wtorek, 16 maja 2017

Vader- Future of the Past II: Hell in the East (Witching Hour Productions 2015)

Nie jestem i nigdy nie byłem specjalnym zwolennikiem różnego rodzaju tributów i albumów z coverami, niemniej jednak zdarzały się wyjątki jak chociażby w przypadku "Masterpieces" Hammerfall czy "Originators of the Northern Darkness" nagranego w hołdzie Mayhem. Teraz do tej skromnej listy mogę dopisać także drugą część "Future of the Past" Vader, który poświęcony jest przede wszystkim grupom thrash oraz death metalowym z naszego podziemia (poza czeskim Krabathorem) przełomu lat 80tych i 90tych.
Już pierwsze co rzuca się na uszy podczas odsłuchu płyty to fakt, że Vader nie odegrał po prostu tych kawałków, a tchnął w nie swoje własne brzmienie i styl, jednocześnie nie pozbawiając tych utworów ich oryginalnego ducha i wydźwięku. Nabrały nowej jakości i mocy, a co za tym idzie słucha się tego z piekielną przyjemnością i ochotą na więcej. Mi najbardziej podobało się jak załoga Vader zagrała "Ostatniego Diakona" Exorcist, "Sen Schizofrenika' Marikza de Sade oraz "Necromaniac" Thanatos. Co tu dużo mówić, no jest moc i widać, że zespół włożył w te covery mnóstwo pracy i serca, a tak znamienite grupy jakich utwory znalazły się na tym krążku zostały należycie uhonorowane. Tak właśnie należy to robić!
Wydanie takiej płyty ma też swój ważny i zasadniczy plus, zwrócenie uwagi na naszą dawną scenę podziemną i jej zespoły, przypomnienie ich dokonań, dem oraz albumów autentycznie genialnych, a które popadły nieco w zapomnienie. O takich zespołach jak Merciless Death, Exorcist, Slashing Death, Slaughter, Imperator oraz całej reszcie trzeba pamiętać, kultywować ich dziedzictwo bo to istotny i niesamowicie ważny element historii kształtowania się metalowej sztuki w naszym kraju, a takie płyty jak ta przyczyniają się do tego aby tak właśnie było.
Wydawniczo także wyszło solidnie, i poza ciekawą i odnoszącą się do pierwszej części "Future of the Past" grafiką, dostajemy opasły booklet z archiwalnymi zdjęciami i notkami biograficznymi każdego z zespołów których kompozycje znalazły się na płycie. Wszystko dopięte na ostatni guzik i nie ma się do czego przyczepić. Ilekroć słucham i spoglądam na owe wydawnictwo to bardzo się cieszę, że dane mi było dorzucić do jego powstania swoje trzy grosze przyczyniając się dzięki temu do powstania tak wartościowej płyty. Wszystkim, którzy jeszcze nie mieli szansy zapoznać się z tym albumem, szczerze polecam!




piątek, 12 maja 2017

"(...) Płomień Black Metalu bez reszty mną zawładnął, a ja zapragnąłem być częścią tego wszystkiego (...)" - wywiad z Shadow'em (Black Altar, Kriegsgott, Raus!)

1. Witaj Shadow! Z marszu dzięki, że zgodziłeś się poświęcić odrobinę czasu aby odpowiedzieć na garść moich pytań. Jako, że skupiam się na dawnych dziejach to zacznijmy tradycyjnie. Zdradź kiedy to wciągnąłeś się w muzykę metalową i jakie były to inspiracje, które popchnęły Cię do grania, a w końcu założenia Black Altar?

Witaj! Przeszedłem tradycyjną drogą metalowego rozwoju. Około 30 lat temu wysłuchałem w audycji radiowej jakiejś płyty, którą jak się później okazało był album Overkill. Spodobało mi się i następnie sam zacząłem odkrywać nowe zespoły. Kupowałem pirackie kasety (innych wtedy w Polsce nie było) takich zespołów jak Iron Maiden, Metallica, King Diamond. Pamiętam, że przesłuchałem płytę Slayer „Hell Awaits” i poraziła mnie ona swoja ekstremalnością. Następnie przeprowadził się z Nowego Jorku do Polski mój kuzyn metalowiec, który przywiózł ze sobą setki cd i winyli z metalem. Od niego zacząłem przegrywać wszystko na kasety. Pewnego dnia odkryłem u niego kasetę demo Vader „Morbid Reich”, która była pierwszą oryginalną kasetą wydaną w Polsce i pierwszym death metalowym materiałem jaki usłyszałem. Pamiętam, że ponownie zostałem porażony ekstremalnością tej muzyki, a szczególnie wokalami, które brzmiały dla mnie odpychająco. Z czasem jednak zacząłem coraz bardziej wchłaniać coraz to bardziej ekstremalna muzykę death metalową i zespoły jak Morbid Angel, Entombed. Wkrótce potem przeprowadziłem się z rodzicami z Warszawy do Olsztyna, miasta rodzinnego Vader i miałem okazję być w miarę blisko zespołu, od czasu wspomnianej taśmy demo, i mogłem obserwować ich rozwój. Cały czas poszukiwałem czegoś jak najbardziej ekstremalnego, aż w nowym mieście i szkole poznałem wielu nowych fanów metalu. Dzięki nim usłyszałem pierwsze nagrania Samael, Mayhem, Burzum, Celtic Frost. Od tamtego momentu moje zainteresowanie death metalem zaczęło się przesuwać coraz bardziej w stronę Black Metalu. Wkrótce potem miały w Norwegii miejsce powszechnie znane zdarzenia jak morderstwa, podpalania kościołów i płomień Black Metalu bez reszty mną zawładnął, a ja zapragnąłem być częścią tego wszystkiego i założyłem Black Altar.

2. Demo "Na Uroczysku" (1998) to pierwsze kroki Black Altar. Masz jakieś szczególne wspomnienia związane z jego powstawaniem, z czasem spędzonym wtedy w olsztyńskim Selani Studio, jak je oceniasz z perspektywy czasu? Ciekaw jestem, czy jest szansa na wznowienie tych nagrań? Myślę, że sporo osób, które nie posiada oryginalnej kasety, chętnie by się w ten materiał zaopatrzyło.

Był to mój pierwszy kontakt ze studiem. Wszystko było dla mnie totalną nowością i niewiadomą. Nie miałem wtedy praktycznie jeszcze żadnych umiejętności, ani pojęcia o komponowaniu muzyki i robiłem to bardzo intuicyjnie. Dlatego tez debiutanckie demo jest dosyć specyficzne, nierówne, dużo tam zmian tempa, ale jest też bardzo szczere i pełne pasji, ma swój urok. Cały materiał skomponowałem sam na basie i poprosiłem kumpla z sąsiedztwa, żeby nagrał mi gitary. Automat perkusyjny zaprogramował mi Docent z Vader, który był też inżynierem dźwięku na tym materiale. Jako ciekawostkę mogę dodać, że w tym samym czasie w sesji dziennej Behemoth nagrywał tam swoja płytę „Pandemonic Incantations”, także spędziliśmy razem trochę czasu. Nie zamierzam dema nigdy wznawiać, przesłuchałem je ostatnio jeszcze raz i utwierdziłem się w decyzji, że byłaby to raczej duża antyreklama.

3. Co sprawiło, że debiutancki długograj pojawił się dopiero w 2004 roku? Były jakieś konkretne powody, czy po prostu tak się złożyło? Wspominałeś mi kiedyś, że niebawem ma się ukazać reedycja tego krążka, możesz uchylić rąbka tajemnicy jak będzie się ona prezentować, jakieś konkretne zmiany w stosunku do oryginału?

Była to raczej naturalna kolej rzeczy, w miedzy czasie znalazłem stały skład, długo komponowaliśmy, regularnie ćwiczyliśmy nowe utwory i jakoś tyle zeszło. W tamtych czasach tak szybko nie wydawało się debiutanckiej płyty, że np. tak jak teraz, po 2 latach od powstania zespól nagrywa sobie w domu od razu całą płytę zamiast dema i sami ją wydają albo wrzucają do internetu. Wszystko miało swoja określoną kolejność. Płytę zamierzam wznowić w ciągu najbliższego roku z nowym masteringiem i nowa okładką. Nie myślałem jeszcze na żadnymi detalami.

4. Od początku zakładałeś, że Black Altar będzie projektem jednoosobowym/ solowym, czy też może próbowałeś zgromadzić stały skład i koncertować?

Od początku chciałem, żeby był to regularny zespół, chociaż nie myślałem jeszcze na tamtym etapie o koncertach. Jak widać czas pokazał, że nie jest to łatwe zadanie albo ja byłem zbyt wybredny.

5. Powiedz mi jak narodził się pomysł założenia Odium Records, co spowodowało, że podjąłeś taki krok? Jak dobrze pamiętam wydawnictwo powstało już w czasach "Na Uroczysku".

„Od zawsze” chciałem mieć wytwórnię płytową i wiedziałem, że będę się w tym dobrze realizował. Tak jak wspomniałeś doskonałym momentem na rozpoczęcie działalności było wydanie dema „Na Uroczysku”, także wytwórnia istnieje już jakieś 20 lat.

6. Czy masz jakieś osobiste refleksje co do sceny Black Metalowej biorąc pod uwagę jej kondycję kiedy zaczynałeś grać, a obecnie? Są jakieś zespoły, które z jakiś powodów cenisz bardziej niż inne?

Cóż, były to zupełnie inne czasy. Nie było internetu, a co za tym idzie portali społecznościowych, czy pisania mejli. Wszystko odbywało się tradycyjną drogą, pisania listów, przegrywania kaset, czy smarowania znaczków pocztowych mydłem i odsyłania ich nadawcy. Wszystko było bardziej tajemnicze, nowe i niebezpieczne. Od tamtych czasów powstało milion kapel, black metal totalnie się skomercjalizował i zjadł swój ogon. Na szczęście nadal są zespoły które niosą dumnie sztandar dawnych ideałów, czy to nowo powstałe, czy jeszcze te z 2/3 fali black metalu i te oczywiście najbardziej cenię.

7. Black Altar pojawił się w jednej z książek w temacie Black Metalowej sztuki ("Black Metal- Into the Abyss"), które popełnił ostatnimi czasy Dayal Patterson. Jak oceniasz te wydawnictwa i jak Ci się współpracowało z autorem?

Wydawnictwo oceniam bardzo wysoko i było to dla mnie zaszczytem, że autor się do mnie zwrócił i Black Altar znalazł się pośród wielu cenionych i kultowych zespołów. Z autorem współpracowało mi się bardzo dobrze. Przysyłał mi pytanie po pytaniu, aby miało to charakter rozmowy na żywo. Prywatnie się zaprzyjaźniliśmy i jako ciekawostkę dodam, że jego najnowsza książka/magazyn ukazała się razem ze składanką z Odium Records.

8. Wracając ponownie do przeszłości, takie odrobinę osobiste pytanie. Z pewnością byłeś na nie jednym koncercie, czy jakiś konkretny szczególnie zapadł Ci w pamięć? Jak możesz to podziel się odrobiną wspomnień i wrażeń.

Byłem na mnóstwie koncertów i tu w Londynie jestem na jakimś co parę dni. Myślę, że takim koncertem był mój pierwszy duży gig, czyli koncert Slayer w Chorzowie w 1991 roku. To było istne szaleństwo i parę tysięcy ludzi.

9. To by było na tyle, dzięki wielkie, że zgodziłeś się na ten krótki wywiad i podzieliłeś się odrobiną wspomnień i faktów! Wedle utartego zwyczaju, zakończenie zostawiam Tobie.

Ja również dziękuję za ten interesujący wywiad w którym mogłem trochę powspominać stare dzieje. Wkrótce Black Altar uderzy ponownie, bądźcie przygotowani i nieście wysoko Sztandar Śmierci. Hail!


rozmawiał: Przemysław Bukowski

czwartek, 11 maja 2017

Lvcifyre- The Calling Depths (Pulverised Records 2011)

Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat. Jest sporo zespołów, które dalekie są od eksperymentowania, czy szukania nowych środków wyrazu w swojej sztuce, a w to miejsce oddane są tradycyjnym, sprawdzonym formom, a najprościej mówiąc konkretnemu łojeniu dla rogatego. Do takiej grupy można zapisać londyńską ekipę z Lvcifyre. W ich muzyce nie ma miejsca na wyszukane dźwięki, walą ze swoim piekielnym death metalem prosto z mostu i nie biorą jeńców, zostawiając po sobie tylko dym i zgliszcza. Ich debiutancki długograj "The Calling Depths" to nic innego jak ponad 40 minut ognia i siarki wydobywającej się z tej śmierć metalowej maszyny. Każdy jeden utwór to istna kanonada zagłady, która nie zwalnia ani na chwilę przez cały czas trwania albumu. Gęste, tnące riffy i perkusyjna, wypełniona blastami nawałnica to domena tego krążka. Dzieła dopełnia wokal- mocny głęboki growl, oraz klimatyczne, można powiedzieć, że wręcz black metalowe smaczki, jak chociażby intra, nadające tej sztuce pewnego rytualnego, przesyconego mrokiem charakteru. Wystarczy posłuchać sobie otwierającego płytę utworu tytułowego, czy też następującego zaraz po nim "Succubi". No łeb urywa i potem trzeba latać po omacku i go szukać. Fani takich grup jak Immolation, Incantation, Deicide czy Belphegor będą kontent, gwarantuję!
Teraz dosłownie odrobina kwestii czysto wydawniczych. Tak jak udała się fajna, klimatyczna grafika utrzymana w surowych odcieniach czerni i szarości, tak dla mnie totalnie chybionym pomysłem było ładowanie tego w tzw. super jewel box. Pęknie w transporcie czy coś, i potem nie wiadomo co z tym fantem robić. Tego typu opakowania niestety nie leżą w pierwszym lepszym sklepie, przynajmniej ja się z nimi jeszcze nie zetknąłem, także w razie czego ciężko wymienić sobie na nowe.
Kończąc temat, Lvcifyre Ameryki nie odkrywają, idą utartym szlakiem bezkompromisowego, death metalowego grania, i robią to bardzo dobrze. Najlepiej doświadczyć tego można słuchając ich na żywo, jest moc, zniszczenie i wyjątkowy klimat, wiem co mówię bo miałem okazję tego doświadczyć! Także nie pozostaje mi nic innego jak polecać!


wtorek, 9 maja 2017

Mgła- Exercises in Futility (Northern Heritage/ No Solace 2015)

Mgła to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych black metalowych aktów z naszego kraju. Nie będę czarował, trochę czasu zajęło mi zanim ostatecznie przekonałem się do ich twórczości, zanim w pełni ich doceniłem i autentycznie polubiłem. Przede wszystkim za oryginalność, a co za tym idzie własny, rozpoznawalny styl, niesamowicie profesjonalne podejście do wykonywanej sztuki oraz klimat. Może to i lepiej, że ta recenzja pojawia się właśnie teraz, emocje już opadły i nikt nie posądzi mnie o chęć wstrzelenia się w ogólne zachwyty nad ową płytą haha. Chociaż mówiąc szczerze, faktycznie jest się czym zachwycać.
"Exercises in Futility" to już trzeci z kolei krążek Mgły i pokuszę się o stwierdzenie, że najbardziej dojrzały. Nie brakuje na nim dosłownie niczego z czego ten zespół słynie, wszystko jest tu misternie dopracowane zaczynając od samych kompozycji na brzmieniu kończąc. Już podczas pierwszego odsłuchu narzuca się charakterystyczny balans jak został tutaj wprowadzony, wszystkie kompozycje są znakomicie zrównoważone, mamy wolniejsze motywy, które po czasie przekształcają się w ciekawe, a za razem nośne galopady nostalgicznych, majestatycznych, i można nawet powiedzieć, że odrobinę melodyjnych, riffów. Pozornie mogą wydawać się proste i niewyszukane, ale należy zwrócić uwagę jak wiele emocji ze sobą niosą, jaką mają moc zagarniania uwagi. No i ta atmosfera, no do tego to już trzeba mieć talent, a załoga Mgły go niechybnie ma. Każda z kompozycji ma tą drugą głębię, gdzieś spod pasaży gitar, wokalu i perkusji wyłania się duch tej sztuki, jakby oddzielna muzyczna ścieżka budzona wraz z dźwiękiem każdej kolejnej kompozycji. Niby jest w tym wszystkim tęsknota, smutek, marność egzystencji, ale ja słyszę także konkretną moc i siłę jaką ta muzyka ze sobą niesie, słychać to z każdym dźwiękiem już od początku płyty. Nie tak dużo grup parających się black metalem potrafi zawrzeć w swoich dziełach tak nieokiełznaną, emocjonalno- klimatyczną bombę z jaką mamy do czynienia w przypadku niniejszego krążka.
Muszę stwierdzić, że nie będę w swojej opinii specjalnie oryginalny, bo tak jak głosi sporo innych recenzentów, to faktycznie jest album doskonały. Tak, tak właśnie jest i nie ma co do tego wątpliwości. "Exercises in Futility" ma w sobie potencjał i charakter, który sprawia, że dane dzieło ma predyspozycje do tego aby stać się ponadczasowym, zaznaczającym wyraźnie swój ślad na kartach przeobszernej historii metalu. Mgła już zawsze gdzieś tam będzie. Uważam, że ten album jakiejkolwiek rekomendacji nie potrzebuje, ta muzyka broni się sama i, co tu dużo mówić, rządzi!


niedziela, 7 maja 2017

Cultes Des Ghoules- Coven (Under the Sign of Garazel 2016)

Zabierałem się do tej recenzji już od jakiegoś czasu, ale zawsze coś mnie odciągało, a to brak czasu, a to weny, a to nastroju itd. W końcu jednak postanowiłem zasiąść i sumiennie naskrobać o tym dziele kilka słów, podzielić się swoimi wrażeniami.
"Coven, or Evil Ways Instead of Love" (bo tak brzmi pełny tytuł albumu) to płyta oryginalna, ambitna, ale też dosyć niełatwa w odbiorze, wymagająca. Po pierwsze dostajemy bardzo rozbudowany koncept album, całość to nic innego jak muzyczny dramat grozy trwający, uwaga, 100 minut (przez co rozbity na dwa krążki)! Zespół archaiczną angielszczyzną spisał historię przepełnioną wiedźmami, diabłami i wszechobecną aurą zła (fabuły zdradzać nie będę, kto nie słuchał będzie miał dodatkowy powód aby sięgnąć po "Coven..."), którą wspaniale okala niebagatelny black metal zakorzeniony w starej, greckiej szkole tej sztuki. Tym co jest tu najważniejsze to atmosfera. Autentycznie ma się wrażenie przeżywania diabelskiego, teatralnego przedstawienia osadzonego w bliżej nieokreślonych mrokach przeszłości (można pokusić się też o stwierdzenie, że zawarty tu black metal świetnie pasowałby do starych, czarno białych horrorów). Teksty jak i muzyka tworzą tu nierozerwalną całość i nie mogłyby egzystować osobno, to jeden lity organizm. Śmiało można powiedzieć, że dzięki temu płyta wciąga i intryguje, tylko trzeba poświęcić jej sporo czasu i uwagi.
Jedynym, moim zdaniem, zarzutem wobec "Coven..." (i nie jestem w tej opinii sam) jest jego długość. Chwali się rzecz jasna zamysł i rozmach przedsięwzięcia, ale mimo ciekawych, ociekających czernią riffów, różnych smaczków dźwiękowo-instrumentalnych i genialnego, zróżnicowanego wokalu jaki zaprezentował tu Mark of the Devil (wrzaski, szepty, krzyki, upiorne śmiechy, no pełna gama emocji), o klimacie nie wspominając, kompozycje popadają czasem w pewną rutynę generując dłużyzny. W przypadku tego typu albumu rodzi to pewną trudność w odbiorze. Trzeba robić sobie w połowie przerwę i wracać po czasie co nieco psuje rzeczony odbiór i zaciera wytworzony wcześniej nastrój. Na pierwszy odsłuch może być trudna do uchwycenia w całości, a właśnie tak powinno się jej słuchać, bez przerwy, od początku po ostatni dźwięk. Odrobinę może to ułatwić przestrzenność brzmieniowa płyty, która działa tu na korzyść.
Ostatnią już kwestią wartą paru słów jest forma wydania albumu oraz jego szata graficzna. Przyznać trzeba, że zostało to zrobione ze świetnym wyczuciem i kunsztem. Sama grafika z okładki, jaki i zawarty wewnątrz booklet ze spisanymi tekstami każdego z aktów sztuki, zachęca do sięgnięcia po ten materiał, jest swoistym preludium do tego co będzie dane nam usłyszeć. Całość jest podana w formie 2-płytowego, solidnego digibooka. No lepiej nie można było tego zrobić, także brawa dla wydawcy.
Co się tyczy podsumowania to mogę powiedzieć jedno. Jest to album niewątpliwie godny polecenia, aczkolwiek wymagający i nie każdemu od razu przypadnie do gustu. Mimo to warto dać mu szansę, a wtedy w pełni otworzy swe podwoje przed słuchaczem oferując to co w jego niszy najlepsze.


czwartek, 4 maja 2017

Decapitated- Winds of Creation (Wicked World/ Koch International 2000)

Jedna z naszych nieodżałowanych death metalowych potęg (sorry, i z całym szacunkiem, ale obecne oblicze Decapitated to już niestety nie to samo). Debiut formacji z Krosna był niczym świeży powiew, był którymś już z kolei dowodem jak ogromny potencjał drzemał i nadal drzemie w naszej rodzimej, metalowej scenie. Można powiedzieć śmiało, że "Winds of Creation" to jeden najbardziej okazałych i obiecujących debiutów jakie się w tamtych latach ukazały. Wtedy była moc, i jest nadal gdy wraca się do tego krążka.
Na "Winds of Creation" młoda załoga Decapitated (najstarsi członkowie mieli wtedy po 19 lat- Vogg i Sauron) precyzyjnie odegrała techniczną, brutalną death metalową sztukę w której słychać inspirację takimi tuzami gatunku jak Cannibal Corpse, Morbid Angel, Deicide czy Vader (notabene Peter był producentem płyty, a Docent pomógł chłopakom przy nagłośnieniu perkusji). Rzecz jasna nie ma tu jakiekolwiek mowy o bezczelnym zrzynaniu od wspomnianych grup, mimo lekko vaderowskiego klimatu (no ale wiadomo dlaczego). Decapitated korzystając z bogatego dorobku klasyki śmierć metalu tchnęło do życia swoją własną sztukę zagraną z niesamowitą precyzją, wyczuciem, pasją i lekkością, jakby ta muzyka samoczynnie z nich wypływała. Na tym albumie wszystko chodzi jak w misternie skonstruowanej maszynie, czuć tą perfekcyjną spójność i niemal idealne brzmienie. Kompozycje są przemyślane i nie znajdziecie tu ani jednego zbytecznego elementu. Umiejętności techniczne każdego z członków zespołu to światowy poziom, solówki i riffy Vogga oraz perkusja Vitka to klasa sama w sobie. Znakomity, głęboki growl Saurona i bas Martina wcale nie pozostają w tyle dopełniając dzieła. Można powiedzieć death metalowy dream team. Wystarczy posłuchać takich śmiercionośnych strzałów jak znane już z dem "The First Damned" oraz "The Eye of Horus", cholernie nośnego "Nine Steps" czy otwierającej płytę kanonady tytułowej "Winds of Creation" aby przekonać się jaka to była bestia i jaki nietuzinkowy talent (nawet odegrany na koniec hołd dla Slayer w postaci "Mandatory Suicide" pokazuje, że sroce spod ogona to oni nie wypadli!). Nie ma dziwota, że z marszu zainteresowało się nimi Earache.
Pierwszy, pełny krążek Decapitated to dzieło skończone i wciąż jaśniejący punkt na death metalowej mapie Polski. Wielka szkoda, że wydarzenia sprzed lat zaprzepaściły drogę tej znakomitej grupy do autentycznej wielkości. "Winds of Creation" to mocarny i konkretny wstęp do klasycznej twórczości zespołu i znaczący death metalowy monument. Mus znać!

wtorek, 2 maja 2017

Deus Mortem- Emanations of the Black Light (Strych Promotions 2013)

Co jak co, ale scenę black metalową to mamy prężną i jedną z lepszych na świecie. Serio, mamy z czego być dumni. Właśnie jednym z takich powodów do rzeczonej dumy może być chociażby Deus Mortem. To co wyczyniają panowie Necrosodom i Inferno na debiutanckim krążku to światowa liga i mistrzostwo w swoim stylu. Mamy tu nie tylko ogromny hołd złożony starej szkole tego typu grania, ale także świeży powiew nowej- starej jakości, oraz autentyczne oddanie obranej drodze. "Emanations of the Black Light" to siedem hymnów ku chwale ciemności, emanujących tym co w black metalowej sztuce najlepsze. Mamy konkretną, piekielną kanonadę, a zarazem klimatyczne zwolnienia, niesamowitą, mistyczną atmosferę, a także popis kompozytorskiego i instrumentalnego kunsztu. Płyta nie ma prawa się nudzić, nie jest to od początku do końca tylko niemiłosierne łojenie (mimo tego, że to właśnie te galopady z piekła rodem to silnik napędowy tej zabójczej maszyny), jest sporo zmian tempa oraz nastroju, oraz miejsce na naprawdę genialne solówki. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu gitarowy pasaż z "Ceremony of Reversion p.1", który bardzo mocno nawiązuje do starego Bathory, a konkretnie do utworu "Enter the Eternal Fire" z trzeciej płyty Quorthona (przynajmniej ja od razu z tym skojarzyłem). Skoro już jesteśmy przy inspiracjach to daje się odczuć, i to przez cały czas trwania albumu, że spore piętno odcisnął tu nieśmiertelny klasyk z dyskografii Mayhem, czyli "De Mysteriis Dom Sathanas". Można znaleźć sporo wspólnych mianowników obu tych wydawnictw, zwłaszcza w strukturach utworów. album zaraża swoją aurą i precyzyjną spójnością, wciąga niczym próżnia. To z pewnością jedna z ważniejszych płyt w temacie jakie powstały w naszym kraju ostatnimi czasy.
Mimo faktu, że album ukazał się dopiero po trzech latach od jego nagrania, sztuka na nim zawarta była i jest wciąż aktualna i inspirująca. Pokazuje, a także udowadnia, że rasowe black metalowe, ale i generalnie metalowe, granie wciąż nie powiedziało ostatniego słowa, wciąż pisze coraz to nowy rozdział tej niekończącej się opowieści mroku i ognia. Obok "Emanations of the Black Light" po prostu nie można, a nawet nie wolno przejść obojętnie. Deus Mortem pokazało, iż jest niesamowicie obiecującą grupa, która z pewnością jeszcze nie raz zaskoczy i ponownie uraczy nas materiałem, który ciśnie niejednego słuchacza o glebę, także nic tylko wyczekiwać kolejnego długograja.