wtorek, 27 lutego 2018

Hyban Draco- Storms of Desolation (Winter Demons 2017)


Każdy kto lubi Dissection, Dimmu Borgir z czasów "Enthrone Darkness Triumphant", wcześniejszy Therion, czy też starocie od My Dying Bride, a to wszystko polane nieco technicznym sosem, to po prostu nie może przejść obok najnowszego krążka Hyban Draco obojętnie (a warto wspomnieć, że mają już kilka na koncie). Nawet zwolennikom Necrophobic, Unanimated czy Sacramentum powinno to granie podejść. Ta sama liga. Już w trakcie otwierającego płytę "Rivers of Flesh" przypomniały mi się wszystkie wymienione wyżej zespoły i ich najlepsze dokonania. Hyban Draco nadał tej klasycznej, melodyjnej Black/ Death Metalowej formie ponownej świeżości i jakości. Kompozycje są rozbudowane, średnio po 6-7 minut każda, w których nie ma mowy od dłużyznach, bezczelnej wtórności, czy, jak to się mówi, odgrzewaniu kotletów. Z pozoru to co już było, ale im dalej się słucha tym bardziej zauważa się pewne elementy świadczące o tym jak zgrabnie zespół korzysta ze swoich inspiracji. Na ich bazie mają swój wypracowany styl, brzmienie, dorzucają do tego grania trochę technicznych zawijasów i umiejętnie ubogacają dobrze już znane rozwiązania. Wszystko zespala miażdżąca okładaka autorstwa Cesara Valladaresa. Mnie "Storms of Desolation" porwał i sprawił, że uruchomiła się nostalgia, a morda sama się uśmiechnęła. Dissection co prawda nie dogonią, Nodtveidt i spółka byli jedyni w swoim rodzaju, ale za to godnie kultywują ich spuściznę i oby dalej serwowali nam tak zajebiste granie w duchu dawnej, niedoścignionej klasyki.

https://hybandraco.com/
https://hybandraco.bandcamp.com/merch
https://www.facebook.com/hybandraco/



niedziela, 25 lutego 2018

Grave Digger- Healed by Metal (Napalm Records 2016)

Postawmy sprawę jasno, Grave Digger od zawsze nagrywa płyty przynajmniej na dobrym poziome, nie zaskakuje, ale i nie rozczarowuje, cały czas są w tym niespożyte pokłady energii, które popychają zespół do przodu. Tak samo jest w przypadku "Healed by Metal". Porównując ją do "Clash of the Gods", czy ostatniej "Return of the Reaper" nie jest ani lepsza, ani gorsza, jest najzwyczajniej w świecie dobra. To po prostu świetnie znany i oddany swojemu stylowi zespół. Jedyną różnicą jest to, że grupa wróciła nieco do estetyki, brzmienia ze swoich pierwszych płyt, zarówno tych z lat 80-tych, jak i tych po reaktywacji, a może zwłaszcza tych, czyli "The Reaper" oraz "Heart of Darkness" (dla ścisłości, ten proces zaczął się już na poprzednim krążku, także porównanie dotyczy jeszcze wcześniejszych płyt). No, ale to akurat nie jest wadą i grzechem byłoby za takową uważać. Rzeźbią w tym klasycznym metalu po mistrzowsku i z klasą. I tak jak w przypadku bardzo wielu płyt album ma kilka autentycznie porywających kawałków, a i takich które przechodzą bez echa. Zaletą są zawsze mocne, chwytliwe riffy i nośne, łapiące z marszu refreny. Mi w pamięć najbardziej zapadł tytułowy "Healed by Metal", "Free Forever" oraz "Ten Commandments of Metal" z zadatkami na koncertowego klasyka. No i brawa za artwork, jak zawsze rozpoznawalny i totalnie w punkt.
Reasumując Grave Digger przyniósł swoim fanom kolejną udaną płytę, kolejne heavy-metalowe hymny w swoich charakterystycznym stylu, teraz jeszcze bardziej korespondującym z ich klasykami z dawnych lat. Wiadomym już jest, że zespół nigdy nie zawiedzie i zawsze dostarczy materiał, którego nie będzie musiał się wstydzić i który każdy zwolennik ich grania doceni, mimo tego, że nie starają się stworzyć już niczego przełomowego, ani zasadniczo wyróżniającego się. Cóż, może właśnie za tą sukcesywność, wierność swojemu zdefiniowanemu stylowi grania tak się ich ceni, a dzięki temu nazwa Grave Digger mówi sama za siebie.

https://www.facebook.com/gravediggerofficial/
http://www.grave-digger-clan.com/


piątek, 23 lutego 2018

Besatt- Hellstorm (Undercover Records 2002/ Warheart Records 2018)

Klasyk w dorobku Besatt! Powiem szczerze, że chyba nawet cenię sobie "Hellstorm" wyżej niż kultowy "Hail Lucifer". Dzięki tegorocznej reedycji tej płyty miałem szansę wrócić sobie do tego albumu ponownie po dłuższej przerwie. Cholera, ten piekielnik w ogóle się nie zestarzał i wciąż poniewiera tak samo jak przy pierwszym odsłuchu. Dla mnie osobiście ta płyta ma coś w sobie, coś ewidentnie diabelskiego, bo niemożliwością jest żeby tak po prostu powstały riffy o takiej sile rażenia, przesiąknięte takim klimatem, nasączone taką czernią, wylewającą się z każdym dźwiękiem niczym posoka z rany. Do tego sama atmosfera płyty potęguje te odczucia. Przez cały album przetaczają się odgłosy nocnej burzy, pomruk piorunów i szelest padającego deszczu (no w końcu Hellstorm nie?!). Jest wręcz rytualnie. Do tego wszystkiego dochodzi dynamiczne, mocne, acz obskurne w swojej estetyce brzmienie i upiorny wokal Fulmineusa. Obecne tu gitarowe ściany dźwięku wprost emanują siłą i są bardzo czytelne, wyszło to idealnie. Moimi faworytami na krążku są otwierający płytę "Baphomet", następujący po koncertowym klasyku "Ave Master Lucifer", tytułowy "Hellstrom" oraz zamykający album "Devil's Eyes" (pewnymi swoimi cechami, mam wrażenie, przypominający/ nawiązujący do "Drommer Om Dod" Gorgoroth). Rzecz jasna pozostałe są równie dobre, ale te trzy darzę szczególnym sentymentem. Dla mnie jest to płyta praktycznie bez skazy (chociaż od lat wsłuchany w Besatt mogę być tu nieco mało obiektywny hehe).
Teraz parę słów odnośnie wydanej ostatnio i przedstawionej wam poniżej reedycji. Cóż, nie powiem, jakoś mocno mnie nie powaliła, sprawa stricte subiektywna, bo obiektywnie patrząc jest to dobra robota nie odbiegająca od standardów, ktoś bez wątpienia trochę nad tym posiedział. Mi po prostu nie do końca pasuje, akurat w przypadku tej płyty, kolorowa okładka. Zawsze będę czcić czarno-biały oryginał z Undercover Records. Druga sprawa, to brak jakiś memorabiliów w środku, czegoś do poczytania na temat samej płyty. Z drugiej strony, trudno wymagać żeby w każdym wznowieniu to było, jednym się to podoba, jest oczekiwane, innym takiego zabiegu do szczęścia nie potrzeba. Najzwyczajniej jest to solidna acz prosta forma wydania, bez fajerwerków. Za najważniejsze trzeba uważać jednak fakt, że ten szatański wyziew doczekał się wznowienia i że dzięki Warheart Records znów bez problemu można go dorwać. Każdy zwolennik naszego podziemia BM powinien mieć ten tytuł na półce!

http://www.besatt.net/
https://www.facebook.com/Besatt-1597752340516014/ - nowo powstały, oficjalny profil zespołu
https://www.facebook.com/Warheart-Records-136234336741683/
http://www.warheart.org/


czwartek, 22 lutego 2018

Doomster Reich- Drug Magick (Old Temple 2017)

Coś dla entuzjastów i czcicieli takich grup jak Pentagram, Saint Vitus czy wielkiego Black Sabbath . Doomster Reich ze swoją sztuką zanurza się w głębiny occult rocka i klasycznego doom metalu ze sporą domieszką psychodeli. Powiem szczerze, że z początku spodziewałem się przytłaczającego i wolnego grania od którego na ogół po pół godzinie boli mnie łeb, ale pozytywnie się zaskoczyłem. Oczywiście jest ciężar, jest transowo, ale są wolniejsze tempa, sporo średnich, a nawet i tych szybszych, także balans jest zachowany przez co odbiór materiału jest bardzo przystępny. Jak to mówią, ładnie to wszystko chodzi. Ciekawym zabiegiem było wplecenie przez zespół zapożyczeń z Black Sabbath, które padają w "Round the Bend Satan", mianowicie znane dobrze ze "Sweet Leaf" "All right now"! oraz "Satan's coming round the bend" z otwieracza debiutu. Niby taki drobiazg, ale morda sama się uśmiecha jak się to słyszy. Sama forma wydania "Drug Magick" jest warta wspomnienia. Jak wiadomo Old Temple wypuszcza swoje krążki jako złote dyski, a i sama oprawa graficzna jest tu na wysokim poziomie i poza samą muzyką jest na czym na moment zawiesić oko, a którego kolekcjonera ten fakt nie rajcuje. 
Powiem tak, słuchało mi się dobrze, mimo tego, że nie specjalnie często tego typu granie gości w moim odtwarzaczu. Jakimś mega fanem co prawda nie zostanę, ale nie mogę odmówić Doomster Reich naprawdę porządnej roboty w swym rzemiośle i autentycznie udanego przeniesienia nas w czas, kiedy ów styl rósł w siłę i oferował to co najlepsze. Świeżości i energii także tu nie zabrakło. Jak ktoś siedzi w takim graniu niech śmiało sięga po tę płytę, rozczarowania być nie powinno.

https://www.facebook.com/doomsterreich/
https://doomster-reich.bandcamp.com/
http://www.sklep.oldtemple.com/


poniedziałek, 19 lutego 2018

Enslaved- Hordanes Land (Candlelight 1993/ By Norse Music 2018)

"Hordanes Land" to nie tylko kamień milowy dla samego Enslaved, ale także bardzo istotne wydawnictwo dla norweskiej sceny ze względu na swój oryginalny charakter i tematykę. Sukces tego mini albumu zespół w znacznym stopniu zawdzięcza samemu Euronymousowi. Podczas jednej z ich wizyt w Helvete puścili mu jeszcze niedokończoną wersję dema "Yggdrasill", które momentalnie zdobyło zainteresowanie Oysteina i to na tyle aby zaproponować zespołowi wydanie płyty w barwach Deathlike Silence. Niedługo potem z Euronymousem skontaktował się Lee Barrett, właściciel dopiero co powstałej Candlelight Records, z prośbą o zarekomendowanie dwóch zespołów na potrzebę pierwszych dwóch Epek oraz splitu na cd. W odpowiedzi usłyszał Emperor oraz właśnie Enslaved. Grutle, Ivar oraz Trym z radością przystali na ofertę i z końcem 1992 weszli na kilka tygodni do studia aby zarejestrować "Hordanes Land". EPka ukazała się w barwach wspomnianego Candlelight w maju 1993 i momentalnie zdobyła sobie uznanie sceny jak i fanów. I nie ma co się temu dziwić, oj nie. Mimo tylu lat od wydania ten materiał wciąż tętni tą unikatową atmosferą i klimatem towarzyszącym wczesnym latom sceny w Norwegii. Enslaved stworzyło tu, jak na tamten czas, jedyną w swoim rodzaju mieszankę zajadłej i surowej Black Metalowej sztuki połączonej z ciekawymi klawiszowymi, nadającymi epickości tłami oraz tematyką osadzoną w nordyckiej mitologii i kulturze (co wcześniej na taką skalę praktykował tylko Bathory, a za przykładem czego poszły później kolejne grupy, jak chociażby Ulver). Mamy tu tylko trzy utwory, ale każdy średnio po dziesięć minut. Są to rozbudowane, niesamowicie wciągające kompozycje, przy których nie idzie się nudzić. Znakomity, wampiryczny wokal i wyeksponowane wyraźnie linie basu Grutle, świetne gitarowe i klawiszowe partie Ivara oraz solidne bębnienie Tryma stworzyły dzieło skończone i tak ważne w ich dorobku. Sam zespół darzy je przeogromnym sentymentem i do tej pory grywa na koncertach utwory z owej Epki.
Podsumowując, to właśnie dzięki takim wydawnictwom jak "Hordanes Land" tak mocno zagłębiłem się niegdyś w Black Metal, który do tej pory pochłania mnie z tą samą mocą. To przykład grania w którym można usłyszeć i poczuć tą szczerą pasję i oddanie wykonywanej muzyce, która zaraża i wciąga już na zawsze. Nieśmiertelny klasyk i osobiście bardzo ważne dla mnie wydawnictwo!
Poniżej przedstawiam tegoroczną reedycję omawianej płyty, która ukazała się z ramienia By Norse Music prowadzonej Einara Selvika (Wardruna), Ivara Bjornsona (Enslaved) oraz Simona Fullemanna. Wznowienie wyszło kapitalnie, chociaż może nie jestem tu do końca obiektywny jako, że brałem drobny udział w owym wydawniczym przedsięwzięciu, no ale jak tu nie chwalić jak jest co. Wydanie zawiera cała masę wspomnień osób związanych ze sceną, muzyków nie tylko Enslaved i norweskiej sceny (min. Faust, Silenoz, Fenriz, Mortiis... ale i Saculagus, Sakis Tolis, Metalion, Yosuke Konishi...), krótkie wywiady, garść zdjęć i memorabiliów oraz bardzo dobrze zrewitalizowaną szatę graficzną wierną oryginalnemu wydaniu. Wszystko w laminowanym digipaku. No żyć nie umierać, tak powinny wyglądać wszystkie reedycje klasycznych materiałów!






niedziela, 18 lutego 2018

Death Denied- A Prayer to the Carrion Kind (wydanie własne 2017)

Na samym wstępie muszę się przyznać, że jest mi daleko do dokładnie takiego grania jakie reprezentuje Death Denied, na co dzień słucham kompletnie odmiennych brzmień w ramach metalowej sztuki, ale zdobyłem się na posłuchanie tej grupy z jednego bardzo konkretnego powodu. Uwielbiam Grand Magus i Kiss, a Death Denied, dodając tutaj również sporo z Black Label Society, zespolili poniekąd wspólne elementy tych trzech grup w jedną całość tworząc swoje własne granie, styl i brzmienie. Znalazły się tu echa takich płyt GM jak "Wolf's Return", czy "Iron Will", a z Kiss mamy patenty prosto z "Carnival of Souls" oraz "Revenge". Co do BLS to jest tu rajd przekrojowy. Jednym słowem skondensowali ze sobą części składowe Heavy/Doom Metalu, Hard Rocka i tzw. Southern Rocka/ Metalu. No róg obfitości. Z pozoru wydaje się to dosyć osobliwą mieszanką, ale w praktyce to autentycznie się sprawdza. Utwory są walcowate, ciężkie, ale jednocześnie bardzo nośne, chwytliwe i nie pozbawione urozmaiceń, melodyjnych, zadziornych solówek oraz mocarnych riffów. Można powiedzieć, że zespół świetnie bawi się tu w łączenie staroci z nowoczesnością. Może nie do końca pasują mi tutaj wokale trochę jakby Zakk Wylde, bo nie przepadam za tym stylem, ale w akurat tej formule idzie do tego przywyknąć i zaakceptować, a z czasem może i polubić, kto tam wie. W każdym bądź razie, jeżeli Death Denied ze swoim "A Prayer to the Carrion Kind" byli w stanie zainteresować swoim graniem kogoś kto na co dzień siedzi w niemal kompletnie innych klimatach, to musi być coś na rzeczy. Dlaczego ma się tak nie stać w przypadku mi podobnych? Warto spróbować. Natomiast fani wspomnianego Południowego łojenia, jak i samego Doom Metalu będą z pewnością kontent i ten materiał ich porwie.

https://www.facebook.com/deathdenied/
http://deathdenied.8merch.com/services/store
https://deathdenied.bandcamp.com/album/a-prayer-to-the-carrion-kind


sobota, 17 lutego 2018

Winds ov Decay/ Occult Ceremonial Rites- Black Altar/ Beastcraft split (Odium Records 2017)

Kilka dni temu dotarła do mnie mocno oczekiwana przesyłka zawierająca split Black Altar/ Beastcraft w tzw. wersji die hard. To co otrzymałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, zarówno muzyczne, jaki i wizualne, no ale o tym co zawiera ów drewniany box zostawmy na koniec, zajmijmy się najpierw samą muzyką.
Split Winds ov Decay/ Occult Ceremonial Rites jest wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze jest hołdem pamięci Trodr'a Nefasa, pod drugie wydawnictwem celebrującym 25-lecie Black Altar, a po trzecie materiałem, na którym zagościła cała masa muzyków, zwłaszcza po stronie niegdyś olsztyńskiej hordy.
Pierwsza część płyty należy do Shadow'a. To co tu dostajemy to chyba najpotężniej brzmiący materiał jaki spłodził Black Altar. Jest tak soczyście i potężnie jak nigdy wcześniej, a ładunek emocji jaki ze sobą niesie jest wprost niesamowity. Z resztą nie ma co się dziwić. Istniało ryzyko, na szczęście przepędzone, że będzie to ostatni materiał Black Altar. Shadow przelał tu całą esencję swojej sztuki. Zarówno "Tophet" jak i "Winds of Decay" ścinają z nóg. Są mocarne, pełne mroku i mistycyzmu, wciągając słuchacza w swą czarną otchłań z biletem w jedną stonę. Obu kompozycjom towarzyszą intro i outro wyciągnięte jakby żywcem z kina grozy osadzonego w mrokach średniowiecza. Dostajemy tu też cover Beastcraft "Pentagram Sacrifice", wzięty z tribute'u dla Nefasa "The Beast Awakens" (2013) oraz industrialną wersję "Tophet". Tutaj trochę zaskok z takiego akurat posunięcia, ale muszę powiedzieć, że wyszło to całkiem nieźle. Dodatkowo na płytce znajduje się także videoclip do "Tophet", który miał nie tak dawno swoją oficjalną premierę. W realizacji tego utworu wzięli udział muzycy takich zespołów Vader , Ondskapt oraz Acherontas, i oczywiście Beastcraft.
Teraz część należąca do grupy prowadzonej obecnie przez Sorath'a. Cóż, nie bez przyczyny zespół sygnuje swą sztukę jako True Norwegian Black Metal. Materiał ma zimne, szorstkie, wręcz tnące brzmienie, ale nie pozbawione głębi i kolorytu. Klimat jest niczym z najlepszych czasów tego grania, słychać tu tą samą atmosferę jaka towarzyszyła wczesnym nagraniom Gorgoroth, Darkthrone, Carpathian Forest czy Tsjuder, o Urgehal nie wspominając. Jest to tak esencjonalne i przesiąknięte duchem tej muzyki, że aż ciężko to opisać. Najwięcej tego właśnie klimatu mają tu "Deathcraft and Necromancy" oraz znany już dobrze z 7'' "Blackwinged Messiah" utrzymane w średnich tempach. Natomiast Black Metalową kanonadą chłoszcze "Resurrection Throught Desecration and Churchfire" oraz zamykający całość "...In Thy Name", także obecne na wydanych już wcześniej 7''- calówkach zespołu. Tak dla porównania, podobnego kopa jak wyżej wymienione kompozycje ma np. "Revelation of Doom" Gorgoroth, także to nie przelewki. Mamy też tutaj jeden kawałek live z 2016- "Burnt at His Altar". Oba zestawione ze sobą materiały Beastcraft i naszego Black Altar po prostu wgniatają w glebę, taka prawda. Będę wracał do tych piekielnych wyziewów nie raz, nie dwa, jestem tego absolutnie pewien.
Na podsumowanie, jak już zapowiedziałem na samym wstępie, przejdę do zawartości omawianego wydawnictwa. W owym limitowanym do 50 sztuk drewnianym pudle, poza winylową (czerwony winyl + dwustronny plakat formatu A3) i kompaktową wersją płyty oraz koszulkami obu zespołów, znalazła się cała masa pamiątek związanych z twórczością Black Altar. Mamy tu 2 duże plakaty A3 z czasów debiutanckiej płyty oraz "Death Fanaticism", flyery z wiązane z pierwszą płytą oraz splitem z Vesania, naszywkę, zdjęcia z autografami, promo cd z Odium Records oraz wkładki do wspomnianego przed chwilą splitu oraz dwóch pierwszych albumów w wersji kasetowej. No nie ma co, na bogato i konkretnie (istotnie die hard!), Shadow nie pożałował i dopracował temat w każdym możliwym szczególe. Chyba nie ma opcji żeby ktokolwiek czuł się nieusatysfakcjonowany z takiego wydania i kto tego w czas nie zgarnął ma czego żałować. Wydawnictwo wyszło wzorcowo i co można było zrobić, zostało zrobione. Perfekcja w każdym calu!

https://www.facebook.com/blackaltar/
http://www.black-altar-horde.com/
https://www.facebook.com/BeastcraftOfficial/
http://www.deathcibel.com/beastcraft/
http://www.odiumrex.com/webshop/














piątek, 9 lutego 2018

Horrorscope- Altered Worlds Practice (Defense Records 2017)

Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę płytę i w ogóle napisanie o niej czegokolwiek. Głównie przez elementy groove metalu, którego alergicznie nie znoszę oraz okazyjnego wplatywania na niej czystych wokali (no jakoś gryzie mi się to z takim graniem). Niemniej jednak pozytywne aspekty krążka oraz nie tak duża i oczywista dawka wspomnianych niedogodności, przeważyły i zdobyłem się na kolejne odsłuchy szóstego już długograja tej chorzowskiej ekipy. Owocem jest niniejsza recka. Na samym początku warto zaznaczyć, że to chyba najcięższy jak dotąd krążek Horrorscope, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Kompozycje są tu mocarne, walcowate, o konkretnym soczystym brzmieniu. To pierwszy z plusów który skłonił mnie do poświęcenia "Altered Worlds Practice" trochę więcej czasu. Kolejnym i chyba najważniejszym, jest fakt, że usłyszałem tu... elementy Szwedzkiego Death Metalu! Nie wiem, mam jakiegoś zboka na tym punkcie i gdzie nie słyszę te wpływy to momentalnie zamieniam się w słuch. Wiadomo, że Horrorscope to przede wszystkim ciężki kawał thrashu z elementami nielubianego przeze mnie groove'u, ale tutaj, nie wiem czy świadomie czy nie, pojawiło się sporo z brzmienia Amon Amarth czy struktur, rytmiki dobrze znanej z późniejszych dokonań Dismember czy Entombed. Te właśnie, szwedzkie naleciałości fajnie przysłoniły mi przeszkadzające drobiazgi. No nawet wokalowi "Baryły" bliżej do Death Metalowej estetyki. Zadziorne, odrobinę techniczne solówki to także kolejny jasny punkt albumu, o którym warto wspomnieć. I właśnie tymi wszystkimi elementami mnie chłopaki kupili i słuchało mi się owego albumu bardzo dobrze, od początku do końca. Na koniec płytki czekał deser w postaci coveru "Wolverine Blues". Zrobili to odrobinę wolniej niż jest w oryginalne, na swoją modłę (i tak powinno być zawsze, po swojemu). Uwydatnili riffy, dodali do tego swoje gęste brzmienie i pojechali z tym koksem. Wyszło pierwszorzędnie i świeżo. Nie dziwi mnie nawet dobór akurat tego utworu, cóż, mówiąc szczerze ten album buja i miażdży podobnie jak nie tylko ten kawałek, ale jak i cały album o tym właśnie tytule. Płyta warta i zakupu i samego posłuchania! Kawał solidnej roboty!

https://www.facebook.com/horrorscopeband/
https://www.youtube.com/user/HorrorscopeRadical
https://www.reverbnation.com/horrorscope
http://www.defensemerch.com/


czwartek, 8 lutego 2018

Black Oath Rites- Waroath/ Czarna Trumna/ Cthulhu Rites split (Putrid Cult/ War Productions 2018)

Kolejny ciekawy split od Putrid Cult. Tym razem mamy sojusz aż trzech hord z naszej podziemnej sceny- Waroath, Czarna Trumna oraz Cthulhu Rites. Pierwsza z nich to kapitalny, staro-szkolny Black/ Thrash/ Speed Metal osadzony w brzmieniu lat 80-tych i stylistyce Pierwszej Fali. Mamy tu trzy ich numery, dwa pochodzące ze strony A EPki "Merciless Night Evil" oraz nagrany oddzielnie "Cios Barbarzyńskiego Ostrza", ewidentnie najlepszy z całego zestawu (ale i pozostałe dwa to konkretne czaszko-miazgi). Zaczyna się szczękiem ostrzy i odgłosami bitwy, aby za chwilę chłostać nas kanonadą siarczystych i chwytliwych riffów. Jest w tym "to coś", które sprawia, że chce się wrócić do tego materiału. Panowie mają na swoim koncie dwa dema (EP, zależnie od źródła) i niniejszy split. To co do tej pory od nich usłyszałem wystarczyło kompletnie abym z niecierpliwością wypatrywał pełnego albumu. Z pewnością urwie łeb razem z czterema literami!
Czas teraz na część należącą do Czarnej Trumny. Co tu dużo mówić, kawał obskurnego, surowego Black Metalu o mocno piwnicznym brzmieniu i klimacie. Słychać w tych lochach i mroku odległe echa podziemia lat 90-tych, ale mimo tego zespół potrafił ubrać swoją sztuką we własny, unikalny charakter. Słyszałem już sporo podobnej atmosfery w Black Metalu i można by powiedzieć, że to już było, ale Czarna Trumna dodała kolejny odcień niepokoju do tej kolekcji tworząc na swoich nagraniach kolejne złowieszcze, trupie widmo. Dobrym pomysłem było wplecenie w kompozycje sampli o diabelskiej tematyce, to też dodało kompozycjom odpowiedniego smaczku.
Ostatni w rozkładzie jazdy jest Cthulhu Rites, częstujący nas również zastrzykiem surowego Black Metalu. Cóż, pierwsze co rzuca się na uszy to bardzo zamulone, szeleszczące, gasnące brzmienie, trochę jakby zza ściany i wrzaskliwy, tnący wokal. Kłóci się to trochę ze znakomicie dobranymi i zestawionymi (mimo odmiennej stylistyce) ze sobą Waroath i Czarna Trumna. Te dwa zespoły pasowały do siebie w paru aspektach i dobrze się zazębiały. Cthulhu Rites natomiast trochę tu odstaje i pasowałoby bardziej w towarzystwie grup podobnych sobie, a już takie brzmienia słyszałem tu i ówdzie (np. na starych nagraniach Anaboth czy Egaheer). Ma to w sobie pewien urok, ta posunięta do granic obskurność i zatęchłość materiału, nostalgiczne elementy akustyczne (no duch starych dem sprzed ponad 20- lat niechybnie się nad tym unosi), ale zupełnie inaczej byłoby z odbiorem przy nieco lepszym brzmieniu i w innym zestawieniu, bo bądź co bądź, to bardzo dobry stuff.
W ostatecznym rozrachunku to naprawdę dobry split, już dla samego Waroath warto po niego sięgnąć, a i jest świetnym bodźcem do poeksplorowania naszego podziemia i jego wydawnictw z ostatnich lat, a naprawdę jest czego posłuchać. Polecam!

http://www.putridcult.pl/


środa, 7 lutego 2018

Ols- Ols (wydanie własne 2017)

Dziś pozwoliłem sobie odjechać w trochę inne muzyczne rejony. Recenzja jak i sama płyta dosyć wyjątkowa, bo nie do końca z metalem związana. Zdobyłem się na kilka słów refleksji odnośnie Ols, ze względu na nietuzinkowość i klimat tego materiału, a i wziąłem pod uwagę fakt, że już od wielu lat muzyka folkowa ma kilka wspólnych mianowników z metalem i oba gatunki już wielokrotnie były ze sobą łączone. W tym momencie mniejsza o to czy z mniejszym czy większym skutkiem.
Na Ols wpadłem przez czysty przypadek odświeżając sobie nieco temat muzyki folkowej pobudzony przez odsłuch debiutanckiego krążka Letenicy. Ols porusza się po bardziej mrocznej, transowej, nostalgicznej, wręcz refleksyjnej stronie folku. Utwory na debiutanckiej płycie utrzymane są dokładnie we wspomnianej stylistyce i klimacie, co może sprawić, że odbiór takiej formy tej muzyki może nie być w tym samym stopniu przyswajalny (i raczej nie jest), co ten bardziej utarty, melodyjny i chwytliwy jej wizerunek, który spotyka się najczęściej. Można jeszcze pokusić się o stwierdzenie iż kompozycje Ols, korespondują nieco z szamańskim, rytualnym obszarem tej sztuki, co nadaje kompozycjom pewnego mistycznego charakteru i aury (swoje trzy grosze dodają także niebanalne teksty). Najważniejszą cechą płyty, jak i znakiem rozpoznawczym Ols, są wielowarstwowe wokale, na które położony jest szczególny nacisk. Są kompleksowe, o różnej skali i bardzo oryginalnej, delikatnej barwie. Zarówno one jak i cała warstwa instrumentalna jest dziełem tylko jednej osoby (wyjątkiem są gościnne partie gitar w utworze "Woda", które nagrał Zagreus z zespołu Jarun). Ze względu na to należy się tutaj szacunek, zarówno za talent jak i ogrom pracy. Wracając do samej muzyki, jednym słowem takie klimaty trzeba lubić i trzeba być w odpowiednim nastroju do ich słuchania, wtedy właśnie ta płyta ma szansę w pełni odkryć to co ma do zaoferowania i zarazić swoją magią. Jako przedsmak całości, polecam posłuchać sobie takich utworów jak "Drzewa" (mój numer jeden z całego rozkładu jazdy) czy "Krew na Mchu", w którym zawarte jest fajne przyspieszenie stające odrobinę w kontraście do głównego, melancholijnego nurtu albumu. I jeszcze jedno, warto wyróżnić nagrane tu covery utworów z repertuaru Katatonii i Agalloch. Gdyby nie język angielski, można by pomyśleć, że to autorskie kawałki Ols, tak misternie zostały wplecione w stylistykę projektu. Podsumowując, tym którzy lubią sobie czasem uciec w folkowe klimaty, i bynajmniej nie mam tu na myśli skocznej przytupanki, jak najbardziej polecam, jest czego posłuchać i w czym się zatracić.

https://www.facebook.com/Olsproject/
https://olsproject.bandcamp.com/releases
https://www.youtube.com/channel/UCCVEuWTByrl_O8GhEtocAyg


wtorek, 6 lutego 2018

Behemoth- And the Forests Dream Eternally/ Damnation- Forbidden Spaces split (Last Epitaph 1997)

Dwa arcypotężne materiały dwóch hord, które w latach 90-tych stanowiły trzon naszej sceny Death i Black Metalu. EP "And the Forests Dream Eternally, nagrany w lipcu 1994 (a wydany rok później przez włoską Entropy) w gdyńskim Warrior Studio (w ciągu dwóch dni) jest dla wielu fanów najlepszym z materiałów "starego" Behemoth, a i zespół bardzo go ceni. Sam Nergal przyznał, że to najważniejszy materiał jaki nagrał z Baalem, swoiste podsumowanie pierwszego etapu w historii zespołu. Na ów materiał składa się pięć kompozycji. Jest tu min.  poniewierający swą agresją i atmosferą "Transylvanian Forest", klimatyczny i ponury "Moonspell Rites" (notabene, pierwotnie, taki właśnie tytuł miał nosić niniejszy EP), "Pure Evil and Hate" (z początku wiele osób uważało go za cover jakiegoś mało znanego kawałka Bathory), który był chęcią złożenia hołdu wczesnym dokonaniom Quorthona, czy "Forgotten Empire of Dark Witchcraft"- nagrany przez Nergala samodzielnie od początku do końca, będący podobno eksperymentalną kompozycją. Mimo tego, że był to chwilowo dosyć ciężki okres dla zespołu spowodowany problemami ze składem jak i wewnątrz grupy, zrodziły się nagrania o dosyć niepowtarzalnym brzmieniu, surowym, prymitywnym, ale oddziałującym przede wszystkim na obszar klimatu "And the Forests Dream Eternally". Dosyć zaskakując historię ma też okładka Epki, a może wręcz do bólu prozaiczną. Zdjęcie lasu najzwyczajniej w świecie wzięte zostało z jakiegoś atlasu lasów polskich, wkomponowane w dodatkowe elementy i ot cała filozofia. Na podsumowanie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego przyjaciela Thorn'a (ex North, Neasit)- "Ten materiał idealnie odzwierciedla klimat najlepszych lat w krajowym Black Metalu!". Nic dodać, nic ująć!
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.


niedziela, 4 lutego 2018

Lava Invocator- Mork (Satanath Records/ More Hate Productions 2017)

Nie tak daleko, bo na sąsiedniej Ukrainie, która od kiedy się pamięta Black Metalem stoi, mrok nocy ujrzał w ubiegłym roku debiutancki krążek Lava Invocator, którego muzycy udzielają się także w Def/Light. To z czym mamy do czynienia na "Mork" to nic innego jak kawał wściekłego Black Metalu, urozmaiconego różnymi ciekawymi akcentami. Generalnie Lava Invocator można by polecić zwolennikom Gorgoroth, Black Altar czy nawet Infernal War, bo główny trzon ich kompozycji opiera się na tym samym schemacie co w przypadku wymienionych grup. Ale trzeba pamiętać, że to Ukraina. Poza furią, agresją i wściekłością czystej Black Metalowej sztuki mamy także akcenty melodyjne, klawiszowe, czasem nacechowane odrobiną patosu. Tak jest w tym przypadku. Nie jest tego dużo, ale jednak. Można doszukać się w tej kwestii zabiegów podobnych do tych uskutecznianych przez chociażby stare Dimmu Borgir (no tu akurat Norwegia się kłania) czy kultowe Nokturnal Mortum lub nawet Dub Buk. Najlepszym przykładem jest tu tytułowy "Mork" oraz "Dark Thunder Sky". Na tym cykl akcentów i urozmaiceń się nie kończy, bo w utworze "Totenkampf" zespół pozwolił sobie czmychnąć w jakby Death/ Thrashowe rejony i nieco czystsze linie wokalne. Byłem tym zabiegiem zaskoczony, bo jakby nie było burzy to trochę układ stylistyczny całej płyty, ale w ostatecznym rozrachunku potraktowałem to za odważny krok i zafundowanie sobie przez zespół takiej drobnej odskoczni. W sumie dlaczego nie, tym bardziej, że muzycznie wyszło to bardzo dobrze. Także reasumując na plus.
Na "Mork" nie mamy do czynienia z niczym specjalnie nowym, ale za to mamy powiew świeżości w zakresie utartych już szlaków, no i sporo ognia, siarki i ogólnego, odpowiedniego dla Black Metalu pierdolnięcia. Z czystym sumieniem mogę fanom gatunku polecić.

https://soundcloud.com/lava_invocator
https://satanath.bandcamp.com/
http://satanath.com/


sobota, 3 lutego 2018

In The Name of God- We Are the War (Wydanie własne 2017)

Przed zapoznaniem się z najnowszym materiałem In The Name Of God nie miałem jakiś mocno sprecyzowanych oczekiwań. Po odrobinie sampli przed włączeniem sobie płyty wiedziałem, że będzie to przynajmniej dobra porcja Death/ Thrash Metalu. I wcale mocno się w tym nie pomyliłem. Odpalam krążek, a tu uderza we mnie konkretny kawał Szwecji spod znaku odrobinę późniejszego Dismember, dowodzonego prze LG Petrova Entombed A.D. czy Merciless, okraszony domieszką technicznego zacięcia w stylu znanym z wczesnych albumów naszego Decapitated. Taką miksturę można pić i to bez wzdrygania się, a nawet z ochotą na dolewkę. Jest chwytliwie, z odpowiednią dozą ciężaru, solidnymi wokalami (są i thrashowe wrzaski, a i mocarny, niski deathowy wokal, niemal growl) i zmianami temp. Materiał się nie nudzi i nawet wciąga, zwłaszcza te fajne masywne, acz lekko bujające riffy. Nie jest to najlepsze porównanie, bo tu odczucia mogą być różne zależnie od osoby, ale ta płyta w wielu miejscach przywodzi mi na myśl "Massive Killing Capacity" Dismember oraz "Wolverine Blues" Entombed, zwłaszcza w zakresie, nazwijmy to, motoryki. Także podsumowując, "We Are the War" jest materiałem, który faktycznie ma szansę rozpętać jakąś wojnę jeżeli zostanie dostrzeżony przez kogo trzeba, wydawcę z pasją do tematu. Nie trzeba mocno się wsłuchiwać żeby dostrzec tu potencjał, oryginalność i oddanie granej muzie. Trochę wstyd, że swoją trzecią płytę In The Name Of God muszą wydawać własnym sumptem na cd-r. Ten album w pełni zasługuje na profesjonalne, pełne wydanie i bycie dostrzeżonym. Tyle ode mnie. Jak najbardziej ten krążek polecam!

https://www.facebook.com/ITNOGband/



piątek, 2 lutego 2018

Laws of Perversion and Filth- Warfist/ Excidium split (Godz ov War 2018)

Piękna w swej agresji, brutalności i bezpretensjonalności Black/ Thrashowa bateria najcięższych dział! Szarpie odłamkami, a głównym pociskiem urywa łby jeden po drugim, aby skończyć masakrę konkretnym wybuchem na wzór nuklearnego grzyba! Ufff, tak ten materiał to zero litości i zero wytchnienia! Ale właśnie o to w tym wszystkim chodzi! Warfist, którzy wciąż miażdżą swym energicznym, oldschoolowym graniem połączyli siły z odrobinę młodszym stażem Excidium, które hołduje tej samej muzycznej recepturze co ich starsi koledzy.  Stworzyli split ociekający spaczonym piekielną czernią Thrashem, czyste bestialstwo w temacie. Każdy utwór to istna petarda przy której machanie banią to tylko kwestia czasu. Oba materiały pokazują, że w tej dziedzinie nie ma czasu na zastanawianie się, to musi być żywioł, życie tą sztuką i oddanie, i to dokładnie dostajemy, jak na tacy. Warto wspomnieć, że oba zespoły pokusiły się o drobny hołd dla weteranów sceny podsumowując nim swoją część splitu. Warfist wziął na warsztat "Angel Death" Dodheimsgard, natomiast Excidium sięgnęli po "Karmageddon Warriors" Impaled Nazarene. Ów covery wyszły pierwszorzędnie, z pierdolnięciem i chyba nie znajdzie się nikt kto by w tej kwestii miał stękać, że coś tu nie styka! Obie grupy są w szczytowej formie i dają głośną i wyraźną zapowiedź temu, że nie mają zamiaru spoczywać na laurach, a wręcz przeciwnie, będą podkręcać śrubę i niebawem znów dadzą o sobie znać. Pewny jestem, że z wcale nie mniejszym hukiem. Tako wam powiadam Metalowa Braci- bierzcie i słuchajcie!

https://warfist.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/warfisthorde
https://excidiumdivision.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/excidiumdivision
http://godzovwar.com/


czwartek, 1 lutego 2018

Verthebral- Regeneration (Satanath Records, More Hate Productions, Final Gate Records 2017)

Klasyczny Death Metal starej szkoły prosto z dalekiego Paragwaju! Tak, ta młoda załoga zapatrzona jest totalnie w bogów gatunku. Z ich nagrań biją inspiracje takimi znamienitościami jak Morbid Angel, Death, Cannibal Corpse, Immolation, czy Asphyx lub Grave. Wszystkiego jest tu po trochu, co w całości daje bardzo dobry, można powiedzieć soczysty, efekt. Album brzmi mocarnie i czysto, dzięki czemu można wyłapywać te wszystkie oldschoolowe smaczki i w pełni się nimi delektować. Verthebral potrafią zarówno przyłoić z furią, jak i zaatakować walcowatymi, ciężkimi riffami. Nie brakuje tu też naprawdę przemyślanych, miejscami melodyjnych, a i nieco technicznych solówek. Gdyby żył Chuck z pewnością by chłopakom pogratulował i postawił po piwsku. Młody zespół, mają na koncie tylko epkę i ów debiut, a już mają się czym pochwalić. Słucha się tego z przyjemnością, a nawet uznaniem. Każdy fan Death Metalu, bez względu na jego formę, będzie zadowolony, z mojej strony pełna i niewymuszona rekomendacja. Nie dość, że złapało to moją uwagę, to i sprawiło, że za jakiś czas z chęcią sobie do tej płyty wrócę Pragnę jeszcze dodać, że właśnie takie zespoły jak Verthebral dają świadectwo temu jak wartościowe materiały powstają obecnie w podziemiu i jak wysokiej jakości potrafią być. Rodzą się nagrania, które w wielu przypadkach, wystarczy dobrze poszukać, potrafią przeskakiwać energią, świeżością, oryginalnością, a nawet talentem bardzo wiele grup powszechnie znanych, czy nawet niektórych weteranów. "Regeneration" to płyta, która głośno mówi: "Słuchamy, uczymy się, wyciągamy wnioski i łoimy udoskonalając i odświeżając receptę!" Tak trzymać!

https://www.facebook.com/VerthebralOfficial/
https://www.facebook.com/satanath666/
https://satanath.bandcamp.com/
http://satanath.com/