Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Behemoth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Behemoth. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Behemoth- ...From the Pagan Vastlands (Pagan Records 1994/ Witching Hour 2011)


To demo to już klasyk naszego krajowego podziemia, i jedno z czołowych wydawnictw czasu gdy formowała się u nas scena BM. W czasie kiedy się ukazało nie było chyba równie pieczałowicie wydanej taśmy. Pagan Records stanęło tu na głowie! Zespół, mimo ogromnych wpływów sceny norweskiej (zespół potwierdził to już nawet doborem coveru "Deathcrush" Mayhem, który notabene odegrali niemal identycznie jak sama legenda)  w swojej muzyce, miał być z czego dumny, to było wtedy coś. Materiał jak wtedy mało który przenosił ducha północy na nasze ziemie objawiając go w kolejnej formie, która stworzyła charakterystyczne dla naszego kraju brzmienie Black Metalowej sztuki. "...From the Pagan Vastlands" obok demówek, długograjów Graveland, North, Sacrilegium, Marhoth, materiałów Christ Agony, Taranis czy Xantotol był i historycznie wciąż jest istotnym wpływowym elementem naszego metalowego dziedzictwa lat 90-tych, dzieckiem swoich burzliwych czasów, symbolem tego co się wtedy liczyło. Nie chodziło o perfekcję, szlify i cholera wie co jeszcze. Ważna była pasja, przekonanie i chęć tworzenia. Oddanie temu co się robiło. 1994 rok był dynamicznym okresem, a Behemoth stał już u progu domowej wojny między północą, a południem naszej sceny BM, będąc głównym celem wszelakich gróźb o pozerstwo itd. Niemniej ten właśnie rok był dla nich przełomowy, właśnie wtedy ukazało się "...From the Pagan Vastlands" zdobywając scenę, nie tylko krajową, niemal szturmem. Kto nie pamięta tych wszystkich wywiadów jakie pokazywały się w zinach, słynnych fot zespołu cykniętych z końcem 93' roku w leśnych ostępach między Brzeźnem, a Letniewem (Gdańsk), które towarzyszyły tym treściom i które lądowały zapewne w wielu skrzynkach pocztowych wraz z demem i biosami? Pozytywne recki materiału pokazywały się w zinach również poza granicami Polski, a samo demo, rozeszło się w kilku tysiącach egzemplarzy i doczekało wersji cd z ramienia Nazgul's Eyrie oraz amerykańskiej Wild Rags. Do jego już nieco pogańskiego sznytu doszły riffy inspirowane po części twórczością takich hord jak Enslaved czy Immortal (no jak tu zapomnieć chociażby charakterystyczne "łał łał!" w "Thy Winter Kingdom", no ale kurde, miało to klimat!), wspierane przez tło klawiszowe (sesyjna robota Czarka Morawskiego) i złowieszcze wokale. Sama okładka to też już czysty kult i jedno z bardziej charakterystycznych dzieł w temacie, a jest ona zasługą, jeszcze w czasie nagrywania basisty Behemoth, Sebastiana "Orcusa" Kolasy. Chodzi o rzecz jasna corpse- paintową twarz, do której leśne tło dodał już Tomasz Krajewski. To wszystko wciąż sprawia, że o tym demie będzie się pamiętać i wciąż do niego wracać, jeżeli nie ze względu na samą muzykę, to z całą pewnością na sentyment. Mi nie dane było dorastać w tamtych czasach, ale od lat chłonę wiedzę i wspomnienia wielu osób na jego temat i mam nadzieję, że przynajmniej w małym stopniu udało mi się obudzić nostalgię i pamięć u tych, którzy wciąż je pamiętają.
Poniżej kompaktowa reedycja wydana przez Witching Hour w 2011. Zastąpiła moją mocno zasłużoną, oryginalną wersję kasetową.

Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/


niedziela, 21 października 2018

Behemoth- I Loved You At Your Darkest (New Aeon Musick 2018)

Tak oto dostajemy jedenasty już, studyjny album Behemoth i trzeba z marszu zaznaczyć, że przełomowy. Dlaczego? Zespół wchodzi na tym albumie w rejony których do tej pory nie odwiedzał, to nie jest już ta sama bestia, którą pamiętamy z "Demigod", czy "Evangelion". Już na poprzedniku ILYAYD, "The Satanist", dało się słyszeć zapowiedź zmian, świeże patenty, nowy album już tego nie skrywa. Otwiera wrota do nowych rozwiązań i inspiracji, elementów, których nie znalazłoby się na jakiejkolwiek ich wcześniejszej płycie. Mamy tu nie tylko wykorzystanie dziecięcych chórków (zabieg niezbyt do mnie przemawiający, ale niewątpliwie oryginalny), ale także sporo jasnych i klarownych elementów zaczerpniętych z Rockowej estetyki. Agresywne kawałki przeplatają się tu ze stonowanymi, powiedziałbym nawet, miejscami melodyjnymi kompozycjami. Pod tym względem płyta jest bardzo przemyślana i perfekcyjnie zbalansowana. Nie da się ukryć, że wraz z tym albumem Behemoth wypływa na jeszcze szersze wody oferując materiał, który ma ogromne szanse dotrzeć swoją zawartością do kolejnego grona odbiorców, dla których to wcześniejsze dokonania grupy mogły być zbyt ekstremalne. I w sumie tak chyba się właśnie dzieje. 
Płytę wałkowałem grubo ponad tydzień, słuchając jej dzień w dzień, zanim ostatecznie mogłem wyrobić sobie o niej jakąś wstępną opinię.  Na początku nie wiedziałem co  o niej myśleć. Podczas zetknięcia z tym materiałem targały mną skrajne emocje. Z jednej strony ILYAYD jawił się jako płyta bardzo przystępna, moim zdaniem najłatwiejsza w odbiorze ze wszystkich albumów Behemoth, a z drugiej bardzo tajemnicza, skrywająca jakieś drugie, bardziej złożone dno, pewną niepozorną kompleksowość. Zasmucił mnie trochę fakt, że już coraz mniej słychać w tej muzyce elementy, które kiedyś sprawiły, że sięgnąłem po sztukę Behemoth towarzyszącą mi nieprzerwanie od wielu lat. Tak, elementy jakie wiodły prym na płytach zespołu w minionym dziesięcioleciu nie są już obecnie priorytetem, znaczy nie są już na pierwszym miejscu, na pierwszym planie. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. I trudno to obiektywnie rozpatrywać w kategorii wady czy zalety. Grupa zdaje się ruszać w kierunku odkrywania nowych źródeł muzycznej ekspresji przełamując pewne schematy. Obiektywnie jest to absolutnie dobry przejaw, zespół nie stoi w miejscu. Kwestia tego czy spotyka się z gustami poszczególnych fanów jest już czysto subiektywna. 
W moim mniemaniu album tak naprawdę w pełni obrazują i charakteryzują cztery utwory: "Wolves of Siberia", "God=Dog", "Ecclesia Diabolica Catholica" oraz "Bartzabel". Te kompozycje stoją poniekąd w kontraście do siebie, malują dwa oblicza tego albumu, jego część sacrum i profanum (może nie są to najlepiej dobrane określenia, ale właśnie te dwa słowa przyszły mi na myśl w momencie pisania). Pierwsze dwa to oblicze mroczne, wciąż agresywne, bluźniercze, bliższe dawnym dokonaniom, pozostałe reprezentują oblicze bardziej podniosłe, bardziej melodyjne, nawet epickie, aspirując nawet  do miana hitów. Cała płyta utrzymana jest właśnie w takim przeplatającym się stylu, który sprawia, że materiał tworzy spójną, acz zróżnicowaną całość. I co ważne, kompozycje singlowe w kontekście całego albumu nabierają zupełnie nowej jakości, niż jako oddzielne byty. 
"I Loved You At Your Darkest" to obiektywnie bardzo udana, ambitna płyta, którą Behemoth przeciera nowe szlaki w swojej twórczości. Czy album mi się podoba? Ciężko mi jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Mogę powiedzieć, że był dla mnie zaskoczeniem i jednocześnie wyzwaniem, dziełem na które trzeba poświecić znacznie więcej czasu i uwagi. Dla kogoś zadurzonego w takich ich albumach jak, pomijając już te najstarsze, "Zos Kia Cultus", "Demigod" czy "Evangelion" jest to ciężki orzech do zgryzienia i przebicie się prze te nowe oblicze twórczości grupy nie będzie czymś łatwym. Nie ukrywam, że zanim powiem tej płycie" tak" może trochę czasu zlecieć. Niemniej jednak myślę, że jest warta tego aby ją odkrywać, a z pewnością docenić.
Poniżej limitowana wersja płyty w ekskluzywnym digibooku zawierającym wszystkie grafiki oraz teksty towarzyszące albumowi (cd wydany jako złoty dysk). Trochę nie moja bajka te sakralne klimaty, ale okładka albumu podoba mi się bardzo, uważam, że idealnie koresponduje z nieoczywistą zawartością materiału.







niedziela, 15 kwietnia 2018

Behemoth- Messe Noire (Mystic Production 2018)

Miesiąc czekania na to wydawnictwo po pre-orderze dłużył się niesamowicie, no ale w końcu do mnie dotarło i to nawet dzień przed premierą. Specjalnie na celebrację tego dvd przeznaczyłem sobie cały, długi, sobotni wieczór żeby na spokojnie wszystko obejrzeć, posłuchać i naskrobać wam o nim kilka słów. Chociaż "Messe Noire" nie jest tak naładowane zawartościowo jak poprzednie dvd "Evnagelia Heretika", to jakościowo po prostu wymiata i to nawet nie samym materiałem, ale też formą wydania. Dostajemy tu dwa pełne koncerty z 2016 roku, jeden z warszawskiej Progresji, drugi z festiwalu Brutal Assault (oficjalny bootleg), komplet teledysków do albumu "The Satanist" oraz, w przypadku tego wydania, cd z częściowym zapisem koncertu z Warszawy (nie rozumiem zabiegu obcięcia pozostałych 6 kawałków, ale cóż, ważne, że brzmieniowo wyszła totalna miazga i, że można sobie tego posłuchać w audio). Koncert z Brutal Assault jak najbardziej bardzo dobry, jednak to misterium z Progresji zagrało na tym wydawnictwie pierwsze skrzypce. Sztuka została świetnie wyreżyserowana, ubogacona obrazami z teledysków, wypełniona po brzegi różnymi technicznymi zabiegami, a przede wszystkim kipiąca dynamiką, energią i chemią w zespole. Dali tu z siebie 200%. Punktami kulminacyjnymi są tu moim zdaniem "Messe Noire", "Ora Pro Nobis Lucifer", "O Father O Satan O Sun", zagrany z niesamowitym kopem, podtuningowany staroć "Pure Evil and Hate" (tutaj były ciary proszę Państwa!) oraz wieńczący koncert klasyk "Chant for Ezkaton 2000". Warto też wspomnieć świetny kontakt z publiką zebraną tego wieczora na sztuce. Jednym słowem dzieje się na tym materiale i grzechem śmiertelnym byłoby nie stwierdzić, że zawarta tu została esencja Behemoth na żywo. Koncert na światowym poziomie!
W kwestii samego wydania wersja cd/dvd została wypuszczona jako digibook wypełniony kilkunastoma stronami archiwalnych zdjęć koncertowych z tamtego czasu, wszystko w czerni, bieli i złocie. Wygląda to bardzo estetycznie i profesjonalnie- po prostu cieszy oko, a w wersji winylowej wygląda zapewne jeszcze bardziej imponująco ze względu na większy format. Dla fanów Behemoth mus absolutny, dla całej reszty metalowych entuzjastów przykład jednego z koncertowych wzorców po które warto sięgnąć i które trzeba zobaczyć!









sobota, 3 marca 2018

Behemoth- The Apostasy (Mystic Production 2007)

Do tej pory nie mogłem się przekonać do tego albumu i nie tak długo po jego wydaniu odstawiłem go na półkę i nie był dotykany przez parę lat. Ostatnio jednak przyszła na niego pora, pojawiła się wena i postanowiłem dać mu szansę. Po raz kolejny czas, jak i samo podejście, takie bardziej od kuchni (posiedziałem trochę nad tekstami oraz kulisami powstawania albumu, żeby zrobić sobie lepsze podłoże do jego odbioru), przyniosło efekt i polubiłem tę płytę. Przez ubiegłe 2 dni słuchałem jej kilkukrotnie i muszę powiedzieć, że "The Apostasy" zasługuje na miano najbardziej kompleksowego i złożonego albumu w całym dotychczasowym dorobku Behemoth, co nie do końca sprawia, że z marszu jest przystępny w odbiorze. Bardzo dużo tu eksperymentowania aranżacyjnego i różnorodności pomysłów przez co płyta może być postrzegana jako mało spójna i jest w tym trochę racji. Niemniej jednak nie umniejsza to jej wartości. Zespół zdobył się na odważny krok próbując nie tylko nowych rozwiązań, ale i prześcignięcia samych siebie oraz sukcesu jaki odniósł "Demigod". W jakimś tam aspekcie się to udało. W odróżnieniu od swojego poprzednika "The Apostasy" nie jest tak bezpośredni i skupiony tylko na dynamicznych mocnych numerach. Album balansuje eksperymentalne oraz epickie, wręcz bombastyczne utwory z furią jaką reprezentował "Demigod". Bardzo dużo tu orkiestracji, chórów, czasem wręcz nuty klimatu, a z drugiej strony także tego klasycznego Behemoth już dobrze znanego z poprzednich płyt. Na samą muzykę jak i teksty zauważalny wpływ miała podróż Nergala do Azji, z której przywiózł sporo akcentów i dźwięków jakie znalazły się na płycie, odbiło się to też na wspominanych wcześniej klimacie. Można powiedzieć, że jest jakby rytualny, mistyczny, mimo konkretnej dawki agresywnych akcentów. Kompozycje które chciałbym tutaj wyróżnić to "At the Left Hand of God", "Prometherion", "Be Without Fear", "Arcana Hereticae" oraz "Inner Sanctum" (z gościnnym udziałem Leszka Możdżera i Warrela Dane'a). Osobiście uważam je za esencję tej płyty, zarówno w warstwie muzycznej, jaki i tekstowej.
Reasumując powstała płyta, jakby nie patrzeć, ambitna i wyróżniająca się nieschematycznym podejściem i chęcią eksploracji nowych muzycznych terenów, jednocześnie będąc wiernym obranej już dawno formule. Nie wiem ja to jest u innych, ale na swojej skórze przekonałem się, że tej płycie trzeba dać czas i poświęcić uwagę, wtedy jest szansa w pełni ją załapać i docenić.
Poniżej limitowana edycja albumu (wydana przez Mystic Production) z dodatkowym dvd zawierającym kulisy nagrywania niniejszej płytki.

https://www.facebook.com/behemoth/
http://behemoth.pl/



wtorek, 6 lutego 2018

Behemoth- And the Forests Dream Eternally/ Damnation- Forbidden Spaces split (Last Epitaph 1997)

Dwa arcypotężne materiały dwóch hord, które w latach 90-tych stanowiły trzon naszej sceny Death i Black Metalu. EP "And the Forests Dream Eternally, nagrany w lipcu 1994 (a wydany rok później przez włoską Entropy) w gdyńskim Warrior Studio (w ciągu dwóch dni) jest dla wielu fanów najlepszym z materiałów "starego" Behemoth, a i zespół bardzo go ceni. Sam Nergal przyznał, że to najważniejszy materiał jaki nagrał z Baalem, swoiste podsumowanie pierwszego etapu w historii zespołu. Na ów materiał składa się pięć kompozycji. Jest tu min.  poniewierający swą agresją i atmosferą "Transylvanian Forest", klimatyczny i ponury "Moonspell Rites" (notabene, pierwotnie, taki właśnie tytuł miał nosić niniejszy EP), "Pure Evil and Hate" (z początku wiele osób uważało go za cover jakiegoś mało znanego kawałka Bathory), który był chęcią złożenia hołdu wczesnym dokonaniom Quorthona, czy "Forgotten Empire of Dark Witchcraft"- nagrany przez Nergala samodzielnie od początku do końca, będący podobno eksperymentalną kompozycją. Mimo tego, że był to chwilowo dosyć ciężki okres dla zespołu spowodowany problemami ze składem jak i wewnątrz grupy, zrodziły się nagrania o dosyć niepowtarzalnym brzmieniu, surowym, prymitywnym, ale oddziałującym przede wszystkim na obszar klimatu "And the Forests Dream Eternally". Dosyć zaskakując historię ma też okładka Epki, a może wręcz do bólu prozaiczną. Zdjęcie lasu najzwyczajniej w świecie wzięte zostało z jakiegoś atlasu lasów polskich, wkomponowane w dodatkowe elementy i ot cała filozofia. Na podsumowanie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego przyjaciela Thorn'a (ex North, Neasit)- "Ten materiał idealnie odzwierciedla klimat najlepszych lat w krajowym Black Metalu!". Nic dodać, nic ująć!
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.


wtorek, 25 lipca 2017

Behemoth- Thy Winter Kingdom promo rehearsal 1993/ ...From The Pagan Vastlands adv. III demo '93 (Witching Hour 2015)

Wreszcie nadszedł czas żeby co nieco skrobnąć o tym niesamowitym, wręcz nostalgicznym wydawnictwie. W 2015 Witching Hour wydało na świat, w formie 2- płytowej kompilacji, stare materiały Behemoth z prób oraz pierwotne wersje utworów znanych min. z dema "...From the Pagan Vastlands" oraz częściowo z epki "...And the Forests Dream Eternally". Zarówno "Thy Winter Kingdom promo rehearsal" jak i "...From the Pagan Vastlands adv. III demo", bo o tak zatytułowanych taśmach będzie mowa, były wypuszczone w bardzo małej liczbie kopii przez co zaległy w odmętach czasu będąc materiałami do tej pory nieosiągalnymi. Z tego co mi wiadomo rozeszły się tylko po bliskich znajomych zespołu oraz niektórych zinach i tyle o nich słyszano. Wtedy jeszcze w składzie Behemoth figurował dopiero co skaptowany Frost oraz Orcus (i tylko tutaj można usłyszeć całą czwórkę grającą razem). Teraz, dzięki tym płytom (wyszła także wersja winylowa) można doświadczyć tego jak kształtowała się niegdyś muzyka Behemoth "od kuchni", jak brzmieli poza studiem i poza sesjami do oficjalnie wydanych materiałów, jak formowały się kawałki których ostateczne wersje słyszeliśmy na wspomnianym demie i epce. Ciekawą ewolucję przeszedł tu zwłaszcza "Moonspell Rites" oraz "Thy Winter Kingdom, który nawet zagrany wolniej nie traci nic ze swojego uroku. Od razu powiem, że nie ma tu miejsca na rozkminianie brzmienia, umiejętności itd. Tutaj liczy się klimat i duch, pasja i oddanie. Dźwięki totalnie niedoskonałe, pełne błędów i niedociągnięć, jakościowo niekiedy ciężkie do strawienia (zwłaszcza rehearsal "Thy Winter Kingdom", wokal kompletnie nieczytelny), ale jakże prawdziwe i oddane wykonywanej wtedy sztuce. To jest totalnie bezcenne, a dzięki takim białym krukom można w pełni to wszystko odczuć! Niesamowita podróż w przeszłość naszej Black Metalowej sceny!


niedziela, 18 grudnia 2016

Behemoth- Satanica (Metal Mind 1999)

"Satanica" to jeden z trzej moich ulubionych materiałów Behemoth do którego stale sobie wracam. Wraz z tym krążkiem, po przejściowym "Pandemonic Incantations", zaczął się nowy etap w historii grupy, który trwa do dziś. To tutaj wyrobili swój charakterystyczny styl i brzmienie. Płytę, wbrew "oficjalnych" danych, nagrano w studiu SL należącym do Sławomira Łosowskiego (ex. Kombi). Wiąże się z tym dosyć zabawna historia, którą w "Konkwistadorach Diabła" Łukasza Dunaja przytoczył Nergal. Właściciel był osobą mocno wierzącą także nie do pomyślenia było żeby wpuścił do studia takich szatanów. Na szczęście nie miał specjalnie jak sprawdzić kto faktycznie nagrywał pod wymyśloną na poczekaniu nazwą Dreams. Podobnie lawirować musiały zespoły Hefeystos czy też December's Fire, które także postanowiły zarejestrować tam swoje płyty.
Wydany w 1999 nakładem Metal Mind Productions album (na zachodzie przez włoską Avantgarde) jest świetną, dobrze brzmiącą i bijącą po mordzie miksturą black i death metalu. To na nim znalazły się grane przez zespół do tej pory "Decade of Therion" (popularny między innymi za sprawą wersji alternatywnej ;) ) oraz hymnowy, często wieńczący koncerty "Chant for Eschaton". Moimi osobistymi faworytami są tu następujący w drugiej kolejności, potężny "LAM" oraz "Ceremony of Shiva" z genialną partią perkusji na początku i sporą dawką melodyki.
"Satanica" tak na prawdę otworzyła zespołowi wrota do większej rozpoznawalności i szansy grania większej liczby koncertów poza granicami kraju. Mimo chwilowych zawirowań w składzie (odejście Lesa i chwilowa nieobecność Inferna), kiedy to na pokładzie pozostał na moment sam Nergal, sprawy nabrały tempa. Album otrzymywał bardzo dobre recenzje i wzbudził zainteresowanie muzycznych mediów, które do tej pory permanentnie Behemoth olewały. Niniejsza płyta to także początek trwającej do tej pory współpracy między Nergalem, a Krzysztofem Azarewiczem, który jest autorem lwiej części liryków Behemoth (na tym konkretnym albumie każdy jeden wyszedł spod jego ręki).
Cóż mogę rzecz w podsumowaniu. Mi "Satanica" raczej nigdy się nie znudzi. Jest jakaś tęsknota za tym, że nie grają już tak jak na tym albumie, czy nawet tak jak na równie udanej "Thelema 6" czy "Zos Kia Cultus". Był w tym jakiś taki klimat, pewna aura, towarzysząca tamtym czasom. Do rzeczy. Czy polecam płytkę "Satanica"? Oczywiście, bez dwóch zdań!


poniedziałek, 5 grudnia 2016

Behemoth- Live ΕΣΧΗΑΤΟΝ: The Art of Rebellion (Metal Mind 2000/ 2015)

Dziś postanowiłem przypomnieć wam, niektórym może przybliżyć, jedno z dosyć dziwnych, z pewnych aspektów kontrowersyjnych, wydawnictw naszego rodzimego metalu. W 2000 roku, po wydaniu płyty "Satanica", w ramach zawartej z wytwórnią Metal Mind umowy, Behemoth zobowiązany był zagrać koncert poniekąd na potrzeby wydawnictwa live. Cały występ był pod wieloma względami jedną wielką reżyserką. Występ odbył się w studiu telewizyjnym Łęg pod Krakowem. W tamtym czasie wytwórnia nagrała tam kilka materiałów tego typu z innymi zespołami (chociażby Dimmu Borgir). Miejsce nie cieszyło się specjalnie uznaniem publiki, zatem fani byli tam raczej spędzani w roli bliskiej statystom, chodziło o samo nagranie występu danej grupy, reszta mało się tutaj liczyła. Pomimo tego, że Behemoth zagrali bardzo przyzwoicie, i swoją energią próbowali to wszystko jakoś ratować, to całe to przedsięwzięcie jedzie na kilometr sztucznością i wręcz nienaturalną sterylnością jakiej na ogół próżno na koncertach szukać. Nergal coś tam usiłował z tą publiką zrobić, ale jakoś specjalnie nie szło. Zespół zaprezentował 10 kompozycji, głównie materiał z płyt "Pandemonic Incantations" oraz "Satanica" plus dwa stare klasyki w postaci "From the Pagan Vastlands" oraz "Pure Evil and Hate", (ciekawostką jest, że zaraz po tym jak ten kawałek ujrzał świtało dzienne sporo fanów myślało, że to cover jakiegoś nieznanego bliżej utworu Bathory) plus cover z repertuaru Mayhem- "Carnage". Video zostało w 2000 roku wydane przez Metal Mind na kasecie VHS, a w późniejszym czasie także na dvd, rok temu doczekało się wersji audio. Istotnym jest fakt, że grupa nigdy tego wydawnictwa nie autoryzowała.
Pomimo miernego charakteru tego materiału ma to w sobie pewien klimacik. Te nagranie zaklęło w sobie pewnego ducha przeszłości, końca lat 90-tych i początku nowego tysiąclecia. Podczas słuchania, oglądania odczuwa się pewną nostalgię i chociażby z tego jednego powodu warto sięgnąć po "The Art of Rebellion". Koncert, jako całość, kiepski bo zrobiony na "zamówienie", ale jest jednym z niewielu nagrań video Behemoth z tamtych lat jakie zostały udostępnione. Jako pewną ciekawostkę można polecić!






piątek, 25 listopada 2016

Behemoth- Pandemonic Incantations (Novum Vox Mortis 1998)

"Pandemonic Incantations" było dla Behemoth początkiem nowej drogi, skokiem w kompletnie inną rzeczywistość. W ich muzyce pojawiły się pierwsze death metalowe wpływy, w miarę regularnie koncerty (u boku min. takich zespołów jak Limbonic Art, Belphegor czy Ancient), nie tylko w kraju, ale i za granicą. Kompozycje zaczęły nabierać bardziej złożonego charakteru.
Nagrany jesienią 1997, a wydany na początku 1998 "Pandemonic Incantations" zawierał muzykę bardzo odmienną od tej znanej z poprzednich dwóch płyt. Nie chodzi tu tylko o kolosalną różnicę brzmienia. Album będąc wciąż black metalowym posiadał już wyraźne znamiona death metalu, oraz, wyjątkowo na tym albumie, wpływy symfoniczno- industrialne, które nadało głównie użycie instrumentów klawiszowych. Narodził się nowy Behemoth, a płytę można śmiało traktować jako, tak jakby, kolejny debiut.


Najbardziej na tym krążku przyciągają mnie cztery kawałki: "The Thousand Plagues I Witness", "Driven by the Five-Winged Star", "The Past is Like a Funeral" oraz znany już z epki, wściekły "With Spell of Inferno". Są to moim zdaniem kompozycje grające tutaj pierwsze skrzypce. Ciekawe, niekiedy zahaczające o melodyjność (!) riffy, zauważalna złożoność, zmiany tempa no i niesamowita gra Inferna, który już na tym albumie dał się poznać jako artysta w swoim fachu. Na wyróżnienie zasługuje też intro "Diableria (The Great Introduction), notabene wymyślone podczas posiedzenia w toalecie, które jest jednym z lepszych koncertowych otwieraczy jakie słyszałem.
Teraz kwestia okładki. Z pozoru może wydawać się mało atrakcyjna, ale przyznać trzeba, że jest rozpoznawalna. Stworzył ją nie kto inny jak Tomasz "Graal" Daniłowicz, który odpowiedzialny jest za gro okładek Behemoth. Warto wspomnieć, że artwork do "Pandemonic Incantations" jest trzecim jej projektem z kolei. Początkowo okładkę zaprojektował Krzysztof Iwin (min. "Future of the Past" Vader). niestety zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Kolejną już właśnie Graal, ale jego pierwszy projekt został odrzucony. Zmotywowany spięciem z Nergalem zaprojektował tą, która znalazła się ostatecznie na albumie.
"Pandemonic Incantations" jest niestety jednym z najmniej docenianych materiałów Behemoth, ale z pewnością jednym z bardziej oryginalnych i wyjątkowych, niewątpliwie ważnych dla samego zespołu. W moim rankingu, obok "Grom" oraz "Satanica" jest tą płytą którą cenię w dorobku grupy najwyżej.




czwartek, 13 października 2016

Behemoth- The Satanist (Mystic Production 2014)

Podjudzony poniekąd obecnym szumem wokół koncertów Behemoth na naszej ziemi postanowiłem po ok. dwu letniej przerwie znów sięgnąć po ich ostatni album "The Satanist". Ostatni raz słuchałem tej płyty zaraz po jej premierze, wtedy jakoś specjalnie mnie nie powaliła. Słychać było, że zespół poszedł w odrobinkę innym kierunku w stosunku do poprzednich albumów. Trochę inna stylistyka, mniej karkołomnych prędkości na rzecz bardziej klimatycznych kompozycji.
Czy przez te dwa lata zmieniło się coś w moim odbiorze tego albumu? Cóż, wydaje mi się, że tak. Słuchało mi się tego jakoś lepiej, bardziej zauważałem pewne smaczki, które wcześniej gdzieś przede mną uciekły. Najjaśniejszymi punktami, które nieco zmieniły moje podejście do tego dzieła jest mroczny i majestatyczny "Ora Pro Nobis Lucifer", który buduje bardzo ciekawy, niepokojący klimat, "Ben Sahar" gdzie fajnie zgrały się z całością chóry i w którym zauważam obecność wpływów zaczerpniętych z gatunku thrash/ heavy (na koncerty w sam raz) oraz "In the Absence ov Light". Ten ostatni uważam za najbardziej udany ze wszystkich obecnych na albumie. Ma wpadający w ucho motyw przewodni i raptowne, nastrojowe zwolnienie w środku gdzie Nergal recytuje cytat z Gombrowicza. Naprawdę genialny kawałek.
Do słabszej części zaliczyłbym otwierający płytę "Blow Your Trumpets Gabriel", który od razu przywodzi mi na myśl "Ov Fire and the Void", oraz "Messe Noire". Oba te kawałki moim zdaniem powielają nieco wyeksploatowane już pomysły nie wnosząc niczego nowego.
Czy polubiłem "The Satanist"? Tego jeszcze nie wiem, na chwilę obecną jest mi mniej obojętny niż był przedtem, obiór był na tyle pozytywny, że z czasem pokuszę się kolejne odsłuchy i wtedy upewnię się czy to album na chwilę, czy też na dłużej. Niewątpliwie widać tu i słychać pewne zmiany, tak jakby początek jakieś nowej ścieżki, którą Behemoth chce podążyć. Wizerunek jakby nieco inspirowany Watain, słyszalne zmiany w kompozycjach utworów,trochę inny klimat, estetyka. Oczywiście nadal słyszymy cechy wypracowane przez zespół przez lata, ale nie można nie odnieść wrażenia, że w tą bestię wpompowano sporo świeżej, nowej krwi. Ciekawi mnie w jakim kierunku to teraz pójdzie i co zaprezentują na kolejnej swojej płycie.
Podsumowując, kapcie mi co prawda nie spadły, ale też nie utopiłem twarzy w dłoniach czując zażenowanie. Po prostu jest naprawdę nieźle, bez specjalnych fajerwerków, ale bez powodu do wstydu. Solidna płyta zwiastująca naprawdę intrygujące rzeczy!


niedziela, 17 lipca 2016

Behemoth- Grom (Solistitium 1996/ Metal Mind 2002)

Wczesne dokonania Behemoth kwalifikują się do mojej ścisłej czołówki naszego rodzimego Black Metalu obok płyt takich grup jak Graveland, Thirst czy North. "Grom" jest jednym z tych albumów, które darzę szczególnym sentymentem. Dlaczego? Choroba, sam nawet nie wiem dlaczego. Ta płyta ma w sobie coś wyjątkowego. To chyba jedyny album pomorskiej hordy, który tak mocno wyróżnia się na tle ich dyskografii. Jedyny w całości inspirowany pogańską tematyką, jedyny zawierający partie gitar akustycznych (w sumie na "Sventevith" też odrobina ich była, ale ilość dosłownie śladowa), jedyny zawierający teksty napisane w całości po polsku ("Lasy Pomorza" oraz "Grom"), nie licząc oczywiście utworu "Chwała Mordercom Wojciecha" z kolejnej płyty, i jedyny na którym użyto żeńskich wokali nagranych przez Celinę, ówczesną dziewczynę Nergala ("The Dark Forest...", "Grom").
Zespół przeżywał wtedy fascynację wierzeniami dawnych Słowian (zwłaszcza Nergal) i płyta bez wątpienia to potwierdza. Kompozycje, w przeciwieństwie do dem i debiutu, to nieco inna bajka. To cały czas kawał dobrego black metalu, ale słyszalne są tu echa thrashu oraz fascynacji zespołami pokroju Enslaved. Jest tutaj pewna folkowa domieszka ukryta między wierszami. Brzmienie jest bardziej intensywne, nieco więcej w nim przejrzystości, ale wciąż bardzo surowe, mieszczące się w kanonach Black Metalowej estetyki tamtych lat. Album jest także czymś naznaczającym przełom w działalności Behemoth. Wydanie "Grom" zaowocowało pierwszymi sztukami, dwoma na terenie naszego kraju oraz kilkoma w Niemczech u boku min. Helheim oraz Christ Agony. Nie muszę wspominać, że już wtedy zespół był na celowniku wielu grup z podziemia dla których stał się zdrajcą ideałów i zbieraniną pozerów. Cóż, niegdysiejsze niesnaski na naszej podziemnej scenie BM to temat już na ogół dobrze znany i na tyle rozległy, że można by napisać o tym oddzielną książkę.
Wróćmy jednak do płyty. Jej najjaśniejsze punkty to otwierający "The Dark Forest (cast me your spell)" ze zwolnieniem i partią akustyków, szarżujący "Spellcraft and Hathendom", charakteryzujący się podniosłym klawiszowym intrem "Dragon's Lair (cosmic flames and four barbaric seasons)" oraz tytułowy, bardzo klimatyczny "Grom". Za kultowymi "Lasami Pomorza" jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem, ale ostatnio ten kawałek coraz bardziej w moich oczach zyskuje, ma w sobie coś co przyciąga, mimo odrobinę naiwnego tekstu.
Od wydania "Grom" minęło już ponad 20 lat. Myślę, że pomimo upływu czasu ta płyta się nie starzeje i jest doskonałym świadectwem tego jak świetne albumy rodziła w latach 90-tych nasza scena. Pozycja bezapelacyjnie nietuzinkowa, która świetnie się broni po dziś dzień, no i oczywiście solidny kawał historii polskiego black metalu.
Poniżej pierwsze wydanie "Grom" z niemieckiej Solistitum (wreszcie po latach dorwałem!) oraz teoretycznie nieautoryzowana reedycja Metal Mind z 2002 roku, Jak widać obie wersje mało czym się różnią, jedynym zauważalnym szczegółem, poza lablem itd. jest soczystsza kolorystyka poligrafii pierwszego wydania.