Wrócili! Otwarły się wrota Blashyrkh i stary, dobry Immortal powrócił w całym swym mroźnym majestacie i chwale! Tak jest proszę Państwa! Demonaz i Horgh pokazali wszystkim, że ten zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a co więcej zapowiada jeszcze całą masę potężnej Black Metalowej sztuki na przyszłe lata. Obaj panowie dali dowód temu, że Abbath nie równa się Immortal. Może i był charyzmatyczny i z jego postacią przede wszystkim kojarzyło się zespół, ale jak się okazuje to Demonaz jest tym który dawał muzyce zespołu tą niepowtarzalną aurę i charakter. Wszystko to tutaj pokazał. W końcu był nie tylko współzałożycielem Immortal, ale przede wszystkim współautorem muzyki, autorem tekstów i kreatorem słynnego, skutego lodem Blashyrkh. "Northern Chaos Gods" to powrót do starych dobrych lat twórczości grupy. Wyraźnie słychać tu echa ich najlepszych płyt, mam tu na myśli przede wszystkim "Pure Holocaust" oraz "At the Heart of Winter" (już po rozpakowaniu i rozchyleniu digipaka łypie na nas stare logo zespołu), połączonych w jeden spójny organizm i brzmiących równie siarczyście, złowieszczo jak potężnie. To jest tamten typ riffów, tamten niesamowity klimat, który był i jest wizytówką tej norweskiej hordy. Nie zabrakło tu żadnej cząstki, która stworzyła ich styl poczynając od surowości i tnących niczym zamieć gitar z pierwszych lat działalności, przez potężną perkusyjną nawałnicę Horgh'a, po epickie i podniosłe motywy tak mocno inspirowane Bathory jakie kształtowały się na kolejnych krążkach. Płyty słucha się jednym tchem, jest bardzo spójna, świetnie zbalansowana i każdy element jest tutaj niezbędny, dzieło skończone, śnieżna bestia która ponownie obudziła się do życia! Wystarczy posłuchać utworu tytułowego, "Into Battle Ride" czy zamykającego album "Mighty Ravendark" żeby wszystko było jasne.
Powiem tak, na taki album od nich czekałem. Immortal pokazali klasę w swoim stylu. Jeżeli mieli cokolwiek do udowodnienia, to to zrobili. Zgasili wszelkie powątpiewania w ich egzystencję i tworzenie bez Abbatha na pokładzie niczym peta. Pretendent do mojej płyty roku? Bez dwóch zdań! Stara gwardia górą, chylić czoła!
https://www.facebook.com/immortalofficial/
https://www.immortalofficial.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Immortal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Immortal. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 lipca 2018
wtorek, 20 grudnia 2016
Immortal- Pure Holocaust (Osmose Productions 1993)
Już w rok po bardzo obiecującym debiucie, Immortal wydał swój kolejny album zatytułowany "Pure Holocaust" (oczywiście swojego czasu pewne środowiska mocno czepiały się tego tytułu nie dopuszczając do siebie jego faktycznego znaczenia w kontekście płyty). Wbrew temu co widać na okładce materiał został nagrany tylko przez duet. Abbath zarejestrował ścieżki wokalu, basu oraz perkusji (tutaj szacun bo naprawdę dał radę), a Demonaz odpowiedzialny był za gitary. Erik natomiast zagrał z zespołem dopiero na trasie promującej płytę, oraz na innych pobocznych koncertach.
"Pure Holocaust" był kolejnym krokiem naprzód w stosunku do swojego poprzednika, ma bardziej dopracowane, klimatyczne, jakby trzeszczące brzmienie, a stylistyka i budowa utworów jest już czysto black metalowa. Gitary specyficznie rzężą, a Abbath wydobywa z siebie swój unikatowy, skrzeczący wokal. Uważam że to właśnie na tej płycie uplasowała się pewna aura mroźnej pustki, lodowego chaosu, który towarzyszył ich muzyce aż do ostatniej płyty. Na krążku wysuwają się naprzód takie kompozycje jak klasyczny, dobrze znany fanom "Unsilent Stroms in the North Abyss", rozszalały "A Sign for the Norse Hordes to Ride", dla kontrastu, odrobinę stonowany "The Sun No Longer Rises" oraz mój absolutny faworyt "As the Eternity Opens" ze znakomitą klawiszową wstawką pod koniec utworu. "Pure Holocaust" serwuje nam lekko ponad 30 minut wyziewów ze skutej lodem północy, ale jest to czas który zespół wykorzystał do maksimum.Wydanie albumu zwieńczyła dosyć słynna trasa "Fuck Christ Tour", na której deski sceny dzieliły z Immortal kanadyjskie Blasphemy oraz grecy z Rotting Christ.
Niniejsza płyta jest moim zdaniem jednym z ciekawszych i najbardziej charakterystycznych krążków w dorobku zespołu, jak i w samym Black Metalu (wydaje mi się, że brzmienie tej płyty jest niemal nie do podrobienia). W mojej pierwszej trójce ich dokonań się mieści- zaraz obok "At the Heart of Winter" oraz "Blizzard Beasts". Na nim Immortal poniekąd zdefiniowali swój styl i umocnili pozycję na scenie, stając się jedną z bardziej rozpoznawalnych grup jakie zrodziła Norwegia. Zadanie dla was takie (jeżeli ktoś nie ma): znaleźć, kupić i słuchać!
czwartek, 24 listopada 2016
Immortal- At the Heart of Winter (Osmose 1999)
Nareszcie zasiadam do recenzji mojego ulubionego krążka Immortal. "At the Heart of Winter" jest moim skromnym zdaniem szczytem twórczości tego zespołu, jego swoistym opus magnum, nigdy przed i nigdy później nie nagrali równie niesamowitej płyty. Roi się tu od ciekawych, dających się zapamiętać riffów (gitary mają na tej płycie fajne, lekko piaskowe brzmienie), no i ta atmosfera, istotnie ma się wrażenie przebywania w sercu zimy, w środku lodowego piekła. No i perkusja, wreszcie możemy cieszyć uszy kunsztem Horgh'a, co niestety było nieco utrudnione na poprzednim albumie "Blizzard Beasts" w związku z jego bardzo kiepskim miksem. Tym razem zespół wybrał studio Abyss, a za konsoletą zasiadł nie kto inny jak Peter Tagtgren, zatem śmiało można było się spodziewać, że fuszerki tu nie będzie.
Wrota do Blashyrkh otwiera jeden z wiodących utworów z płyty, genialny "Withstand the Fall of Time", jego motywy przewodnie pamiętam od kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, klasyk. Następnie wchodzą "Solarfall" oraz "Tragedies Blow at Horizon", bardzo klimatyczne, a jednocześnie dynamiczne kawałki budujące wszechobecną atmosferę lodowych pustkowi. Kolejny kawałek to "Where Dark and Light Don't Differ", w którym mamy jedną z lepszych solówek gitarowych jakie Immortal zawarł na swoich płytach. No i teraz czas na samo serce materiału, czyli majestatyczny "At the Heart of Winter". Przednie, lekko nostalgiczne intro i podobnie chwytliwy riff jak to miało miejsce w przypadku pierwszego utworu, kolejny klejnot w koronie tej płyty. Całość zamyka rozpędzony "Years of Silent Sorrow", gdzie możemy doszukać się nieco wpływów klasycznego heavy metalu tak zresztą uwielbianego przez Abbatha. Mamy tu tylko 6 kompozycji, ale za to jakich, nie ma tu żadnej jednej zbytecznej nuty, ani uczucia, że czegoś tu brakuje. Dzieło skończone!
Jak już wspominałem przy innej okazji, swoją przygodę z black metalem, a przy okazji i z twórczością Immortal, zacząłem właśnie od tej płyty, zatem i sentyment mam do niej szczególny, pomijając już fakt, że uważam ją za najlepsze dokonanie grupy. Album moim zdaniem nie wymagający jakiejkolwiek rekomendacji. Słuchać i czcić!
Jak już wspominałem przy innej okazji, swoją przygodę z black metalem, a przy okazji i z twórczością Immortal, zacząłem właśnie od tej płyty, zatem i sentyment mam do niej szczególny, pomijając już fakt, że uważam ją za najlepsze dokonanie grupy. Album moim zdaniem nie wymagający jakiejkolwiek rekomendacji. Słuchać i czcić!
środa, 16 listopada 2016
Immortal- Blizzard Beasts (Osmose Productions 1997)
No i po raz kolejny Immortal gości na łamach "Welcome to the Morbid Blog". Natchniony nieco zimową pogodą ostatnich dni sięgnąłem po album, który w ich dorobku otrzymuje chyba najbardziej skrajne opinie. Mowa tu o wydanym w 1997 roku "Blizzard Beasts".
Ta płyta to nic innego jak pół godziny black metalowej zamieci złagodzonej odrobinę majestatycznym, sześcio- minutowym "Mountains of Might", który moim zdaniem jest jedną z najlepszych kompozycji jakie Immortal stworzył. Reszta płyty to brutalne, pełne mocy kawałki, które dzięki lepszej aranżacji i bardziej czytelnej, nawet i chwytliwej, pracy gitar (solówki pierwsza klasa!) zyskały na sile. Warto zwrócić uwagę na "Battlefields" w którym słychać echa "One by One" z późniejszej płyty "Sons of Northern Darkness", oraz "Frostdemonstorm" za wręcz heavy metalowy riff pod koniec utworu. Widać tutaj, że Abbath i spółka podciągnęli się trochę w swoim rzemiośle i zmierzają ze swoją muzyką w nowe rejony co potwierdzi kolejna płyta, genialny "At the Heart of Winter". Produkcyjnie natomiast wydawnictwo kuleje. Brzmienie perkusji woła tutaj o pomstę do nieba. Jest wycofana, płaska i nie potrafi zrównać się z kanonadą gitar, które wiodą tutaj prym. Słychać oczywiście, że Horgh sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swojej robocie, tylko po prostu ktoś za konsoletą trochę odjechał i zawalił swoją część roboty.
Sporo fanów uważa ten album za najgorszy w dorobku grupy, ale znajdą się i tacy, dla których jest faworytem. U mnie zajmuje solidną pozycję w pierwszej trójce. Ma świetną atmosferę, wszystko ze sobą współgra i nawet kiepskie brzmienie nie jest w stanie tego zepsuć. Faktycznie ma się wrażenie bycia w samym sercu zimowej nawałnicy. Szczerze tą płytę polecam, zwłaszcza gdy za oknem noc, wiatr i śnieg!
Ta płyta to nic innego jak pół godziny black metalowej zamieci złagodzonej odrobinę majestatycznym, sześcio- minutowym "Mountains of Might", który moim zdaniem jest jedną z najlepszych kompozycji jakie Immortal stworzył. Reszta płyty to brutalne, pełne mocy kawałki, które dzięki lepszej aranżacji i bardziej czytelnej, nawet i chwytliwej, pracy gitar (solówki pierwsza klasa!) zyskały na sile. Warto zwrócić uwagę na "Battlefields" w którym słychać echa "One by One" z późniejszej płyty "Sons of Northern Darkness", oraz "Frostdemonstorm" za wręcz heavy metalowy riff pod koniec utworu. Widać tutaj, że Abbath i spółka podciągnęli się trochę w swoim rzemiośle i zmierzają ze swoją muzyką w nowe rejony co potwierdzi kolejna płyta, genialny "At the Heart of Winter". Produkcyjnie natomiast wydawnictwo kuleje. Brzmienie perkusji woła tutaj o pomstę do nieba. Jest wycofana, płaska i nie potrafi zrównać się z kanonadą gitar, które wiodą tutaj prym. Słychać oczywiście, że Horgh sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swojej robocie, tylko po prostu ktoś za konsoletą trochę odjechał i zawalił swoją część roboty.
Sporo fanów uważa ten album za najgorszy w dorobku grupy, ale znajdą się i tacy, dla których jest faworytem. U mnie zajmuje solidną pozycję w pierwszej trójce. Ma świetną atmosferę, wszystko ze sobą współgra i nawet kiepskie brzmienie nie jest w stanie tego zepsuć. Faktycznie ma się wrażenie bycia w samym sercu zimowej nawałnicy. Szczerze tą płytę polecam, zwłaszcza gdy za oknem noc, wiatr i śnieg!
czwartek, 1 września 2016
Immortal- Sons of Northern Darkness (Nuclear Blast 2002)
Ostatnio mam niczym nie uzasadnioną fazę na odświeżanie sobie różnych black- metalowych płyt, których nie słuchałem od dłuższego czasu no i generalnie na black metal. Cóż miałem od tego parę miechów przerwy. Dziś padło na Immortal. Od tego zespołu zaczynałem swoją przygodę z tą muzyką. Pamiętam jak będąc jeszcze w liceum wybrałem się do któregoś z warszawskich Media Marktów i zakupiłem sobie kompletnie w ciemno ich płytkę "At the Heart of Winter", Wcześniej słyszałem tylko od kolegi, że nieźle grają i że warto. Także poszedłem za namową. Mocno przypadli mi do gustu i od tamtego czasu regularnie sobie czegoś słucham z ich dorobku. Najbardziej cenię wspomnianą wyżej, wiadomo sentyment, "Diabolical Fullmoon Mysticism" za niesamowity klimat no i "Sons of Northern Darkness", którą to właśnie chciałbym dziś przybliżyć.
Płyta została wydana w 2002 roku i jest chyba najbardziej przystępną w dorobku grupy. Ma sporo smaczków zaczerpniętych z heavy metalu (chociażby w "One by One" mamy taki motyw), trochę epickich momentów rodem z Bathory ("Beyond the North Waves") czy nawiązania do klasycznych riffów ("Tyrants" inspirowane było "Kashmir'em" Led Zeppelin jak to kiedyś wspomniał Abbath). Mamy tu też fajną petardę w postaci utworu tytułowego, który otwiera genialna partia perkusji, "Within the Dark Mind" też niczego sobie. Ma bardzo nośny i zapadający w pamięć refren. Produkcyjnie płyta jest dopracowana, ma mocne, czyste brzmienie. Same kompozycje też się wyróżniają na tle reszty ich dokonań, a wokale Abbatha są bardzo wyraźne i odpowiednio wyeksponowane. Po nieco bardziej intensywnej muzycznie "Damned in Black" dostaliśmy tutaj bardzo dobrą kontynuację tego co zaczęło się na "At the Heart of Winter". Najbardziej moim zdaniem dojrzała płyta Abbatha i spółki, pełna pomysłów i ciekawych riffów. Bardzo płytę polecam, i to nie tylko jako fan Immortal, ale generalnie. Kto nie zna niech w te pędy nadrabia zaległości!
Poniżej moja kopia tego dzieła w pierwszym limitowanym biciu z Nuclear Blast.
Płyta została wydana w 2002 roku i jest chyba najbardziej przystępną w dorobku grupy. Ma sporo smaczków zaczerpniętych z heavy metalu (chociażby w "One by One" mamy taki motyw), trochę epickich momentów rodem z Bathory ("Beyond the North Waves") czy nawiązania do klasycznych riffów ("Tyrants" inspirowane było "Kashmir'em" Led Zeppelin jak to kiedyś wspomniał Abbath). Mamy tu też fajną petardę w postaci utworu tytułowego, który otwiera genialna partia perkusji, "Within the Dark Mind" też niczego sobie. Ma bardzo nośny i zapadający w pamięć refren. Produkcyjnie płyta jest dopracowana, ma mocne, czyste brzmienie. Same kompozycje też się wyróżniają na tle reszty ich dokonań, a wokale Abbatha są bardzo wyraźne i odpowiednio wyeksponowane. Po nieco bardziej intensywnej muzycznie "Damned in Black" dostaliśmy tutaj bardzo dobrą kontynuację tego co zaczęło się na "At the Heart of Winter". Najbardziej moim zdaniem dojrzała płyta Abbatha i spółki, pełna pomysłów i ciekawych riffów. Bardzo płytę polecam, i to nie tylko jako fan Immortal, ale generalnie. Kto nie zna niech w te pędy nadrabia zaległości!
Poniżej moja kopia tego dzieła w pierwszym limitowanym biciu z Nuclear Blast.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








