Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death/ Thrash Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death/ Thrash Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 grudnia 2021

Frightful - Spectral Creator (Awakening Records 2021)

Po epkach i demach wreszcie przyszedł czas na pierwszy pełny album Frightful. No i mamy ogromny skok jakościowy i kompozycyjny! Panowie zaskoczyli mnogością inspiracji w ramach oldschoolowego grania oraz przekuciem tej starej formy w coś z nową energią i pasją do tematu. Usłyszycie tu echa Dissection, wczesnego Kreator, Possessed, Morbid Angel czy Merciless. Niby są to popularne wzorce (ależ mi to w pewnych momentach przypomina to, co najlepsze w "Altars of Madness", "Seven Churches" czy "The Somberlain"), ale nie tak znowu popularnym jest zrobić z nich własne brzmienie i kompozycje, które nie będą nudzić, a wciągną słuchacza. Frightful się to udało i oby kuli to żelazo póki gorące. Tu jest nie tylko kopalnia zajebistych riffów, ale też znakomitych nośnych solówek. Cała reszta też nie zostaje w tyle, perkusja i wokal bez zastrzeżeń. Materiał bez wątpienia wyszedł spod rąk muzyków totalnie wiedzących i czujących muzykę, którą grają. Wiedzą, jaki to musi mieć klimat i co zrobić, żeby ich granie nie zatrzymało się na etapie odtwarzania przeszłości. Teraz ciężko jest się przebić młodym grupom, bo przegrywają ze starą gwardią, ale uważam, że Frightful daleko zajdzie jeżeli zawalczy o swoje. Materiał siadł mi z marszu, jak to mówią - bez popity, i długo nie będzie opuszczał odtwarzacza. To jest metal, jaki Welcome to the Morbid Blog lubi najbardziej! Zespół wraca do tego, co w tym graniu najlepsze, a i nie stoi w miejscu, nie żyje tylko nostalgią. Płyta z pewnością wyląduje w pierwszej piątce tego roku. Rzekłem!

https://www.facebook.com/Frightfulband

https://awakeningrecordscn.bigcartel.com/ 

English translation:

After the EPs and demos, it's finally time for the first full-length album of Frightful. And we have a huge qualitative and compositional leap! The gentlemen surprised with the multitude of inspirations as part of old school playing and turning this old form into something with new energy and passion for the subject. You'll hear echoes of Dissection, early Kreator, Possessed, Morbid Angel, and Merciless here. They are supposed to be popular inspirations (but at times it reminds me of what is best in "Altars of Madness", "Seven Churches" or "The Somberlain"), but it is not so popular to do with your own sound and compositions that are not they will be boring and will attract the listener. Frightful made it happen and hopefully they will follow that path. There is not only a mine of awesome riffs here, but also great carrying solos. Everything else is not left behind either, drums and vocals without any negative comments. The material undoubtedly came from the hands of musicians who totally know and feel the music they play. They know what kind of atmosphere it must have and what to do so that their playing does not stop at the stage of recreating the past. Now it's hard for the young groups to break through because they are losing to the old guard, but I think Frightful will go a long way if he fights for his own. The material appealed to me, as they say - without any help, and it won't leave the player for a long time. This is the metal that Welcome to the Morbid Blog likes best! The band returns to what is best about this playing, not only remian within the borders of worshipping the old, not live only on nostalgia. The album will definitely land in the top five of mine from this year. I have spoken!




piątek, 20 sierpnia 2021

Pandemic Outbreak - Skulls Beneath the Cross (Awakening Records 2021)

Nareszcie! Słuchałem online, robiłem z grupą wywiad (będzie do poczytania w nadchodzącym numerze Musick Magazine), ale jeszcze nie miałem okazji doświadczyć debiutanckiego albumu Pandemic Outbreak z fizycznego nośnika, a tylko taką formę konkretnego słuchania uznaję i tylko po takim odsłuchu można pisać reckę. Płyta trafiła w moje ręce na dniach i nie wyłazi z odtwarzacza! W stosunku do poprzedniego materiału zespół poczynił niesamowite postępy - to skok w nadprzestrzeń w kwestii zarówno brzmienia, jaki i samych kompozycji. To już świadomy i uformowany death/thrash metal nie biorący jeńców. Słuchając tej płyty przypomina mi się historia Vader, a potem Decapitated, to jak kiedyś te zespoły zawojowały scenę i jakie niegdyś nagrały debiuty. Pandemic Outbreak to tak samo utalentowany zespół, w którym drzemie ten sam potencjał. Przeraża fakt, że "Skulls Beneath the Cross" nie został przygarnięty przez żadnego polskiego wydawcę, nie otrzymał zadowalającej oferty wydawniczej i zespół musiał szukać za granicą. Na szczęście trafili pod skrzydła prężnej i oddanej metalowej sprawie Awakening Records z Chin. Płyta została wydana zajebiście! Cóż, niech polskie labele potraktują to jako prztyczek w nos. Wróćmy jednak do samej muzyki. Nie da się ukryć, że panowie z Pandemic Outbreak to fani starego, dobrego death metalu. Inspiracje wczesnym Vader, Sinister, Morbid Angel, Slayer, Pestilence, Cancer czy nawet Asphyx wylewają się tu nieprzerwanie, także mamy tu misterną mieszankę Florydy ze sceną europejską. Miejscami słyszę tu też nieco swojego ukochanego Dragona z czasów "Fallen Angel", ale to tylko bardzo odległe echa. Brzmieniowo "Skulls Beneath the Cross" to istna potęga. Jest tu cała niezbędna energia, balans i odpowiednia dawka ciężaru. Wszystko chodzi jak Szatan przykazał! Widać po tej płycie ile serca i roboty zostało w nią włożone, ale przede wszystkim, że to wynik niezaprzeczalnej pasji. Mówię to już teraz, głośno i wyraźnie - ten zespół zawojuje scenę i kiedyś będzie wielki! Zobaczycie, usłyszycie!

https://awakeningrecordscn.bigcartel.com/

https://www.facebook.com/pxoxdeathrash

English translation:

At last! I listened online, I did an interview with the group (you can check it out in the upcoming issue of Musick Magazine), but I have not yet had the opportunity to experience the debut album of Pandemic Outbreak from a physical format, and this is the only form of proper listening I recognize and only after such listening you can write a review. The album arrived recently and I can't stop listening to it! Compared to the previous material, the band made an incredible progress - it is a leap into hyperspace in terms of both the sound and the compositions itself. It is already conscious and formed death/thrash metal that don't take prisoners. Listening to this album reminds me of the history of Vader and then Decapitated, how these bands conquered the scene in the past and what debuts they recorded back in the days. Pandemic Outbreak is an equally talented band with the same potential. The scary fact is that "Skulls Beneath the Cross" was not issued by any Polish label, didn't receive a satisfying publishing offer and the band had to look abroad. Fortunately, they found themselves under the wings of the thriving and dedicated Awakening Records from China. The album release is fucking great! Well, let Polish labels treat it as a slick on the nose. But let's get back to the music itself. It can't be denied that the guys from Pandemic Outbreak are fans of good old death metal. Inspirations from early Vader, Sinister, Morbid Angel, Slayer, Pestilence, Cancer or even Asphyx are pouring out constantly, and here we have an intricate mix of Florida with the European scene. I can also hear some of my beloved Dragon from the time of "Fallen Angel" here, but these are only very distant echoes. In terms of sound, "Skulls Beneath the Cross" is a real masterpiece. There is all the necessary energy, balance and the right dose of heaviness. Everything as Satan commanded! You can see from this album how much heart and work has been put into it, but most of all, that it is the result of undeniable passion. I say it now, loud and clear - this band will take the scene by storm and be great someday! You will see, you will hear!



niedziela, 25 kwietnia 2021

"Nie chcemy być zaszufladkowani jako oldschool" - rozmowa z Jarosławem "Gronosem" Gronowskim, gitarzystą zespołu Dragon

Dragon to klasyka polskiego metalu. Zespół po latach powraca na scenę z nowym składem i nowym albumem - "Arcydzieło zagłady". Z tej okazji postanowiłem pogadać z Jarkiem Gronowskim, gitarzystą, głównym kompozytorem i tekściarzem grupy.

Czołem, Jarku! Pierwsza i najważniejsza sprawa – już teraz dzięki za wywiad i Twój czas, tym bardziej, że moja inicjatywa to raczej mała sprawa wynikająca z pasji, nic wielkiego.

Cześć! Wiesz, takie małe kropelki drążące skałę to najważniejsza rzecz, to musi sobie kapać, a potem jest z tego rzeka.

No miło mi to słyszeć! Dobra, to tak na początek: wczoraj (16.04.2021) graliście koncert akustyczny online. Odsłoń trochę rąbka tajemnicy, jak do tego doszło i jak Dragon czuje się w takim graniu.

No tak, akustyczne granie zaczyna wchodzić nam w krew. Przypadkowo zostaliśmy poproszeni z inicjatywy Michała Laksy z Kata z Romanem, naszego dobrego kolegi (notabene jego brat był pierwszym technicznym Dragona), żebyśmy zagrali koncert akustyczny w teatrze u jego syna. Jest to obecnie najmniejszy teatr na Śląsku – Teatr w Izbie. Nigdy nie miałem problemów z gitarą akustyczną. Sześć lat grałem z Piotrem Radeckim w zespole Pilar, gdzie właśnie grałem na akustyku. Mimo tego, że przede wszystkim mam do czynienia z gitarą elektryczną, to znaczna większość utworów Dragona z płyt „Horda Goga”, „Fallen Angel”, „Scream of Death” przy tym swoim skomplikowaniu powstawały najpierw na gitarze akustycznej. Także przejście Dragona z formy elektrycznej w akustyczną wcale nie było takie trudne. Wersje akustyczne naszych utworów są raczej odległe od tych elektrycznych, bo to inaczej nie zabrzmiałoby dobrze. Jak ten Covid nadal będzie tak szalał, to pewnie jeszcze rozwiniemy tę akustyczną formę. Od razu powiem – nas to tak do końca nie satysfakcjonuje oczywiście. Nie ma widowni, nie ten klimat. Z publiką są inne emocje, energia. To jest po prostu substytut, radość z jakiejkolwiek możliwości grania. Na pewno nie jest to forma, do której Dragon służy. Dragon to przede wszystkim solidne łojenie. Fred musi ryczeć. Chociaż takie akustyczne granie daje mu spora lekcję pokory i dyscypliny. W takiej sytuacji musi stać się mini wokalistą, odłożyć na bok ryczenie i trochę podszlifować inny warsztat. Te koncerty to również możliwość zaproszenia na scenę Partyzanta, który jest ojcem naszego obecnego perkusisty – Mikołaja Toczko. Od lat się przyjaźnimy. Także no, jest to radość ze spotkania i możliwości gry. Oby jak najszybciej zaczęły się jednak normalne koncerty.

Po części odpowiedziałeś już na moje kolejne pytanie. Siadałem do tego akustycznego koncertu z takim dużym znakiem zapytania, bo Wy przecież gracie thrash/death metal. I teraz, cholera, jak to zabrzmi akustycznie? Taki Kat ma na przykład „Ballady”, Wy czegoś takiego w swoim repertuarze nie macie, no i jak to wyjdzie? No i muszę powiedzieć jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, bardzo.

No to bardzo się cieszę. Dragon ma te swoje charakterystyczne dźwięki, te harmonie, które uciekają od utartych schematów. Wszystkie płyty Dragona nagrywane były przez jednego gitarzystę. Kat też miał czasem podobne historie. Specyfika tych akustycznych dźwięków daje ogromną swobodę, jeszcze większą niż gitara elektryczna. Jak czasem konstruuję jakiś utwór na gitarze akustycznej, to słychać wszystkie dźwięki, każda struna gra. Gdy się podłączy piec i walnie w struny elektryka, to połowy tych dźwięków nie słychać. Na nowej płycie Dragona przestrajaliśmy się jeden raz, potem drugi. Płyta zagrana jest na jedną gitarę, chociaż słychać dwie. Używam otwartych akordów, gitara nagrywana była na czterech śladach jednocześnie, dając wrażenie poszerzenia brzmienia, zwłaszcza że gram na dwóch pakach o innym brzmieniu. Słychać to przede wszystkim w utworze „R.T.H” i daje wrażenie dwóch osobnych instrumentów. Wielokrotnie pada pytanie, jak my to zrobimy na koncertach. Ja w ogóle się tego nie obawiam. Fazzy też gra z dwóch źródeł – ma bas czysty i drugie źródło ze swoim osobistym efektem.


Tak, pamiętam. Fazzy wspominał o tym efekcie basowym w Waszym wywiadzie z Pavulonem.

Tak, dokładnie.

I teraz rodzi się pytanie, ile czasu spędziliście nad nowymi aranżacjami. Przecież to wszystko trzeba było przerobić pod ten akustyczny koncert. 

Zanim odpowiem na pytanie, chciałbym zrobić pewien background. Powiem tak, i nie chcę w żadnym wypadku nikogo urazić: gdybyśmy od razu mieli Mikołaja za perkusją, to byśmy popracowali trzy miesiące i weszli do studia. Z Bombą pracowaliśmy przez rok. Kompozycje na nową płytę były ułożone, gdzieś tam ponagrywane, ale przede wszystkim miałem to w głowie. I zaczęliśmy działać. Z Bombą wyrzeźbiliśmy jeden numer – „Przemoc”, którą nawet wykonaliśmy dwa razy na koncercie w trochę innej aranżacji. Potem zabraliśmy się za te nieszczęsne „R.T.H”, nazwaliśmy to gdzieś „Dragon Killer”, moment nie do przejścia. Pracowaliśmy przez rok i jakoś nie poszło to dalej. Rozstaliśmy się z Bombą, tym bardziej, że mógł tylko raz w tygodniu przyjeżdżać na próby. Także odszedł Bomba, a w tym samym momencie Irek Loth rozstał się z Katem. Fred mi wcześniej mówił, żeby wziąć jakiegoś młodego bębniarza, bo mają zupełnie inne podejście. Dasz takiemu materiał, a on za tydzień Ci to zagra. No tak, z młodym umysłem to faktycznie tak to jest. Pamiętam – kiedyś dzwoni do mnie nieżyjący już Jacek Regulski z Kata i mówi, że jadę z nimi w trasę – tydzień czasu i dwadzieścia numerów do opanowania. Kat to też nie jest taka prosta muzyka, ale dałem radę, aczkolwiek byłem wtedy dużo młodszy, umysł działał żwawiej. No ale wracając do tematu, w zespole pojawił się Irek. Znamy się chyba od 1986 roku, organizował nam też koncerty. No i zaczęliśmy dalszą pracę, wprowadziliśmy do komputera siedem numerów (tutaj Fazzy wiódł prym, jako że zna się na tych technicznych sprawach), jeszcze nie uwzględniając perkusji, no i zaczęliśmy z Irkiem te numery ogrywać. Irek ma swój własny styl gry, bardzo rozpoznawalny i charakterystyczny – do tego stopnia, że musieliśmy się rozstać. Najpierw były śmieszki, że trzy osoby związane z Katem są w Dragonie – więcej Kata w Dragonie niż w Kacie. Gdzieś tam pisaliśmy, że „zaKATujemy Was naszą muzyką”. Także były jaja. A potem pojawiła się myśl, że my faktycznie zaczynamy brzmieć jak Kat. Irek lubi proste granie, wręcz hardrockowe, Fazzy zakumał te wszystkie zawijasy i udziwnienia. W końcu, wraz z Jacą, przyszli do Kata z zespołu Kill Off, gdzie taką muzykę grali. Irek sugerował prostszą formę ze względu na słuchaczy, a my nigdy nie patrzyliśmy na to pod kątem, że ma się to koniecznie spodobać publice. Bardzo szanujemy naszych słuchaczy, ale nam potrzebni są fani, którzy pokochają nas za to, co my chcemy tworzyć.

Wiadomo. Dragon musi być Dragonem, bez dwóch zdań.

No tak. I w pewnym momencie wszystkie utwory zaczęły nam brzmieć jak kolejne wersje „Wyroczni” czy „Śpisz jak kamień”. I jaką to trzeba mieć wyobraźnię, żeby tę naszą nową płytę w takiej formie sobie zobrazować, a tak to zaczynało brzmieć. No i rozszalał się ten Covid, siedzę sobie któregoś dnia i myślę, że po co nam to wszystko. Wydamy płytę, obsmarują nas równo, Fred odejdzie do lamusa jako nieudana kopia Romana. Dragon nigdy nie był z Katem kojarzony, zawsze byliśmy po prostu przyjaciółmi, zespołami wspólnie koncertującymi, wspierającymi się, może czasem przeplatającymi się w kwestii składu. Prawda jest taka, że Jacek grał kiedyś próby z Dragonem i chciał do nas dołączyć.

O proszę! Kiedy to było, który to był rok?

To był 1994 rok.

To jakby Jacek wtedy do Was dołączył, to grałby w Kacie i Dragonie jednocześnie?

Nie, wtedy tylko w Dragonie.

No tak. Styl gry Jacka był taki bardziej złożony, pasowałby do Was.

Powiem Ci tak. Jacek przed śmiercią, gdy ja grałem w Kacie (1998-99), miał swoje studio Alkatraz. Przynosiłem wtedy jakieś swoje pomysły. Siedzieliśmy w studiu z Irkiem i Jackiem. No i Jacek odkłada w pewnym momencie gitarę i mówi, że nie chce mu się grać. Po tym koncercie akustycznym wspominaliśmy sobie, jak to Jaca zawsze mówił, że on chciał napierdalać. Dlatego przyjeżdżał na nasze próby. To były czasy „Scream of Death”, potem „Sacrifice”. Aczkolwiek pewnego dnia Jaca przyszedł do mnie i mówi, że nie chce mu się już tak palcami wywijać na gitarze, że jest zbyt leniwy i już nie chce mu się uczyć tego bardziej skomplikowanego grania. Dobra, ale mówiłeś o tych aranżacjach.


Tak, bo interesuje mnie, jak przełożyliście tak w sumie agresywne utwory, to Wasze klasyczne granie na wersję akustyczną. Ile to pracy wymagało?

No właśnie powiem Ci, że dla mnie nic. Biorę gitarę akustyczną i mogę zagrać każdy z naszych numerów.

Czyli to wyszło naturalnie.

Kwestią kluczową jest znalezienie patentu na rytm utworu. W utworze akustycznym nie możesz tak gnać, uskuteczniać takich łamańców jak w kompozycji metalowej. Inna jest też gra perkusisty. Taki „Beliar”. Bomba zaczyna się centralkami, a Mikołaj tylko na kotle coś tam gra i to w dodatku na tym najmniejszym. To już jest inwencja perkusisty, żeby jakoś to wymyślił, dopasował. Podobnie z basem. I potem na próbie wspólnie robimy jakieś korekty. Są też sytuacje, że w utworach akustycznych dogrywam nowe fragmenty, których nie było w oryginale, w miejsce elementów, których nie da się zagrać w wersji akustycznej. W ostatnim utworze na koncercie, a i ostatnim pojawiającym się na płycie – „Klatka przeznaczenia”, to przyznam się trochę odjechaliśmy. Może nie powinniśmy byli tego robić, no ale tak wyszło. Partyzant miał ochotę coś tam zrobić, no wszystko pod prąd. Nawet swing się tam w środku pojawia. W oryginale też jest ten motyw, ale inaczej podany. Ostatnio wydaliśmy „Arcydzieło zagłady” na winylu i był to pretekst do tego, żeby wyciągnąć swoje czarne krążki i okazuje się, że mam przede wszystkim jazz, muzykę poważną, trochę bluesa. Także dlatego w Dragonie słychać czasem te różne dziwne rzeczy. Gdzieś to wszystko człowiek kumuluje i nie da się udawać, że się pewnych rzeczy w życiu nie słyszało i wymyśla się coś kompletnie innego.

No ale wróćmy do pytania o aranże. W momencie gdy odszedł Irek, oczywistym było wzięcie Mikołaja. Także telefon i „Miki, przyjeżdżaj!”. Poprosił o podesłanie nagrań. I teraz to, co słyszysz na płycie to jest kompromis między tym, co chciał zrobić pierwotnie Irek, a moimi i Faziego pomysłami. Z Mikim to było już możliwe. Wystarczyły mu trzy tygodnie, żeby przygotować cały materiał. W dwa dni zrobiliśmy pełne aranże do całej płyty. Ostatni utwór, czyli „Klatkę przeznaczenia” nagrałem z marszu. Na końcu nie wiedziałem już, co grać. Fred coś tam mówił, a chłopaki wzięli to na poważnie, dodali tam bębny, bas, a ja po prostu improwizowałem, bo nie miałem tam pomysłu. Ale reszta zespołu stwierdziła, że jest fajnie i że musi zostać. I zostało.

Czyli Miki wpasował się od samego początku?

Z Mikim to jest bajka, super się z nim pracuje. Działa, gra, ma głowę pełną pomysłów. On nas też inspiruje. Wychowany jest już na tef fali Slipknot, Korn, Gojira, ale był i Dragon, bo tata mu puszczał. Nie był to co prawda jego ulubiony zespół, ale znał od dziecka. Stylistycznie jako bębniarz przybliżył nas trochę do tych współczesnych czasów. Oldschool kojarzy się dobrze lub źle. Nam kojarzy się nieszczególnie dobrze, bo nie czujemy, jakobyśmy grali jakąś starą muzę. Kocham takie zespoły jak Death Angel. Nigdy nie uważałem, że grają oldschoolowo. Wydaje mi się, że grają bardzo nowocześnie. Z płyty na płytę rozwijają się, brzmi to nowocześnie, a styl się nie zmienia. My też chcemy być nowoczesnym zespołem. Nie chcemy być zaszufladkowani jako oldschool. Te białe adidasy, ekrany na plecach. Wiadomo, wraca się do tych rzeczy, widzi się to w modzie itd. To jest okej, ale Dragon chce iść do przodu. Nowy materiał, nad którym pracuję jest mocniejszy od „Arcydzieła zagłady”. Teraz mamy Mikiego i mogę tu sobie poswawolić, dodać blasty. Mieliśmy już to na „Hordzie Goga” w utworze „Here Comes the Dragon”. Nagrywałem to przed pójściem do wojska i zostawiłem chłopakom ślady na taśmach.


Teraz na moment chciałbym wrócić do nowej płyty. Wiem, że odpowiedź na nią jest bardzo pozytywna, fani świetnie ją przyjęli. Jakie są Wasze wrażenia jako zespołu?

My w ogóle nie zastanawialiśmy się, jak płyta zostanie odebrana, nie intrygowało to nas na żadnym etapie jej powstawania. Byliśmy tak zdeterminowani i tak sfrustrowani pracą z poszczególnymi bębniarzami. Mogliśmy to zakończyć dwa razy, minął jeden rok, drugi. Chcieliśmy już nagrać ten album i mieć to z głowy. Nikt z nas nie myślał, czy to się sprzeda, czy się spodoba. Mieliśmy już dość tego deptania w miejscu. Baliśmy się, że się ośmieszymy, że nie nagramy tej płyty tak, jak obiecaliśmy. Bardzo nam zależało, żeby ta płyta powstała. No ale udało się, nagraliśmy, no i kto teraz za to zapłaci – nie mieliśmy żadnych ustaleń w tej kwestii. Udało się jednak namówić Metal Mind. Jola Dziubińska wszystko sfinansowała, nawet drobne przekroczenie budżetu z naszej strony. Także Metal Mind to wydał. Nikt się nie spodziewał, że płyta odniesie sukces. Pierwszym tego znakiem była przedsprzedaż, jaką zrobił Empik – wszystko się wyprzedało na pniu. Nawet dostaliśmy się na ich listę bestsellerów. Ktoś z Metal Hammera napisał do mnie, że jesteśmy na 30. miejscu na rzeczonej liście. Dzwonię po tym do Freda i mówię, że pierwszy raz zajęliśmy gdzieś jakiekolwiek miejsce. No i to pierwsze miejsce z przedsprzedażą! Śmieję się, bo przeskoczyliśmy w tym momencie wszystkie te Metalliki itd. Do tego doszło dziewiąte miejsce na OLiSie. To była jakaś magia. Nie spodziewaliśmy się, co ta płyta osiągnie.

Kiedy płyta wyszła, to pojawiła się kwestia okładki, nad którą to ludzie zaczęli się pastwić.

O właśnie, ja jeszcze będę Cię o nią pytał potem, ale nie w kwestii negatywnej, nie!

Okładkę zrobił nam nasz kolega tatuażysta. Na początku była całkowicie inna. Generalnie mieliśmy trzy projekty. Ten pierwotny był super, dokładnie to, czego chciałem. Ale okazało się, że był poskładany z elementów graficznych, które można kupić na Allegro. Metal Mind podkreślił, że niestety musi to być działo autorskie. Także kolejną okładkę zrobił nam chłopak z Katowic, piękna była, ale ze swoim projektem wyszedł też nasz znajomy, Maciek, bazując na tym elemencie kołatki, no i projekt nam się spodobał i został zaklepany. I niestety, okładka się ludziom nie spodobała i posypały się negatywy. Warto zaznaczyć, że to, co poszło do internetu nie odzwierciedla dokładnie chociażby barw okładki, są ciemniejsze, bardziej esencjonalne.

To ja Ci powiem, że dla mnie te smoki, które są po obu stronach czaszki to czyste złoto. Jest to świetnie zrobione i idealnie zgrywa się z fontem tytułu.

Ten font wymyśliliśmy w Dragonie, nie ma takiego drugiego. On się przewijał od czasu „Fallen Angel”. Jest to font rysowany, na każdej płycie jest odrobinę inny. Za każdym razem jest odtwarzany przez grafików. Maciek rysując go wzorował się na tych poprzednich. Rozmawialiśmy też z Jurkiem Kurczakiem.

O właśnie! Chciałem Cię o niego pytać. Dlaczego nie zdecydowaliście się kontynuować z nim współpracy w kwestii okładki, pójść za tradycją. Wyjątkiem był „Sacrifice”.

Tak, „Sacrifice” przygotowała Mariola, moja koleżanka z Katowic. I wtedy zerwaliśmy ten nurt kurczakowski, o „Twarzach” nawet nie wspominam. Tutaj był to tatuaż narysowany przez mojego kolegę Piotra Trendela. To w ogóle nie miała być płyta Dragona i nie zaliczamy jej do dyskografii. Nie wstydzę się jej oczywiście, muzycznie miała być skierowana do trochę innej publiczności.

Pojawić się miała pod nazwą Virtual Vision, prawda?

Tak, miało się to nazywać Virtual Vision, to miał być poboczny projekt. Masz głowę pełną pomysłów, chciałbyś to nagrać, wydać. I to by sobie wyszło i gdzieś tam egzystowało. Wydaliśmy na to przedsięwzięcie sporo prywatnych pieniędzy, ale nikt tego nie chciał wydać. Odezwał się do nas Tomek Dziubiński i powiedział, że wyda nam tę płytę, ale musiałby to być pod szyldem Dragon, no i ulegliśmy. Chcieliśmy, żeby ta praca się w jakimś stopniu zwróciła. Na nasze szczęście i nieszczęście nie oberwało nam się za tę płytę od fanów. Została zignorowana, zapomniana – było, minęło.


Wrócę jeszcze do nowej płyty – „Arcydzieła zagłady”. Powiem Ci, tak w ramach ciekawostki, że album miał pierwotnie nosić tytuł „Masterpiece of Destruction”. Album jest o człowieku, to człowiek jest tym „Arcydziełem zagłady”. Równie dobrze pasowałby tu tytuł „Human”, ale już ktoś nagrał świetny album o takim tytule, nie? To płyta o tym, co się teraz dzieje, nawet w kwestiach politycznych przemyciliśmy jakieś odniesienia. Puściliśmy oko do „Fallen Angel” – „Klatka przeznaczenia”. Tam Szatan mówił do Boga, tutaj Bóg mówi do Szatana. Mało tego, pierwsza strona winyla kończy się utworem „Czas umiera”. Jest tam opisane samobójstwo – fragment z umierającym kwiatem, a album kończy się „Klatką Przeznaczenia”, gdzie pojawia się fragment „Patrz, mój synu, kwiat w twej celi”. Z jednej strony pojawia się brak nadziei, która potem wraca, jest ten symbol życia, szansa na lepsze. O tym wszystkim jest ta płyta. Żaden inny tytuł tu nie pasował, a był jeszcze brany pod uwagę „Road to Hell”. W ogóle album miał być pierwotnie po angielsku. Ale padła decyzja, żeby jednak zrobić to po polsku i już Ci mówię, dlaczego. Koncertując zdarzało się, że ludzie śpiewali nasze numery i chcieli to robić właśnie w tym języku. Fred śpiewa „Tears of Satan, tears of Satan!”, a ludzie krzyczą „Śpiewaj po polsku!”. Podobnie było z „Szymonem Piotrem” czy „Fallen Angel”. Także tak to wyglądało. Za granicę i tak się nie wybierzemy, a nawet jeżeli, to wtedy zrobi się wersję angielską.

Skoro wróciliśmy na moment do nowej płyty, chciałbym jeszcze spytać o jeden z jej elementów graficznych. W wersji winylowej na wkładce pojawiają się takie fajne rysowane smoki. Dlaczego nie trafiły też do wydania na CD?

To było tak: na początku była wersja CD, warstwa graficzna była już w całości przygotowana. No ale chcieliśmy też winyl. Na początku Jola Dziubińska nie była do tego pomysłu przekonana. Nie było pewności, czy będzie popyt, a to są koszty. Myśleliśmy o jakichś 100-200 kopiach, które nawet my byśmy opłacili. Wysłaliśmy projekt graficzny oparty na wersji CD. Dostaliśmy zaraz telefon ze składu, żebyśmy przygotowali coś, co będzie te wydania odróżniać. Autor okładki, Maciek, przesyłał nam wcześniej różne pomysły, wstępne szkice. I stąd właśnie pochodzą smoki, o których wspomniałeś. Pierwotnie wewnętrzna koperta miała być biała i nawet chcieliśmy wyłożyć fundusze, żeby jednak były te grafiki, zdjęcie, teksty. No ale projekt tak się spodobał, że nie było takiej potrzeby. Wyszło na to, że Metal Mind nas zainspirował, trochę zmusił do tego, żeby winyl był w kwestii graficznej inny od CD. Uważam, że był to wyśmienity pomysł z ich strony. W ostatecznym rozrachunku wersja winylowa podoba mi się tysiąc razy bardziej niż CD, nie ma porównania.

Ostatnio pisząc recenzję Waszej płyty wspomniałem o Vader. No jakby się tu nie kręcić, macie między sobą wspólny mianownik, u podstaw Waszej muzyki leży hybryda death i thrash metalu. Z tym, że, i użyję sobie tutaj pewnego porównania, Vader poszedł prostszą, slayerowską drogą, a Wy byliście takim Voivodem, grając w bardziej skomplikowany, zawiły sposób.

Tak, dokładnie, i coś w tym jest. Pamiętam pierwszą Metalmanię. Ścigaliśmy się w szatni przed koncertem, kto szybciej zagra „Black Magic” na gitarze. Świetnie to były czasy. Wtedy jeszcze nie śpiewał w Vader Peter, a Czarny. Stylistycznie nasze zespoły były bardzo podobne, co tu dużo mówić, to był ten sam styl. Dlatego też bardzo się polubiliśmy i przyjaźń trwa do dzisiejszego dnia. I faktycznie, Peter pozostał wierny swojej fascynacji Slayerem, na początku ich naśladowali, a potem wypracowali swój własny styl. Ja natomiast wychowywałem się w środowisku bluesowo-jazzowym, SBB, Dżem, także ciężko było, żebym był takim Slayerowcem. Znaczy jestem, uwielbiam ten zespół, ale wiesz, o co chodzi. Za dużo miałem w głowie innej muyzki. Jako 14-latek grałem w jazz-rockowym Augur (kuzyni Adama Otręby), gdzie nauczyłem się tych wszystkich muzycznych zawijasów, nawet nie umiałem ich wtedy nazwać.  Fazzy by to wszystko opisał, zna się na rzeczy. Także Dragon od początku nie konstruował utworów typowych, to był piękny chaos. Trochę jak książka, tam nie ma refrenu, historia po prostu płynie. Wiele kapel stara się szanować pewien schemat kompozycji, grać komunikatywnie, w szybko przyswajalny sposób. Voivod był też takim wyjątkiem, dobrze to zauważyłeś. Oni grali po swojemu, tu szybko, tu wolno. Kochałem ten zespół od zawsze i kocham do dziś. Jest jeszcze Negatron chociażby. Każdy szuka swojej ścieżki, swojego miejsca w muzyce. Także z Vaderem zaczynaliśmy z tego samego miejsca, z podobnego stylu muzycznego i tu masz rację, że oni zostali wierni tej prostszej formie, ale my cały czas eksplorujemy. Jeszcze taką jedną ciekawostkę przytoczę. Zanim nagraliśmy nową płytą i dopiero co zaczęliśmy reaktywację zespołu, spotykaliśmy się w trójkę z Irkiem i Fazzym w kanciapie Kata na próbach i coś tam kombinowaliśmy. W pewnym momencie Irek wyszedł z pomysłem, żebyśmy Petera namówili, żeby z nami pograł. I wyobraź sobie, że niektóre z kompozycji z nowej płyty poszły do niego. Spotkaliśmy się w Katowicach, w knajpce w Spodku. Powiedział, że posłucha, ale z racji totalnie zawalonego czasu nie jest w stanie zrobić więcej niż po prostu nagrać z nami płytę, w trasę koncertową nie da rady pojechać. Posłuchał naszych numerów i zadzwonił potem do mnie, przyznając, że on już tak paluszkami kręcić nie potrafi. Może nam nagrać wokale, ale gra odpada, nie chce mu się tego uczyć. Jak będziemy chcieli, to on nam zaśpiewa jakby co. Także na tym stanęło, ale niebawem Dragon ruszył pełną parą i temat został zamknięty.

Chciałbym wrócić jeszcze do tej przeszłości, tym razem stricte Dragona. Płyta „Fallen Angel”, album, który kocham całym serduchem. Odświeżałem go sobie na dniach, też trochę ze względu na naszą rozmowę. I tak patrzę na okładkę, no i jest tam oczywiście Wasze zdjęcie i jest z Wami Spider. Chodzi mi tu o pierwsze wydanie na winylu i CD. A potem mamy reedycję i już Spider jest ze zdjęcia wycięty. Co tu się stało?

Widzisz, to było tak. Pająk pojawiał się w kapeli i znikał. Nie był jakimś popularnym członkiem zespołu i zawsze ktoś go wyrzucał, a to Bomba, a to Fred czy nawet ja. Niemniej bardzo dobry gitarzysta. Wpasowywał się w moje myślenie, świetnie uzupełniał moje granie. Tutaj muszę go pochwalić. Gdy nagraliśmy „Fallen Angel”, Pająk poszedł na krótki czas do wojska. Ta sesja zdjęciowa, z której jest fotografia na płycie, odbyła się zaraz po jego powrocie, ale już po nagraniu albumu. My byliśmy pełni nadziei, że do nas znowu dołączy i zrobiliśmy sobie z nim te foty. Niestety, zaraz po tym, jak materiał się ukazał za coś tam wyleciał z hukiem. Także tutaj skorygowaliśmy sprawę w reedycji, aczkolwiek jest to taka historyczna nieścisłość względem tych fot. Potem mieliśmy manię wycinania Pająka z różnych zdjęć, ale historii nie zmienialiśmy, on „Fallen Angel” z nami nie nagrał. Co innego jakby nagrał, a my byśmy polecieli luczyzmem i chcieli nową historię pisać.

Podobna sytuacja była z włoskim anglojęzycznym wydaniem „Hordy Goga”. I tam pojawia się jako nasz wokalista Compass, obecny wokalista Gomor, tyle że kilka ładnych kilo temu. Wtedy był technicznym. Dziuba wymyślił mu ksywę St. Vitus. Mnie tam w ogóle nie dali, bo byłem wtedy w wojsku. Widzisz, wtedy się trochę manipulowało, a teraz, po latach można to było wszystko skorygować, doprowadzić do faktów, a nie wykreowanych na potrzeby wydawnicze. Dziuba się ratował. Marek wyjechał wtedy do Niemiec, wokale nagrał Grzegorz Kupczyk z Turbo, bez naszej wiedzy. Oczywiście chwała mu za to, ale nikt nie spytał nas o zgodę. Nie miałem na to wpływu, kontakt był ograniczony. Trzeba było nagrać wokale na angielską wersję płyty, także Dziuba wziął Grzegorza.


Powiem Ci, że fajnie byłoby, gdyby na „Horde of Gog” oficjalnie pojawił się Grzegorz, był tam wymieniony. Byłaby historyczna płyta.

Grzesiek chyba tego nie chciał. To było na nim poniekąd wymuszone. Zresztą nie wiem, nigdy z nim na ten temat nie rozmawialiśmy, jak on się widzi na tej płycie, czy chce, żeby o nim wspomnieć, jak on to widzi w kontekście swoich dokonań. Jesteśmy ze sobą w kontakcie, ale jakoś ten temat nigdy nie wypłynął. Ale tak, teraz przypomniałeś mi o tym i chyba przy następnym spotkaniu poruszę z nim tę kwestię, jak on do tego podchodzi. Przy ostatnich reedycjach zdaje się, że Dziuba wspomniał go w booklecie i Grzesiek strasznie się oburzył. Dziuba potem dzwonił do mnie z prośbą, żebym z Grzegorzem pogadał i załagodził sprawę. Reasumując, Grzegorz nie chciał być wspomniany.

Chciałbym teraz zapytać o wydarzenie, o które chyba nikt w ostatnim czasie Was nie pytał, o ile kiedykolwiek. Rok 1991, 27 kwietnia – Metalmania w Jastrzębiu Zdroju. Gracie przed Candlemass. Jak wspominasz tamten wieczór, tamto wydarzenie?

Tak, hala w Jastrzębiu Zdroju. Nie wiem, czy wiesz, ale po tym koncercie Litza z Acid Drinkers miał grać w Candlemass. Były takie przymiarki. Natomiast, co nam z Fredem utkwiło w pamięci, i co do dziś wspominamy: wokalista Candlemass, Marcolin, wiadomo, był przy tuszy. Za kulisami stało krzesło i butla z tlenem. W trakcie solówek zmykał ze sceny, podłączał się do tej butli i potem z powrotem na scenę. Sam koncert był świetny, bardzo mi się podobał. Solówki w utworach Candlemass były zagrane niesamowicie. Ale jednak Marcolin z tą butlą utkwił mi w pamięci najbardziej. Nawet sobie ostatnio odświeżałem ich płyty.

To tak na koniec, żeby Cię już za długo nie absorbować, bo kawał czasu gadamy – czy planujecie wznowienia starych płyt na winylach?

Zaproponowaliśmy coś takiego Metal Mind, bo też chcieliśmy powrzucać tam jakieś bonusy, a i ten uprzedni remaster jest katastroficzny. Ja nawet słowa „remaster” nie lubię, no ale czasem jest to konieczne. Także chciałbym te winylowe wydania ogarnąć niebawem.

Spytałem o to, bo, nie oszukujmy się, Waszych starych płyt na winylu trzeba już szukać z drugiej ręki, a i jakość wydań nie była najlepsza. Oczywiście chodzi mi tu o Muzę, bo Metal Master i Under One Flag były bardzo przyzwoite. No ale Muza, katastrofa.

Zgadzam się. Teraz jest dobry klimat na działania w tej kwestii, bo Metal Mind jest bardzo zadowolony ze sprzedaży „Arcydzieła zagłady”. Być może trzeba będzie poczekać do wydania kolejnej płyty, żeby to ich przekonanie się ugruntowało i dadzą zielone światło. Poza tym nie ma koncertów, co trochę tę sprzedaż hamuje, a jak wiadomo, granie na żywo stymuluje popyt na płytę. Za chwilę skończy się amunicja w postaci działań promocyjnych, a głównego oręża w postaci koncertów póki co brak. Także w takiej sytuacji wydawanie płyt jest bardzo trudne.

No to kończymy w takim razie, żeby nie przedłużać. Dzięki serdeczne za wywiad!

Dzięki również i miłego, do usłyszenia!

Rozmawiał: Przemysław Bukowski

czwartek, 8 kwietnia 2021

Dragon - Arcydzieło Zagłady (Metal Mind Productions 2021)

Mamy już kwiecień, i do tej pory nowością płytową, która mnie tak konkretnie zachwyciła był powrotny album Hell-Born. Teraz, niestety z poślizgiem, piszę o drugim wyczekiwanym przeze mnie krążku i kolejnym powrocie z pełnym albumem po latach. Mowa tu o Dragonie i "Arcydziele zagłady". Pierwsze dźwięki i "cholera, ale moc!". Już pierwszy, otwierający płytę numer - "Przemoc" - to arcykiller. Potem jest tylko lepiej lub, jak kto woli, tak samo dobrze. Utwór tytułowy czy też "Nie zginaj kolan" to istne death/thrashowe bestie. Zespół brzmi znakomicie i świetnie balansuje chwytliwe riffy z różnymi zawijasami i zmianami tempa. W tych numerach po prostu się dzieje, kompozycje są misternie poukładane, pokazując pomysłowość i kunszt twórców, a jednocześnie bardzo zapadając w pamięć, mając w sobie również jakąś nutę prostszych rozwiązań i melodyjności. To po prostu zostaje słuchaczowi w głowie. Gronos i Fred są w super formie, słychać, że to fundamenty tego zespołu, nic w tej kwestii nie zmieniło się od lat 90. Do zespołu, wraz z "Arcydziełem zagłady" dołączyli Krzysztof "Fazee" Oset (ex Kat) oraz młody perkusista Mikołaj Toczko. Bass Fazeego jest na tym materiale wyeksponowany, słychać go wyraźnie, co fajnie podrasowuje brzmienie i głębię płyty, natomiast perkusja Mikołaja daje jej sporą dawkę energii i konkretnego kopa. Niemniej powiedzieć trzeba jasno, że to gitary i wokal robią ten album, bez dwóch zdań. Wiosła Gronosa to klasa sama w sobie i tutaj ciężko coś dodawać, natomiast Fred odwala tu pracę wręcz wzorcową. Zawsze wysoko oceniałem jego głos, ale tutaj mamy chyba jego najlepsze osiągnięcie. Wokal brzmi brutalnie, ciężko, a do tego jest bardzo czytelny, dobrze zaaranżowany. Cymes! Tak, same pozytywy się tu leją, ale nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa o tym albumie, nawet o jego okładce, która może się niektórym wydawać kiczowata. Oczywiście, życzyłbym tu sobie jakiegoś fajnego dzieła imć Kurczaka, ale ej, ja tam kupuję te smoki. Powiem tak: na niwie death/thrash metalu, przynajmniej naszego krajowego, nie słyszałem w ostatnim czasie niczego tak dobrego. Myślałem, że niepodzielnie królować tu będzie Vader ze swoim, notabene bardzo udanym, "Solitude in Madness", ale niestety. Dragon i "Arcydzieło zagłady" pobili tę płytkę w przedbiegach. Jestem tym zaskoczony, ale tak to widzę i cieszy mnie ten fakt. Dragon na to zasługuje. Płyta klasa! Nic, tylko czekać na koncerty.



English translation:

It's April already, and so far a new album that I enjoyed most has been the return one of Hell-Born. Now, unfortunately with a slip, I am writing about the second record awaited by me and another return with a full album after many years. I'm talking about Dragon and "Arcydzieło zagłady". The first sounds and "damn it, what a power!". The first track that opens the album - "Przemoc" - is already an archkiller. Then it is only better or, if you prefer, just as good. The title track or "Nie zginaj kolan" is a real death/thrash beast. The band sounds great and balances catchy riffs with different composition twists and tempo changes. Things are just happening here, the compositions are intricately arranged, showing the creativity and artistry of the creators, and at the same time very memorable, also having a hint of simpler solutions and melody. It just stays in the listener's head. Gronos and Fred are in great shape, you can hear that they are the foundations of this band, nothing has changed in this matter since the 90s. Along with "Arcydzieło zagłady", Krzysztof "Fazee" Oset (ex Kat) and the young drummer Mikołaj Toczko joined the band. Fazee's bass is exposed on this material, you can hear it clearly, which nicely tweaks the sound and depth of the album, while Mikołaj's drums give it a lot of energy and a specific kick. Nevertheless, it must be said clearly that the guitars and the vocals make this album, without a doubt. Gronos' guitars are cream of the crop and it's hard to add anything here, while Fred does exemplary work here. I have always rated his voice highly, but here we have probably his best achievement. The vocals sound brutal, heavy, and also very clear, well arranged. Perfect! Yes, only the positives are emerging here, but I can't say a bad word about this album, not even about its cover, which may seem lame to some people. Of course, I wish we got some nice work from Mr Kurczak here, but hey, I like these dragons. Let me put it this way: in the field of death/thrash metal, at least the Polish one, I haven't heard anything so good recently. I thought that Vader would reign supreme here with his very successful "Solitude in Madness", but unfortunately no. Dragon and "Arcydzieło zagłady" beat it in the run-up. I am surprised, but this is how I see it and I like that fact. Dragon deserves it. Top album! Just waiting for the concerts.




środa, 27 maja 2020

Pathogen - Obscure Deathworship (Old Temple 2019)


Przyznam się, że Pathogen poznaję wraz z tą płytą. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, mimo faktu, że siedzą w katalogu Old Temple już od 2012 roku, czyli od ich trzeciej płyty "Forged in the Crucible of Death". I żałuję, że nie usłyszałem ich wcześniej. To, co dzieje się na "Obscure Deathworship" to czyste złoto. Nie spodziewałem się, że jakaś podziemna ekipa z Filipin wysmaży taki kapitalny kawał Death Metalu (a może bardziej Death/Thrashu, bo i wpływów tego drugiego nie da się momentami nie zauważyć). Takiego, który będzie pięknym ukłonem w stosunku do szlachetnych i kultowych już materiałów, a jednocześnie dobrze - jak na podziemne możliwości - wyprodukowanym. "Obscure Deathworship" przynosi skojarzenia z demami wielkiego Nihilst czy naszego rodzimego Vader, tylko w pozbawionej tej demówkowej chropowatości formie. Brzmienie jest mocne i soczyste, przez co słucha się tego wyśmienicie. Te wszystkie mocarne, a jednocześnie chwytliwe riffy, jakie znajdują się na tym krążku, mają szansę wybrzmieć i pokazać się słuchaczowi w pełnej krasie. A jest tu czego słuchać i z czego wybierać. Płyta wciąga w swą czeluść już z pierwszym odsłuchem i już nie wypuszcza. Gdybym poznał ten krążek w ubiegłym roku, to z pewnością bym go wyróżnił, bo jakoś nic z ubiegłorocznych nowości w temacie nie zostało ze mną na dłużej (no może poza Morbid Stench), a "Obscure Deathworship" z pewnością byłby tu wyjątkiem. Musicie tej płytki posłuchać! Potężny oldschoolowy Death Metal pełną gębą!


https://www.facebook.com/Pathogen-PH-177645992334222/
https://oldtemple.bandcamp.com/album/pathogen-obscure-deathworship
https://www.shop.oldtemple.com/

English translation:

I admit that I'm getting to know Pathogen with this album. I have never heard of them before, despite the fact that they have been in the Old Temple catalog since 2012, that is from their third album "Forged in the Crucible of Death". And I wish I had heard them before. What happens at "Obscure Deathworship" is pure gold. I didn't expect that some underground band from the Philippines will create such a great piece of Death Metal (or maybe more Death/Thrash, because the influence of the latter can't be missed). One that will be a beautiful nod to the already noble and iconic materials, and at the same time well produced for underground possibilities. "Obscure Deathworship" brings associations with the demos of the great Nihilst or our Polish Vader, only in the form without this demo-like roughness. The sound is strong and thick, which makes the listen really enjoyable. All the mighty and at the same time catchy riffs that are on this album have a chance to resound and show themselves to the listener in all their greatness. And there is something to listen to and choose from. The album draws you into its abyss with the first listening and does not let you out. If I got to know this album last year, I would definitely write about it, because somehow nothing from last year's novelties in the subject stayed with me for a long time (well, except Morbid Stench), and "Obscure Deathworship" would certainly be an exception here. You must listen to this album! Powerful, oldschool Death Metal!




wtorek, 5 maja 2020

Vader - Solitude in Madness (Nuclear Blast 2020)


Chyba najbardziej wyczekiwane przeze mnie wydawnictwo tego roku. Zapowiedzi były bardzo obiecujące, a sam krążek dosłownie zniszczył i zamiótł. Pozostał tylko pył, kurz i zgliszcza!

"Solitude in Madness" to powrót Vader w pełnej krasie i jedna z ich najcięższych, najbardziej intensywnych i energetycznych płyt zaraz obok debiutu, "De Profundis" czy "Black to the Blind". Zespół zapowiadał, że będzie to też ich najbrutalniejszy materiał od czasów "Litany" i to też prawda, tak istotnie jest (swoją drogą, bardzo kontrastujący z mocno thrashującym poprzednikiem - "The Empire"). Generał i jego armia nie wzięli jeńców! Płyta trwa niespełna pół godziny, a nie wiem, czy jakikolwiek inny materiał anno 2020 - z tych, co były i tych, co będą, będzie w stanie zrobić na mnie takie wrażenie jak "Solitude in Madness". Nie popełnię błędu stwierdzając, że to kwintesencja stylu Vader, swoista kompilacja brzmień i riffów tak bardzo ich charakteryzujących. Jest w tym ta thrashowa energia i pazur, pewna chwytliwość, jaką znamy z takich numerów jak "The Final Massacre", "The Code" czy "Triumph of Death" przewijająca się przez całą twórczość zespołu, ale i przede wszystkim ten death metalowy walec i ekstrema. Coś pięknego! Produkcyjnie i kompozycyjnie jest to majstersztyk, i nie da się temu zaprzeczyć. Wystarczy posłuchać takich kawałków jak "And Satan Wept", "Emptiness" (przynosi na myśl "Wyrocznię" Kata) lub "Final Declaration" (tak się składa, że następują na płycie jeden po drugim), aby przekonać się na własnej skórze (a właściwie uszach), że Vader długo jeszcze nie powie ostatniego słowa, a także poczuć autentyczną dumę, że mamy w Polsce taki zespół. Warto jeszcze wspomnieć, że grupa pokusiła się o nagranie coveru Acid Drinkers "Dancing in the Slaughterhouse", który odegrali jak swój własny utwór. Takie podejście do coverów lubię i szanuję - własna interpretacja i we własnym stylu. Całość albumu wieńczy znakomita okładka autorstwa Wesa Benscotera, który jest również autorem tej zdobiącej "De Profundis". Przypadek? Nie sądzę!

Dostaliśmy od Vader płytę, moim zdaniem idealną, pełną tego wszystkiego, za co od tylu lat kocha się ten zespół. Album nie wymaga dodatkowej zachęty, każdy fan metalu po prostu powinien się z nim zapoznać. W tym roku mamy Vader i potem długo nic do kolejnego miejsca na podium wydawnictw. Sztos!

http://www.vader.pl/
https://www.facebook.com/vader/
https://vader-store.com/
https://www.facebook.com/VADERLegionsSince1983/

English translation:

For me probably the most awaited release of this year. The announcements were very promising, and the album itself literally destroyed and swept away. All that is left is dust and ashes!

"Solitude in Madness" is the return of Vader in all its glory and one of their heaviest and most intense, energetic albums next to their debut, "De Profundis" or "Black to the Blind". The band announced that it would also be their most brutal material since "Litany" and that is also very true (by the way, very contrasting with the strongly thrashing predecessor - "The Empire"). The general and his army did not take prisoners! The album lasts less than half an hour, and I do not know if any other anno 2020 material from those that have been and will be released will impress me like "Solitude in Madness". I will not make a mistake by stating that it is the quintessence of Vader's style, a kind of compilation of sounds and riffs characterising them. It includes this thrash energy and claw, a certain catchiness that we know from such tracks as "The Final Massacre", "The Code" or "Triumph of Death", running through the whole discography of the band, but above all - this extreme attitude and death metal heaviness. Something beautiful! It is a masterpiece in terms of production and composition, and it cannot be denied. All you have to do is listen to such songs as "And Satan Wept", "Emptiness" (the main riff can be associated with "Wyrocznia" by Kat) or "Final Declaration" (they appear one after another on the album) to feel it on your own skin (or actually in your own ears) that Vader is not about to say their last word, and also feel the real pride that we have such band in Poland. It is also worth mentioning that the group recorded the cover of Acid Drinkers "Dancing in the Slaughterhouse", which they played as their own song. I like and respect this cover approach - of own interpretation and style. The whole album is crowned with an excellent cover art by Wes Benscoter, who is also the author of "De Profundis" cover. Coincidence? I don't think so!

In my opinion we have received a perfect album from Vader, full of everything for which this band has been loved for so many years. The album doesn't require additional encouragement, any metal fan should check it. This year we have Vader and then a long blank space til the second place on the podium.




niedziela, 12 stycznia 2020

Necrosadist/Witchfuck - Blasphemous Hell's Legions split (Fallen Temple 2019)

Rok 2019 obrodził na polskiej scenie podziemnej w sporo ciekawych i autentycznie udanych splitów. Nie wszystkich udało mi się więcej posłuchać, nie o wszystkich napisać. Jednym z tych, który wypadł w moich oczach najlepiej, jest Necrosadist/Witchfuck. Dlaczego? Pierwsze sprawa to zajebiste, organiczne brzmienie i w cholerę energii - nośne jest to, jak nie wiem co! Oba zespoły, jak dorwą się do grania, to plują ogniem, siarką i kapitalnymi riffami na prawo i lewo! Świetnie odnajdują się w swojej oldschoolowej Black/Thrash Metalowej mieszance podkutej punkowym brudem i zadziornością. Niby ten sam styl, a każdy z zespołów ma swój własny charakter i sposób grania. Zarówno Witchfuck, jak i Necrosadist zaserwowali tu po dwa premierowe numery. Słucha się tego jednym tchem i za moment robi powtórkę z rozrywki. To jest Metal w swojej najbardziej pierwotnej i bezkompromisowej postaci. Może nie być odkrywczy, może korzystać z dobrze już znanych rozwiązań i form, ale wciąż potrafi sponiewierać, trzymać jakość i poziom wykonawczy. Tym z pewnością mogą się obie grupy poszczycić. Na scenie nie są od wczoraj, może nie mają jeszcze sporego katalogu wydawniczego, ale jak już coś wyplują na ten łez padół, to szczęki zbiera się z podłogi. To po prostu kawał bardzo dobrego grania! Trochę tylko boli mnie fakt, że "Blasphemous Hell's Legions" został wydany wyłącznie na 7'' winylu. Aż prosi się, aby ten materiał dostępny był również na CD. Dzięki temu mógłby dotrzeć do znacznie szerszego grona fanów, którzy to akurat nie posiadają gramofonów. Myślę, że chętni by się z pewnością znaleźli; liczę, że ktoś podłapie temat i wypuści kompakt z tymi piekielnymi wyziewami. Tymczasem zachęcam was do sięgnięcia po ów split w takiej formie, w jakiej jest dostępny. Warto to mieć i słuchać do upadłego! Kult się sączy!

https://www.facebook.com/fallentemple666/
https://shop.fallentemple.pl/

English translation:

On the Polish underground scene, 2019 was marked by many interesting and genuinely successful splits. I haven't checked all of them as much as I wanted, not written about all of them. One of the best ones for me is Necrosadist/Witchfuck. Why? The first thing is awesome, organic sound and damn energy - it is catchy like hell! Both bands spit fire, sulfur and great riffs on right and left when they perform their art! They turn out great in their oldschool Black/Thrash Metal mix with punk dirt and fury. The same music style, but each band has its own character and way of playing. Both Witchfuck and Necrosadist served two premiere compositions here. It just flows and in a moment you want a replay of this pure entertainment. This is Metal in its most primitive and uncompromising form. It may not be revealing, it may use well-known solutions and forms, but it can still beat the shit out of you, maintain quality and performance level. This is what both groups can be proud of, without a doubt. They haven't been on the scene since yesterday, maybe they don't have a large publishing catalog yet, but when they spit something out into this world, it surely can be admired. It's just a piece of very good stuff! It only hurts me that "Blasphemous Hell's Legions" was released only on 7" vinyl. Being available on CD as well, it could have reached a much wider group of fans who do not have vinyl players. I think that it will surely be a lot of people who will buy it. I hope that someone will catch the topic and release a compact with these hellish tunes. In the meantime, I encourage you to grab this split in the form in which it is issued. It is worth having and listening till death! Pure kvlt!


czwartek, 9 stycznia 2020

Hell-Born/Offence - Hellbound Hearts split (Putrid Cult 2019)

Trochę spóźniona ta recenzja, ale lepiej późno niż wcale, no nie? Po latach powraca na scenę trójmiejski Hell-Born, a towarzystwa dotrzymuje mu Offence, ugruntowując swoją pozycję. I co więcej, oba materiały, choć różne, wgniatają w glebę, że aż ciężko się potem odkopać! Na wersji winylowej (7'') mamy po dwa utwory od każdej z grup, natomiast na CD cztery od Hell-Born i pięć od Offence. W przypadku Pomorzan mamy w bonusie dwa starsze numery - "Darkness" (z ostatniej płyty) oraz "Devourer of Souls" (z "Legacy of the Nephilim"). Offence dołożył trzy numery w wersji live.
Cóż rzec można o utworach premierowych? Hell-Born jest w formie, znakomitej formie! Reaktywacja w starym składzie wraz z Diabolizerem za perkusją to odrodzenie niczym feniks z popiołów. Utwory są może jakby nieco bardziej techniczne, ale za to wciąż oldschoolowe i jeszcze bardziej mroczne. To wciąż kawał niesamowitego Death Metalu przesiąkniętego czystym diabelstwem. Co się tyczy Offence, od nich wiadomo, czego się spodziewać. Stary, dobry Death/Thrash wyrywający z kapci i wszelkiego innego obuwia. Szkoda, że ten zespół - pomimo sporego już stażu na scenie - wciąż nie jest jakoś szerzej rozpoznawany. Moim, jak i wielu zdaniem, zasługują na znacznie większą uwagę i uznanie.
Putrid Cult odwalił kawał solidnej roboty wydając ten split. "Hellbound Hearts" to znakomity wstęp do odrodzenia Hell-Born i przypomnienie, szersza promocja Offence. Niezwykle udany split, który warto mieć na półce i do którego chce się wracać. Polecam mocno!

Hell-Born facebook
Offence facebook
Putrid Cult facebook
https://www.putridcult.pl/

English translation:

This review should have been published like 2-3 months ago, but better late than never, right? After many years, the Tri-City Hell-Born returns with Offence at its side. And what's more, both materials, although different, dig into the soil so hard that it's not easy to dig up later! On the vinyl version (7 '') we have two songs from each group, while on CD four from Hell-Born and five from Offence. In the case of Pomeranians, we have a bonus of two older songs - "Darkness" (from the latest album) and "Devourer of Souls" (from "Legacy of the Nephilim"). Offence has added three live tracks.
What can I say about the premiere stuff? Hell-Born is in form, in a great form! Reactivation in the old line-up, with Diabolizer behind the drums, is a resurrection like a phoenix from the ashes. The songs are maybe a bit more technical, but still oldschool and even darker. It's still a piece of amazing Death Metal filled with pure devilism. As for Offence, you know what to expect from them. Good, old Death/Thrash that will throw you out of your slippers and all other footwear. It is a pity that this band - despite considerable experience on the scene - is still not widely recognized. In my opinion, they deserve much more attention and recognition.
Putrid Cult did a great job releasing this split. "Hellbound Hearts" is a great introduction to the return of Hell-Born and a reminder / wider promotion of Offence. An extremely successful split that is worth having on the shelf and to which you will get back to. Strongly recommend!


środa, 9 października 2019

Ascaris - Uncured Sickness (Baron Records 1994/ Dark Omens Production 2019)

Wydany w 1994 roku na kasecie przez Baron Records jeden z dwóch pełnych albumów wrocławskiego Ascaris to jedna z wielu zapomnianych pereł polskiego Death Metalu. Chcąc być szczerym, to nie wiem, czy do tej pory słyszałem tego typu granie z naszej sceny, które brzmiałoby równie złowieszczo jak "Uncured Sickness" Ascaris. Udało się chłopakom połączyć tu po części style i atmosferę wczesnych płyt Morbid Angel, Grave, czy Deicide, dodając do tego spore ilości świetnych riffów, solówek, ogólnie różnej maści gitarowych pasaży (kłania się znakomity "Cosmic Undiscovery Vacant") i tej domieszki Thrashu, jaką można zaobserwować na pierwszych płytach Vader. Widać tu też odrobinę technicznego zacięcia, weźmy taki "Sinless Desire". Są tu elementy, które już na całego rozwinął już rok wcześniej jakże niedoceniony Violent Dirge.
Smuci mnie zawsze niezmiernie, że takie zespoły, jak właśnie Ascaris, przepadły gdzieś w odmętach historii, że jakimś cudem po wydaniu naprawdę solidnych, mających potencjał wydawnictw (no może tylko ich brzmienie pozostawiało nieco do życzenia, ale każdy dobrze wie, jakie to były czasy) przechodziły bez zbytniego echa. Pozytywem jest natomiast to, że wciąż znajdują się maniacy oddani sprawie, odkopujący te materiały i wznawiający je na różnych nośnikach. Mam tu na myśli Leszka i jego Thrashing Madness, stojącego od lat na straży Tomka Krajewskiego (Pagan Records) czy właśnie Michała z Dark Omens Production. To właśnie za sprawą Michała możemy trzymać "Uncured Sickness" ponownie w łapach. I tym razem na cd. Korzystajcie zatem z tej okazji, zgarniajcie płytkę i przeżyjcie na nowo minione dni sceny i to, co najlepsze miała do zaoferowania, a nasza, nie będąc tu skromnym, miała tego dobra od cholery!

https://darkomensprod.bandcamp.com/album/ascaris-uncured-sickness
https://www.facebook.com/darkomensdepartament
http://www.darkomens.pl/sklep/

English version:

Released on a cassette tape by Baron Records in 1994, one of two full albums of Ascaris from Wrocław, is one of many forgotten pearls of Polish Death Metal. To be honest, I don't know if I have heard this type of stuff from our scene so far, which would sound as sinister as "Uncured Sickness", their debut album. The guys managed to combine here partly the styles and atmosphere of the early Morbid Angel, Grave or Deicide albums, adding to this a large amount of great riffs, solos, generally a variety of guitar passages (especially "Cosmic Undiscovery Vacant"), and this admixture of Thrash, which can be found on the first Vader records. You can also hear a bit of technical jamming here, let's take "Sinless Desire". There are elements that have already been highly developed a year earlier by the underestimated Violent Dirge.
I am always sad that such bands as Ascaris have disappeared somewhere in the depths of history, that somehow after the release of a really solid record, with potential (well, maybe only their sound left something to be desired, but everyone knows what time it was), they went unnoticed. The positive is, however, that there are still people devoted to the case, digging up these materials and re-releasing them in various formats. I am thinking of Leszek and his Thrashing Madness, an eternal guardian Tomasz Krajewski (Pagan Records) or Michał from Dark Omens Production. It is thanks to Michał that we can hold "Uncured Sickness" in our hands again. And this time on cd. So take advantage of this opportunity, get the cd and experience the past days of the scene and what it had to offer, and Polish one, not being modest here, had a damn lot of good stuff!


niedziela, 19 maja 2019

Possessed- Revelations of Oblivion (Nuclear Blast 2019)

Possessed powraca z nową płytą po ponad 30 latach. I powraca w naprawdę dobrym stylu. Mimo upływu tylu lat, rozpadzie oryginalnego składu, zespół nie powiedział ostatniego słowa i wciąż potrafi stworzyć materiał, który zadowoli nawet tych najbardziej wymagających. Może nie będzie okrzyków nie wiadomo jakiego zachwytu, ale aprobata, szacunek i pozytywne zaskoczenie z pewnością. Grupa pod dowództwem Jeffa Becerry nagrała intensywną, treściwą i potężnie brzmiącą płytę- Death/ Thrash Metal najwyższej próby nawiązujący w wielu miejscach do tego co pamiętamy z czasów "Seven Churches" czy "Beyond the Gates", tyle, że w nowej odsłonie. Już nie tak odkrywczy jak wtedy, ale wciąż potrafiący słuchacza sponiewierać i pokazać klasę w temacie.
"Revelations of Oblivion" to dwanaście intensywnych gnających na złamanie karku kompozycji (widać, że na sekcję rytmiczną położono szczególny nacisk), wypełnionych zmianami temp, ciekawymi solówkami i świetnym wokalem Jeffa. Trzeba przyznać, że wciąż jest w formie i nie dostrzega się jakieś zasadniczej różnicy w porównaniu ze starymi płytami. Słychać, że to on i że czuje się w swojej robocie niczym ryba w wodzie. Ten album to nic innego jak kontynuacja dziedzictwa tej grupy. Nie odkrywają niczego nowego, nie zmieniają stylistyki, nie eksperymentują. Rzucają w stronę fanów pytanie: Pamiętacie nas? To znowu Possessed! Jeżeli wciąż uwielbiacie oldschoolowy Death/ Thrash to zapraszamy! Produkcja płyty może jest nieco mniej oldschoolowa, ale z pewnością nie same kompozycje. Cóż, to już nie tamte czasy i nie podziemie. Nie jest surowo, ale z to soczyście i dynamicznie. Także nie jest to rzecz jasna minus. Possessed nigdy wcześniej nie brzmiało tak potężnie.
Reasumując dostajemy od Possessed solidną płytę, której świetnie się słucha i która zlatuje niemal momentalnie. Może pozbawiona jest jakiś wyraźnych, konkretnych highlightów, czegoś na miarę tzw. hitów, ale jako całość sprawdza się świetnie. Osobiście cieszę się, że zespół powrócił na scenę, że nowa ekipa jest w świetnej formie, potrafi wciąż tworzyć dobre numery i że dostaliśmy szansę doświadczyć sztuki spod znaku Possessed po raz kolejny. W końcu to legenda i ojcowie chrzestni Death Metalu nie?

https://www.facebook.com/possessedofficial/
https://possessedofficial.com/

English version:

Possessed is back with a new album after over 30 years. And it returns in a really good style. Despite the passage of so many years, split-up of the original lineup, the band did not say the last word and still can create material that will satisfy even the most demanding. Maybe there will be no shouts, no great admiration, but approval, respect and positive surprise for sure. The group under the command of Jeff Becerra recorded an intense, rich and powerful sounding album - Death / Thrash Metal, which in many places resembles what we remember from the times of "Seven Churches" or "Beyond the Gates", but in the new version. Not as groundbreaking as it was then, but still able to crush the listener and show the class in the subject.
"Revelations of Oblivion" are twelve intense, rushing compositions (one can see that a special emphasis was placed on the rhythm section), filled with tempo changes, interesting solos and great vocals by Jeff. Admittedly, he is still in the form and there is no major difference compared to the old records. You can hear that it is him and that he feels in his job like a fish in water. This album is nothing but the continuation of the heritage of this group. They do not discover anything new, they do not change their style, they do not experiment. They throw in the question: Do you remember us? It's Possessed again! If you still love Oldschool Death / Thrash, join us! The production of the album may be slightly less oldschool, but certainly not the compositions themselves. Well, it's not those times and not the underground. It is not severe, but it is condensed and dynamic. Also, it is not a disadvantage, of course. Possessed never sounded so powerful before.
Summing up, we get a solid record from Possessed, which is great to listen to. Maybe it is devoid of any explicit, specific highlights, something likea hit of some sort, but as a whole it works great. Personally, I'm glad that the band has returned to the scene, that the new line-up can still create good stuff and that we got the chance to experience the Possessed art once again. After all, they are a legend and Godfathers Death Metal!

 

sobota, 2 marca 2019

Pandemic Outbreak- Collecting the Trophies (Kill Again Records 2018)

Po ciężkim, przymulającym tygodniu dobrze jest posłuchać jakieś dobrej płyty, czegoś z kopem żeby naładować baterie. Pandemic Outbreak tej energii mi dostarczyli. Kupiłem ich płytę niemal w ciemno i strzał trafiony. Zespół atakuje słuchacza oldschoolwym Death Metalem w wielu miejscach zahaczającego o hybrydę z Thrashem (ich poprzedni materiał był w całości utrzymany właśnie w Thrashowym stylu, tym bliższym niemieckiemu stylowi grania), bo zarówno słychać tu to żywsze oblicze Asphyx, jak stary Merciless. Może w brzmieniu "Collecting the Trophies" nie ma tej odrobiny brudu jaki towarzyszył nagraniom obu wymienionych grup, jest bardziej selektywnie, przejrzyście, ale niczego to nie psuje. Niniejsza Epka to kawał solidnej roboty w obranym stylu, ze świadomością, zaangażowaniem, umiejętnościami oraz pomysłem. W dobie powielactwa i mnogości różnej maści bezpłciowego syfu takie materiały naprawdę zyskują podwójnie, pokazuje, że jak się autentycznie chce, to można stworzyć coś co bez naciągania siądzie, coś co się zapamięta, do czego się wróci. Na razie Pandemic Outbrak pełniaka nie popełnił, także czekamy. EP "Collecting Trophies" jest nadzwyczaj obiecująca, oscylująca wokół starej szkoły grania ze świeżym podejściem do tematu. Cieszę się, że zespół obrał właśnie taką muzyczną drogę, bo w obecnym stylu nabrali wyrazistości i jest szansa, że zaistnieją. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że płytka nie raz jeszcze wyląduje w odtwarzaczu, co tak jakby jest tożsame z tym, że ją polecam.

https://www.facebook.com/PandemicOutbreakThrash/
https://pandemicoutbreak.bandcamp.com/