Kilka dni temu dotarła do mnie mocno oczekiwana przesyłka zawierająca split Black Altar/ Beastcraft w tzw. wersji die hard. To co otrzymałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, zarówno muzyczne, jaki i wizualne, no ale o tym co zawiera ów drewniany box zostawmy na koniec, zajmijmy się najpierw samą muzyką.
Split Winds ov Decay/ Occult Ceremonial Rites jest wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze jest hołdem pamięci Trodr'a Nefasa, pod drugie wydawnictwem celebrującym 25-lecie Black Altar, a po trzecie materiałem, na którym zagościła cała masa muzyków, zwłaszcza po stronie niegdyś olsztyńskiej hordy.
Pierwsza część płyty należy do Shadow'a. To co tu dostajemy to chyba najpotężniej brzmiący materiał jaki spłodził Black Altar. Jest tak soczyście i potężnie jak nigdy wcześniej, a ładunek emocji jaki ze sobą niesie jest wprost niesamowity. Z resztą nie ma co się dziwić. Istniało ryzyko, na szczęście przepędzone, że będzie to ostatni materiał Black Altar. Shadow przelał tu całą esencję swojej sztuki. Zarówno "Tophet" jak i "Winds of Decay" ścinają z nóg. Są mocarne, pełne mroku i mistycyzmu, wciągając słuchacza w swą czarną otchłań z biletem w jedną stonę. Obu kompozycjom towarzyszą intro i outro wyciągnięte jakby żywcem z kina grozy osadzonego w mrokach średniowiecza. Dostajemy tu też cover Beastcraft "Pentagram Sacrifice", wzięty z tribute'u dla Nefasa "The Beast Awakens" (2013) oraz industrialną wersję "Tophet". Tutaj trochę zaskok z takiego akurat posunięcia, ale muszę powiedzieć, że wyszło to całkiem nieźle. Dodatkowo na płytce znajduje się także videoclip do "Tophet", który miał nie tak dawno swoją oficjalną premierę. W realizacji tego utworu wzięli udział muzycy takich zespołów Vader , Ondskapt oraz Acherontas, i oczywiście Beastcraft.
Teraz część należąca do grupy prowadzonej obecnie przez Sorath'a. Cóż, nie bez przyczyny zespół sygnuje swą sztukę jako True Norwegian Black Metal. Materiał ma zimne, szorstkie, wręcz tnące brzmienie, ale nie pozbawione głębi i kolorytu. Klimat jest niczym z najlepszych czasów tego grania, słychać tu tą samą atmosferę jaka towarzyszyła wczesnym nagraniom Gorgoroth, Darkthrone, Carpathian Forest czy Tsjuder, o Urgehal nie wspominając. Jest to tak esencjonalne i przesiąknięte duchem tej muzyki, że aż ciężko to opisać. Najwięcej tego właśnie klimatu mają tu "Deathcraft and Necromancy" oraz znany już dobrze z 7'' "Blackwinged Messiah" utrzymane w średnich tempach. Natomiast Black Metalową kanonadą chłoszcze "Resurrection Throught Desecration and Churchfire" oraz zamykający całość "...In Thy Name", także obecne na wydanych już wcześniej 7''- calówkach zespołu. Tak dla porównania, podobnego kopa jak wyżej wymienione kompozycje ma np. "Revelation of Doom" Gorgoroth, także to nie przelewki. Mamy też tutaj jeden kawałek live z 2016- "Burnt at His Altar". Oba zestawione ze sobą materiały Beastcraft i naszego Black Altar po prostu wgniatają w glebę, taka prawda. Będę wracał do tych piekielnych wyziewów nie raz, nie dwa, jestem tego absolutnie pewien.
Na podsumowanie, jak już zapowiedziałem na samym wstępie, przejdę do zawartości omawianego wydawnictwa. W owym limitowanym do 50 sztuk drewnianym pudle, poza winylową (czerwony winyl + dwustronny plakat formatu A3) i kompaktową wersją płyty oraz koszulkami obu zespołów, znalazła się cała masa pamiątek związanych z twórczością Black Altar. Mamy tu 2 duże plakaty A3 z czasów debiutanckiej płyty oraz "Death Fanaticism", flyery z wiązane z pierwszą płytą oraz splitem z Vesania, naszywkę, zdjęcia z autografami, promo cd z Odium Records oraz wkładki do wspomnianego przed chwilą splitu oraz dwóch pierwszych albumów w wersji kasetowej. No nie ma co, na bogato i konkretnie (istotnie die hard!), Shadow nie pożałował i dopracował temat w każdym możliwym szczególe. Chyba nie ma opcji żeby ktokolwiek czuł się nieusatysfakcjonowany z takiego wydania i kto tego w czas nie zgarnął ma czego żałować. Wydawnictwo wyszło wzorcowo i co można było zrobić, zostało zrobione. Perfekcja w każdym calu!
https://www.facebook.com/blackaltar/
http://www.black-altar-horde.com/
https://www.facebook.com/BeastcraftOfficial/
http://www.deathcibel.com/beastcraft/
http://www.odiumrex.com/webshop/
sobota, 17 lutego 2018
piątek, 9 lutego 2018
Horrorscope- Altered Worlds Practice (Defense Records 2017)
Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę płytę i w ogóle napisanie o niej czegokolwiek. Głównie przez elementy groove metalu, którego alergicznie nie znoszę oraz okazyjnego wplatywania na niej czystych wokali (no jakoś gryzie mi się to z takim graniem). Niemniej jednak pozytywne aspekty krążka oraz nie tak duża i oczywista dawka wspomnianych niedogodności, przeważyły i zdobyłem się na kolejne odsłuchy szóstego już długograja tej chorzowskiej ekipy. Owocem jest niniejsza recka. Na samym początku warto zaznaczyć, że to chyba najcięższy jak dotąd krążek Horrorscope, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Kompozycje są tu mocarne, walcowate, o konkretnym soczystym brzmieniu. To pierwszy z plusów który skłonił mnie do poświęcenia "Altered Worlds Practice" trochę więcej czasu. Kolejnym i chyba najważniejszym, jest fakt, że usłyszałem tu... elementy Szwedzkiego Death Metalu! Nie wiem, mam jakiegoś zboka na tym punkcie i gdzie nie słyszę te wpływy to momentalnie zamieniam się w słuch. Wiadomo, że Horrorscope to przede wszystkim ciężki kawał thrashu z elementami nielubianego przeze mnie groove'u, ale tutaj, nie wiem czy świadomie czy nie, pojawiło się sporo z brzmienia Amon Amarth czy struktur, rytmiki dobrze znanej z późniejszych dokonań Dismember czy Entombed. Te właśnie, szwedzkie naleciałości fajnie przysłoniły mi przeszkadzające drobiazgi. No nawet wokalowi "Baryły" bliżej do Death Metalowej estetyki. Zadziorne, odrobinę techniczne solówki to także kolejny jasny punkt albumu, o którym warto wspomnieć. I właśnie tymi wszystkimi elementami mnie chłopaki kupili i słuchało mi się owego albumu bardzo dobrze, od początku do końca. Na koniec płytki czekał deser w postaci coveru "Wolverine Blues". Zrobili to odrobinę wolniej niż jest w oryginalne, na swoją modłę (i tak powinno być zawsze, po swojemu). Uwydatnili riffy, dodali do tego swoje gęste brzmienie i pojechali z tym koksem. Wyszło pierwszorzędnie i świeżo. Nie dziwi mnie nawet dobór akurat tego utworu, cóż, mówiąc szczerze ten album buja i miażdży podobnie jak nie tylko ten kawałek, ale jak i cały album o tym właśnie tytule. Płyta warta i zakupu i samego posłuchania! Kawał solidnej roboty!
https://www.facebook.com/horrorscopeband/
https://www.youtube.com/user/HorrorscopeRadical
https://www.reverbnation.com/horrorscope
http://www.defensemerch.com/
https://www.facebook.com/horrorscopeband/
https://www.youtube.com/user/HorrorscopeRadical
https://www.reverbnation.com/horrorscope
http://www.defensemerch.com/
czwartek, 8 lutego 2018
Black Oath Rites- Waroath/ Czarna Trumna/ Cthulhu Rites split (Putrid Cult/ War Productions 2018)
Kolejny ciekawy split od Putrid Cult. Tym razem mamy sojusz aż trzech hord z naszej podziemnej sceny- Waroath, Czarna Trumna oraz Cthulhu Rites. Pierwsza z nich to kapitalny, staro-szkolny Black/ Thrash/ Speed Metal osadzony w brzmieniu lat 80-tych i stylistyce Pierwszej Fali. Mamy tu trzy ich numery, dwa pochodzące ze strony A EPki "Merciless Night Evil" oraz nagrany oddzielnie "Cios Barbarzyńskiego Ostrza", ewidentnie najlepszy z całego zestawu (ale i pozostałe dwa to konkretne czaszko-miazgi). Zaczyna się szczękiem ostrzy i odgłosami bitwy, aby za chwilę chłostać nas kanonadą siarczystych i chwytliwych riffów. Jest w tym "to coś", które sprawia, że chce się wrócić do tego materiału. Panowie mają na swoim koncie dwa dema (EP, zależnie od źródła) i niniejszy split. To co do tej pory od nich usłyszałem wystarczyło kompletnie abym z niecierpliwością wypatrywał pełnego albumu. Z pewnością urwie łeb razem z czterema literami!
Czas teraz na część należącą do Czarnej Trumny. Co tu dużo mówić, kawał obskurnego, surowego Black Metalu o mocno piwnicznym brzmieniu i klimacie. Słychać w tych lochach i mroku odległe echa podziemia lat 90-tych, ale mimo tego zespół potrafił ubrać swoją sztuką we własny, unikalny charakter. Słyszałem już sporo podobnej atmosfery w Black Metalu i można by powiedzieć, że to już było, ale Czarna Trumna dodała kolejny odcień niepokoju do tej kolekcji tworząc na swoich nagraniach kolejne złowieszcze, trupie widmo. Dobrym pomysłem było wplecenie w kompozycje sampli o diabelskiej tematyce, to też dodało kompozycjom odpowiedniego smaczku.
Ostatni w rozkładzie jazdy jest Cthulhu Rites, częstujący nas również zastrzykiem surowego Black Metalu. Cóż, pierwsze co rzuca się na uszy to bardzo zamulone, szeleszczące, gasnące brzmienie, trochę jakby zza ściany i wrzaskliwy, tnący wokal. Kłóci się to trochę ze znakomicie dobranymi i zestawionymi (mimo odmiennej stylistyce) ze sobą Waroath i Czarna Trumna. Te dwa zespoły pasowały do siebie w paru aspektach i dobrze się zazębiały. Cthulhu Rites natomiast trochę tu odstaje i pasowałoby bardziej w towarzystwie grup podobnych sobie, a już takie brzmienia słyszałem tu i ówdzie (np. na starych nagraniach Anaboth czy Egaheer). Ma to w sobie pewien urok, ta posunięta do granic obskurność i zatęchłość materiału, nostalgiczne elementy akustyczne (no duch starych dem sprzed ponad 20- lat niechybnie się nad tym unosi), ale zupełnie inaczej byłoby z odbiorem przy nieco lepszym brzmieniu i w innym zestawieniu, bo bądź co bądź, to bardzo dobry stuff.
W ostatecznym rozrachunku to naprawdę dobry split, już dla samego Waroath warto po niego sięgnąć, a i jest świetnym bodźcem do poeksplorowania naszego podziemia i jego wydawnictw z ostatnich lat, a naprawdę jest czego posłuchać. Polecam!
http://www.putridcult.pl/
Czas teraz na część należącą do Czarnej Trumny. Co tu dużo mówić, kawał obskurnego, surowego Black Metalu o mocno piwnicznym brzmieniu i klimacie. Słychać w tych lochach i mroku odległe echa podziemia lat 90-tych, ale mimo tego zespół potrafił ubrać swoją sztuką we własny, unikalny charakter. Słyszałem już sporo podobnej atmosfery w Black Metalu i można by powiedzieć, że to już było, ale Czarna Trumna dodała kolejny odcień niepokoju do tej kolekcji tworząc na swoich nagraniach kolejne złowieszcze, trupie widmo. Dobrym pomysłem było wplecenie w kompozycje sampli o diabelskiej tematyce, to też dodało kompozycjom odpowiedniego smaczku.
Ostatni w rozkładzie jazdy jest Cthulhu Rites, częstujący nas również zastrzykiem surowego Black Metalu. Cóż, pierwsze co rzuca się na uszy to bardzo zamulone, szeleszczące, gasnące brzmienie, trochę jakby zza ściany i wrzaskliwy, tnący wokal. Kłóci się to trochę ze znakomicie dobranymi i zestawionymi (mimo odmiennej stylistyce) ze sobą Waroath i Czarna Trumna. Te dwa zespoły pasowały do siebie w paru aspektach i dobrze się zazębiały. Cthulhu Rites natomiast trochę tu odstaje i pasowałoby bardziej w towarzystwie grup podobnych sobie, a już takie brzmienia słyszałem tu i ówdzie (np. na starych nagraniach Anaboth czy Egaheer). Ma to w sobie pewien urok, ta posunięta do granic obskurność i zatęchłość materiału, nostalgiczne elementy akustyczne (no duch starych dem sprzed ponad 20- lat niechybnie się nad tym unosi), ale zupełnie inaczej byłoby z odbiorem przy nieco lepszym brzmieniu i w innym zestawieniu, bo bądź co bądź, to bardzo dobry stuff.
W ostatecznym rozrachunku to naprawdę dobry split, już dla samego Waroath warto po niego sięgnąć, a i jest świetnym bodźcem do poeksplorowania naszego podziemia i jego wydawnictw z ostatnich lat, a naprawdę jest czego posłuchać. Polecam!
http://www.putridcult.pl/
środa, 7 lutego 2018
Ols- Ols (wydanie własne 2017)
Dziś pozwoliłem sobie odjechać w trochę inne muzyczne rejony. Recenzja jak i sama płyta dosyć wyjątkowa, bo nie do końca z metalem związana. Zdobyłem się na kilka słów refleksji odnośnie Ols, ze względu na nietuzinkowość i klimat tego materiału, a i wziąłem pod uwagę fakt, że już od wielu lat muzyka folkowa ma kilka wspólnych mianowników z metalem i oba gatunki już wielokrotnie były ze sobą łączone. W tym momencie mniejsza o to czy z mniejszym czy większym skutkiem.
Na Ols wpadłem przez czysty przypadek odświeżając sobie nieco temat muzyki folkowej pobudzony przez odsłuch debiutanckiego krążka Letenicy. Ols porusza się po bardziej mrocznej, transowej, nostalgicznej, wręcz refleksyjnej stronie folku. Utwory na debiutanckiej płycie utrzymane są dokładnie we wspomnianej stylistyce i klimacie, co może sprawić, że odbiór takiej formy tej muzyki może nie być w tym samym stopniu przyswajalny (i raczej nie jest), co ten bardziej utarty, melodyjny i chwytliwy jej wizerunek, który spotyka się najczęściej. Można jeszcze pokusić się o stwierdzenie iż kompozycje Ols, korespondują nieco z szamańskim, rytualnym obszarem tej sztuki, co nadaje kompozycjom pewnego mistycznego charakteru i aury (swoje trzy grosze dodają także niebanalne teksty). Najważniejszą cechą płyty, jak i znakiem rozpoznawczym Ols, są wielowarstwowe wokale, na które położony jest szczególny nacisk. Są kompleksowe, o różnej skali i bardzo oryginalnej, delikatnej barwie. Zarówno one jak i cała warstwa instrumentalna jest dziełem tylko jednej osoby (wyjątkiem są gościnne partie gitar w utworze "Woda", które nagrał Zagreus z zespołu Jarun). Ze względu na to należy się tutaj szacunek, zarówno za talent jak i ogrom pracy. Wracając do samej muzyki, jednym słowem takie klimaty trzeba lubić i trzeba być w odpowiednim nastroju do ich słuchania, wtedy właśnie ta płyta ma szansę w pełni odkryć to co ma do zaoferowania i zarazić swoją magią. Jako przedsmak całości, polecam posłuchać sobie takich utworów jak "Drzewa" (mój numer jeden z całego rozkładu jazdy) czy "Krew na Mchu", w którym zawarte jest fajne przyspieszenie stające odrobinę w kontraście do głównego, melancholijnego nurtu albumu. I jeszcze jedno, warto wyróżnić nagrane tu covery utworów z repertuaru Katatonii i Agalloch. Gdyby nie język angielski, można by pomyśleć, że to autorskie kawałki Ols, tak misternie zostały wplecione w stylistykę projektu. Podsumowując, tym którzy lubią sobie czasem uciec w folkowe klimaty, i bynajmniej nie mam tu na myśli skocznej przytupanki, jak najbardziej polecam, jest czego posłuchać i w czym się zatracić.
https://www.facebook.com/Olsproject/
https://olsproject.bandcamp.com/releases
https://www.youtube.com/channel/UCCVEuWTByrl_O8GhEtocAyg
Na Ols wpadłem przez czysty przypadek odświeżając sobie nieco temat muzyki folkowej pobudzony przez odsłuch debiutanckiego krążka Letenicy. Ols porusza się po bardziej mrocznej, transowej, nostalgicznej, wręcz refleksyjnej stronie folku. Utwory na debiutanckiej płycie utrzymane są dokładnie we wspomnianej stylistyce i klimacie, co może sprawić, że odbiór takiej formy tej muzyki może nie być w tym samym stopniu przyswajalny (i raczej nie jest), co ten bardziej utarty, melodyjny i chwytliwy jej wizerunek, który spotyka się najczęściej. Można jeszcze pokusić się o stwierdzenie iż kompozycje Ols, korespondują nieco z szamańskim, rytualnym obszarem tej sztuki, co nadaje kompozycjom pewnego mistycznego charakteru i aury (swoje trzy grosze dodają także niebanalne teksty). Najważniejszą cechą płyty, jak i znakiem rozpoznawczym Ols, są wielowarstwowe wokale, na które położony jest szczególny nacisk. Są kompleksowe, o różnej skali i bardzo oryginalnej, delikatnej barwie. Zarówno one jak i cała warstwa instrumentalna jest dziełem tylko jednej osoby (wyjątkiem są gościnne partie gitar w utworze "Woda", które nagrał Zagreus z zespołu Jarun). Ze względu na to należy się tutaj szacunek, zarówno za talent jak i ogrom pracy. Wracając do samej muzyki, jednym słowem takie klimaty trzeba lubić i trzeba być w odpowiednim nastroju do ich słuchania, wtedy właśnie ta płyta ma szansę w pełni odkryć to co ma do zaoferowania i zarazić swoją magią. Jako przedsmak całości, polecam posłuchać sobie takich utworów jak "Drzewa" (mój numer jeden z całego rozkładu jazdy) czy "Krew na Mchu", w którym zawarte jest fajne przyspieszenie stające odrobinę w kontraście do głównego, melancholijnego nurtu albumu. I jeszcze jedno, warto wyróżnić nagrane tu covery utworów z repertuaru Katatonii i Agalloch. Gdyby nie język angielski, można by pomyśleć, że to autorskie kawałki Ols, tak misternie zostały wplecione w stylistykę projektu. Podsumowując, tym którzy lubią sobie czasem uciec w folkowe klimaty, i bynajmniej nie mam tu na myśli skocznej przytupanki, jak najbardziej polecam, jest czego posłuchać i w czym się zatracić.
https://www.facebook.com/Olsproject/
https://olsproject.bandcamp.com/releases
https://www.youtube.com/channel/UCCVEuWTByrl_O8GhEtocAyg
wtorek, 6 lutego 2018
Behemoth- And the Forests Dream Eternally/ Damnation- Forbidden Spaces split (Last Epitaph 1997)
Dwa arcypotężne materiały dwóch hord, które w latach 90-tych stanowiły trzon naszej sceny Death i Black Metalu. EP "And the Forests Dream Eternally, nagrany w lipcu 1994 (a wydany rok później przez włoską Entropy) w gdyńskim Warrior Studio (w ciągu dwóch dni) jest dla wielu fanów najlepszym z materiałów "starego" Behemoth, a i zespół bardzo go ceni. Sam Nergal przyznał, że to najważniejszy materiał jaki nagrał z Baalem, swoiste podsumowanie pierwszego etapu w historii zespołu. Na ów materiał składa się pięć kompozycji. Jest tu min. poniewierający swą agresją i atmosferą "Transylvanian Forest", klimatyczny i ponury "Moonspell Rites" (notabene, pierwotnie, taki właśnie tytuł miał nosić niniejszy EP), "Pure Evil and Hate" (z początku wiele osób uważało go za cover jakiegoś mało znanego kawałka Bathory), który był chęcią złożenia hołdu wczesnym dokonaniom Quorthona, czy "Forgotten Empire of Dark Witchcraft"- nagrany przez Nergala samodzielnie od początku do końca, będący podobno eksperymentalną kompozycją. Mimo tego, że był to chwilowo dosyć ciężki okres dla zespołu spowodowany problemami ze składem jak i wewnątrz grupy, zrodziły się nagrania o dosyć niepowtarzalnym brzmieniu, surowym, prymitywnym, ale oddziałującym przede wszystkim na obszar klimatu "And the Forests Dream Eternally". Dosyć zaskakując historię ma też okładka Epki, a może wręcz do bólu prozaiczną. Zdjęcie lasu najzwyczajniej w świecie wzięte zostało z jakiegoś atlasu lasów polskich, wkomponowane w dodatkowe elementy i ot cała filozofia. Na podsumowanie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego przyjaciela Thorn'a (ex North, Neasit)- "Ten materiał idealnie odzwierciedla klimat najlepszych lat w krajowym Black Metalu!". Nic dodać, nic ująć!
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.
niedziela, 4 lutego 2018
Lava Invocator- Mork (Satanath Records/ More Hate Productions 2017)
Nie tak daleko, bo na sąsiedniej Ukrainie, która od kiedy się pamięta Black Metalem stoi, mrok nocy ujrzał w ubiegłym roku debiutancki krążek Lava Invocator, którego muzycy udzielają się także w Def/Light. To z czym mamy do czynienia na "Mork" to nic innego jak kawał wściekłego Black Metalu, urozmaiconego różnymi ciekawymi akcentami. Generalnie Lava Invocator można by polecić zwolennikom Gorgoroth, Black Altar czy nawet Infernal War, bo główny trzon ich kompozycji opiera się na tym samym schemacie co w przypadku wymienionych grup. Ale trzeba pamiętać, że to Ukraina. Poza furią, agresją i wściekłością czystej Black Metalowej sztuki mamy także akcenty melodyjne, klawiszowe, czasem nacechowane odrobiną patosu. Tak jest w tym przypadku. Nie jest tego dużo, ale jednak. Można doszukać się w tej kwestii zabiegów podobnych do tych uskutecznianych przez chociażby stare Dimmu Borgir (no tu akurat Norwegia się kłania) czy kultowe Nokturnal Mortum lub nawet Dub Buk. Najlepszym przykładem jest tu tytułowy "Mork" oraz "Dark Thunder Sky". Na tym cykl akcentów i urozmaiceń się nie kończy, bo w utworze "Totenkampf" zespół pozwolił sobie czmychnąć w jakby Death/ Thrashowe rejony i nieco czystsze linie wokalne. Byłem tym zabiegiem zaskoczony, bo jakby nie było burzy to trochę układ stylistyczny całej płyty, ale w ostatecznym rozrachunku potraktowałem to za odważny krok i zafundowanie sobie przez zespół takiej drobnej odskoczni. W sumie dlaczego nie, tym bardziej, że muzycznie wyszło to bardzo dobrze. Także reasumując na plus.
Na "Mork" nie mamy do czynienia z niczym specjalnie nowym, ale za to mamy powiew świeżości w zakresie utartych już szlaków, no i sporo ognia, siarki i ogólnego, odpowiedniego dla Black Metalu pierdolnięcia. Z czystym sumieniem mogę fanom gatunku polecić.
https://soundcloud.com/lava_invocator
https://satanath.bandcamp.com/
http://satanath.com/
Na "Mork" nie mamy do czynienia z niczym specjalnie nowym, ale za to mamy powiew świeżości w zakresie utartych już szlaków, no i sporo ognia, siarki i ogólnego, odpowiedniego dla Black Metalu pierdolnięcia. Z czystym sumieniem mogę fanom gatunku polecić.
https://soundcloud.com/lava_invocator
https://satanath.bandcamp.com/
http://satanath.com/
sobota, 3 lutego 2018
In The Name of God- We Are the War (Wydanie własne 2017)
Przed zapoznaniem się z najnowszym materiałem In The Name Of God nie miałem jakiś mocno sprecyzowanych oczekiwań. Po odrobinie sampli przed włączeniem sobie płyty wiedziałem, że będzie to przynajmniej dobra porcja Death/ Thrash Metalu. I wcale mocno się w tym nie pomyliłem. Odpalam krążek, a tu uderza we mnie konkretny kawał Szwecji spod znaku odrobinę późniejszego Dismember, dowodzonego prze LG Petrova Entombed A.D. czy Merciless, okraszony domieszką technicznego zacięcia w stylu znanym z wczesnych albumów naszego Decapitated. Taką miksturę można pić i to bez wzdrygania się, a nawet z ochotą na dolewkę. Jest chwytliwie, z odpowiednią dozą ciężaru, solidnymi wokalami (są i thrashowe wrzaski, a i mocarny, niski deathowy wokal, niemal growl) i zmianami temp. Materiał się nie nudzi i nawet wciąga, zwłaszcza te fajne masywne, acz lekko bujające riffy. Nie jest to najlepsze porównanie, bo tu odczucia mogą być różne zależnie od osoby, ale ta płyta w wielu miejscach przywodzi mi na myśl "Massive Killing Capacity" Dismember oraz "Wolverine Blues" Entombed, zwłaszcza w zakresie, nazwijmy to, motoryki. Także podsumowując, "We Are the War" jest materiałem, który faktycznie ma szansę rozpętać jakąś wojnę jeżeli zostanie dostrzeżony przez kogo trzeba, wydawcę z pasją do tematu. Nie trzeba mocno się wsłuchiwać żeby dostrzec tu potencjał, oryginalność i oddanie granej muzie. Trochę wstyd, że swoją trzecią płytę In The Name Of God muszą wydawać własnym sumptem na cd-r. Ten album w pełni zasługuje na profesjonalne, pełne wydanie i bycie dostrzeżonym. Tyle ode mnie. Jak najbardziej ten krążek polecam!
https://www.facebook.com/ITNOGband/
https://www.facebook.com/ITNOGband/
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























