg, typowe, chwytliwe, heavy metalowe granie niemieckiej sceny lat 80-tych, wyróżnieniem jest tu oczywiście głos Doro i  spora melodyjność materiału.
Co się tyczy okładki, przyznać trzeba, że to najsłabsze ogniowo tego wydawnictwa. Jest fajne logo zespołu, stalowe tło i, no właśnie, wypalone na środku serduszko. Niby typowo metalowa estetyka, a tu takie wykończenie. Wszystko fajnie, iskry lecą, ale czemu akurat serce, że niby prawdziwe jak stal? Hmm, no może, ale to dopiero po krótkiej refleksji, pierwsza reakcja jest jaka jest.

Teraz kwestia poniższej reedycji, którą ostatnio kupiłem. No jak na wznowienie to jest słabo, wręcz fatalnie, no ale przynajmniej cena bardzo niska, także nie ma co oczekiwać cudów i fajerwerków jak na Sylwestra. Wznowienie jest w 90% odwzorowaniem starego, vertigowskiego wydania tyle, że o gorszej jakości. Na cd mamy nadruk z okładką bez żadnych dodatków, jakoś grafiki jest gorsza (mniej ostra), papier użyty do poligrafii też nie najwyższych lotów. Nie ma też bonusów, niczego do poczytania, ani fotek poza dwiema które były już w pierwszym wydaniu.
Reasumując, materiał mogę polecić każdemu wielbicielowi heavy metalowej klasyki, natomiast od tego wydania radzę trzymać się z daleka, szukajcie starszego.