środa, 17 kwietnia 2019

Usurper- Usurper II: Skeletal Season (Necropolis Records 1998/ Dissonance Productions 2018)

Płyta, która mocno intryguje swoją nietuzinkową mieszanką inspiracji i wpływów. Na niniejszym albumie, drugim w swoim dorobku, Usurper pozwolił sobie na zmieszanie ze sobą tak naprawdę aż czterech stylów i ten zabieg się autentycznie udał. Na "Usurper II: Skeletal Season" usłyszycie zarówno wpływy Cathedral, jak i Gorgoroth z czasów "Under the Sign of Hell", elementy Szwedzkiego Death Metalu oraz ogromną fascynację wczesnym Celtic Frost. Na tzw. Black/ Thrash Metal również znajdzie się tu miejsce- to z resztą podstawa stylu i brzmienia grupy. Wystarczy na dobrą sprawę posłuchać dwóch, trzech utworów z tego materiału, aby momentalnie zorientować się o czym mowa: tytułowego "Skeletal Season", otwierającego "Shadowfiend" oraz "Cemetarian". Te elementy rządzą całą płytą i brzmi to, mówiąc szczerze, fenomenalnie. Zespołowi udało się stworzyć materiał żyjący swoim własnym życiem i który, uważam, świetnie broni się do tej pory, jest oryginalny i bardzo charakterystyczny. Zespół pokusił się również o odrobinę konceptu, mianowicie tekstów bazujących na opowieściach o bestii z Gevaudan ("Shadowfiend") oraz Peterze Stubbe- niemieckim mordercy przemieniającym się w wilkołaka ("Wolflord"). Cała reszta to również estetyka horroru podlana czarcią polewką. Poza konkretną dawką Metalowego, przede wszystkim oldschoolowego, grania album spowija swoista atmosfera, ta sama która towarzyszy tym klasycznym historiom grozy, którymi płyta jest w warstwie tekstowej mocno inspirowana. Powstał wielowarstwowy, acz spójny materiał, potężnie brzmiący i muzycznie sycący. Warto sobie tę płytkę amerykanów wygrzebać i spędzić z nią nieco czasu, szczerze polecam każdemu kto jeszcze nie miał okazji jej posłuchać!
Poniżej ubiegłoroczna reedycja popełniona przez Dissonance Productions. Od oryginalnego, pierwszego wydania różni się na dobrą sprawę tylko tym, że jest to digipak, no i faktem, iż jest ponownie szerzej dostępna.


niedziela, 14 kwietnia 2019

Damnation- Rebel Souls (Last Epitaph 1996/ Witching Hour 2014)

Nie wiem od jak dawna odkładałem napisanie czegoś na temat tego klasyka. Bo to jest klasyk, niezaprzeczalny. Podobnie jak "Reborn..." o którym już jakiś czas temu pisałem. W ogóle uważam, iż Damnation nie nagrało żadnej słabej płyty i szczerze bym sobie, i wam wszystkim, życzył reaktywacji tej grupy. Ich materiały owiane są kultem i żaden szanujący się fan nie powie o tym graniu złego słowa, i to nie jest naginanie faktów, bo ten zespół na to zasługuje. Ale do rzeczy.
Zespół w 1996 ma już za sobą pierwszy, świetnie przyjęty debiut w barwach Pagan Records, a nowym wydawcą zostaje niemiecka Last Epitaph. W roku, kiedy to pojawia się "Rebel Souls" Les działa również w Behemoth, z Baalem zakłada Hell-Born, a Inferno, który debiutuje w szeregach Damnation jest już również jedną nogą we wspomnianej hordzie, także sporo się dzieje. To już drugi pełniak w dorobku ekipy Damnation i chyba najbardziej szaleńczy i dopracowany wśród trzech jakie nagrali w trakcie swojego istnienia. Skład jakim wtedy dysponowali to był istny Death Metalowy dream team. Bart na gitarze, Les- gitara i wokal, Inferno za garami (z całym szacunkiem do Variena, którego grę również uwielbiam) plus wsparcie Dagona na basie i okazjonalnych klawiszach. Ta płyta to istne wrota do serca piekieł nad którym unoszą się opary siarki, a ognie rozżarzonej otchłani opalają jego sklepienie. Utwory na "Rebel Souls" to czysta agresja, furia, niesamowita energia, a z drugiej strony pokaz wysokiego poziomu techniki gry i komponowania. Tu nie ma tylko prostych, oldschoolowych form, ale również sporo zaawansowania, złożonych zagrywek, zmian tempa i kapitalnych solówek. Tak, tych jest tu kilka i robią wrażenie. Jak już jesteśmy przy gitarach, to osobiście widziałbym je nieco bardziej wysunięte w miksie, bo mają tu niezła batalię z perkusją Inferna hehe. Ciekawym zabiegiem są również rytualne przerywniki między utworami. Pamiętam, jak przy pierwszym zetknięciu z płytą nieco mi przeszkadzały, burzyły odsłuch, ale z czasem je doceniłem, zrozumiałem ich wkład w budowę atmosfery, mimo kontrastu z szaleńczymi utworami. W kwestii brzmienia, to "Rebel Souls" zachowuje odpowiednią dawkę surowości, dzięki której nabywa swojego własnego, unikalnego charakteru.
Chociaż Damnation to piekielny Death Metal najwyższej próby, to dla mnie zawsze posiadał jakiś Black Metalowy pierwiastek, nie w samej muzyce, a w części tekstów oraz atmosferze. Są w tym niesamowite pokłady mroku, złowieszczości, których na dobrą sprawę nie jestem w stanie doszukać się u żadnego innego zespołu parającego się tym stylem. Nawet u Vital Remains, Deicide, czy Incantation. I co najbardziej istotne, Damnation nie da się porównać z żadną inną ekipą na scenie. Uważam, że bazując na weteranach gatunku, stworzyli coś totalnie swojego.
"Rebel Souls" można uznać za sztandarowe dzieło Damnation, płytę, która jest wyraźnym, niegasnącym punktem na Death Metalowej mapie Polski i jednym z najlepszych wydawnictw naszej sceny lat 90-tych. To perfekcyjny przykład płytowego "must have"!
Poniżej mój egzemplarz reedycji tegoż krążka popełnionej w 2014 przez Witching Hour, który dostałem w tamtym czasie od Lesa. Jak widać, wydawnictwo zrobione na wzór pierwszego wydania z Last Epitaph.

Link do oficjalnego profilu Damnation prowadzonego przez Marcina Wodzyńskiego, autora Eternal Death zine:
https://www.facebook.com/Damnationpolishdeathmetalband/





sobota, 13 kwietnia 2019

King Diamond- Songs for the Dead Live (Metal Blade Records 2019)

Jak generalnie nie szukam koncertówek, tak tej nie potrafiłem sobie odmówić. To ewidentnie najlepszy jak do tej pory materiał na żywo od Króla. Nie dość, że realizacja tego przedsięwzięcia, zarówno w formacie audio, jak i DVD, w kwestii dźwiękowej oraz wizualnej, jest mówiąc szczerze perfekcyjna, to i zespół raczy nas niesamowitą podróżą w czasie. Podróżą w czasy Mercyful Fate oraz pierwszych pięciu płyt pod szyldem King Diamond z wyjątkowym, rocznicowym uwzględnieniem całego albumu "Abigail" (!).
Na wydawnictwo "Songs for the Dead Live" składają się dwa koncerty, jeden z Graspp Metal Meeting (DVD), drugi z Filadelfii (DVD oraz audio CD). W obu przypadkach setlista jest dokładnie taka sama, różnica jest tak naprawdę tylko w miejscu w którym odbywa się występ. Koncerty rozpoczyna "Out from the Asylum" przechodzący w "Welcome Home" w którym to King prowadzi ożywiony dialog z Babcią wracającą z długich "wakacji". Potem dostajemy takie numery jak "Sleepless Nights", "Helloween" oraz "Eye of the Witch" (no same klasyki proszę Państwa). Po tej rozgrzewce czas na krótką wizytę u Mercyful Fate w postaci "Melissa" i nieśmiertelnego "Come to the Sabbath". W tym miejscu kończy się pierwsza część koncertu i rozpoczyna gwóźdź programu- "Abigial". Na scenę wniesiona zostaje przez zakapturzone postacie trumna z ciałem demonicznej dziewczynki, słyszymy dźwięki "Funeral" i tak oto rozpoczyna się historia opowiedziana po raz pierwszy w 1987. Tak dostajemy w wersji live całą, chyba najsłynniejszą i najbardziej uwielbianą przez fanów płytę w dorobku Kinga, od "Arrival" po "Black Horseman".
Co trzeba powiedzieć, King Diamond jest tu kapitalnej formie wokalnej, w takiej nie był już wielu lat. Zespół również daje z siebie 110%, a cały sceniczny show z drobnymi elementami związanymi z poszczególnym utworem czy historią (w przypadku "Abigail") są dopracowane i dodają wszystkiemu odpowiedniego klimatu i atmosfery. Jedyną wadą jest sama forma wydania. Tak wspaniały materiał nie powinien ograniczyć się do gołego digipaka z 3 krążkami w środku. Zdjęcia są drobne, nieliczne, umieszczone pod tray'ami na płyty, brak jakiegokolwiek bookletu. Przy cenie wynoszącej niemal 90zł to stanowczo za mało. Tak świetna zawartość wizualno-muzyczna zasługuje na o wiele lepszą oprawę (wiem, że był limitowany box, ale come on, nie wszyscy to kupią i nie dla wszystkich starczy). Nie wiem jak ma się sprawa w kwestii winyla, może tu jest lepiej. W każdym razie, nie jest to wada która może przyćmić ten majstersztyk. Dla fanów Kinga to mus, dla całej reszty... Nie będę owijał w bawełnę, też!

https://www.facebook.com/kingdiamondofficial/
https://www.kingdiamondcoven.com/




środa, 10 kwietnia 2019

Whipstriker- Merciless Artillery (Hells Headbangers 2017)

Mam wrażenie, że brazylijski Whipstriker z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej nośny i coraz bardziej esencjonalny w swojej oldschoolowej sztuce. Zakładam, że gro z was kojarzy tę ekipę, także ich osadzone w klimatach wczesnego Sodom oraz Venom (przede wszystkim) i okraszone szczyptą Motorhead granie nie jest wam obce (miejscami zahacza o Black 'n' Rollowe rejony, a nawet o wczesną twórczość Voivod, jeszcze bez tych wszystkich mocno połamanych struktur). Chłopaki konsekwentnie trzymają się obranej przed laty drogi, ale odnoszę wrażenie, że ich muzyka, mimo, iż nie przybiera odmiennych form, to z biegiem czasu coraz bardziej zyskuje. Wydany w 2017 roku "Merciless Artillery" to jeden z przykładów tradycyjnego, bezkompromisowego grania, osadzonego w korzeniach gatunku. Mówiąc szczerze to jeden z przepisów na esencję tego czym jest Metal. To konkretne nieprzekombinowane granie, ogromny ładunek energii, agresji i wszelakiej rogacizny. Niemal każdy kawałek mknie do przodu niczym huragan, a wszystkiemu towarzyszą świetne solówki oraz wokal Vika, którzy brzmi niemal jak Cronos w latach swojej świetności. Czego chcieć więcej w takim razie. Tak jak poprzednie płyty Whipstriker były po prostu solidne, tak ta totalnie się wybija, po prostu ma to coś co mnie przyciągnęło i sprawiło, że bez specjalnego wahania nabyłem ten krążek. Niby pół godziny materiału, a kawał niesamowicie dobrej roboty.
Swoje 3 grosze dołożył tu jeszcze sam Rok z Sadistik Exekution, tworząc okładkę do niniejszego albumu. Gość potrafi totalnie wyczuć klimat, poza tym jest chyba specjalistą od takich apokaliptycznych dzieł, gdzie tematem przewodnim jest piekło, śmierć i zniszczenie. Także jednym słowem dopełnił całości.
Dziś było krótko, zwięźle i na temat, bo są takie albumy, które po prostu mówią same za siebie.Także każdemu komu czysty, Metalowy oldschool miły stanowczo polecam!

https://www.facebook.com/whipstriker/
https://whipstriker.bandcamp.com/


niedziela, 7 kwietnia 2019

Axewitch- Pray for Metal (Axe Records 1982/ Skol Records 2019)

Mówiąc o szwedzkiej scenie i jej początkach, zwłaszcza pod kątem klasycznego Heavy Metalu, czy po prostu tych mniej ekstremalnych odmian tego grania, najczęściej wymienia się takie grupy jak Heavy Load, Candlemass, Maninnya Blade, czy Europe (pierwsze dwie płyty). Bardzo rzadko natomiast pamięta się o Gotham City, czy właśnie Axewitch. Dziś na tapetę bierzemy pierwsze nagrania tych drugich.
W 1982 roku, po wydaniu świetnie przyjętego przez fanów ciężkich brzmień oraz krytykę dema (dołączonego do niniejszego cd jako bonus), grupa atakuje scenę pierwszym profesjonalnym materiałem w postaci EP "Pray for Metal". Muzycznie Axewitch był połączeniem pierwszej, nieco surowszej, inkarnacji Heavy Metalu, łącząc wpływy Judas Priest i oraz cięższego oblicza nurtu NWOBHM z Hard Rockową przebojowością, chwytliwością UFO oraz Scorpions z końcówki lat 70-tych. Axewitch potrafili stworzyć naprawdę wciągające granie, które, powinno mieć swoje wyraźnie miejsce w historii szwedzkiego Metalu. Są jednym (bo zespół reaktywował się w 2007) z nie takich zaraz marginalnych ogniw na drodze rozwoju ekstremalnego grania w Skandynawii. Wspomniany tu EP "Pray for Metal" pierwotnie wydany został na winylu przez sam zespół w nakładzie 500 kopii w 6 różnych kolorach (!). Materiał rozszedł się bardzo szybko i podobał się na tyle, że jeszcze w tym samym roku został wznowiony przez Web Records. Ten 4-utworowy materiał położył solidny grunt po debiutancki album "The Lord of Flies", który pojawił się już w 1983. Potem zespół nagrał jeszcze dwa albumy, z czego ostatni, wiejący już glamem "Hooked on High Heels" okazał się raczej rozczarowaniem i dosyć niespodziewanym skokiem w bok w stosunku do poprzednich płyt.
W tym roku "Pray for Metal" postanowiło przypomnieć Skol Records. Ostatnim wydawcą całego katalogu Axewitch na cd było Metal For Muthas (2005). I jak to Skol ma w zwyczaju, zawsze są jakieś ciekawe bonusy (w tym przypadku jest to wspomniane demo, bo akurat materiały live zawsze najmniej mnie interesują), naprawdę dopracowana szata graficzna, trochę tzw. liner notes i dobre brzmienie. Także kto Axewitch nie zna, a lubuję się w starym, dobrym Heavy Metalu ma teraz nie lada okazję żeby uzupełnić zarówno wiedzę jak i kolekcję. Polecam!

https://www.facebook.com/skolrecords/
http://www.skolrecords.com
https://www.facebook.com/Axewitch/
http://www.axewitch.com


Crippling Madness- Ponad Zwłokami (Putrid Cult 2019)

Po niezwykle udanej Epce "Bestialski Rzeźnik", Crippling Madness powraca z kolejnym uderzeniem. Tym razem mamy już do czynienia z ich pierwszym długograjem. I jest konsekwentnie proszę Państwa. Dostajemy tą samą Thrashową nawałnicę co na Epce, ale w większej ilości. Zespół oficjalnie już sygnuje swój styl oldschoolem lat 80-tych, chaosem, agresją i bezpardonowym podejściem. Ma być krew i zniszczenie i to dostajemy. Ani chwili wytchnienia, zero kompromisów. Przez dźwięki oraz teksty "Ponad Zwłokami" przebija nie tylko stary Sodom, Kreator, Destruction, Voivod, ale też wariactwo i brutalność jakie da się słyszeć chociażby na "Deathcrush" Mayhem. Co więcej, płyta jest spójna, nie lata po zmianach klimatu i tempach jak kot z pęcherzem, mieli ten piekielny młyn sukcesywnie i równo. Fajnie wpasowują się też szarżujące, ostre solówki. Nie ma co ukrywać, że Crippling Madness ma już opracowaną na siebie formułę, własny charakter i już z powodzeniem może się w podziemiu wyróżniać. I jeszcze jedna istotna rzecz, którą muszę na temat zespołu rzec, a w której utwierdza ich debiutancki album. Crippling Madness można śmiało zaliczać do czołówki Thrashu w naszym kraju, Thrashu właściwego, tego który u swoich podstaw ma inspiracje weteranami lat 80-tych, tymi którzy stworzyli to granie i wskazali drogę. Ta muzyka po prostu musi taka być, bo w przeciwnym razie zatraca swojego ducha, swoją siłę i esencję. Żadne tam nowocześnie grające zespoły i rozwiązania niedołężnie próbujące coś wnosić do stylu, któremu takich udziwnień nie potrzeba. Prawdziwy Thrash to oldschool i żywioł, a nie tabelki z exel'a i zabiegi kosmetyczne. Crippling Madness z wyczuciem idzie tą właściwą, starą ścieżką dawnych bogów i chwała im za to. Tak wojują i tym wygrywają. Oby tak dalej!

https://www.putridcult.pl/
https://www.facebook.com/crippling.madness/


piątek, 5 kwietnia 2019

Pokolgep- Pokoli Szinjatek (Start 1987/ Skol Records 2019)

Jak dla mnie Pokolgep to duma węgierskiego Heavy Metalu, a "Pokoli Szinjatek" to ich absolutnie sztandarowe dzieło. Jak dobrze wiemy za tzw. Żelazną Kurtyną, powstawało multum autentycznie świetnych zespołów, które miały przynajmniej teoretyczną szansę zaistnieć poza granicami swojego kraju, a którym z różnych przyczyn nie było to pisane. Nie tylko nasza, czy też rosyjska scena są tego dowodem. Jedną z takich grup był własnie Pokolgep. Potencjał był ogromny, podobnie jak talent, wyczucie granej muzyki. To co zaprezentowali na niniejszym, drugim w swoim dorobku, albumie to najczystsza klasyka Metalu o silnych wpływach Judas Priest i Accept. To na inspiracjach tymi ekipami wypracowali swój własny styl i słychać to bardzo wyraźnie (miejscami koresponduje mi to gdzieś również z "Kawalerią Szatana" Turbo). "Pokoli Szinjatek" jest istną kopalnią chwytliwych, zadziornych riffów i klimatu metalowego grania lat 80-tych. W nawiązaniu do debiutanckiego "Totalis Metal", jest to materiał wyraźnie cięższy i szybszy, a przede wszystkim ma lepszą produkcję, acz wciąż zachowującą odpowiednią dawkę surowości. Mimo, że album wyszedł w 1987, to stylem i charakterem wciąż zakorzeniony był w standardach jakie trzęsły sceną w latach 1982-84. Powszechnie wiadomo, że w byłym Bloku Wschodnim to wszystko przebiegało nieco wolniej. Niemniej jednak taki stan rzeczy, nadał materiałowi Pokolgep oryginalnego, osobistego charakteru. Płyta ma niemal ten sam rodzaj uroku i znamienia swojego czasu jakim do tej pory odznaczają się pierwsze płyty naszego Turbo czy Kat, rosyjskiej Arii, czy czeskiego Citron. Śmiem twierdzić, że "Pokoli Szinjatek", mimo faktu, że nie jest tak powszechnie znaną płytą, ma szansę nigdy się nie zestarzeć i pozostać jednym z najlepszych przykładów czystego, klasycznego Metalu, na którego fundamentach rozrósł się potem cały gatunek.
W tym roku o reedycję tego krążka Pokolgep, jak i swoją drogą debiutu, pokusiło się Skol Records dowodzone przez Barta Gabriela. Całkiem szczerze i bez żadnego naciągania powiem, że płyta brzmi o wiele lepiej niż dostępne w poprzednich latach, węgierskie wznowienie z Hammer Records, a i jest znacznie lepiej wydana w aspekcie wizualnym. Z mojej strony totalna rekomendacja i szacun za świetnie odświeżony klasyk!

http://www.pokolgep.hu
https://www.facebook.com/pokolgepband/
https://www.facebook.com/skolrecords/
http://www.skolrecords.com