poniedziałek, 24 lipca 2017

Hierophant's Descent- The Apocalypse of Evil (Under the Sign of Garazel 2014)

Mija intro i już od pierwszych dźwięków koparka opada i trzeba usilnie walczyć aby wróciła na swoje miejsce. Hierophant's Descent oddaje swoją muzyką totalny hołd swojej rodzimej, wczesnej, greckiej scenie BM, a zwłaszcza Rotting Christ. To co sączy się z głośników to porządnie podane, pełne mistycyzmu misterium czarnej sztuki okraszone podniosłą, ceremonialną wręcz atmosferą. No szacun przeogromny bo wyszło coś naprawdę, nie tylko godnego uwagi, czy posłuchania, ale i posiadania na półce. Ciężkie riffy o wolnych i średnich tempach, złowieszczy, mroczny klimat, świetne klawiszowe tło i naprawdę dobre brzmienie to niewątpliwie atuty tego materiału. Mamy tu niespełna 14 minut materiału i tylko 4 kompozycje, ale za to poziom bardzo wysoki. Swoistą wizytówką tej epki jest moim zdaniem "Thy Ascention of a Hideous God", tutaj jest wszystko co poświadczy o nietuzinkowości tego materiału. Co niektórzy mogliby powiedzieć, że to wtórne, że może trochę za mało oryginalności, ale akurat taka wtórność jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Zagrać jak dawni Bogowie, z klasą i pasją to już sami wiecie nie tak powszechna sprawa. Dlatego chwalmy i promujmy tego typu nagrania jakim jest właśnie "Hierophant's Descent". Ta epka autentycznie wciąga i ma się ochotę do niej wracać, drzemie w tym ogromny potencjał i zastanawiam się jak będzie wyglądał pełny album tej hordy, skoro już na tym skromnym wydawnictwie czart harcuje w najlepsze. Dla fanów greckiej sceny to absolutny mus, dla pozostałych coś z czym nie tylko warto, ale i powinno się zapoznać.


sobota, 22 lipca 2017

Lastwar- Skazani na Zagładę (demo 1990/ Thrashing Madness 2010)

Lastwar, kolejna świetnie łojąca grupa, która w połowie lat 90-tych przepadła w głębinach naszego metalowego podziemia. Ta wągrowiecka załoga grała bardzo spójną, energetyczną i nafaszerowaną dobrymi riffami dawkę thrash metalu w stylu starego Slayer'a, i robili to pieruńsko dobrze. Słucha się tego kapitalnie i z przeogromną ochotą na powtórkę. Demo "Skazani na Zagładę", które dziś przypominam, zostało zarejestrowane w 1990 (dopiero trzy lata po założeniu zespołu) w szczecińskim studiu ARP. Jak na taśmę demo charakteryzowało się zauważalnie dopracowanym, i jak na dostępne warunki, klarownym brzmieniem. Cóż się dziwić, pieczę nad materiałem powierzono doświadczonemu realizatorowi, Arturowi Bursakowskiemu, który profesjonalnie ogarnął temat. Grupa mimo braku doświadczenia w ciągu dwóch dni wykroiła naprawdę solidny kawał thrash metalowej sztuki (warto napomknąć z jaką pasją odegrali kawałek Death "Evil Dead", szacun Panowie ogromny!). Dzięki tym nagraniom zespół zaistniał na undergroundowej scenie i miał szansę grywać sztuki u boku takich tuzów jak Vader, Pandemonium, Christ Agony, Betrayer czy Turbo. Min. dzięki owemu demu i następującej po niej promówce 91' (zawartej tu jako jeden z bonusów, zaiste dobry materiał, ale strasznie zamulony jakościowo, jakby zespół grał w zamkniętym pomieszczeniu, a rejestracja odbywała się spoza niego) zespołem zainteresowało się Carnage Records, które wydało później ich kolejne demo "Darkness in Eden".
Bez owijania w bawełnę powiem, że zaliczam Lastwar do jednej z naszych lepszych, a niestety zapomnianych już nieco, thrashowych załóg jakie kiedykolwiek powstały. Zespół bardzo obiecujący, grający co prawda wg. utartej przez klasyków gatunku formy, ale z niesamowitą pasją do tematu oraz wyczuciem, chłopaki wiedzieli co robią i w czym są najlepsi. Było w tym "to coś", które w niewytłumaczalny do końca sposób przyciąga i zdobywa uwagę. Wielka szkoda, że ta grupa z różnych powodów, zarówno dotyczących braku wydawcy, zwykłego pecha, który tak chętnie towarzyszył wtedy wielu zespołom, oraz spraw natury prywatnej nie kontynuowała działalności. Niemniej jednak zostawili po sobie konkretne dziedzictwo, z którego dzięki nie tylko starym wydawnictwom, ale i reedycjom jakie popełnia Thrashing Madness, możemy w pełni korzystać i zasłuchiwać się w tej znakomitej, dźwiękowej chłoście.



czwartek, 20 lipca 2017

Holy Battalion- Cosmic War/ Breaking the Face (Thrashing Madness 2010)

Kolejna zapomniana już ekipa z naszego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Holy Battalion ze Sławna, bo o nich tu będzie mowa, wykonywał bardzo poprawny, chociaż nieco chaotyczny, thrash. Zespół miał na koncie tylko 3 materiały demo, pełnego albumu niestety się nie doczekali. Dwa pierwsze demka, które są tu głównym rozkładem jazdy, czyli "Cosmic War" oraz "Breaking the Face" są względem brzmienia praktycznie bliźniacze lub przynajmniej takiemu faktowi bliskie. Nie słychać tu w tej kwestii znaczącego progresu. W obu przypadkach mamy brzmienie dosyć toporne, dalekie od doskonałości, surowe, szorstkie (jak na demo przystało) i w tym przypadku śmiem twierdzić, iż nie do końca działające na korzyść samych kompozycji. Materiał z obu dem jest nieco połamany, sporo się tu dzieje, ale wisi nad tym wszystkim jakiś nieokreślony chaos, podczas słuchania mam wrażenie, że zagrany jest na ogromnym spontanie, ale czasem aż za bardzo, przez co można mieć wrażenie pewnych wykonawczych niedociągnięć/ bałaganu. No, ale może w tym jest metoda, taki urok i zero dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że spokojnie znalazły by się osoby, które nie podzieliłyby tego zdania, cóż, takie moje subiektywne odczucia. Niemniej jednak udało mi się wyłapać w dwóch utworach bardzo ciekawe, czy świadome- nie wiem, odnośniki do poza thrashowej, metalowej klasyki w postaci NWOBHMowego Blitzkrieg ("March") czy Celtic Frost (początek "The Temple") wplecione w thrashowe metalowe łojenie w bardzo misterny sposób. Zamieszczone tu jako bonus demo "Mr. Dolly" z 1994 to już widoczny krok naprzód zarówno w brzmieniu jak i samych utworach, o wiele więcej tu świeżości i bardziej dojrzałego technicznie grania, ale wciąż nie do końca porywającego.
Podsumowując, jakoś specjalnie Holy Battalion mnie nie zauroczył. Nie są to złe materiały, skąd, daleki jestem od takiej opinii, ale giną momentalnie w natłoku innych znacznie lepszych i bardziej oryginalnych (chociażby wplatające już w swą sztukę death metal, grające po sąsiedzku Slaughter z Koszalina, czy, jeszcze wtedy, słupski Betrayer). To po prostu dobre, żywiołowe, thrashowe granie bez specjalnych fajerwerków. Dla miłośników takiego właśnie grania jak i naszego undergroundu będzie to z pewnością niezła gratka i kolejny interesujący element historii naszej sceny. Co się tyczy samego wydania, to jak to już zwykłem mawiać, logo Thrashing Madness to wystarczająca rekomendacja, jednak płyta pochodzi z czasów kiedy owe krakowskie wydawnictwo wypuszczało cd jeszcze nieco skromniejsze, ale już wieszczące przyszły patos. Dla fanów tematu, pozycja warta polecenia.


wtorek, 18 lipca 2017

Morbid Angel- Blessed Are the Sick (Relativity/ Earache 1991)

Po niesamowicie udanym "Altars of Madness" Morbid Angel wypuścili godnego następcę, albowiem "Blessed Are the Sick" to płyta postępująca kolejny krok naprzód pod prawie każdym względem. Chaos i szybkość "Altars of Madness" przesunięto nieznacznie na bok aby zrobić miejsce kompozycjom bardziej zawiłym, nieco wolniejszym, o walcowatym, potężnym, wręcz epickim brzmieniu oraz technicznym charakterze. Widać to, że zespół się nie certoli i odważnie próbuje nowych rozwiązań, pomysłów pokazując przy tym niebagatelne umiejętności. Wokal Vincenta także ewoluował, wszedł na kolejny pułap będąc tu growlem bardziej mocarnym i niższym, niż na poprzednim materiale. Brzmienie płyty jest natomiast bardziej przejrzyste, mocne, pozostawiające sporo przestrzeni dla sekcji rytmicznej. Warto wspomnieć, że tym razem praktycznie cały materiał jest dziełem Azagthota. W połowie z nich miał swój udział David Vincent, natomiast Brunelle napisał tylko instrumentalny "Desolate Ways". Właśnie, sporo na tym albumie instrumentalnych miniatur, mamy tu cztery takie utwory wliczając intro. Niczego specjalnie swoją obecnością nie wnoszą, niemniej jednak intrygują i są kolejnym elementem, który zespół zapewne chciał tu wypróbować.
Morbid Angel poprzez "Blessed Are the Sick" wprowadził ekstremalne granie, zwłaszcza to w ramach death metalu, na kolejny pułap. To jest coś nowego niż do tamtej pory proponowały inne death metalowe załogi. Zmiany tępa, zawiłe zagrywki i sola otrzymały tu pewną nutę agresji i ciężaru tworząc w utworach jednolitą, potężną, death metalową machinę, zamiast kreować na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) oddzielnie bytujące części kompozycji. Co ważne, ów techniczny sznyt tego albumu, mimo swojej brutalności, nabrał także nieco epickiego charakteru, czuć w tym pewien patos. Jednym słowem powstała płyta bardzo różniąca się od "Ołtarzy Szaleństwa", ale równie dobra, śmiem nawet twierdzić, że lepsza, pokazująca na co stać załogę Morbid Angel, która nie zamierzała stać w miejscu, a zdecydowanie przeć przed siebie, tworząc nową jakość w swoim graniu. Osobiście uwielbiam ten album- death metalowa sztuka najwyższej próby i moje ulubione obok "Covenant" dzieło tej grupy. Dojrzały album dojrzałego zespołu i klasyk w swej dziedzinie!


niedziela, 16 lipca 2017

Hellias- Revenge of Hellias (demo 1987/ Luciforus Art 2007)

Po raz kolejny gości na blogu Hellias. Tym razem postanowiłem odrobinę przypomnieć ich pierwszy materiał, czyli demo "Revenge of Hellias" nagrane w 1987 roku. Co od razu rzuca się na uszy przy tym materiale to wciąż obecne heavy metalowe wpływy w zawartych tu kompozycjach. Thrash widzie tutaj prym (przeważnie ten w nieco wczesno- KAT-owskim stylu, najlepszy przykład to "Damned pt. II" oraz ,przypominający mi w swej wymowie "Diabelski Dom pt. I", "The Great Sabbath"), zwłaszcza przy pełnych agresji, złowieszczych wokalach Foremana (faktycznie widać tu drobne inspiracje stylem wokalnym Romka Kostrzewskiego). Mimo to, niezaprzeczalnie da się tu jeszcze wygrzebać sporo odnośników do klasycznego grania spod znaku Accept czy Judas Priest (chociażby riff wiodący w tytułowym "Revenge of Hellias"). Także materiał ten jest podróżą w przeszłość nie tylko do początków tej krakowskiej grupy, ale również do ich muzycznych korzeni. Brzmienie jest surowe, szorstkie jak na stare dobre demo przystało, co dodaje tego specyficznego, niezbędnego w tym przypadku klimatu. Bardzo podoba mi się w tych nagraniach zarówno praca sekcji rytmicznej (mocna i wybijająca się na pierwszy plan) oraz same riffy- proste, niewyszukane, ale jak niesamowicie nośne i zapadające w pamięć.
Co jest pięknego w tej sztuce to to, że przez te dźwięki można doświadczyć pasji jaka pchała tych ludzi do działania, ich zaangażowania w muzykę metalową i radość z grania bez względu na czasy i możliwości. Im więcej słucha się tych naszych starych, lekko już zapomnianych nagrań (takich jak właśnie niniejsze demo Hellias) sceny przełomu lat 80-tych i 90-tych, tym bardziej dostrzega się jak ogromny potencjał tkwił w tych wszystkich zespołach, że to co tworzyli wcale znacząco nie odbiegało od sceny zachodniej, a w niektórych przypadkach nawet ją przebijało. Wszystko zaprzepaściły realia tamtego czasu, ale przynajmniej zostało przeogromne dziedzictwo, którym dzięki takim wydawnictwom jak owe wznowienie wydane niegdyś przez Luciforus Art, mogą się cieszyć kolejne pokolenia metalowych maniaków. Oby takiej inicjatywy nigdy nie zabrakło!


sobota, 15 lipca 2017

Freezing Blood- Baal (Old Temple 2017)

Kolejna, rodzima horda podążająca drogą wytyczoną niegdyś przez piewców chaosu takich jak Blasphemy, Beherit czy Bestial Warlust. EP "Baal" to już trzeci materiał Freezing Blood. Do tej pory zespół miał na koncie tylko demo oraz split z Widmo i The Sons of Perdition. To co tutaj dostajemy to niecałe 13 minut konkretnego łojenia ku czci rogatego w starym dobrym stylu zaczętym niegdyś przez wspomniane Blasphemy. Przesłuchałem ten materiał parę razy zanim zasiadłem do spisania niniejszych refleksji i ciśnie mi się na język, że uczeń, może nie przerósł, ale doścignął mistrza. Możecie pomyśleć, że zagalopowałem się w tym stwierdzeniu, ale nie, mówię to z całym przekonaniem. Jest w tym ta zajadłość, agresja, bluźnierczość, a jednocześnie spora dawka klarowności i jednocześnie ciekawego piwnicznego, wręcz cmentarnego brzmienia. Freezing Blood znalazł "tą właściwą" w moim przekonaniu receptę na właśnie tego typu grańsko. Cieszy mnie fakt, że grupa zbalansowała wściekłą gitarową chłostę z odrobiną bardziej motorycznych riffów, co zauważalnie urozmaica materiał i nadaje mu większej czytelności. W kwestii i tak świetnego klimatu nagrania warto wyszczególnić podbijające tą atmosferę użycie sampli chóru w końcówce "Seven Gates of Chaos & Destruction", trafiony i oryginalny pomysł.
Cóż, bez wątpienia jest w tym pasja, autentyczność i świeżość mimo, że ten styl zdaje się potencjalnie nie mieć już nic nowego do zaoferowania. Co więcej, podczas słuchania ma się wrażenie, że ta sztuka przychodzi im z piekielną łatwością i luzem, a z takimi materiałami obcuje się zawsze najchętniej.
Epkę wydało Old Temple w, można powiedzieć, tradycyjnej dla siebie formie limitowanego ręcznie złotego dysku. Reszta jest skromna, ale solidna, pasująca i odzwierciedlająca zawartość krążka. Jak ktoś zasłuchuje się w takich aktach jak Bestial Raids, Revenge, Conqueror, Black Witchery, Death Worship oraz wymienionych wcześniej klasykach, to niezwłocznie powinien zaopatrzyć się w tą epkę. Jest moc i zniszczenie, sam Czart byłby kontent!


piątek, 14 lipca 2017

Neolith- Igne Natura Renovabitur Integra (Dogma Records 1998/ Mara Production 2017)

Jedna z prawdziwych, czarnych pereł naszej metalowej sceny. Arcydzieło w każdym możliwym wymiarze, co tu dużo mówić, w moim mniemaniu przykład płyty idealnej. Neolith na swoim debiucie zawarł takie bogactwo wpływów i kompozycji, że aż czasem zapiera dech, a ciary są przy każdym kolejnym kawałku. Słychać tu stary Amorphis, stare Therion, jakieś pierwiastki Black Metalowe spod znaku wczesnego Limbonic Art czy Emperor, a nawet klasykę pokroju Samael, czy pierwszych płyt Paradise Lost. Wszystko to siedzi na solidnej death metalowej bazie. Gitary wycinają niemiłosierne riffy, żeby za moment wypluwać znakomite, nośne solówki. Po prostu dzieje się! Dodatkowo melodyjne pierwiastki reprezentowane tu przez klawisze i okazyjny flet czynią "Igne Natura Renovabitur Integra" dziełem bardzo oryginalnym na naszej ówczesnej scenie (poza mocnym, złowieszczym głosem Leviego dodającego tu sporo konkretnego ognia, mamy tu też okazję usłyszeć namiastkę żeńskich wokali). Nudzić się tu nie sposób, i mimo, iż jest to stosunkowo długi materiał to nigdzie nie znajdzie się dłużyzn, nie poczuje się ani chwili nudy, te dźwięki się samoczynnie chłonie. Wybaczcie, ale chyba nigdy nie przestanę być pod wrażeniem tej płyty i wcale nie dziwię, że po wydaniu zebrała tyle pozytywnych recenzji, były ku temu powody.
Debiut Neolith przez długi czas nie był dostępny w sprzedaży, pierwsze wydanie dawno się rozeszło i ten długi czas spowodować mógł, że sporo osób zapomniało o tym albumie, a jeszcze więcej najzwyczajniej nie miało szansy się z nim zapoznać. Dzięki Mara Productions debiut "Igne Natura Renovabitur Integra" znów jest dostępny i wreszcie, ponownie można się w niego zaopatrzyć i czerpać istną, piekielną przyjemność ze słuchania tego genialnego kawałka metalowej sztuki. Jak widać i w kwestii wizualnej wydawca stanął na wysokości zadania i zafundował nabywcom drobny wgląd w memorabilia związane z tamtym okresem działalności zespołu. Polecać nie będę, bo to byłby wstyd polecać dzieło, które absolutnie broni się samo, które od tylu lat dumnie siedzi na swoim własnym tronie.