Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1987. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1987. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2020

Celtic Frost - Into the Pandemonium (Nosie Records 1987/2017)

Dziwna, jak na swoje czasy bardzo eksperymentalna, aczkolwiek intrygująca płyta. Z pewnością fani grupy po płytach „Morbid Tales” i „To Mega Therion” nie spodziewali się usłyszeć czegoś takiego. To była swoista rewolucja! Niemniej jednak świadczy to o tym, iż Celtic Frost nie bali się próbować nowych rzeczy, nowych rozwiązań, generalnie rzecz biorąc muzycznych eksploracji. Po sporym sukcesie „To Mega Therion” i trasach towarzyszących promowaniu tego materiału, można było oczekiwać pozostania na tej drodze, jakiejś zachowawczości, ale nie. Tom i Martin mieli już inne plany. 
Wydany w 1987 roku „Into the Pandemonium” jest płytą bardzo zróżnicowaną, która jednocześnie może zachęcać swoją „innością” i bogactwem lub wręcz przeciwnie, odstręczać za odstępstwo od poprzednio obranej drogi. Mamy tu utwory będące mieszanką Hard Rocka i Thrashu, jak na przykład „I Won't Dance” czy otwierający album „Mexican Radio” z repertuaru Wall of Voodoo, trochę typowo celtic frostowych klimatów z poprzednich płyt („Inner Sanctum” czy świetny „Babylon Fell”) oraz sporo symfoniczno-elektronicznych wycieczek z budzącymi mieszane uczucia „One in Their Pride” oraz „Tristesses de la Luna” (metalowych brzmień brak!) na czele. To po prostu istna kopalnia różności!
„Into the Pandemonium” była płytą, która (w czasie, gdy się ukazała) była dziełem pionierskim, przetarciem pewnych szlaków. Wtedy jeszcze nikt nie łączył z muzyką metalową elementów symfonicznych, żaden zespół nie zatrudniał orkiestry do pracy przy albumie (w '88. zrobił to Manowar). Było to niewątpliwie ryzykowne, acz ambitne przedsięwzięcie. Noise Records nie było zadowolone z planów zespołu i nie obyło się bez poważnych spięć, no ale nic to specjalnie nie zmieniło.
Z pewnością niniejszy album miał spory wpływ na wiele zespołów, chociażby takich jak japoński Sigh, który elementy zawarte na "Into the Pandemonium" przerzucił na szerszy grunt, wyeksploatował w taki sposób, że z ozdobnika, dodatku stały się stałym, ważnym elementem kompozycji.
Na kilka słów zasługuje również okładka płyty, która także odbiegała od uprzednio obranej estetyki i konceptów. Zdobi ją część dzieła Hieronima Boscha (a konkretnie ta odzwierciedlająca jego wizję piekła), holenderskiego szesnastowiecznego malarza, pt. „Ogród Rozkoszy Ziemskich”. Gdy spojrzycie w prawy górny róg obrazu, to zobaczycie część użytą na „Into the Pandemonium”. Po raz pierwszy nie było to nic typowo bluźnierczego czy tak bezsprzecznie diabelskiego, jak miało to miejsce na poprzednich albumach i w Hellhammer.
Przyznam, że „Into the Pandemonium” stało się po czasie moim ulubionym materiałem w dorobku Celtic Frost; co jakiś czas mam ochotę ponownie go zgłębiać i poznawać. Tego typu płyty z czasem bardzo zyskują; okazuje się jak ważna była i jest ich rola, są dziełami, którym zawsze należy się ogromny szacunek. Czy polecam? Jak najbardziej! Dla tych, którzy owego albumu jeszcze nie znają (no nie wiem, czy znajdą się takie osoby, ale możliwe, że tak) może wydać się wymagający, trochę nieprzystępny, ale ma naprawdę wiele do zaoferowania.
Poniżej przedstawiłem kapitalnie przygotowaną przez Noise/BMG reedycję tegoż albumu, jaka ukazała się w 2017 roku. Poza samym albumem dostajemy solidny digibook z obszerną książeczką zawierającą liner notes oraz sporo niepublikowanych wcześniej fotografii. Z dotychczasowych edycji na CD tę uważam za najlepiej wydaną.


English translation:

Strange, for its time, and very experimental, but intriguing album. Certainly the fans of the group after the albums "Morbid Tales" and "To Mega Therion" did not expect to hear such a thing. It was a kind of revolution! Nevertheless, this proves that Celtic Frost was not afraid to try new things, new solutions, generally speaking musical explorations. After the considerable success of "To Mega Therion" and the tours accompanying the promotion of this material, one could expect they would stay on this road, but it didn't happen. Tom and Martin had other plans.
Released in 1987, "Into the Pandaemonium" is a very diverse album, which at the same time can encourage with its "otherness" and richness, or on the contrary, discourage because of the departure from the previously chosen path. Here we have songs that are a mixture of Hard Rock and Thrash, such as "I Won't Dance" or the opening "Mexican Radio" from the repertoire of Wall of Voodoo, some typical Celtic Frost stuff from previous albums ("Inner Sanctum" or the great "Babylon Fell") and a lot of symphonic-electronic attempts with "One in Their Pride" and "Tristesses de la Luna" (no metal sounds at all!) at the forefront. It's just a real mine of variety!
"Into the Pandaemonium" was an album that (at the time it was released) was a pioneering work, pathing the way for certain concepts. At that time, nobody combined symphonic elements with metal music, no band employed an orchestra to work on the album (Manowar did in the '88). It was undoubtedly a risky but ambitious undertaking. Noise Records was not satisfied with the band's plans and it was not without serious tensions, but it didn't change that much.
Certainly, this album had a significant impact on many bands, such as the Japanese Sigh. They threw the elements contained on "Into the Pandemonium" onto a broader ground, exploited it in such a way that those additions became a permanent, important element of the compositions.
The cover of the album also deserves a few words, as it also differed from the previously chosen aesthetics and concepts. It is decorated with a part of the work of Hieronimous Bosch (specifically the one reflecting his vision of hell), a Dutch sixteenth-century painter, entitled "Garden of Earthly Delights". When you look at the upper right corner of the image, you will see the part used on "Into the Pandaemonium". For the first time, it was nothing typically blasphemous or unquestionably devilish, as it was on previous albums and in Hellhammer.
I admit that "Into the Pandaemonium", after a while, became my favorite material among the achievements of Celtic Frost; from time to time I want to rediscover and explore it again. These type of records gain a lot over time; it turns out that their role was and is important, they are works that always deserve enormous respect. Do I recommend it? Of course! For those who do not know this album yet (I don't know if there will be such people, but it is possible) it may seem demanding, a bit inaccessible, but it really has a lot to offer.
Below I present a really great reissue of this album prepared by Noise/BMG, which was released in 2017. In addition to the album itself, we get a solid digibook with an extensive booklet containing liner notes and a lot of previously unpublished photographs. I consider this edition to be the best one from the ones already issued on CD.




sobota, 20 kwietnia 2019

Sarcofago- I.N.R.I. (Cogumelo Records 1987, 2017/ Greyhaze Records 2017)

Kolejny klasyk ekstremalnego grania i czołowa ekipa sceny z Belo Horizonte. Wpływ "I.N.R.I." na rozwój Metalowego podziemia końca lat 80-tych jest, mówiąc szczerze nie do podważenia. Muzyka Sarcofago połączyła ze sobą trzy gatunki- Thrash, rodzący się Death oraz Black Metal. Miała w sobie i nadal ma niezmierzone pokłady diabelstwa, agresji i ogólnego szaleństwa. W tamtym czasie byli poniekąd na szczycie swojej krajowej sceny undergroundowej prześcigając pod każdym względem Sepulturę (przynajmniej  moim zdaniem) mierzącą coraz bardziej w szersze grono odbiorców. Co istotne nikt przed Sarcofago nie zdobył się na taki daleko posunięty, bezpośredni ładunek bluźnierstwa i obalania wszelkich świętości towarzyszący samej muzyce, nawet Venom wyglądali przy nich jak kociaki. Ekipa z Belo Horizonte była też protoplastami późniejszego, Black Metalowego wizerunku poczynając od tzw. corpsepaintu, na wszechobecnych ćwiekach, skórach i gwoździach kończąc. Co do samej muzyki- zero kompromisów! Zero reżyserki, kreacji itd. Prosto w pysk! To była płyta, która przesunęła poprzeczkę ekstremy na kolejny pułap, wytyczyła nową ścieżkę. "I.N.R.I." to istna kanonada, mieszanka trzech wspomnianych stylów, w większości jeszcze raczkujących, z punkowym brudem, surowym brzmieniem i środkowym palcem wystawionym do wszystkich, którym album miałby sprawiać jakikolwiek dyskomfort.
Materiał rozpoczyna jeden z moich ulubionych riffów wszech czasów, mowa o "Satanic Lust". Motyw chwyta się momentalnie i potem na długo nie wychodzi z głowy. Ten riff, jak i cały kawałek, to dla mnie wizytówka nie tylko tej płyty, a generalnie całego Sarcofago. Wagner wydobywa z siebie z całą siłą ten swój skrzeczący, ostry wokal, a gitary przy kanonadzie perkusji tną niczym bicze samego czarta, Cała płyta to kopalnia tego wszystkiego z czego czerpał później wczesny Black Metal, a nawet Death Metal. Takie zespoły jak Mayhem, Darkthrone, Blasphemy czy Beherit do tej pory przyznają się do tego jak ogromny wpływ miał na ich sztukę wspominany tutaj album. To przystanek obowiązkowy na drodze każdego kto poznaje tę muzykę, jak i jej historię. To kolejne dzieło z tym z metką "must have"!





piątek, 5 kwietnia 2019

Pokolgep- Pokoli Szinjatek (Start 1987/ Skol Records 2019)

Jak dla mnie Pokolgep to duma węgierskiego Heavy Metalu, a "Pokoli Szinjatek" to ich absolutnie sztandarowe dzieło. Jak dobrze wiemy za tzw. Żelazną Kurtyną, powstawało multum autentycznie świetnych zespołów, które miały przynajmniej teoretyczną szansę zaistnieć poza granicami swojego kraju, a którym z różnych przyczyn nie było to pisane. Nie tylko nasza, czy też rosyjska scena są tego dowodem. Jedną z takich grup był własnie Pokolgep. Potencjał był ogromny, podobnie jak talent, wyczucie granej muzyki. To co zaprezentowali na niniejszym, drugim w swoim dorobku, albumie to najczystsza klasyka Metalu o silnych wpływach Judas Priest i Accept. To na inspiracjach tymi ekipami wypracowali swój własny styl i słychać to bardzo wyraźnie (miejscami koresponduje mi to gdzieś również z "Kawalerią Szatana" Turbo). "Pokoli Szinjatek" jest istną kopalnią chwytliwych, zadziornych riffów i klimatu metalowego grania lat 80-tych. W nawiązaniu do debiutanckiego "Totalis Metal", jest to materiał wyraźnie cięższy i szybszy, a przede wszystkim ma lepszą produkcję, acz wciąż zachowującą odpowiednią dawkę surowości. Mimo, że album wyszedł w 1987, to stylem i charakterem wciąż zakorzeniony był w standardach jakie trzęsły sceną w latach 1982-84. Powszechnie wiadomo, że w byłym Bloku Wschodnim to wszystko przebiegało nieco wolniej. Niemniej jednak taki stan rzeczy, nadał materiałowi Pokolgep oryginalnego, osobistego charakteru. Płyta ma niemal ten sam rodzaj uroku i znamienia swojego czasu jakim do tej pory odznaczają się pierwsze płyty naszego Turbo czy Kat, rosyjskiej Arii, czy czeskiego Citron. Śmiem twierdzić, że "Pokoli Szinjatek", mimo faktu, że nie jest tak powszechnie znaną płytą, ma szansę nigdy się nie zestarzeć i pozostać jednym z najlepszych przykładów czystego, klasycznego Metalu, na którego fundamentach rozrósł się potem cały gatunek.
W tym roku o reedycję tego krążka Pokolgep, jak i swoją drogą debiutu, pokusiło się Skol Records dowodzone przez Barta Gabriela. Całkiem szczerze i bez żadnego naciągania powiem, że płyta brzmi o wiele lepiej niż dostępne w poprzednich latach, węgierskie wznowienie z Hammer Records, a i jest znacznie lepiej wydana w aspekcie wizualnym. Z mojej strony totalna rekomendacja i szacun za świetnie odświeżony klasyk!

http://www.pokolgep.hu
https://www.facebook.com/pokolgepband/
https://www.facebook.com/skolrecords/
http://www.skolrecords.com



sobota, 16 lutego 2019

Turbo- Ostatni Wojownik (Pronit 1987/ Metal Mind 2019)

W roku 1987 Turbo ruszyło na przygodę z Thrash Metalem tworząc "Ostatniego Wojownika", jedną ze swoich najlepszych płyt i to nie tylko w mojej opinii, ale i większości fanów. Poszli za ciosem "Kawalerii Szatana" nagrywając materiał mocno inspirowany nie tylko starą Metalliką, ale i kolegami zza zachodniej granicy, takimi jak Kreator czy Exumer.
Pierwszą rzeczą o jakiej należy powiedzieć o tej płycie to jej światowy poziom. Nie ma tu zdziwienia, że zespołem zainteresowało się Nosie Records, wydając anglojęzyczną wersję owego krążka. Znalezienie się chociaż na moment w katalogu wytwórni, która miała u siebie czołówkę europejskiej sceny o czymś świadczyło i nobilitowało. Bardzo dużo wniosło pojawienie się w zespole Tomasza Goehsa. Był idealną osobą na stanowisko perkusisty w czasie kiedy zespół postanowił ruszyć w cięższe, szybsze i bardziej agresywne granie. Sprawdził się, bo bębny brzmią na "Ostatnim Wojowniku" naprawdę świetnie (koncerty to kolejne potwierdzenie). Kolejna sprawa to fakt, że podczas powstawania płyty każdy z zespołu dorzucił do niej coś od siebie, także Wojciech Hoffmann na muzycznym polu nie był tu osamotniony. Jak wspominał w którymś z wywiadów była to ich najbardziej zespołowa płyta, świetna przygoda i naprawdę udany materiał. "Ostatni Wojownik" do tej pory skrzy się od pomysłów i energii swoich twórców. Mamy tu podane nie tylko solidne Thrashowe numery, których słucha się po dziś dzień z zapartym tchem (kapitalnych riffów tu nie brak), ale również odrobinę melodii i przemyconych nawiązań do muzyki klasycznej.
Do najjaśniejszych punktów albumu należą niewątpliwie utwór tytułowy (jako otwieracz robi wrażenie, zwłaszcza wtedy kiedy płyta się ukazała- wiecie, kontrast z "Kawalerią"), "Miecz Beruda" ze świetną melodią na wstępie i dającym się zapamiętać tekstem (fascynacja Grzegorza fantastyką rodem z powieści Howarda czy Moorcocka ma tu swoje ujście) oraz "Seans z Wampirem" (Krwawy Pan- upiór nocy! Krwawy Pan- demon nocy!). Dla niektórych wokale na tej płycie pozostawiają nieco do życzenia, ale ja osobiście nie wyobrażam sobie tego materiału bez nich, bez tych wrzasków i skowytów, bez tej maniery Grześka. Są agresywne, spuszczone ze smyczy, co wspaniale współgra z gitarową kanonadą.
"Ostatni Wojownik" otworzył Turbo szansę na koncerty poza Polską i, jak wspomniałem wcześniej, szansę na płytę na zachodzie. Album zbierał bardzo dobre recenzje, podobno porównywani byli do Sepultury. Niestety sprawy potoczyły się niemal podobnie jak w przypadku TSA, czy Kat, na dłuższą metę nic nie wyszło. W ramach naszego rodzimego metalu "Ostatni Wojownik" pozostaje jednym z klasyków i czołowych płyt naszej sceny, zwłaszcza z lat 80-tych. Pięknie się zestarzała i do tej pory sprawia ogrom radochy ze słuchania i pozwala odczuwać dumę, że takie materiały powstawały w naszym kraju. To kawał solidnego, porywającego Thrashu na wysokim poziomie!
Poniżej tegoroczne wznowienie z Metal Mind Records ubogacone odrobiną wizualnej historii, której w przypadku reedycji płyt Turbo zawsze brakowało.




niedziela, 16 lipca 2017

Hellias- Revenge of Hellias (demo 1987/ Luciforus Art 2007)

Po raz kolejny gości na blogu Hellias. Tym razem postanowiłem odrobinę przypomnieć ich pierwszy materiał, czyli demo "Revenge of Hellias" nagrane w 1987 roku. Co od razu rzuca się na uszy przy tym materiale to wciąż obecne heavy metalowe wpływy w zawartych tu kompozycjach. Thrash widzie tutaj prym (przeważnie ten w nieco wczesno- KAT-owskim stylu, najlepszy przykład to "Damned pt. II" oraz ,przypominający mi w swej wymowie "Diabelski Dom pt. I", "The Great Sabbath"), zwłaszcza przy pełnych agresji, złowieszczych wokalach Foremana (faktycznie widać tu drobne inspiracje stylem wokalnym Romka Kostrzewskiego). Mimo to, niezaprzeczalnie da się tu jeszcze wygrzebać sporo odnośników do klasycznego grania spod znaku Accept czy Judas Priest (chociażby riff wiodący w tytułowym "Revenge of Hellias"). Także materiał ten jest podróżą w przeszłość nie tylko do początków tej krakowskiej grupy, ale również do ich muzycznych korzeni. Brzmienie jest surowe, szorstkie jak na stare dobre demo przystało, co dodaje tego specyficznego, niezbędnego w tym przypadku klimatu. Bardzo podoba mi się w tych nagraniach zarówno praca sekcji rytmicznej (mocna i wybijająca się na pierwszy plan) oraz same riffy- proste, niewyszukane, ale jak niesamowicie nośne i zapadające w pamięć.
Co jest pięknego w tej sztuce to to, że przez te dźwięki można doświadczyć pasji jaka pchała tych ludzi do działania, ich zaangażowania w muzykę metalową i radość z grania bez względu na czasy i możliwości. Im więcej słucha się tych naszych starych, lekko już zapomnianych nagrań (takich jak właśnie niniejsze demo Hellias) sceny przełomu lat 80-tych i 90-tych, tym bardziej dostrzega się jak ogromny potencjał tkwił w tych wszystkich zespołach, że to co tworzyli wcale znacząco nie odbiegało od sceny zachodniej, a w niektórych przypadkach nawet ją przebijało. Wszystko zaprzepaściły realia tamtego czasu, ale przynajmniej zostało przeogromne dziedzictwo, którym dzięki takim wydawnictwom jak owe wznowienie wydane niegdyś przez Luciforus Art, mogą się cieszyć kolejne pokolenia metalowych maniaków. Oby takiej inicjatywy nigdy nie zabrakło!


niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".


środa, 22 marca 2017

Merciless- Realm of the Dark/ Behind the Black Door (bootleg)

Wreszcie jakiś miły człowiek pokusił się o wydanie demówek szwedzkiego Merciless na cd. Nie wiem dlaczego nie miało to do tej pory miejsca oficjalnie, bo to co dziś przedstawiam to bootleg, przecież to legendarne, miażdżące i przełomowe dla szwedzkiego death metalu materiały! Dobra, zostawmy frustrację w temacie na boku i przejdźmy do rzeczy.
Nagrane w 1987 roku "Behind the Black Door" to same początki Merciless. Zespół grał wtedy intensywny thrash inspirowany takimi zespołami jak Kreator czy Sodom dodając do tego także zapatrzenie we wczesne dokonania Bathory. A jak pięknie słychać Slayera z czasów "Show No Mercy"! Kawałek "Satanic Slaughters" jest najlepszym tego przykładem, "Metal Storm/ Face the Slayer" po prostu się kłania. Gdy materiał się ukazał był wtedy z pewnością dziełem w jakimś stopniu przełomowym, na pewno przeskoczyli nim dokonania Mefisto oraz Obscurity po których nie było już śladu. Co się tyczy "Realm of the Dark"... To już jest klasa sama w sobie! Jak dla mnie jest to niezaprzeczalnie najlepsza i najważniejsza demówka dla szwedzkiego death metalu (ocena czysto subiektywna). Było tam już wszystko z czego Merciless zasłynęli i to właśnie na niej wyrobili swoją niepowtarzalną, agresywną hybrydę thrash i death metalu. Brzmieniowo posunęli sprawę niebotycznie w odniesieniu do poprzedniego dema, a swoistą wisienką na tym śmiercionośnym torcie był wokal Roggi, który dołączył do zespołu zaraz po opuszczeniu go przez Kallego. "Realm of the Dark" szturmem zdobyło ówczesną scenę, a taśmy śmigały pocztą po całym świecie. W tamtym czasie na szwedzkim podwórku rządzili niepodzielnie będąc ogromnym źródłem inspiracji dla pozostałych zespołów sceny, które wyrastały wtedy jak grzyby po deszczu.
Co się tyczy samego wydania, które poniżej wam przedstawiłem. No nie da się ukryć, że jest skromnie, no ale czego spodziewać się od bootlegowego wydania typu "not on label". Dostajemy tłoczony cd (chwali się, że nie cd-r jak to czasem w tym przypadku bywa) w pudełku typu dvd i skromną szatę graficzną, rzecz jasna w oparciu o oryginalne wydania tych dem. Zatem szału w tej kwestii nie ma, ale takowy jest z faktu, że te materiały się ukazały, przynajmniej w takiej formie. Przy dźwięku nikt nie grzebał, jest taki jak na oryginalnych taśmach, słychać delikatne trzaski itd. W tytułowym "Behind the Black Door" mam wrażenie, że taśma którą tu wykorzystano była już nieco skatowana. Ale wiecie co, ma to swój urok! Jak ktoś nie posiada kasetowych oryginałów, a pewnie sporo jest takich osób, to szczerze polecam! Brać i słuchać do upadłego!


wtorek, 8 listopada 2016

Bathory- Under the Sign of the Black Mark (Black Mark 1987/ 1990)

Z pewnością nie popełnię błędu stwierdzając, że o tej płycie zostało już powiedziane chyba wszystko. W sumie nie ma co się dziwić. Drugiego albumu równie ważnego dla black metalu i niedoścignionego w swoim brzmieniu i atmosferze próżno szukać. Wydany w 1987 "Under the Sign of the Black Mark" był doskonałym zwieńczeniem, rzec można, diabelskiej trylogii Bathory. Płyta zasadniczo różniła się od swoich dwóch poprzedniczek na których obecna była piekielna dawka rock 'n' rolla wywodząca się od takich zespołów jak Motorhead, a później Venom. Na tym albumie Quorthon postawił na różnorodność kompozycji i nieco inną, bardziej wyrafinowaną w swej prostocie strukturę. Wokale też stały się bardziej dojrzałe, ale nie mniej obłąkane i demoniczne.
Największym atutem albumu jest niewątpliwie jego atmosfera. Ciężko w tej dziedzinie o płytę której klimat mógłby choć w połowie dorównać "Under the Sign of the Black Mark". Płyta zdaje się mieć drugie dno, jakby dźwięki na niej zawarte przedostawały się z jakiś otchłani, efekt jest niesamowity, jakby nad wszystkim wisiała jakaś nienazwana groźba. Sporo dały tu użyte na albumie pogłosy, których celem było przede wszystkim tuszowanie błędów i kamuflaż dla kiepskiej jakości sprzętu na jakim przyszło zespołowi nagrywać. Efekt totalnie niezamierzony, a nadał całości niepowtarzalnego charakteru. Wystarczy posłuchać takich utworów jak "Woman of Dark Desires" (w tym kawałku klawisze zrobiły niesamowitą robotę, posłuchajcie, a będziecie wiedzieli o co chodzi), "Call from the Grave" z iście grobowym klimatem, czy potężny "Enter the Eternal Fire". Bardzo zaskakującym jest fakt, że Quorthon szczerze tej płyty nie znosi. Nic mu się na niej nie podoba, ani wokal, ani brzmienie, nic, wolałby o niej zapomnieć. Cóż, często jest tak, że dzieła najmniej lubiane przez swych twórców są ubóstwiane przez fanów.
Wydaniu "Under the Sign of the Black Mark" towarzyszyły pierwsze wyjazdy Quorthona w celach promowania albumu. Mowa tu nie tylko o spotkaniach z fanami w sklepach płytowych w obrębie Szwecji, ale także o wyprawie do USA do której zdołał namówić młodego Forsberga jego ojciec. Wtedy też, miał okazję spotkać się z członkami Slayer. Oczywiście, jak to u Bathory, o koncertach nie mogło być mowy.
Reasumując, jest to płyta o wręcz nieocenionym wpływie oraz znaczeniu dla rodzącej się sceny nie tylko black, ale i death metalowej. To swoisty monument, który nigdy nie został i raczej nigdy nie zostanie dościgniony. Ja ten album uwielbiam. Kult, mistrzostwo i co tam jeszcze chcecie!



poniedziałek, 31 października 2016

Warlock- Triumph and Agony (Mercury/ Phonogram 1987)

Ach ta niemiecka scena metalowa lat 80-tych, zagłębie świetnych zespołów i genialnych płyt. Tak jak nie lubi się niemieckiego języka, tak ich zespołów z tamtego czasu po prostu nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takie grupy jak Accept, Helloween czy Running Wild, a i na tym wyliczanka się nie kończy. Jedną z autentycznie rewelacyjnych kapel był Warlock z Panią Doro Pesch na wokalu. Chyba, żadna inna metalowa wokalistka nie była w stanie oczarować mnie swym głosem i charyzmą tak jak ona. Solowo, względem samej muzyki, już tak mocno mnie nie zachwyca, ale to co nagrała pod szyldem Warlock to po prostu poezja.


"Triumph and Agony" to czwarty i zdaje się najsłynniejszy krążek zespołu (nie wiem czy w sumie też nie najbardziej udany). To tu znajdują się sztandarowe utwory takie jak "All We Are" i "I Rule the Ruins" (ten ostatnio mocno siedzi mi w głowie). To nic innego jak porywająca heavy metalowa jazda w najlepszym wykonaniu. Wpadające w ucho gitary, świetne wokale Doro i zapadające w pamięć refreny to esencja tej płyty. Brylują tu nie tylko dwa wspomniane wcześniej klasyki, ale także takie kompozycje jak "East Meets West", "Kiss of Death" czy bardzo nośne "Metal Tango". Trochę szkoda, że drogi zespołu i Doro się rozeszły, no ale cóż, przynajmniej ten układ zostawił po sobie 4 bardzo dobre albumy, którymi stale można się delektować. Uważam, że dorobek Warlock zasługiwał i nadal zasługuje na o wiele większą uwagę i uznanie niż to miało miejsce.
Ogromny plus należy się za okładkę "Triumph and Agony". Moim zdaniem taka stylizacja na starą fantastykę bardzo tu pasuje, niektórym może wydawać się iż jest to bliższe power metalowej estetyce, ale tutaj pasuje równie dobrze. Udowodniły to już takie zespoły jak chociażby Cirith Ungol czy Manilla Road.
Cóż tu więcej mówić, tą konkretną płytę jak i resztę z dyskografii Warlock szczerze polecam wszystkim miłośnikom klasycznego heavy metalu. Tym co jeszcze nie mieli przyjemności z płytami tej grupy zalecam zacząć własnie od tego krążka.