Po 8 latach przerwy powraca z kolejnym albumem Dimmu Borgir. Czy to powrót warty uwagi, czy warto było nań czekać aż tyle lat? Myślę, że tak. Ekstremalnych zachwytów uskuteczniać nie będę, ale album z pewnością pozytywnie mnie zaskoczył. Uważam, że jest na prawdę bardzo dobry i reprezentuje z pewnością coś więcej niż tylko trzymanie poziomu. Dimmu Borgir już od wielu lat robi swoje i nie ogląda się na boki. Wypracowali swój własny charakterystyczny styl i nadal się go trzymają, nie pomyli się ich z nikim innym. "Eonian" jest płytą urozmaiconą, ambitną, uważam, że nieszablonową, pełną ciekawych rozwiązań, a jednocześnie wciąż podążającą tą samą ścieżką którą wytyczyły poprzednie produkcje. Jak na Dimmu Borgir przystało napakowany jest symfoniką, melodyjnością, pewną dozą przebojowości ("Interdimensional Summit"), ale i fajnie balansuje ze sobą wolniejsze i szybsze tematy, a nawet koresponduje co nieco ze stylistyką znaną już poniekąd z płyt Satyricon ("Aetheric"), czy elementami o rytualno, szamańskim zabarwieniu ("Council of Wolves and Snakes"). Jest także puszczone oko do nieco, nazwijmy to umownie i na wyrost, odrobinę bardziej tradycyjnych brzmień gatunku ("The Empyrean Phoenix") oraz dawka podpartej melodią epickości i patosu ("Lightbringer"), nawet gdzieś mi w tym estetyka Ghost śmignęła. Także jednym słowem sporo się tu dzieje i w moim własnym odbiorze jest czego posłuchać, nudy się nie doświadczy. Nie ukrywajmy jednak pewnego znaczącego faktu. Metalowym ortodoksom, purystom ten album nie przypadnie do gustu i to jest raczej pewne. Natomiast tym którzy lubią symfonikę, chóry, eksperymentowanie płyta powinna jak najbardziej podpasować. I żeby było jasne, Black Metal sam w sobie nie jest tu na pierwszym planie, to jedynie podstawa pod całą resztę. Przytaczając ponownie ocenę z początku recki, uważam "Eonian" za płytę solidną i nieprzeciętną, jednym słowem bardzo dobrą, mającą sobą coś do zaoferowania. Jak to się mówi, może dupy jakoś specjalnie nie urwała, ale zostawiła sporo pozytywnych wrażeń, dzięki którym prawdopodobnie nie raz sobie do tego krążka wrócę, po prostu jest do czego.
A, byłbym zapomniał, szacun za okładkę albumu (ukłony dla Zbyszka Bielaka!). Z wyjątkiem "In Sorte Diaboli", najlepsza od czasów "Stormblast"!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dimmu Borgir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dimmu Borgir. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 maja 2018
środa, 15 lutego 2017
Dimmu Borgir- For All Tid (No Colours 1995)
Jest północ. Delikatny wiatr rozsuwa połacie ciemnych chmur ukazując bladą, świetlistą taflę księżyca. Jego blask pada na ruiny starego zamczyska otulonego zewsząd borem skąpanym w ciemności nocy. Zamek zdaje się być opuszczony pozostawiając jedynie aurę minionych dni, lat dawnej świetności. Jeżeli wytęży się oczy jednocześnie wsłuchując się w szept wiatru, szum drzew, pieśń nocy to dostrzeże się przemykające po nim cienie. Te mury skrywają niejedną tajemnicę, nienazwaną groźbę, mistyczny pierwiastek. Witajcie w Mrocznej Fortecy- Dimmu Borgir!
"For All Tid" ukazał się w lutym 1995 roku nakładem niemieckiej No Colours Records. Black Metal jaki prezentowało Dimmu Borgir był w tamtym czasie bardzo oryginalny i postawił użycie klawiszy na równi z gitarami i perkusją, co wcześniej nie było praktykowane na taką skalę. U zespołów jak Emperor, Gehenna czy Enslaved były one bardziej tłem niż równoważnym, odgrywającym pierwszoplanową rolę instrumentem. Dimmu Borgir o wiele bardziej zależało na wszechobecnej mrocznej, nostalgicznej atmosferze wypełnionej echami średniowiecza, swoistą mistyczną i tajemniczą aurą, niż na konkretnym, ekstremalnym łojeniu jakim scena była już wypełniona. Albumu słucha się z przeogromną przyjemnością, wypełniony jest tak niesamowitymi dziękami, że po przesłuchaniu ma się ochotę powtarzać tą czynność wielokrotnie. W przeciwieństwie do pozostałych płyt za wokale (oraz gitary) był tu odpowiedzialny przede wszystkim Silenoz, Shagrath natomiast zasiadł za perkusją. Tjodalv pełnił rolę drugiego gitarzysty, Tristan śmigał na basie, a Stain nagrał wszystkie ścieżki klawiszy. Ten ostatni tak naprawdę nie był pełnoprawnym członkiem zespołu. Przychodził na próby oraz nagrania i po prostu grał co mu reszta zespołu zleciła. Potem wracał do swoich spraw. Niemniej jednak to co zrobił na pierwszych trzech albumach Dimmu Borgir zasługuje na podziw (no może poza drobnym plagiacikiem ze "Stromblast", ale o tym przy innej okazji). "For All Tid" nagrany został w dwóch terminach, które oddzielała trzy miesięczna przerwa (pierwsza sesja w sierpniu, druga w grudniu 1994). Spowodowane to było brakiem funduszy, aby zrobić wszystko w jednym podejściu, stąd też można dosłuchać się nieznacznych różnic w brzmieniu niektórych utworów. Najwspanialszymi opusami są tu nieco bardziej intensywny w stosunku do reszty "Under Korpens Vinger", który otwiera płytę zaraz po klimatycznym intrze, wizytówka całego materiału, czyli majestatyczny "For All Tid" oraz istna symfonia opustoszałych ruin i posępnych lasów w postaci ""Raabjorn Speiler Draugheimens Skodde". No mistrzostwo, klękajcie narody! Jakakolwiek rekomendacja zbyteczna, bo drugiej takiej płyty po prostu nie ma! W moim osobistym rankingu to jedna z 5 ulubionych płyt w metalu w ogóle i nie sądzę żeby kiedykolwiek miało się to zmienić.Tak na koniec, w ramach ciekawostki, mogę powiedzieć, że fotografie zawarte we wkładce do oryginalnego wydania zostały wykonane latem 1994 w lasie Trandum, gdzie spoczywa sporo ofiar Drugiej Wojny Światowej. Miejsce ma podobnież niesamowitą atmosferę. Zespół pojechał robić fotki w 8-osobowej grupie będąc w pełnym rynsztunku z corpsepaintem na twarzach, umazani sztuczną krwią (może i prawdziwą, kto to wie), wszyscy ściśnięci ze sobą w małym samochodzie, przy tym upał, jednym słowem działo się haha.
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Dimmu Borgir- Enthrone Darkness Triumphant (Nuclear Blast 1997)
Nie dość, że "Enthrone Darkness Triumphant" uważam za najwybitniejsze dokonanie Dimmu Borgir, to jeszcze zaliczam ją do moich ulubionych płyt black metalowych. Podejrzewam, że niektórym może być to nie w smak, ale cóż, taka jest moja opinia. Jest to album bardzo ambitny, to też olbrzymi krok naprzód w twórczości w stosunku do ich dwóch poprzednich wydawnictw. Wielu siedziało by i rok i nie wymyśliło tego co jest na tym krążku. Mamy tu dzieło dojrzałe, przepełnione symfoniką, wpadającymi w ucho melodiami oraz harmonią gitar i klawiszy (notabene odgrywających tu bardzo znaczącą rolę). Bynajmniej płyta nie traci przez to na mocy i odpowiedniej dawce mroku, tyle, że w bardziej subtelnej postaci. Kompozycjom nie brak też patosu, a Shagrath jest tu w swojej szczytowej formie, smagając demonicznymi wokalami niczym batem. Na uwagę zasługuje też praca perkusji. Tjodalv udowadnia, że nie jest pierwszym lepszym wyrobnikiem.
Co się tyczy samych kompozycji, bezapelacyjnie tryumfy świecą tu otwierający płytę "Morning Palace", mój osobisty faworyt "In Death's Embrace" (od kiedy znam ten album to nie mam tego kawałka dosyć), majestatyczny "Entrance" oraz zamykający płytę "A Succubus in Rapture" (nobel za intro!). Ciekawym smaczkiem może być zagrana w heavy metalowym stylu wstawka wewnątrz "Master of Disharmony". Zespół daje tu upust swojemu uwielbieniu dla klasycznej metalowej sztuki spod znaku chociażby Accept.
Płytę uwieczniła dosyć słynna trasa u boku Cradle of Filth oraz Dissection- "Gods of Darkness tour" (niebawem wrzucę na fb jakąś ciekawą fotkę z tej trasy). Fragmenty występów Dimmu Borgir i Dissection z tej trasy okraszone krótkimi wywiadami ukazały się jako split video "Live & Plugged vol.2" w 1997 roku.
Wątpliwości nie ulega fakt, że wczesna twórczość Dimmu Borgir ma coś w sobie. Ma niesamowitą atmosferę, pełna jest pomysłów, wizerunek grupy też był wtedy odpowiedni (wiecie o czym mowa), no może wykluczając "Pana Cylindra". Nie powiem, mam do ich muzyki słabość, a zwłaszcza do pierwszych 3 albumów, nigdy mi się nie znudzą, cały czas odkrywam je na nowo. Tym co nie znają (wątpię czy znajdą się jeszcze takie osoby) szczerze polecam! To po prostu trzeba znać i koniec.
Co się tyczy samych kompozycji, bezapelacyjnie tryumfy świecą tu otwierający płytę "Morning Palace", mój osobisty faworyt "In Death's Embrace" (od kiedy znam ten album to nie mam tego kawałka dosyć), majestatyczny "Entrance" oraz zamykający płytę "A Succubus in Rapture" (nobel za intro!). Ciekawym smaczkiem może być zagrana w heavy metalowym stylu wstawka wewnątrz "Master of Disharmony". Zespół daje tu upust swojemu uwielbieniu dla klasycznej metalowej sztuki spod znaku chociażby Accept.
Płytę uwieczniła dosyć słynna trasa u boku Cradle of Filth oraz Dissection- "Gods of Darkness tour" (niebawem wrzucę na fb jakąś ciekawą fotkę z tej trasy). Fragmenty występów Dimmu Borgir i Dissection z tej trasy okraszone krótkimi wywiadami ukazały się jako split video "Live & Plugged vol.2" w 1997 roku.
Wątpliwości nie ulega fakt, że wczesna twórczość Dimmu Borgir ma coś w sobie. Ma niesamowitą atmosferę, pełna jest pomysłów, wizerunek grupy też był wtedy odpowiedni (wiecie o czym mowa), no może wykluczając "Pana Cylindra". Nie powiem, mam do ich muzyki słabość, a zwłaszcza do pierwszych 3 albumów, nigdy mi się nie znudzą, cały czas odkrywam je na nowo. Tym co nie znają (wątpię czy znajdą się jeszcze takie osoby) szczerze polecam! To po prostu trzeba znać i koniec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






