wtorek, 25 września 2018

Mortiis- The Great Deceiver (Omnipresence 2016)

Trochę spóźniona ta recenzja, nawet mocno, ale nie jest to już teraz istotne. Ważne iż najnowszy, studyjny materiał Mortiis ani trochę nie ulega przeterminowaniu, będzie tak samo żywy i powalający w momencie wydania, dwa lata później, czy w jakimkolwiek innym czasie. On dojrzewa niczym dobre wino, po 2 latach powracania do tej płyty wiem co mówię. W 2016 roku Havard Ellefsen uderzył w scenę najlepszym, moim zdaniem, materiałem z industrialnej części swojej twórczości, a możne nawet i generalnie (chociaż ciężko łączyć to granie z jego Dark Ambientowymi płytami z lat 90-tych). "The Great Deceiver" może poszczycić się potężnym, skondensowanym, brzmieniem, intensywnymi, chwytliwymi numerami i niesamowitym wręcz ładunkiem emocjonalnym, którego na pierwszej lepszej płycie z pewnością nie znajdziecie. Jest totalnym upustem dla agresji i frustracji, oddaniem otaczającemu światu całego jego zła z nawiązką. Na dodatek płyta niesie ze sobą same szlachetne wzorce jeżeli chodzi o stary, dobry industrial. Można usłyszeć tu odległe echa takich wykonawców jak Skinny Puppy, White Zombie, NIN czy Ministry. Kopalnia idustrialowego oldschoolu i najprościej rzecz ujmując konkretny, energetyczny, dźwiękowy wpierdol jaki tylko można sobie w tym temacie wyobrazić. Są kompozycje wolniejsze, powiedziałbym bardziej refleksyjne, z pewną nutą nostalgii, a i takie, które wyrywają z butów i tych właśnie jest najwięcej. Album ma też znacznie mnie połamanych elementów czy eksperymentowania jakie miało w pewnym stopniu miejsce na "The Grudge" oraz "Perfectly Defect", także teoretycznie jest bardziej przystępny i bezpośredni w swojej wymowie. Co na to scena? Ano jajco! I jaki odzew potencjalnych słuchaczy? No kiepski jak wzrost grzybów w trakcie suszy. Byłem zaszokowany i zawiedziony. Jak ten album, mimo naprawdę nie najgorszej promocji, bo zawartość muzyczna broni się tak, że zero pytań, nie zdobył należytego mu uznania/ uwagi? Czy naprawdę mamy do czynienia z muzycznym lenistwem populacji? Zachowawczością fanów? Wierzyć się nie chce! W sumie to dobrze (a i niedobrze zarazem), że ta recenzja pojawia się po czasie i mogłem, z  niestety mocno wątpliwą przyjemnością, zobaczyć jak obojętnie zostało to dzieło potraktowane, jak niesprawiedliwie. Po prostu wstyd.
Każdego z was, kto nie ogranicza się tylko i wyłącznie do tradycyjnych odmian rocka i metalu, gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę płytę i doświadczenia tego jak wiele ma swoją zawartością do zaoferowania. Emocjonalnie, muzycznie, klimatycznie, to suma i to co najlepsze z tego co Mortiis nagrał od czasów "The Smell of Rain" i to bez dwóch zdań. Także nie leńcie się i obczajcie sobie ten album koniecznie, dajcie mu szansę!

https://downloadmusic.mortiis.com/music
https://mortiiswebstore.com/
https://www.facebook.com/officialmortiis/


niedziela, 23 września 2018

Deicide- Overtures of Blasphemy (Century Media 2018)

Minęła dłuższa chwila zanim zdobyłem się na zakup najnowszej płyty Deicide. Single które poprzedzały wydawnictwo przyprawiły mnie o zdumienie. Wprawdzie nie było ani negatywne, ani jakoś mocno pozytywne, ale zastanawiałem się czy na pewno dobrze słyszę. Byłem zaskoczony bo w tym graniu objawił mi się nie tyle Deicide co... Vader! Tak! "Seal the Tomb Below" z marszu, i brzmieniem i riffem, skojarzył mi się "Prayer to the God of War". Z resztą "Ecomunicated" podobnie, też iście vaderowski, nawet i w kwestii solówek. Gdy pierwszy szok opadł, podjąłem decyzję o zgarnięciu tego krążka. Ciekawość pozostałych kawałków była silniejsza i postanowiłem nie odkładać tej płytki na potem. Pierwszy odsłuch całości i faktycznie jest jeszcze co nieco pod Vader, poza wymienionymi utworami można do tego worka spokojnie  dorzucić jeszcze "Crawled from the Shadows". Da się te elementy znaleźć i w innych kompozycjach na albumie, ale w tych trzech widać to najwyraźniej. Pozostała cześć płyty to już Deicide znany dobrze z "In the Minds of Evil" (która notabene bardzo mi się podobała). Płyta zdaje się kontynuować pomysły z poprzedniczki, kładąc nacisk na nieco większą melodyjność (nawet nie tyle w riffach co w solówkach), a chwytliwość na pewno. Ogólnie rzecz biorąc album jest bardzo przystępny dla tych którzy nie są mocnymi zwolennikami dużych dawek brutalności i agresji. Deicide od dłuższego już czasu stopniowo przyjmuje, moim zdaniem,właśnie taką dosyć przystępną formułę. To wciąż dobra muzyka, ale Ci którzy są zatwardziałymi zwolennikami pierwszych trzech klasycznych albumów grupy, raczej niczego tu dla siebie nie znajdą. Tamten ogień, jad, brutalność i muzyczne, a nie liryczne, bluźnierstwo dawno gdzieś wyparowało. Jak zestawia się w tym momencie te płyty to ktoś mógłby powiedzieć, że to dwa różne zespoły. Wtedy była to, brutalna, Death Metalowa jazda bez trzymanki, teraz miejscami opiera się to na zapożyczonych z Thrashu, bardziej nośnych strukturach, niemniej wciąż mających u podstaw to co w Metalu Śmierci niezbędne i istotne. Mimo wszystko wciąż dają radę. Notowania nie są wysokie, ale wciąż ponad kreską.
Co można powiedzieć w podsumowaniu? Jak komuś pasowała poprzednia płyta, może brać w ciemno. Ci którzy kochają stary Deicide niech raczej sobie darują, bo może szkoda nerwów, zdrowia itd.. Mi po paru przesłuchania podpasowała, tym bardziej, że miała dobry grunt po poprzedniczce. Byłem trochę zaskoczony tymi patentami które tak dobrze słychać w Vader, ale mam wrażenie, że zespół wcale nie zagapił się tu na kolegów po fachu, a zdarzyło się to raczej przypadkowo. Cóż, nie ma co się oszukiwać,  już od dawna Deicide to inna bestia i z pewnością nie tak groźna jak kiedyś, lecz wciąż potrafiąca nagrywać przynajmniej przyzwoite albumy. I tego się trzymajmy, bo o powrocie do dawnej chwały już raczej nie ma mowy.


sobota, 22 września 2018

Galvanizer- Sanguine Vigil (Everlasting Spew Records 2018)

Galvanizer to stosunkowo młody zespół z Finlandii hołdujący starym tradycjom Death Metalu i Grindcore'a. I to tym najlepszym, przede wszystkim ze szwedzkiej, brytyjskiej szkoły oraz klasyków ich własnej sceny. Co dobrego można powiedzieć o grze chłopaków to to, że należą do tej grupy zespołów, która umiejętnie korzysta ze swoich inspiracji i nie kopiuje weteranów, a bazując na ich dorobku stara się stworzyć coś swojego i przez to granie przekazać pasję do wybranej przez siebie, muzycznej drogi. Na "Sanguine Vigil" da się słyszeć echa takich grup jak Carcass, Grave, Entombed, Bloodbath, Xysma czy Demilich. Przy pierwszym zetknięciu z tym materiałem, a nie wiedząc z którego roku pochodzi, można wziąć go za jakiś zapomniany staroć z lat 90-tych. Brzmienie gitar mocno przywodzi na myśl to gęste i smoliste jakie powstawało swojego czasu na produkcjach, które wyszły spod ręki Skogsberga w Sunlight Studio. Jest potężne, pełne mocy i ciężaru, każdy z kawałków prze naprzód niczym walec. Co się tyczy grindcore'owej części płyty to jest raczej nienachalna, jest podana w stosunkowo mrocznej formie i lekko schowana za wiodącym prym Death Metalem. Niemniej jednak jest fajnym dodatkiem i dobrze podbija pewne elementy kompozycji urozmaicając materiał. Wracając do całokształtu, byłem pozytywnie zaskoczony po usłyszeniu sampli w internecie, a jeszcze bardziej już po odsłuchaniu z płyty. Galvanizer ma w sobie potencjał, a co najważniejsze totalnie czują muzykę, którą grają. Jak to się mówi, właściwi ludzie na właściwym miejscu. Cieszę się, że wciąż jest tak wiele zespołów, które pchają scenę do przodu i wykazują zainteresowanie dawną gwardią sukcesywnie przekazując jej dziedzictwo kolejnym rzeszom fanów. "Sanguine Vigil" to właśnie taki przewodnik, który nie tylko reprezentuje starą-nową jakość, ale również zaprasza do odświeżania dawnych klasyków Death Metalu. Już czekam na kolejną ich płytę i wierzę, że będzie równie dobra!

https://www.facebook.com/GalvanizerBand/
https://galvanizer.bandcamp.com/


piątek, 21 września 2018

Grave Digger- The Living Dead (Napalm Records 2018)

Grave Digger kolejną swoją płytą na trwałe utwierdza mnie o swojej przewidywalności. Kolejny album i tak naprawdę już wiadomo co się na nim znajdzie. Zespół jest totalnie oddany obranemu stylowi, estetyce, brzmieniu i za żadne skarby nie robi od tego odstępstw, jeżeli już to jednostkowo i bardzo rzadko. "The Living Dead" to tak naprawdę nic tylko, najprościej mówiąc, kolejna płyta Grave Digger, tylko tyle i aż tyle. Spadku jakości nie ma, wzlotów też brak, to po prostu dobry, acz szeregowy materiał, ważne, że trzyma poziom. Nadal są tu chwytliwe riffy, jest trochę nośnych kawałków, które dobrze się sprawią na koncertach ("Fear of the Living Dead", "Fist in Your Face" czy "The Power of Metal", ten trzeci trochę naiwny, pewnie z początku fani pokręcą nosem, ale ostatecznie się sprzeda), no i drobny odjazd w postaci "Zombie Dance". Ta kompozycja to właśnie przykład tego jednostkowego odstępstwa od schematu o którym wspomniałem na początku. Zespół podszedł to tego utworu z niezaprzeczalnym humorem i dystansem, chcąc nieco zamieszać w fanowskim kotle. Stworzyli skoczny, melodyjny numer okraszony ruską polką. Abstrakcyjne, ale prawdziwe. Do tego doszedł jeszcze teledysk, w którym również poczucia humoru nie brakuje. Opinie na jego temat były podzielone, z przewagą tych negatywnych. I ja byłem trochę zdumiony takim krokiem ze strony zespołu, ale jeżeli ma się dystans, to to w niczym nie przeszkadza, przynajmniej album ma jakiś oryginalny, niecodzienny akcent. Wracając do reszty materiału, na wspomnienie zasługuje też dodany jako bonus "Glory or Grave". Ameryki oczywiście nie odkrywa, ale jest to fajne odniesienie i ukłon w stronę odrobinę starszych krążków zespołu.
Tak naprawdę nie ma co tu więcej rozwodzić się nad tym albumem. Ci którzy słyszeli przynajmniej dwa poprzednie mają ogólny obraz tego co znajdą na "The Living Dead". Fajerwerków brak, ale jest wciąż solidnie i pod swój wyrobiony styl. Grave Digger jest przykładem tego co działo się w przypadku AC/DC lub Motorhead. Nie dość, że zawsze mniej więcej wiadomo czego się po nich spodziewać, to i można być spokojnym o to, iż kolejny album będzie przynajmniej przyzwoity. Tak jest i w tym przypadku.


środa, 19 września 2018

Eucharist- A Velvet Creation (Wrong Again Records 1993/ Regain Records 2001)

"A Velvet Creation" to nieodżałowana perła Szwedzkiego Death Metalu, płyta z ogromnym potencjałem i widocznym talentem jej twórców, którą zniszczyły różne wypadki losu. To właśnie przez nie nie odniosła należytego sukcesu i nie zasiadła na wysokim podium. Ci co dobrze znają ten album wiedzą jak kiepsko brzmi, żeby nie powiedzieć koszmarnie. Jakim cudem tak dobre riffy i  kompozycje, czasem zawiłe, ze wstawkami akustyków, pełne pomysłów i ciekawych rozwiązań, zostały tak brutalnie potraktowane przez produkcję, ale i samych twórców? W 1993, kiedy Eucharist dostali propozycję nagrania debiutanckiej płyty zespół praktycznie nie istniał. Członkowie się poróżnili i w tamtej chwili nie było już mowy o dalszej współpracy, a co dopiero o wspólnym nagrywaniu płyty. Niemniej jednak ciśnienie na nagranie i wydanie "A Velvet Creation" było silne, zwłaszcza ze strony Thomasa Einarssona, jednego z gitarzystów grupy. Owszem płyta została nagrana, ale w okowach niezgody, co wpłynęło na to jak ostatecznie się słuchaczom objawiła. Markus Johnsson, wokalista i drugi gitarzysta, samotnie nagrał wokale, akustyki oraz swoje solówki, natomiast cała reszta ścieżek gitar, nawet te należące do niego, nagrał Thomas w towarzystwie pozostałych dwóch członków grupy, których udało się ściągnąć aby zarejestrowali swoje partie. Dlaczego płyta brzmi tak szorstko, sucho? Odpowiedź jest prosta. Taki był styl gry Thomasa, a na niego spadła lwia część gitar jakie znalazły się na płycie, jego styl zdominował materiał. Nauczył się partii Markusa i zagrał je kompletnie po swojemu, nie oglądając się na nikogo. Jak wspomina wokalista, jego styl gry był bardziej dokładny, selektywny, płynniejszy niż Thomasa, i tej przeciwwagi na płycie zabrakło. Materiał brzmiał podobno zupełnie inaczej i o niebo lepiej gdy szlifowali go jeszcze jako zespół na próbach. W takim to właśnie chaosie powstał ten album. Trochę na szybko, trochę na odwal. Liczył się tylko fakt wydania. W takiej sytuacji, brzmienie i dopracowanie materiału zostało potraktowane po macoszemu, bez należytej uwagi. Marcus do tej pory z trudem przyznaje się do efektu tej sesji, płyta produkcyjnie i poniekąd wykonawczo pozostawia wiele do życzenia (jeszcze ta puszkowata/ pudełkowa perkusja...)
Niemniej jednak i mimo wszystko same utwory, gitarowe riffy, cała ta kompozytorska składnia "A Velvet Creation" to powód do dumy dla Eucharist. Tak. Mało który zespół ze Szwecji tworzył w tamtym czasie tak zawiłe, natchnione, nawet odrobinę melodyjne, a jednocześnie brutalne kawałki. Mimo, że z pewnych powodów płyta nie wyszła tak jak powinna była wyjść, to zasługuje na pamięć i należne jej miejsce w panteonie Szwedzkiego Death Metalu. Pomimo swoich niedoskonałości produkcyjnych to dla mnie niezaprzeczalny klasyk i ważny punkt na mapie szwedzkiej sceny.


poniedziałek, 17 września 2018

Frontside- Zmartwychwstanie (Mystic Production 2018)

Po dwóch ostatnich płytach poruszających inną estetykę i odwiedzających nieco inne rejony metalu/ rocka niż te po których zespół poruszał się od niemal początku grania, Frontside powraca na tory sprzed niemal 10 lat. I to z jakim hukiem! Mi wystarczył premierowy "Bez przebaczenia" aby z marszu zaklepać sobie kopię płyty i być niemal pewnym, że będzie to muzyczna uczta. Fanem Deathcore/ Metalcore nigdy nie byłem, ale Frontside już od wielu lat jest zespołem do którego mam jakiś ukryty sentyment i do którego żywię spory szacunek  i upodobanie. Na płytach od "I Odpuść Nam Nasze Winy" po "Zniszczyć Wszystko" zawsze coś dla siebie znajdowałem. "Zmartwychwstanie" nie dość, że jest albumem który obudził we mnie chęć powrotu do tamtych materiałów, to jeszcze sprawia wrażenie jakby był ich wszystkich sumą, która objawia się słuchaczowi z jeszcze większą mocą. Co więcej "Zmartwychwstanie" pobiło moją jak dotąd ulubioną "Teorię Konspiracji" o której co nieco któregoś tu razu pisałem. Tak, i nie jest to stwierdzenie ani trochę na wyrost, a zasłużony wjazd na podium.
Album jest niesamowicie energetyczny, pełen furii i dynamizmu, a co ważne muzycznie nie monotematyczny. Mimo osadzeniu w stylu sprzed lat, każdy kawałek ma co innego do zaoferowania, nie tylko w ramach Deathcore/ Metalcore ale i nawet elementów powiedziałbym niemal bliskim konkretnego Death Metalu ("Poznaj Swoich Wrogów", "Pieczęcią Niech Będzie Krew"). A jeszcze do tego dochodzi napędzany jakby Death 'n' Rollowym paliwem "Martwy jak Ty". Płyta nie ma prawa się nudzić! Brzmienie jest soczyste, zwarte, dające materiałowi odpowiedniego kopa. Kolejna sprawa, to naprawdę świetne teksty przedstawiające naszą ponurą rzeczywistość, zakłamanie, hipokryzję i autodestrukcyjne zapędy, których wciąż nie jesteśmy świadomi- kawał prawdy, który tak uporczywie od siebie odsuwamy. Brawa też za "krwawy" artwork, który nie dość, że odpowiednio koresponduje z zawartością płyty, ale i zdaje się nawiązywać nieco do tego który znalazł się na "Zmierzchu Bogów'.
Po tym wszystkim faktycznie można sądzić, że zespół, tak jak w tytule, istotnie zmartwychwstał odradzając się niczym feniks z popiołów. "Zmartwychwstanie" jest dla mnie kolejną, tegoroczną, bardzo pozytywną niespodzianką płytową i z pewnością zajmie wysokie miejsce w rocznym podsumowaniu. Frontside, chylę czoła i gratuluję tak udanego dzieła!
Tak na marginesie, bardzo ciekawi mnie czy kawałek o niepozbawionym skojarzeń tytule "Krew, Ogień, Śmierć" nie jest jakimś pozamuzycznym puszczeniem oka do "Blood, Fire, Death" Bathory o podobnym wydźwięku chaosu i zniszczenia.

https://www.facebook.com/frontsideofficial/


sobota, 15 września 2018

"Nigdy nie obchodziło nas czy to co gramy będzie określane jako Death Metal, Black Metal, Thrash Metal czy cokolwiek innego"- wywiad z Bjørnem "Tigerem" Mathisenem (Fester)

1. Witaj Tiger! Co u Ciebie i co dzieje się obecnie w obozie Fester? W 2012 wróciliście na scenę wraz z albumem "A Celebration of Death". Jaki był odzew na płytę i jak czułeś się wracając wraz z zespołem do ponownego grania?

U mnie wszystko w porządku, dzięki! Czuję się trochę ospały po długim lecie, ale w pełni gotowy na jasień jako, że zapowiada się bardzo kreatywnie, wena do tworzenia jest dosłownie nie z tego świata! Tak właśnie działa na mnie jesień... Praca i wydanie "A Celebration of Death" to był niezły rollercaster różnego rodzaju emocji... Odzew na płytę był bardzo dobry. Dostaliśmy wysokie noty w takich pismach jak Metal Hammer, Rock Hard czy Scream. Byliśmy niezwykle ciekawi jak płyta zostanie odebrana gdyż jest totalnie inna niż nasze wcześniejsze dokonania. Więcej w niej Doom metalowych pierwiastków, jest bardziej przerażająca, obskurna.

2. Cofnijmy się do wczesnych lat Fester. Opowiedz mi proszę jak to wszystko się zaczęło, jak się zeszliście, co was wtedy inspirowało. Wasz styl nie do końca wpasowywał się w stricte Death lub Black Metalową estetykę, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Dissection.

Byliśmy czwórką dzieciaków która chciała poprzez granie wyrzucić z siebie frustrację, złość, depresję i nienawiść, wylać te emocje na otaczający nas świat. Nigdy nie obchodziło nas czy to co gramy będzie określane jako Death Metal, Black Metal, Thrash Metal czy cokolwiek innego. Może zabrzmi to dziwnie, ale serio, mieliśmy na to wywalone. Wszyscy wychowaliśmy się na NWOBHM, wczesnym Thrashu, Speed Metalu, zespoły takie jak Sepultura, Kreator, Pestilence wywarły naturalny wpływ na naszą muzykę.  Zaczynaliśmy w 1989 jako Heroic Conduct, nazwę zmieniliśmy w 1991. Anders Odden z Cadaver przysłał mi projekt loga i zaproponował zmianę na Fester. Bardziej pasowała do naszego wolnego, posępnego grania, a my nigdy nie oglądaliśmy się za siebie haha! Bardzo dużo czasu na rozmowach o zespołach spędziłem z Jonem (Dissection) w czasie gdy tzw. Druga Fala Black Metalu uderzyła w scenę jak Tsunami. Zawsze zgadzaliśmy się co do tego, że byłoby fałszywym tworzyć muzykę pod kątem dopasowania się do jakieś grupy lub aby zdobyć sympatię określonej publiki. Niezmiennie było dla nas lepiej aby podobać się niewielkiej, oddanej tematowi grupie, niż tysiącom. Ale muszę przyznać, że będąc wytrwałym i konsekwentnym w tej sprawie, musieliśmy również zaakceptować poczucie bycia niekiedy piątym kołem u wozu.

3. Jak odnaleźliście się ze swoją muzyką pośród tego, co działo się w tym czasie w Norwegii? Czy byliście w kontakcie ze sceną Black Metalową, Euronymousem, Fenrizem, Vargiem i pozostałymi? Słyszałem, że mieliście okazję grać z Jonem, Ole (Dissection), Immortal i Mayhem na metalowej imprezie w Askim w 1991 roku. Czy możesz podzielić się wspomnieniami z tego wydarzenia?

Jak już wspomniałem, zespół zawsze był na uboczu sceny, mimo że osobiście byłem bardzo zaangażowany. Miałem kontakt ze wszystkimi wyżej wymienionymi. Miałem małe "Helvete" w moim mieszkaniu i sprzedawałem nagrania i rzeczy, które dostałem od Euronymousa z jego sklepu. Zorganizowałem w swojej okolicy kilka wydarzeń związanych z Death i Black Metalem, między innymi najbardziej kultowe z nich wszystkich, właśnie to w Granheim / Askim w 1991 roku. Pojawili się wtedy ludzie z Mayhem, Dissection, Emperor, Darkrhrone, Immortal i tak dalej. Świetnie się bawiliśmy! Ktoś właściwie przesłał mi któregoś razu pamiątkowe zaproszenie z tej imprezy ... Nie widziałem tego masę czasu! Oj, działo się wtedy! Może opowiem Ci o pewnym incydencie, który wcześniej nie był wymieniany w żadnym innym zinie? Będąc starym zwolennikiem norweskiej sceny, może pamiętasz Balvaz? Jon (obecny basista Fester- Jon Bakker) grał na basie w Balvaz i Mock, teraz obstawia te ciężkie struny zarówno w FESTER, jak i Kampfar. W pewnym momencie wszedł na scenę, złapał w łapy mysz i zaczął nawijać o HP Lovecrafcie. Tak jak i większość tłumu, był kompletnie pijany, i niestety jego wywód nie został zbyt dobrze przyjęty... Został zaatakowany na scenie, potem ścigany po całym hotelu, aż skończyło się na gonitwie samochodowej. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a i sam Jon wyszedł z tego bez szwanku, a teraz, 27 lat później, gra na basie w Fester.

4. Przed wydaniem "Winter of Sin" mieliście wypuścić  7 '' vinyl 'The Commitments that Shattered ". Dlaczego tak się nie stało? Czy ten materiał jest nie jest dostępny nigdzie indziej, czy też jest częścią tego, co słyszymy na debiutanckim albumie bez żadnych znaczących zmian?

W grudniu 1991 roku nagraliśmy demo w Phat Studios, które szczerze myślę, jest najostrzejszym materiałem jaki kiedykolwiek napisaliśmy. Wysyłaliśmy te nagarnia jako taśmę promocyjną z 4-5 utworami na stronie A i wcześniejszymi nagraniami ("The Introducing Demo 1991") na stronie B. Taśma trwała ponad 60 minut i dała nam kilka ofert, głównie na 7'' Epkę.  Mieliśmy ponowie nagrać kilka utworów i wydać je w takiej formie. W ostatniej chwili Thomas Nyquist (Putrefaction mag) powiadomił nas, że chce, by Fester był pierwszym zespołem, którego płyta będzie wydana przez jego wytwórnię No Fashion Records. Wspomniana taśma promo zawiera 6 utworów, których nie znajdziecie na żadnym z naszych albumów, a także kilka innych nagrań. Kyrck Production wydali zarówno dema, jak i niektóre nagrania na żywo z '91 w 2010 roku.

5. Wasze pierwsze logo zostało stworzone przez Andersa Odden'a (Cadaver), ale nie pojawiło się ono na żadnym z waszych wydawnictw (nie licząc reedycji dem przez Kyrck). Dlaczego postanowiliście zmienić je na wersję przygotowaną przez Jona Bakkera? Poprzednie było proste, ale wciąż niezłe.

Nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że chcieliśmy zdystansować się od stylu Autopsy, który naszym zdaniem to logo nieco przypominało. Myślę, że fakt, że "logo Bakkera" wciąż wyróżnia się po tak wielu latach jako coś wyjątkowego, jest dowodem na to iż był to kawał dobrej roboty. Mając to na uwadze, byliśmy bardzo zdeterminowani, aby mieć jego logo z powrotem na wspomnianych wydawnictwach z Kyrck.

6. Wracając do mojego ulubionego wydawnictwa z waszej dyskografii - "Winter of Sin", czy masz jakieś wspomnienia związane z tworzeniem i nagrywaniem tego albumu? Co sądzisz o waszej współpracy z No Fashion Records, którzy ją wydali? Później wytwórnia nie miała już najlepszej reputacji.

Pamiętam, że chcieliśmy, aby wydawnictwo było skondensowane, ostre i brudne, ale nadal zachowujące heavy metalowe brzmienie i prostotę. Mieliśmy po 16 lat, byliśmy źli, pełni nienawiści do całego konformistycznego świata, zdeterminowani i nie chcieliśmy aby KTOKOLWIEK  mówił nam co i jak mamy robić. Nie zmieniliśmy ani jednego riffu .. Hahaha ... Producent rwał  włosy z głowy pracując z grupą popieprzonych nastolatków, nie mającym o niczym pojęcia . Nawet okładka została namalowana przez jednego z członków zespołu. Fotosesja przed albumem była najlepszą jaką kiedykolwiek mieliśmy. Zamówiliśmy 100 kilogramów wnętrzności i kości u lokalnego rzeźnika. Fotograf poprosił lokalne władze o możliwość wykorzystania jako lokalizacji sesji bunkra z czasów II Wojny światowej. Efekt był niesamowity, byliśmy bardzo zadowoleni. NFR nie uczestniczył w procesie nagrywania płyty, z wyjątkiem opieki nad finansami, drukowania i tak dalej. Dostaliśmy mnóstwo darmowych kopii albumu, ale minusem było to, że nigdy nie wypłacili nam naszych tantiem. Ale w sumie bez takich zagrywek nie byliby w stanie wydać debiutów Marduk i Dissection, nie?

7. Czy możesz zdradzić jakie inspiracje towarzyszyły wam podczas tworzenia debiutanckiego albumu? Pytam o to ponieważ, oczywiście to moje własne odczucie, poza innymi cechami, słyszę tu trochę starego Candlemass, nie tylko w brzmieniu, ale także gdzie nie gdzie w riffach. Czy Leif i spółka mieli jakiś wpływ na waszą muzykę? Również Hellhammer wydaje się być obecny w tych kompozycjach, nadając im ten złowieszczy nastrój. Czy są jakieś inne zespoły, które były dla was ważne w tamtym czasie jeśli chodzi o inspiracje podczas tworzenia?

Myślę, że jedną z rzeczy, która czyni "Winter of Sin" wyjątkowym jest to, że album został nagrany, szczerze, bez żadnych innych inspiracji poza starymi, okultystycznymi tekstami, przechadzkami po lesie itd. A co najważniejsze konsekwencją w nierobieniu NIGDY niczego, co nie pochodziłoby prosto z serca. Nieważne czy brzmiało to dziwnie, prosto, Death Metalowo, Punkowo czy jakkolwiek inaczej. Twierdziliśmy, że z takim podejściem zawsze będziemy brzmieli jak Fester. Candlemass nigdy nie był nawet w żadnej z naszych płytowych kolekcji (tak, wiem, trochę wstyd). Słuchając teraz tego albumu, całkowicie zgadzam się z odniesieniem do Hellhammer, a nawet do Candlemass, ale gitarzystami, których słuchałem i którzy mnie inspirowali w tamtym czasie byli Mick Mars (Mötley Crue), Jay Jay French (Twisted Sisters) i Zakk Wylde (Ozzy Osbourne). Ale oczywiście zawsze będą istniały zespoły i sposób grania, które inspirują Cię w głębi duszy, czy tego chcesz, czy nie, a Celtic Frost, Darkthrone, Bathory, Kreator, Mercyful Fate to zespoły, które nawiedzały mój odtwarzacz regularnie.

8. Na "Silence" wydaje się, że zmieniliście kierunek swojej muzyki na rzecz bardziej majestatycznych elementów i bardziej ciężkich riffów, rezygnujących nieco z typowych elementów Black / Death Metalowych i surowości. Co stało za tym ruchem, co wpłynęło na twoją muzykę podczas pisania tego materiału?

Zgadzam się, że muzyka, a może i cały występ, była na "Silence" nieco inna. Chociaż większość albumu została napisana, gdy zarówno Jørgen (RIP), jak i ja mocno angażowaliśmy się w scenę norweską, to myślę, że uczucie iż to wszystko zmierza w złym kierunku, nie tylko "my przeciwko nim", ale także wewnętrzne zmagania, nauczyły nas jak zachować naturalny dystans. Biorąc to pod uwagę, myślę, że fakt, że zaczęliśmy słuchać różnych rzeczy w tamtym czasie, miał tu istotne znaczenie. Wczesne grunge, późne lata 60-te, wczesne 70-te, rock taki jak T.Rex, Free i Led Zeppelin, oraz słuchanie wielu zespołów, które zainspirowały mnie do tworzenia muzyki od samego początku: Kiss, Motley Crüe, Judas Priest, Metallica, Slayer,Dio- lista jest długa. Nadal robiliśmy swoje, konsekwentnie, tak jak to założyliśmy sobie na początku, mieliśmy wywalone na to co piszą/ mówią o nas Metal Hammer, Slayer Mag, Rock Hard, czy w końcu sama scena. Oddawaliśmy w tej muzyce całe nasze emocje.

9. Coś niecoś z innej beczki. Jaka jest Twoja opinia na temat obecnego stanu sceny metalowej generalnie i jeśli chodzi o Norwegię? Czy jesteś na bieżąco z najnowszymi wydawnictwami? Są jakieś ciekawe materiały, które możesz szczególnie polecić?

Nie mam tyle czasu co kiedyś, kiedy byłem młodszy, aby stale być na bieżąco. Wiesz, jak to jest. Codzienne życie zajmuje większość czasu- większość dnia, większość tygodnia. Oczywiście słucham codziennie odpowiedniej dawki Metalu, ale mam też dni w które nadrabiam temat, że tak powiem. Zawsze znajduję jakieś ciekawe zespoły z lokalnej sceny. Faktem jest, że istnieje jakość i oryginalność w prawie każdym gatunku / pod gatunku grania. Czy słuchałeś debiutu Konsortium, który ukazał się kilka lat temu? Jeśli chodzi o scenę, to myślę, że jest zarówno tak samo jak i inaczej. Są tu ludzie tworzący z prawdziwych i szczerych powodów, ale i trendziarze czy Ci co po prostu chcą się obłowić. Są i wilki, są i owce. Ale myślę, że nigdy nie można  do końca porównywać tego co mamy dzisiaj z tym, co mieliśmy na początku lat 90-tych.

10. Ostatnie pytanie. Czy w dawnych czasach handlowałeś taśmami, tworzyłeś może jakiś zine, pisałeś listy do innych muzyków ze sceny? Jeśli tak, czy miałeś szansę nawiązać kontakt z jakimś zespołem z polskiej sceny?

Nigdy nie robiłem zina, ale siedziałem mocno w handlu/ wymianie taśmami. A i listy pisywałem. Od  3 do nawet 10 listów każdego dnia sprawiło, że znalazłem nawet to co w życiu robię poza tworzeniem i graniem muzyki  hahaha.  Dostaliśmy kilka listów ze wschodniej Europy, także z Polski. Pamiętam, że pierwsza kompilacja w której braliśmy udział pochodziła z Polski i pamiętam, w szczególności taki zine z błyszczącą okładką w formacie A5. Nie pamiętam jednak jego nazwy, wybacz. Ale to, co pamiętam, to fakt, że rzadko lub nawet nigdy nikt z waszego kraju nas nie oszukał!


wywiad przygotował i przeprowadził Przemysław Bukowski