Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Metal. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2021

Slavland - Stal biała, krew czerwona (Eastside 2020)

Moje pierwsze zetknięcie z twórczością Slavland to jeszcze czasy szkolne. Pierwszą płytą, jaką usłyszałem, i jaką Belzagor nagrał pod tym szyldem, były "Szepty Starych Dębów", potem sięgnąłem po wcześniejszy materiał "Gęstwiny Dróg Zapomnienia". Były to oczywiście materiały silnie pagan/folk metalowe, ale wciąż zawierające w sobie sporą dawkę black metalu, a wokal Belzagora nacechowany był złowieszczością, miał wręcz wampiryczny charakter. Perkusja była chyba zrobiona komputerowo, tego dokładnie nie pamiętam. W każdym razie płyty wyróżniała surowość i jeszcze swoją estetyką mocno osadzone były w latach 90. Nie przypominam sobie, abym potem czegoś jeszcze od Slavland słuchał. Teraz, po latach, znów wracam do katalogu Eastside i natrafiam na nową płytę rzeczonego zespołu. Nie powiem, ciekaw byłem, jak ta muzyka zmieniła się przez lata, czy w ogóle i co tam nowego Belzagor stworzył. No i miłe zaskoczenie. Nadal jest to w sporej części estetyka, którą zapamiętałem. Fajne riffy, dużo porywających folkowych wstawek, z których Slavland zawsze słynął. Perkusja już tak nie klika i zdaje się, że jest to już żywy instrument, a nie komputer, jest o wiele lepsze brzmienie i, co ważne, mamy tu już w pełni dojrzały i wyrobiony przez lata wokal i przejrzyste kompozycje, nie ma już tego brudu. Nie mając kontaktu z muzyką Slavland od czasów "Szeptów Starych Dębów", progres jest niesamowity, widać różnicę i całą tę twórczą drogę, jaką Belzagor pokonał przez lata. Utwór "Na Tatary" mógłby swobodnie znaleźć się w repertuarze rosyjskiej Arkony, to już naprawdę granie na konkretnym poziomie. Może to nie ten pułap produkcyjny, ale kompozytorski jak najbardziej. Co ważne, przy pracy nad "Stal biała, krew czerwona" sięgnięto do starych tekstów i pieśni polskich i litewskich. Taki na przykład "1672" pochodzi z "Pieśni Ludu" zebranych niegdyś przez Zygmunta Glogera. To lekko balladyzujący folkowy utwór, który rozbrzmiewał niegdyś zapewne w żołnierskich stanicach, gdzieś na odległym Podolu. Niniejszy album jest dziełem niemal perfekcyjnie obrazującym podziemny pagan folk metal i dowodem na to, że Slavland ma się dobrze, a jego twórczość z biegiem lat staje się tylko lepsza. Płytę mogę śmiało polecić wszystkim, którzy znają i lubią takie zespoły jak Biały Viteź, Nów, Venedae, Piorun czy Temnozor.


English translation:

My first contact with Slavland's work goes back to school days. The first album that I heard and that Belzagor recorded under this name was "Szepty Starych Dębów", then I reached for the earlier material "Gęstwiny Dróg Zapomienia". They were obviously strongly pagan/folk metal materials, but still containing a large dose of black metal. Belzagor's vocals had ominous, almost vampiric character. Percussion was probably computer-made, I don't remember for sure. Anyway, the albums were distinguished by austerity and their aesthetics were firmly rooted in the 90s. I don't remember listening to anything else from Slavland. Now, years later, I go back to the Eastside catalog again and come across a new album from this band. I can't say, I was curious how this music has changed over the years, and what new Belzagor has created. And a pleasant surprise. It's still a lot from the aesthetics I remember. Cool riffs, lots of ravishing folk elements that Slavland has always been famous for. The percussion does not click so much and it seems that it is a living instrument, not a computer, it has a much better sound and, importantly, we already have fully mature and developed vocals and transparent compositions here, there is no more dirt. Having no contact with Slavland's music since "Szepty Starych Dębów", the progress is amazing, you can see the difference and all the creative path that Belzagor has traveled over the years. The song "Na Tatary" could easily be included in the repertoire of the Russian Arkona, it is really a serious level of performance. Maybe it's not in the case of production, but the composition for sure. What is worth mentioning, while working on "Stal biała, krew czerwona", old Polish and Lithuanian texts and lyrics were used. For example, such "1672" comes from "Pieśni Ludu" once collected by Zygmunt Gloger. It is a slightly balladizing folk song that used to be sung probably in military forts, somewhere in the distant Podole. This album is a work that almost perfectly depicts the underground pagan folk metal and proves that Slavland is doing well, and that its work only gets better over the years. I can confidently recommend the album to everyone who knows and likes bands such as Biały Viteź, Nów, Venedae, Piorun or Temnozor.



wtorek, 14 lipca 2020

Moonthoth - Zmora (Wolfspell Records 2020)

Historia Moonthoth sięga niemal roku 2000, kiedy to grupa powstała pod nazwą Nigra Missa. Po pewnym czasie przekształciła się w projekt jednoosobowy pod nazwą Moonthoth. Po wydaniu kilku dem zespół zniknął na dziesięć lat z polskiej sceny. W 2020 powrócił ze swoim pierwszym pełnym albumem. Muzyka Moonthoth to przede wszystkim Black Metal, ale oscylujący wokół wielu inspiracji, korzystający z wielu rozwiązań. Nocturnal, stojący za całością twórczą Moonthoth, przedstawił na "Zmorze" nie tylko pogańskie oblicze tej sztuki (w większości za sprawą tekstów opartych na demonologii i mitologii słowiańskiej), ale również odniósł się do wielu oblicz Black Metalu, jakie kształtowały się przez lata trwania sceny. Jest tu nieznaczna epickość w stylu Summoning czy Caladan Brood, symfonika i odrobina melodyjności reprezentowanej przez stare Limbonic Art (jest tego mniej niż na demach, ale wciąż da się te wpływy zauważyć), odrobina surowości i nacisku na partię gitar w stylu, jaki były widoczny chociażby na pierwszych płytach Burzum, kończąc na folkowych elementach znanych z "Bergtatt" oraz "Kveldssanger" Ulver. Warto też zaznaczyć, że jest to pierwszy materiał Moonthoth w języku polskim. Jednym słowem: nie sposób się tu nudzić.
Uważam, że "Zmora" spełniła swoje zadanie jako powrót Moonthoth na scenę oraz przypomnienie o tym zespole. Sprawdziła się również jako debiut. Album kipi od pomysłów, jest świeży i wciągający. Prowadzi słuchacza różnymi ścieżkami. Nocturnal umiejętnie korzysta z dobrodziejstw, jakie oferuje Black Metal, tworząc dzieło mające szansę odbić się echem na podziemnej scenie. Ja bym sobie tego życzył, ta płyta na to zasługuje. 

https://moonthoth.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/MoonthothBand/
https://wolfspell.pl/

English translation:

The history of Moonthoth dates back to almost 2000, when the group was formed under the name Nigra Missa. After some time it evolved into a one-man project and changed the name to Moonthoth. After releasing several demos, the band disappeared from the Polish scene for ten years. In 2020 it returned with its first full-length album. Music of Moonthoth is primarily Black Metal, but oscillating around many inspirations, using many solutions. Nocturnal, who stands behind the creative whole of the project, presented not only the pagan face of this art on "Zmora" (mostly due to lyrics based on Slavic demonology and mythology), but also referred to many faces of Black Metal that have evolved over the years. There is a slight epicness in the style of Summoning or Caladan Brood, a symphony and a bit of melody represented by old Limbonic Art (there is less of it than on demos, but you can still see these influences), a bit of austerity and emphasis on the guitar part in the style that was visible e.g. on the first Burzum records, ending with folk elements known from "Bergtatt" and "Kveldssanger" by Ulver. It is also worth noticing that this is the first Moonthoth material in Polish. In a word, you can't get bored here.
I think "Zmora" did its job as Moonthoth's return to the scene and as a reminder of this band. But also as a debut. The album is full of ideas, it is fresh and addictive. Guides the listener through different paths. Nocturnal skillfully uses the benefits of Black Metal, creating a work that has a chance to make its mark on the underground scene. I would really like the things to go that way, this album deserves it.




niedziela, 18 sierpnia 2019

In the Woods - A Return to the Isle of Men (Karmageddon Media 2005)

In the Woods... Jeden z tych norweskich zespołów, które w ramach Black Metalowej sztuki weszły w rejony Pogaństwa, tematyki związanej z mitami, pięknem i tajemniczością natury. Wraz z takimi grupami jak Fleurety oraz Ulver wiedli w tej kwestii prym w połowie lat 90-tych, przechodząc później w inne muzyczne rejony, porzucając w sporym stopniu Black Metalowe granie, jakie towarzyszyło im na początku.
"Isle of Men" to drugie demo In the Woods, wypuszczone przez zespół w tym samym co pierwsze, 1993 roku. Zespół przedstawił tu oryginalny, surowy BM z echami folku, ambientu oraz innych gatunków Metalu. W tamtym czasie było to na norweskiej scenie novum - no może z wyjątkiem Enslaved oraz Helheim, które silnie nawiązywały do nordyckiej mitologii i kultury, ale były odrobinę mniej zróżnicowane kompozycyjnie niż omawiana grupa. Do tych drugich In the Woods było bardzo podobne, jeżeli chodzi o barwę i manierę wokalną - zajadły, wyraźny, wrzaskliwy wokal. Z taką różnicą że, i tu można nawiązać do Ulver, obecne były również na demie czyste wokale, recytacje. "Isle of Men", jak na demo, mogło pochwalić się całkiem niezłym brzmieniem. Oferowało Black Metal wciąż mroczny i surowy, jednakże kreujący już nie diabelskie, a nostalgiczne, naznaczone piętnem przeszłości pejzaże. Pełne zarazem skrytego majestatu, jak  i posępności. Wszystko to okolone pogańskim pierwiastkiem. W muzyce In the Woods przewijały się również elementy Doom Metalu/ Death Metalu (chociażby w "Creations of an Ancient Shape") oraz znaczne wykorzystanie potencjału, jakie dawały klawisze, zarówno w budowaniu klimatu, jak i nadawaniu utworom przestrzenności.
W ramach ciekawostki warto wspomnieć, iż zespół nie posiada żadnych zdjęć z czasów demówek i pierwszej płyty. Zawsze słali do zinów w ramach promocji zdjęcia lasów, skandynawskiej przyrody, co podobno irytowało nieco autorów pism. To w sumie sporo mówi o zespole i jego twórczości.
"Isle of Men" z całą pewnością było w swoim czasie demem mocno się wyróżniającym i mającym znaczący wpływ na rozwijającą się scenę i wykorzystywanie nowych rozwiązań w ramach Black Metalu, czy po prostu ekstremalnego grania. O czym warto wspomnieć to fakt, iż In the Woods było pierwszym zespołem, który zaczął używać terminu "Pagan Metal" w odniesieniu do swojej twórczości. "Isle of Men" to materiał, który zestarzał się bardzo dobrze i wciąż można czerpać sporo satysfakcji z obcowania z nim. Jak dla mnie to jedno z lepszych dem, jakie wydała na świat norweska scena.
Pisząc niniejszy tekst, bazowałem na reedycji zatytułowanej "A Return to the Isle of Men", wydanej przez Karmageddon Media w 2005 roku, zawierającej, poza oryginalnym demem, 3 dodatkowe, niepublikowane wcześniej utwory. Ta konkretna reedycja była jeszcze później wznawiana przez Hammerheart Records.

English version:

In the Woods ... One of those Norwegian bands that, as a part of Black Metal art, entered the areas of Paganism, topics related to myths, beauty and mystery of nature. Together with groups such as Fleurety and Ulver, they took the lead in this aesthetics in the mid-90s, later moving to other musical directions, largely abandoning the Black Metal that accompanied them at the beginning.
"Isle of Men" is the second demo of In the Woods, released by the band in the same year as the first, 1993. The band presented here an original, raw BM with echoes of folk, ambient and other genres of Metal. At that time it was a novelty on the Norwegian scene - except for maybe Enslaved and Helheim, which strongly referred to Norse mythology and culture, but were slightly less diverse in composition than the group mentioned. In comparison to Helheim, In the Woods was very similar in terms of timbre and vocal manner - a fierce, clear, screaming one. With such a difference that, and here you can refer to Ulver, clean vocals and recitations were also present on the demo. "Isle of Men", as for a demo, has a pretty good sound. It offered Black Metal still dark and raw, but creating no more devilish, but nostalgic atmosphere, marked by the landscapes of the past. Full of hidden majesty and gloom. All this is surrounded by a pagan element. The music of In the Woods also featured elements of Doom Metal / Death Metal (for ex. "Creations of an Ancient Shape") and significant use of the potential offered by the keyboards, both in building the climate and giving the spaciousness to the compositions.
As a curiosity, it is worth mentioning that the band does not have any photos from the time of their demos and the first album. They always sent photos of forests, Scandinavian nature to zines and promotion, which apparently irritated some of the writers. That says a lot about the band and their art.
"Isle of Men" certainly was, in its time, a demo that stood out strongly and had a significant impact on the development of the scene and the use of new solutions as a part of Black Metal, or simply extreme stuff. What is worth mentioning, is the fact that In the Woods was the first band to use the term "Pagan Metal" in reference to their work. "Isle of Men" is a material that has aged very well and you can still enjoy it a lot. For me, it's one of the best demos the Norwegian scene has given birth to.
When writing this text, I was basing on the reissue entitled "A Return to the Isle of Men", published by Karmageddon Media in 2005, containing, in addition to the original demo, 3 bonus, unpublished songs. This particular version was later reissued by Hammerheart Records.


poniedziałek, 25 marca 2019

Abusiveness- Ignis Aurum Probat (Heritage Recordings 2019)

Pierwszy naprawdę potężny, płytowy strzał tego roku- najnowszy album od naszego rodzimego Abusiveness! Zespół ewidentnie stanął na wysokości zadania, bo wena twórcza wylewa się z każdym dźwiękiem. Powstała naprawdę potężna Pagan Black Metalowa płyta! Podniosła, pełna majestatu, masywna brzmieniowo, miejscami mam wrażenie podlana nawet Death Metalową agresją. Z drugiej strony, nie brakuje tu też nostalgicznych nastrojowych momentów. Piękny przykład to kompozycja tytułowa, która w całości koresponduje z folkowym graniem. wszystko to sprawia, że takie typy jak ja chłonąć będą tę płytę bez popity hehe. Dające się zapamiętać rozpędzone, gitarowe riffy, wstawki (sprawdźcie sobie "Natura Pierwotna", tam się dzieje!), no i teksty. Tu też chłopaki odwalili kawał dobrej roboty. Kawał świetnej, Pogańskiej sztuki!
Jakbym miał wymienić swoje faworyty z albumu to z pewnością byłby to wspomniany już "Natura Pierwotna", "Kowal Dziejów" (miejscami kłania się tu Bathory z czasów "Hammerheart" i "Twilight of the Gods") oraz "Wyzwolenie". Tych numerów po przesłuchaniu płyty nie da się zapomnieć. Pierwszych dwóch z nich za muzyczny kunszt (riffy, melodie, różne poboczne smaczki), natomiast trzeciego w wymienionych za tekst, a zwłaszcza refren. Posłuchacie to będziecie wiedzieli o czym mówię.
Podsumowując, na pewno najnowszy krążek Abusiveness skierowany jest do fanów takich ekip jak North, Bathory właśnie czy Sauron, ale i fani takiego na przykład Gorgoroth też znajdą tu coś dla siebie, bo i solidnych Black Metalowych elementów tu nie brakuje. Tak w ramach nawiązania, w utworze "Wyzwolenie" w pewnym momencie słychać bardzo podobny patent, który możecie znaleźć w "Profetens Apenbaring". Złapiecie temat w lot. Płytę polecam totalnie wszystkim! Takim dziełom nie wolno przejść bez echa, nie wolno pozwolić aby przemknęły ledwo zauważone. Tu jest pasja, serce i wyczucie! Gratulacje dla Abusiveness za tak kapitalny, wciągający album, a dla Heritage Recordings szacun za wydanie!

https://heritagerex.bigcartel.com/


sobota, 19 stycznia 2019

Forest Whispers- Arkany Zniewolenia (Fallen Temple 2019)

Trzeci długograj ekipy z Forest Whispers i pierwszy materiał z nowego 2019 roku jaki do mnie trafił. Muszę powiedzieć, że chłopaki trochę mnie zaskoczyli, bo odeszli na tej płycie od klimatów bliskich Ulver, Immortal, czy starego Behemoth, na rzecz nieco intensywniejszych brzmień. Bardzo dużo tu nawiązań do nieco starszych płyt Gorgoroth, Enslaved, a z drugiej strony jest to zbalansowane melodyjnymi solówkami i odrobiną przestrzennych riffów jakie można usłyszeć chociażby u Czechów z Cult of Fire. Co jakiś czas możemy tu usłyszeć również jakieś nostalgiczne akustyki w stylu tych z poprzednich materiałów, czy elementy charakterystyczne dla tzw. Pagan Metalu- mowa tu o wolniejszych riffach o charakterystycznym dla tego stylu zabarwieniu. Jeżeli kojarzycie ostatnie dokonania Graveland, czy stare płyty Venedae lub Nów to wiecie w o czym mowa. Wszystkie te elementy przeplatają się, przenikają wzajemnie co sprawia, że płyta jest dynamiczna i nieszablonowa. Nie nudzi słuchacza ani przez minutę.
Podoba mi się fakt, że Forest Whispers się nie powtarzają i z każdą płytą serwują jakieś nowe elementy, nowe inspiracje w ramach wybranej formuły, zespół się rozwija i nie daje się wrzucić do jednego konkretnego worka w ramach Black Metalowej stylistyki. ewidentnie jest tu czego posłuchać i myślę, że płytka zbierze spore grono usatysfakcjonowanych odbiorców.
Oddzielna bajka to grafika. Po raz kolejny autorem jest Aleksander Kowalczyk (notabene drugie wiosło w zespole) i po raz kolejny efekt bdb, tyle, że już z drobną zmianą estetyki. Już nie mamy na okładce dzieła Forest Whispers kolejnej interpretacji jakiś lasów, czy innych chaszczy, a działa bluźniercze i obrazoburcze. Podoba mi się zwłaszcza tylna okładka, która zdobiła singiel "Likantropia". Tutaj chylę czoła i brawa biję!
Tak na koniec jeszcze, trzeci długograj Forest Whispers to również ich dwa pierwsze koncerty. Zajrzyjcie na ich stronę, tam znajdziecie wszelkie szczegóły. Tymczasem zgarniajcie płytkę od zespołu lub z Fallen Temple i słuchajcie!

https://www.facebook.com/ForestWhispers/
https://forestwhispers.bandcamp.com/music
https://www.facebook.com/fallentemple666/


czwartek, 11 października 2018

Varmia- W Ciele Nie (Pagan Records 2018)

Dla mnie osobiście drugi krążek olsztyńskiej Varmii, jak i sam zespół, jest swoistym objawieniem naszej sceny, świeżym spojrzeniem na hybrydę Pagan i Black Metalu. Już na "Z Mar Twych" się działo. Grupa zaproponowała kapitalną mieszankę ostrych, mocnych brzmień okraszonych akustycznymi elementami, folkowym sznytem i sporą dawką klimatu. "W Ciele Nie" to kolejny krok w głąb tej estetyki, ale jest jeszcze intensywniej, soczyściej, elementy charakterystyczne zespołu zostały tu jeszcze mocniej podkreślone. Z jednej strony mamy tą Black Metalową nawałnicę ze świetnymi gęstymi riffami (jest w tym nawet odrobina melodyjności), a z drugiej folkowe, pogańskie echa (rogi, bębny) i te kapitalne, wyśpiewywane na przemian czystym i wykrzyczanym wokalem chórki. Ileż majestatu nadaje ten zabieg, jeszcze nigdy nie spotkałem się na żadnej płycie z takim tego efektem jak właśnie u Varmii. Każdy kawałek brzmi potężnie. Materiał urozmaicony jest dodatkowo okazjonalnymi zmianami tempa, przejściami z odrobinę wolniejszych motywów do wspomnianych intensywnych pełnych furii galopad jak chociażby w "Stygma Ziemi". Mamy też "Czeremchę", którą pozwolę sobie nazwać balladą. Utwór utrzymany jest w stylu tego co Ulver zrobił niegdyś na całym albumie "Kveldssanger". Jest to w pełni akustyczna, folkowa kompozycja o bardzo nostalgicznym, lekko posępnym klimacie. Piękny przerywnik między kolejną dawką intensywnych brzmień. Moimi osobistymi faworytami na płycie są otwierający wydawnictwo "Tawe" oraz "Ni Ya", dla mnie są kwintesencją tego co słyszymy na tym albumie. Łączą w sobie wszystkie jego wyróżniające cechy i są swoistą wizytówką stylu Varmii. Co ciekawe płyta, a konkretnie partie gitar, basu i perkusji, nagrana został na setkę, i to nie w żadnym studiu, a w stodole. Natomiast wokale i instrumenty folkowe, również na żywca, w leśnej scenerii. Trzeba przyznać, że zabieg nietuzinkowy, ale da się odczuć jego efekt. Mam wrażenie, że dzięki takiemu zagraniu album zyskał jeszcze więcej na swoim ładunki energii i emocji.
Podsumowując, "W Ciele Nie" jasno mówi, że mamy już do czynienia z zespołem dojrzałym, świadomym, pewnym swej drogi, a co najważniejsze oryginalnym. Nic tylko słuchać, polecać i czekać na kolejny materiał! I jeszcze jedno, płyta na 100% znajdzie się w mojej pierwszej trójce płyt roku, absolutnie na to zasługuje.

https://www.facebook.com/varmiaband/
https://varmiaband.bandcamp.com/


wtorek, 2 października 2018

Temnolesie- Legends (GrimmDistribution/ Satanath Records 2017)

Coś dla fanów rosyjskiej Arkony (min. dlatego ten materiał mnie zainteresował), Kalevali, Temnozor, Percival i pochodnych, czyli zastrzyk Pagan/ Folk metalowych brzmień. "Legends" to pierwszy krążek rosyjskiego Temnolesie (czyli Mrocznego Lasu) na ich muzycznej ścieżce i... do Arkony to im daleko niestety. W takim zestawieniu wypadają bardzo blado, żeby nie powiedzieć kiepsko. Niemniej jednak ich muzyka sama w sobie zła nie jest. Gdyby tu nie robić żadnych porównań, to zespół całkiem nie najgorzej się broni. To przyzwoity Pagan/ Folk z elementami Black Metalu (trochę to na wyrost, ale warstwa wokalna nieco do tego predysponuje). Jest trochę dobrych riffów, ciekawych solówek, akcentów w postaci żeńskiego wokalu i sporej dawki klawiszowych elementów, które przydałoby się zbalansować równie konkretną dawką instrumentów folkowych czego właśnie mi tu trochę zabrakło. Widać, że zespół pomysł na siebie ma, ale jeszcze badają grunt, a sam materiał, mimo potencjału, nie jest jeszcze do końca dopracowany. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Przeszkadza mi tu odrobinę suche brzmienie gitar. Zespół bardziej akcentuje folkową stronę swojej twórczości i tutaj słyszałbym bardziej dopracowane wiosła, niż takie którym bliżej do cięższych, bardziej ekstremalnych brzmień. Więcej albumowi "Legends" niczego nie zarzucę. Płyta, jakby nie było, potrafiła zatrzymać moją uwagę na dłuższą chwilę. Ciekawi mnie co zespół zrobi na kolejnej płycie, w którą stronę pójdzie, bo jest w ich grze trochę oryginalnych motywów, czy wykreuje swój własny, charakterystyczny styl. Podstawy ku temu są i liczę niebawem z ich strony, na już konkretnie absorbującą płytę.

https://grimmdistribution.bandcamp.com/
http://satanath.com/
http://temnolesie.ru/


sobota, 29 września 2018

Venedae- Siedem Kamiennych Oblicz (Eastside 2002)

Jedna z pierwszych płyt, która tak na dobrą sprawę wprowadziła mnie w Pogańską tematykę i estetykę w metalu. Ten album bytowskiego Venedae towarzyszy mi nieprzerwanie już od jakiś 15-16 lat. Sentyment jaki mam do tego materiału jest niegasnący. Zetknąłem się z nim będąc jeszcze w szkole gimnazjalnej, w momencie kiedy z bardziej ekstremalnymi brzmieniami w metalu czy z podziemiem w ogóle nie miałem styczności, a jeżeli już to bardzo niewielką, wręcz marginalną. W tamtym czasie spotkałem się po raz pierwszy z takimi grupami jak Nokturnal Mortum, Dub Buk, Temnozor, Graveland, ale to jeszcze wtedy nie była moja muza. Musiały minąć jeszcze ze 2 lata zanim ostatecznie zatopiłem się w tych brzmieniach. No, ale na bok te mniej istotne wspominki i do rzeczy. "Siedem Kamiennych Oblicz" (tak, wiem, że tytuł jest z błędem, ale trzymam się już tego co zostało wydrukowane) poznałem dzięki koledze z klasy (dzięki Piotrze!), który przytargał ten cd do szkoły, aby puszczać w radiowęźle (możecie nie wierzyć, ale tak właśnie było, z głośników na korytarzu wydobywał się kawałek "Gniazdo"). Będąc wtedy jeszcze na etapie Black Sabbath, AC/DC, Metalliki, Maidenów nie do końca byłem do tego grania przekonany, no ale ziarno zostało zasiane i później już sam po nią sięgnąłem i katowałem ile wlezie.
Na tej płycie wszystko się zazębia. Świetny klimat, chwytliwe riffy i dające się zapamiętać melodie, akustyczne przerywniki, budujące atmosferę spowolonienia, no i teksty... Tak, wrzynają się w pamięć tak mocno, że po paru odsłuchach zna się je na pamięć. Warto wspomnieć, że na płytce udzielił się Rob Darken z Graveland nagrywając instrumentalną/ samplowo- klawiszową wstawkę w "Na Ośnieżonych Polach Bitewnych...". Nie uwzględniony jest również w trackliście cover Graveland "For Pagan and Heretic's Blood" na którym Wened zabrzmiał wokalnie prawie jak sam Darken.
Dla mnie osobiście "Siedem Kamiennych Oblicz" ma bardzo nostalgiczny charakter, nie dość, że to masa wspomnień to jeszcze jedna z płyt, która otworzyła przede mną niegdyś drzwi podziemnej sceny i przedstawiła Pogańskiemu pierwiastkowi w metalowej sztuce, który to do tej pory jest mi bardzo bliski. Wielu powie pewnie, że w tej płycie nie ma nic specjalnie rewelacyjnego, że muzycznie sporo może jej brakować (obiektywnie rzecz biorąc tak jest), ja natomiast nie potrafię jej ocenić inaczej jak tylko mocno subiektywnie. Podobało mi się to granie kilkanaście lat temu i wciąż się podoba, mimo swojej prostoty. Ten album był, jest i będzie dla mnie dziełem pod wieloma względami wyjątkowym.


piątek, 7 września 2018

Arkona- Khram (Napalm Records 2018)

Ostatnio dotarł do mnie najnowszy krążek rosyjskiej Arkony, zespołu który jest ścisłą czołówką jeżeli chodzi Pagan/ Folkowe granie w zakresie metalowej sztuki. "Khram" to już 9, studyjne dzieło grupy i drugie, które poniekąd rozpoczyna nowy rozdział w twórczości zespołu, nie diametralny, ale jednak. Przynajmniej ja to tak odbieram. Wtajemniczeni wiedzą, że poprzedni materiał, "Yav", był dziełem bardzo mrocznym, posępnym, a w kwestii samego grania miejscami nawet powiedziałbym progresywnym. Długie utwory, częste zmiany tempa, różne ciekawe wstawki, recytacje. Jednym słowem nieco zawile, ale na bogato. Nie był to album tak łatwo przyswajalny jak niemal każdy poprzedni. Nie było na nim ani jednej ballady, czy przytupanek w stylu "Yarilo" czy "Stenka na Stenku". Już po pierwszym przesłuchaniu "Khram" było jasne, że będzie to płyta kontynuująca przyjęty na "Yav" kierunek. Jest tutaj nieco więcej żywszych momentów ("Shtorm", "V Pogonie Za Beloj Ten'yu"), majestatycznych (słuchając takiego "Rebionok Bez Imieni" przypomniał mi się trochę "They Rode On" Watain), ale klimat i struktura płyty jest niemal ta sama, z taką różnicą, że "Khram", jak sam tytuł wskazuje, ma sporo elementów szamańskich, rytualnych (jeszcze bardziej oznajmiających swą obecność w stosunku do poprzedniczki), wiele motywów z inkantacją. I co istotne, słychać tu miejscami mocne wpływy Black Metalu, a całość utrzymana jest przede wszystkim w średnich tempach i oparta na ciężkim, mocarnym brzmieniu gitar oraz wyraźnej obecności basu. Sporą rolę odgrywają tu instrumentalne pasaże w których swoje 5 minut mają bardzo fajnie zaaranżowane partie klawiszy. Album jest rozbudowany, znajduje się tu 9 kompozycji, a płyta trwa ponad 70 minut. Zdawać by się mogło, że Arkona zmierza w nowym kierunku, ku jeszcze bardziej kompleksowym kompozycjom, jeszcze większemu budowaniu atmosfery przy wykorzystaniu szerokiego wachlarza pomysłów i zagrywek. Mówiąc szczerze zespół ten nigdy wcześniej nie brzmiał tak potężnie i dojrzale. No i te niesamowite pokłady emocji... Tego nigdy w twórczości Arkony nie brakuje, tego swoistego, rodzimowierczego ducha, silnego związku z tradycjami i wierzeniami naszych słowiańskich przodków, które jest wiecznie bijącym sercem tego zespołu, które również mi są bliskie.
Podsumowując, "Khram" to potężna, majestatyczna dawka Pagan/Folk Metalu i chyba najcięższa płyta w dorobku Arkony. Album godny polecenia każdemu, komu te klimaty nie są obce. A nawet każdemu innemu, bo to najprościej mówiąc, kawał wyśmienitego, emocjonalnego, pełnego pasji grania!



poniedziałek, 14 maja 2018

Graveland- Dawn of Iron Blades (No Colours Records 2004/ Hammer of Damnation 2018)

Kolejne wznowienie od Graveland i ponownie, kolejny odświeżony i przearanżowany materiał. Tym razem padło na "Dawn of the Iron Blades". Materiał może jednostajny, trochę przewidywalny, ale za to niesamowicie spójny i epicki w swym wyrazie, zwłaszcza w nowym obliczu. Nabrał jeszcze więcej patosu i mocy. Nie ma co ukrywać faktu, że Graveland ma swój misternie wypracowany styl którym podąża już od wielu lat, który buduje przekaz i tożsamość zespołu. Można być pewnym, że grupa nigdy nie zejdzie z obranej ścieżki. No, ale do rzeczy. "Dawn of the Iron Blades" został w tej wersji podrasowany, przede wszystkim partiami chóru (żeńskie w wykonaniu Olyi są po prostu niesamowite, bardzo subtelne, a jednocześnie podkreślające majestat towarzyszący kompozycjom), większą ilością klawiszowego tła i mocniejszą, wyrazistszą partią perkusji, którą nagrał Miro. Jednym słowem płyta stała się barwniejsza w stosunku do oryginału, bardziej urozmaicona. Jej brzmienie, uważam, również jest znacznie lepsze. Poprawiona i przeredagowana została również warstwa tekstowa. Jednym słowem album przeszedł gruntowną rewitalizację, przez co ma szansę zaprezentować drzemiący w nim potencjał w ramach epickiego, pogańskiego odcienia metalowej sztuki.
Co się tyczy samej formy wydania. Przyznać trzeba, że brazylijskie Hammer of Damnation się postarało. Szata graficzna wykonana jest z dbałością o szczegóły, jest rozbudowana, jednym słowem wyczerpuje temat jeżeli chodzi o tzw. radość dla oka. Dodatkowym bonusem jest świetny pomysł w kwestii formy zaczerpnięty z pierwszych kompaktowych wydań "Frost" Enslaved oraz "Blizzard Beasts" Immortal. Mianowicie wytłoczone na pudełku logo zespołu. Prezentuje się to kapitalnie i przywodzi na myśl właśnie te wspomniane wydania z lat 90-tych. Całość posiada jeszcze dodatkowych slipcase. Reasumując, mucha nie siada! Wydawnictwo wg. mnie bez zastrzeżeń. Dla fanów Graveland mus, a dla reszty dobry przykład na to aby posłuchać sobie jak zespół brzmi i komponuje obecnie.

http://www.graveland.org/
https://www.hodrecs.com/



środa, 3 stycznia 2018

Guild of Shadows- Keepers of the Night Souls (Putrid Cult 2017)

Ten album od pierwszych dźwięków to dosyć osobliwa mieszanka. Przywodzi na myśl stylistykę i zespoły o których zestawieniu nikt by raczej nie myślał. Słychać tu jakieś namiastki heavy metalowe w stylu Running Wild, Mercyful Fate czy Iron Maiden, zwłaszcza w melodyce i riffach, a z drugiej strony czuć tu także Pogański czy Black Metalowy pierwiastek (dwa pierwsze utwory, pomijając intro), tutaj przede wszystkim w warstwie wokalnej i klimacie. Kocioł pełen różności jak się patrzy. Jakby tego było mało to nad albumem unosi się niema estetyka pochodzenia średniowieczno-  fantastycznego. Jeżeli mieliście już okazję słyszeć ostatni album Darkstorm, notabene kolejny projekt Weneda, to mamy tu do czynienia z podobnym podejściem do tematu. Totalny hołd dla uwielbianej sztuki i absolutnie luzackie granie bez przejmowania się kimkolwiek i czymkolwiek. Płyta absolutnie niezobowiązująca na której muzycy najnormalniej czerpią czystą frajdę z grania. Aż przypomniał mi się Metalucifer bo to trochę podobna sytuacja. Tego nie da się oceniać w typowy sposób bo wszystko opiera się na pasji do tematu i chęci dania jej ujścia. I tak jest tutaj. Ot przyjemne i energiczne czczenie metalowej sztuki i jej dawnych dziejów, prosto i na temat.



środa, 22 listopada 2017

Graveland- Immortal Pride (No Colours Records 1998/ Warheart Records 2017)

Immortal Pride to chyba najbardziej „inny” album w całym dorobku Graveland. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale i o strukturę płyty- tylko dwa utwory główne, ale za to bardzo rozbudowane i długie intro i outro wiążące całość. Jest to też pierwszy album na którym tak rozwinięta jest warstwa symfoniczna o takiej głębi i kolorycie. Nadal są tu obecne pagan black metalowe riffy, ale to klawisze i symfoniczne tło grają na tym albumie pierwsze skrzypce. Podczas słuchania od razu narzuca się skojarzenie z albumami Bathory- Hammerheart oraz Twilight of the Gods, wpływy tych dwóch majstersztyków Quorthona są aż nadto oczywiste, zwłaszcza ten epicki sznyt, który bije od Immortal Pride na odległość. Album nie jest w żadnym wypadku kopią albumów Bathory, były one tylko inspiracją, Darken nadał tej płycie charakterystycznego brzmienia które spotyka się tylko u zespołów z Polski, Ukrainy czy Rosji. Jest bez wątpienia oryginalny.
Kolejnym aspektem który charakteryzuje tę płytę jest następna inspiracja. Tym razem po raz kolejny mamy odnośnik do twórczości Basil'a Poledurisa (przypomnicie sobie "In the Glare of Burning Churches czy "Epilogue") i jego nieśmiertelnego soundtracku do Conana Barbarzyńcy. Echa tej muzyki stale przewijają się podczas słuchania płyty.
Co się tyczy brzmienia i produkcji Immortal Pride to nie można narzekać. Jest świeżo, instrumenty są wyraziste, jest głębia, a klawisze tworzą piękne tło. Sama partia perkusji może wydawać się nieco toporna względem całej reszty, ale w ostateczności daje radę i jest ok. Muzyka niesie ze sobą sporą dawkę emocji w kwestii zarówno tekstów jak i samej muzyki, co sprawia że w istocie pasowała by do jakiegoś filmu o dawnych Słowianach (wystarczy zerknąć na okładkę) lub o wojownikach pokroju chociażby Conana.
Co prawda nie jest to moja ulubiona płyta w dorobku Graveland, ale bardzo ją szanuję i doceniam potencjał jaki ze sobą niesie. Jest niezaprzeczalnie jednym z tych ważniejszych dzieł Graveland, które zapadają w pamięć.
W kwestii samej przedstawionej poniżej reedycji z Warheart, to jest dokładnie tak jak w przypadku omawianego wcześniej wznowienia "Following the Voice of Blood". Wyszło to naprawdę nieźle i jak ktoś nie ma first pressów, czy nie przeszkadza mu ta pierwszoplanowa, odświeżona warstwa graficzna to śmiało może po to sięgnąć. Jak najbardziej polecam.



poniedziałek, 20 listopada 2017

Graveland- Following the Voice of Blood (No Colours Records 1997/ Warheart Records 2017)

Gdy ładnych parę lat temu zaczynałem swoją przygodę z twórczością Graveland myślałem, że Thousand Swords jest tym albumem który zajmuje najwyższe miejsce w dyskografii grupy, to prawda, ale Following the Voice of Blood wyprzedza go o ten jeden mały kroczek. Jest to płyta która coś kończy i coś zaczyna, dzieło przełomowe, dzięki czemu tak ważne. Wraz z tą płytą w pewnym stopniu zanikają tu patenty stricte black metalowe, a z całą okazałością objawiają się cechy pagan metalu z tą jakże charakterystyczną dla Graveland nutą epickości z majaczącymi w tle echami folku. Możemy jeszcze usłyszeć tutaj wokal typowy dla dwóch poprzednich albumów, ale muzyka jak już wspomniałem zaczyna wkraczać w inne rejony, które z kolejnymi albumami przerodzą się w to z czego Graveland słynie brzmieniowo i aranżacyjnie już od kilku ładnych lat, jest to także ostatnia płyta na której mamy typowo szybkie bm-owe partie gitar i perkusji.
Przejdźmy teraz do konkretów. Following the Voice of Blood jest albumem który wciąż cechuje surowa produkcja i w przypadku Graveland jest to olbrzymia, nadająca charakteru i klimatu zaleta. Miks płyty został wykonany perfekcyjnie, pełen profesjonalizm i wyczucie. Muzyka okraszona jest klawiszowym tłem, które świetnie podkreśla melodykę i nadaje całości tego całego epickiego sznytu. Utwory są tu odpowiednio długie, z ciekawymi przejściami melodii co sprawia że się nie dłużą i nie wieją nudą, można je porównać do snującej się opowieści która zabarwiona jest odpowiednimi emocjami i zwrotami akcji. Ambientowe oraz neoklasyczne pasaże obecne na płycie nadają całości drugiego dna, zespalają muzykę i tworzą jedną całość. W niektórych utworach są swoistą ciszą przed jeszcze obecną tu black metalową burzą. Na szczególne z mojej strony wyróżnienie zasługują utwory Thurisaz (tu jest wszystko- świetne intro, bm-owa szarża i zapadające w pamięć melodyjne przejścia), Following The Voice of Blood (fajne folkujące intro) oraz majestatyczny And the Horn was Sounding far Away (aż mi się przypomniał Twilight of the Gods Bathory, klasa!). Zapewne może was zdziwić brak jakiejkolwiek krytyki z mojej strony, ale po prostu nie mam się tu do czego przyczepić. W moim odbiorze album jest od A do Z kawałkiem wspaniałej i dobrze wykonanej muzyki, koniec i kropka.
Pomysłowe kompozycje, niesamowita atmosfera, swoista świeżość i wyobraźnia twórcza Darkena stworzyła album który moim skromnym zdaniem jest perłą w koronie polskiej sceny black/ pagan metalowej, jak dzieła Emperor, Bathory oraz Burzum (których wpływ na twórczość Graveland jest raczej ogólnie wiadomy) czy Ulver dla sceny norweskiej.
Co się tyczy oprawy graficznej płyty, to co tu dużo ukrywać, cieszy oko i zachęca do słuchania- rydwan wojów podążający za stadami kruków majaczącymi na tle szarego, pochmurnego nieba. Wchodzi w klimat płyty jak ulał! W przedstawionej poniżej reedycji tego albumu za ramienia Warheart Records mamy nową okładkę, równie dobrą, aczkolwiek gubiącą już atmosferę swojej oryginalnej poprzedniczki. Niemniej jednak wewnątrz wydawnictwa znajdziemy także oddzielną reprodukcję okładki pierwszego wydania, także każdy będzie usatysfakcjonowany. Tak jak w przypadku niedawnych wznowień "In the Glare of Burning Churches" oraz "The Celtic Winter", te reedycje jeszcze nieco kulały, tak tutaj wszystkie niedopracowane mankamenty zostały poprawione przez co w pełni i z czystym sumieniem mogę je polecić. Warto wspomnieć, że wewnątrz dostajemy garść memorabiliów z tamtego okresu, trochę archiwalnych zdjęć z sesji do albumu oraz nieco liner notes do poczytania. Reasumując jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!



sobota, 7 października 2017

Saltus- Jam Jest Samon! (Battle Hymn Production/ SlavicKult 2017)

Jakiś czas temu Saltus zaserwował nam znakomitą przystawkę w postaci EP "Opowieści z Przeszłości...", które zaostrzyły apetyt przed nadchodzącym daniem głównym w postaci kolejnego, pełnego albumu. No i doczekaliśmy się. Muszę powiedzieć, że ów apetyt został w pełni zaspokojony. "Jam Jest Samon!" to kapitalna wręcz mikstura Black, Death oraz Pagan Metalu, mieszanka którą zespół zdążył już zasłynąć. Kompozycje są siarczyste, potężnie brzmiące i kipiące energią. Jest to już trzeci długograj Saltus i muszę powiedzieć, że to ich najlepsze dzieło. Powstał materiał o niebywałym wręcz ładunku emocji, które buduje nie tylko sama muzyka ale i teksty (ogromny szacun dla Wojnara). To nie tylko sama sztuka, ale i kawał historii. Album opowiada o początkach pierwszego państwa Słowian zwanego Państwem Samona, czyli mam do czynienia, jakby nie było, z koncept albumem. Muzyka i liryki zespoiły się w litą całość, opowieść którą chłonie się jednym tchem i po jej zakończeniu ma się ochotę na powtórkę. Płyta się nie dłuży, każdy kolejny kawałek to ogromna dawka energii, urozmaicona klimatycznymi zwolnieniami, partiami żeńskich wokali, czy okazjonalnymi skrzypcami. Nawet na akustyki i dłuższe recytacje znalazło się miejsce (wieńczący płytę "Piastun"). Grupie udało się stworzyć tutaj pewną dodatkową głębię, która co jakiś czas daje o sobie znać. Słychać to zwłaszcza w "Słowiańskiej Jedności", tutaj ostatecznie rozpościera swoje skrzydła patos i epickość, która narasta od początku albumu z każdym kolejnym utworem. Jednym słowem materiał dopracowany jest w każdym calu, kawał naprawdę solidnej roboty. Specjalne gratulacje należą się też za projekt graficzny albumu oraz osobno za dodatkową grafikę wewnątrz bookletu (Sirkis mistrzem!).
"Jam Jest Samon!" niewątpliwie zagości w moim odtwarzaczu jeszcze nie raz, bo wciągnął swoim klimatem i pokładami emocji. Uwielbiam płyty, w przypadku, których już po pierwszym odsłuchu wiem, że będzie się ją wciąż odkrywać i znajdować kolejne jej ukryte walory. Myślę, że ten fakt wystarczająco świadczy o jej wartości. Polecam najszczerzej jak tylko mogę!

https://pl-pl.facebook.com/SaltusPoland/
https://saltuspoland.bandcamp.com/
https://slavickult.pl/
https://www.facebook.com/battlehymnpromopl/


niedziela, 1 października 2017

Sacrilegium- Wicher (Pagan Records 1996/ 2014)

Chyba niewiele byłoby osób, które nie zgodziłby się ze stwierdzeniem, że "Wicher" to jedno z najwybitniejszych dzieł polskiej sceny BM lat 90-tych. Niewiele materiałów może poszczycić się tak niesamowitym klimatem i aurą w którą zaklęta się magia tamtych dni. Od wydania albumu minęło już ponad 20 lat, a on wciąż potrafi czarować, wciągać swoją głębią, nostalgią i mrokiem, w ogóle się nie zestarzał i wciąż znakomicie się broni. To tutaj Sacrilegium stworzyło jeden z najlepszych przykładów połączenia Black Metalu z Pogańską sztuką. Płyta jest bardzo dobrym przykładem jak nasze zespoły potrafiły w misterny sposób przekuć wpływy, inspiracje, które przyszły z Norwegii na swoją modłę i stworzyć sztukę o jeszcze, moim zdaniem, większym ładunku emocjonalnym i, co ważne, bardzo oryginalną i charakterystyczną. Te rzężące gitary, klawiszowe pasaże i chrypiący, upiorny wokal Nantura są nie do podrobienia. Ciężko jest nie zostać pochłoniętym przez takie symfonie jak "W Dolinie Rwących Potoków" (uważam go za utwór sztandarowy z tej płyty, czysta esencja Sacrilegium), "W Rogatym Majestacie Snu" (tutaj w ciekawy sposób objawiają się inspiracje starym Darkthrone i Immortal) oraz majestatyczny "Wicher Falami Ognia", który jest lirycznym sercem tego albumu. Powstało tu dzieło absolutnie skończone, które na zawsze zapisze się jako jedno z najważniejszych wydawnictw naszej podziemnej sceny, tym bardziej, że zdaje się, był to pierwszy album Black Metalowy nagrany całkowicie po polsku i tak mocno skoncentrowany na "leśną" atmosferę wypełnioną Pogańską estetyką.
Poniżej przedstawiam winylową oraz kompaktową reedycję albumu wydaną przez Pagan Records w 2014 roku. Różnice w stosunku do oryginału to nowy mastering, który podziałał na korzyść materiału uwydatniając wszystkie jego walory, nowa szata graficzna (oryginalna została zawarta w książeczce do płyty) oraz spora dawka fotografii zespołu z tamtego okresu. Jako bonus został także dodany utwór ze splitu z North "Jesienne Szepty" pt. "Tam Gdzie Gaśnie Dzień". Ze wszystkim jestem jak najbardziej na tak, chociaż nie bardzo rozumiem zmianę okładki. Jest naprawdę świetna, ale jakoś tęskno mi za tą starą, oryginalną grafiką, która tak niesamowicie współgrała z i oddawała zawartość albumu (poza tym znakomicie prezentowała by się w winylowym formacie).W każdym bądź razie jeżeli ktoś nie posiada 1-szego wydania to jak najbardziej ową reedycję polecam. Co do samej muzyki, cóż, ten materiał nie potrzebuję żadnej rekomendacji, to trzeba znać!

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/
https://pagan-records.com/




sobota, 20 maja 2017

Saltus- Opowieści z Przeszłości... (Battle Hymn Production 2017)

Ostatnio jakoś niezbyt często zdarza mi się, że już od pierwszych dźwięków wiem, że materiał bez reszty mnie pochłonie, ale tak właśnie jest w przypadku najnowszej EPki Saltus. Ni mniej, ni więcej. Zawarta na "Opowieściach z Przeszłości...", zaklęta w nieco ponad 20 minutach, pogańska sztuka to moim zdaniem jeden z przykładów esencji tego gatunku i dowód na to, że trzymając się jednego konkretnego stylu można nie popaść w monotematyczność kompozycji. Sporym atutem Saltus, jest to, że konfrontują w swojej muzyce tradycyjne folkowe i pogańskie wpływy z brzmieniami i strukturami death i black metalowymi co sprawia, że każdy ich utwór jest kompleksowy i wciągający. Poza siarczystymi kanonadami gitar i perkusji (jak na przykład w otwierającym materiał "Czyn i Wola") swoje miejsce znajdują tu także klimatyczne zwolnienia, podniosłe melodie, recytacje, a nawet smaczki w postaci akustyków czy instrumentów smyczkowych. W takim "Czasie Zemsty" mamy mocarny kroczący riff, który od razu przywodzi na myśl "Tyrants" Immortal z płyty "Sons of Northern Darkness". Następujący po nim "Duch Ciemnych Borów" to z kolei popis w kwestii melodyki, jest zarówno nostalgiczny jak i pełen energii, mocy i chwytliwości. EPkę wieńczą "Wierni Starej Tradycji", swoista, podparta akustykami i folkowym klimatem inkantacja z recytowanym tekstem, oraz metalowa adaptacja kurpiowskiej pieśni ludowej "U Mojej Matecki" zaśpiewana przez żeński chór (wyszło całkiem, całkiem). Dzięki wszystkim tym cechom zapamiętuje się owe granie i nie znika po chwili w natłoku innych rzeczy. Swoistą wisienką na torcie i spoiwem całości są budujące teksty osadzone rzecz jasna w pogańskiej estetyce. Okładkę "Opowieści z Przeszłości" zdobi charakterystyczna w swym stylu grafika, która wyszła spod ręki Sirkisa (North). Chylę czoła nisko, bo znakomicie oddała ducha i klimat niniejszego krążka.
Szczerze polecam ów materiał każdemu zwolennikowi pogańskiej sztuki, żaden fan tego typu grania nie ma prawa być zawiedziony. Mną zawładną totalnie! Zespół odwalił kawał solidnej roboty i narobił smaku na nadchodzący już niedługo pełny album. Czekamy!



piątek, 17 marca 2017

Woodtemple- Sorrow of the Wind (Folkproduktion 2008)

Woodtemple należy do tej grupy zespołów, które nie lubią eksperymentować i wierne są do bólu swojej własnej wypracowanej stylistyce i brzmieniu. Zawsze wiadomo czego się po nich spodziewać i tak samo jest w tym przypadku. Ale, ale! Czasem taki stan rzeczy działa wręcz na plus i nie postrzega się go negatywnie. I tak jest w przypadku tego Pagan Black Metalowego projektu z Austrii. Pod szyldem Woodtemple Aramath wypracował bardzo ciekawą i pełną klimatu mieszankę Pogańskiego Black Metalu z wszechobecnymi wpływami folku. Całość zespala złowieszczy ochrypły wokal.
Nie licząc intra i outra, na płytę "Sorrow of the Wind"  składają się cztery (z czego dwie znacząco rozbudowane) kompozycje. Poza wiodącymi tu prym "Rise the Horns up to Battle" oraz tytułowego "Sorrow of the Wind", mamy także nieco krótszy "The Shields Light" oraz cztero-minutowy, instrumentalny "Path of Runes", który jest swoistym wyeksponowaniem motywu przewodniego niniejszej płyty, który pojawia się już we wspomnianym "Rise the Horns up to Battle". Na albumie nacisk został położony przede wszystkim na atmosferę. Pełno jest tu smaczków w postaci wspomnianych partii akustycznych, folkowych, dodania ścieżek chóru, czy nawet pojawiającego się parę razy krzyku orła w tle. Całość płyty zbudowana jest w taki sposób, że ma się wrażenie, że jest to jedna, spójna, dźwiękowa opowieść, która stymuluje wyobraźnię. Słuchając "Sorrow of the Wind" przenosimy się do prastarych borów i gór, czasu wojów i dawnych bitew, do czasu w którym człowiek żył bliżej natury. Jak dla mnie bardzo nostalgiczne i refleksyjne dzieło.
W muzyce Woodtemple bardzo widoczne są wpływy Graveland oraz epickość jaką cechował się Bathory w czasach "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods". Bardzo to wszystko słychać, ale wciąż udało się zespołowi zachować oryginalność i, mimo zauważalnej stylistycznej i kompozycyjnej monotematyczności, stworzyć własny niepowtarzalny styl w którym rządzi niepodzielnie i który czyni ten projekt rozpoznawalnym. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób może narzekać napewną powtarzalność materiałów Woodtemple, ale dla mnie ta muzyka ma w sobie pewien pierwiastek, zew, który sprawia, że stale chcę do tego wracać. Ta muzyka ewidentnie ma ducha. "Sorrow of the Wind" uważam, za najlepsze dzieło Aramath'a i jeżeli ktoś nie miał jeszcze styczności z tym projektem to od tej płyty powinien zacząć. Polecam przede wszystkim fanom Pagan Metalowej sztuki!



wtorek, 17 stycznia 2017

Graveland- Creed of Iron (No Colours 2000/ 2009)

O płycie „Creed of Iron” (Prawo Stali) pisano już wiele, ale i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze na jej temat bo jest to płyta niewątpliwie istotna w dorobku Graveland. Po pierwsze album ten zapoczątkował poniekąd nowy, trwający do dnia dzisiejszego etap w twórczości zespołu. Na tej płycie utrwaliły się styl i naleciałości które przewinęły się przez jego poprzedników w postaci „Following the Voice of Blood” oraz „Immortal Pride”. Jest epicko, podniośle, wojennie ze szczyptą folku w tle, ale tego bardziej bitewnego. Aczkolwiek w porównaniu do „Immortal Pride” gdzie pierwsze skrzypce należały do klawiszy, tak na „Creed of Iron” rządzą mocarne gitarowe riffy które na długo zapadają w pamięć słuchacza. Na album składa się pięć, średnio dziesięcio-minutowych kawałków, oraz świetne budujące atmosferę intro otwierające płytę. Poniekąd można by „Prawo Stali” potraktować jako następcę poprzedniej płyty, ale zbyt dobrze widoczna jest wspomniana zmiana ról klawiszy i gitar, tutaj te pierwsze podbijają brzmienie i głębię tych drugich. Pomimo faktu iż kompozycje są rozbudowane, album się nie nudzi. Melodyka jest na tyle chwytliwie skonstruowana że wciąga i utwory płyną. Pamiętam kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty, byłem pod wrażeniem jak długie i podniosłe hymny potrafią wpadać w ucho, a jednocześnie nie niszczyć atmosfery tego typu nagrań gdzie jest ona istotnym elementem.
„Creed of Iron” jest jedną z najważniejszych płyt Graveland, może nie tyle przełomową co wyznaczającą pewną drogę którą Graveland podąża do dziś, pewnym kamieniem milowym. To tu wszystko się zaczyna, a to co było wcześniej kończy. Będąc szczerym to właśnie ta płyta jest moim faworytem jeżeli chodzi o twórczość zespołu od 2000 roku w górę. Ma w sobie to co każdy album rozpoczynający pewien etap, pierwotną świeżość i masę pomysłów, tą swoistą energię i pasję. Jeżeli ktoś nie przepada zbytnio za black metalem, a lubi epickie klimaty z echami bitwy i folku w tle, a jeszcze na dodatek nie zna twórczości Graveland, to właśnie od tej płyty powinien zacząć. Miecze pójdą w ruch a tarcze w drzazgi, na ziemi rozpoczyna się bitwa, a w Valhalli wieczna uczta!



niedziela, 15 stycznia 2017

Graveland- 1050 Years of Pagan Cult (Heritage Recordings 2016)

"1050 Years of Pagan Cult" to płyta na którą ostatnio niecierpliwie czekałem. Docierały do mnie materiały z prób, dema zaostrzając mój apetyt. Już wtedy było to bardzo obiecujące. Byłem ciekaw jak wyjdą stare kultowe utwory Graveland zagrane obecnie, w pełnym składzie, już w wersji oficjalnej, studyjnej, w tzw. pełnej krasie. Nie zawiodłem się ani trochę!
Na niniejszą kompilację wybrane zostały same perły z Black Metalowego okresu działalności Graveland. Znalazły się tu takie klasyki jak "Thousand Swords" czy "Thurisaz", nie zabrakło też mroku z czasów dem i pierwszej płyty. Mamy tu niesamowicie klimatyczne, oddające ducha tamtych dni "The Night of Fullmoon", "Hordes of Empire" oraz utwór do którego po wsze czasy będę miał niegasnący sentyment- "The Gates to the Kingdom of Darkness" (intro miazga!). Jak zaczynałem swoją przygodę z Black Metalem to ten kawałek był dla mnie synonimem tej sztuki, esencją brzmienia, najpoprawniejszym uchwyceniem związanej z tą muzyką atmosfery. Mistrzostwo i ciary na skórze! We wszystkie kompozycje z płyty tchnięty został świeży duch, nowa jakość, mocne, przestrzenne brzmienie. Graveland zaczął nowy etap swojej muzycznej drogi i to słychać. Zespół przeszedł chrzest bojowy zarówno na ubiegłorocznych koncertach jak i w studiu nagrywając ten album. Nastąpiły konkretne zmiany, ale dawny klimat pozostał. Miniony ogień pierwszej połowy lat 90-tych dalej w tych odświeżonych utworach majaczy, nadal czuć jego ciepło i roztańczone iskry. To wydawnictwo to bardzo trafione i udane podsumowanie tamtych płyt, tamtego niezwykłego czasu. Jest to jednocześnie pewien ładunek nostalgii, powrót do korzeni oraz zaprezentowanie nowego zespołu i jego możliwości. Bardzo dobrze, że stało się to w taki sposób, poprzez własnie te, a nie inne utwory.
Co się tyczy samej formy wydania, jakiekolwiek negatywne uwagi byłby tutaj nie na miejscu. Heritage Recordings, podobnie jak to miało miejsce w przypadku splitu z Nokturnal Mortum, stanęli na wysokości zadania i zadbali o to aby płyta cieszyła nie tylko uszy, ale i oczy. Dostaliśmy pieczołowicie wykonany, matowy digibook z obszerną książeczką wypełnioną fotografiami z pierwszych w historii koncertów Graveland. Zdobiąca całość okładka to też kawał solidnej sztuki zespalający całość i łączący pierwiastki przeszłości z tym co nowe.
Na koniec powiem jedno, każdy fan Graveland, jak i samego Pagan i Black Metalu powinien to wydawnictwo mieć, nie tylko ze względu na jego formę i treść, ale także na niezwykły ładunek emocjonalny!



poniedziałek, 21 listopada 2016

Werewolf- The Temple of Fullmoon (No Colours 2005/ 2015)

Są takie płyty, których surowość brzmienia i bezpośrednie, oczywiste inspiracje dokonaniami innych grup nie rażą, wręcz przeciwnie, cieszą i wychodzi im to na dobre. Taki właśnie był nasz rodzimy Werewolf (drugi projekt członków Iuvenes). Chociaż zespół nie istnieje już od ładnych paru lat, to zostawił po sobie dwie naprawdę dobre płyty. Jedną z nich jest "The Temple of Fullmoon", swoisty hołd dla grup, które należały do zrzeszenia wspomnianego w tytule albumu. Słychać tu przede wszystkim black metal jakim charakteryzował się Graveland (słychać tu także echa Infernum czy Veles) na takich płytach jak "The Celtic Winter" czy "Carpathian Wolves", riffy, partie perkusji, nawet wokal Greywolf'a jest łudzący podobny do tego którym operował Darken na wspomnianych wydawnictwach. Wszechobecne są tu też klawisze które podbijają rzężące, surowe partie gitar, nadając całości niesamowitej atmosfery. Zwykle staram się wyszczególnić jakieś kawałki z danej płyty, ale tym razem tego nie zrobię, po prostu nie widzę takiej potrzeby. Wszystkie utrzymane są w tym samym klimacie, różnią się tylko linią melodyczną i w tym przypadku efekt jest jak najbardziej na plus. Ta drobna doza monotonii świetnie się w takim materiale sprawdza. Także wszystko jest bardzo spójne i najlepiej słucha się tego jako jednej litej całości.
Co mi się tutaj podoba to fakt jak wiernie Werewolf odwzorował w swoich kompozycjach brzmienie i charakter naszego black metalu tamtych dawnych dni. Zachowane zostały wszystkie wzorce, odpowiednie brzmienie, a jednocześnie tchnięta została w ten materiał pewna świeżość, także słucha się tego z nieodpartą przyjemnością i nostalgią. Płytka nagrana została w 2005 roku, w czasie w którym tego typu granie praktycznie już nie istniało, tym bardziej ogromny szacun za przywołanie ducha sceny lat 90-tych w tak wierny i esencjonalny sposób. Zwolennikom tego typu klimatów jak najbardziej polecam! Genialny krążek!