czwartek, 12 stycznia 2017

Thunderwar- Black Storm (Witching Hour 2016)

No nie powiem, bardzo byłem tej płyty ciekaw. Czytałem już jakieś recenzje, nazwa obiła mi się o uszy, ale posłuchać nie miałem kiedy. Dziś trafiła w moje ręce owa płyta, czyli debiutancki długograj "Black Storm" i muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. W muzyce Thunderwar słychać same szlachetne wzorce okolone ich własnym stylem. Można tu dostrzec naprawdę sporo różnych wpływów, echa brzmienia starego Amon Amarth, odrobiny klasycznego, szwedzkiego death metalu, naprawdę sporo z tego co gra Vader oraz pierwiastek zaczerpnięty z black metalowych hord pokroju Dissection lub chociażby Sacramentum. Jest czego słuchać i jest się czym zachwycać, autentycznie.
Płyta zleciała mi jak z bicza strzelił i niebawem sięgnę po nią ponownie. Album jest w mej opinii udany i ciekawy, uważam, że przeważnie każdy lubujący się w death metalowych brzmieniach będzie w pełni usatysfakcjonowany lub przynajmniej znajdzie jakiś zadowalający go element. Podczas słuchania szczególnie zwróciły na siebie moją uwagę utwory "Marvel At My Sins", który otwiera płytę, oraz zamykający ją, bonusowy "Iconoclast". W pierwszym usłyszałem drobną nutkę viking death metalową którą lubię, i na którą jestem w jakiś tam sposób czuły, drugi natomiast porwał mnie swoją chwytliwością, nóżka sama tupie i aż prosi się o konkretny headbanging. Tak na marginesie, pod tym względem również "New Messiah" wypada znakomicie. Reszta kompozycji także jest świetna, kawał rasowego, dobrze brzmiącego, dopracowanego death metalu. Najlepiej pójść za moją radą i posłuchać samemu, dotyczy to oczywiście tych którzy nie mieli jeszcze okazji. Nakłaniająca do zgłębienia zawartości "Black Storm" jest także okładka Elirana Kantora zdobiąca płytę. Klimat jest, nie ma co! Wydawniczo także jak najbardziej na plus, czy to wersja standardowa, którą obecnie posiadam, czy też limitowana zawierająca dodatkowo wydaną wcześniej epkę zespołu jako oddzielny cd.
W kwestii końcowych słów, ta płytka to konkret i z czystym sumieniem mogę ją polecić, zespół pokazuje na niej na co ich stać, nabiera rozpędu, a ja smaku na kolejną ich płytę. Tak trzymać! Metal til Death!


wtorek, 10 stycznia 2017

Chapel- Satan's Rock 'N' Roll (Spiritual Beast 2012)

O niektórych płytach czasem ciężko jest pisać długie eseje bo najnormalniej w świecie nie ma takiej potrzeby. Mówią same za siebie. Także prosto z mostu i bez owijania w bawełnę, Kanadyjski Chapel to nic innego jak piekielna wersja Motorhead. Czy to źle? A skąd! Panowie świetnie młócą, z mocą, z energią, co z tego, że poniekąd mało oryginalnie. W niczym to nie przeszkadza, bo słucha się tego wybornie. Czasem to właśnie najprostsze formy dają najlepszy efekt. I tak jest w tym przypadku.
Chapel opiera swoje kompozycje o tematy znane zarówno z wcześniejszego jak i późniejszego repertuaru nieodżałowanego Lemmiego i spółki, dodając do tego pierwiastki z twórczości takich grup jak Blasphemy czy Venom. Gdzie nie gdzie wkradają się wpływy thrashowe co dodaje pewnego smaczku. Jednym słowem to rogaty, cuchnący siarką rock 'n' roll. Brzmienie na płycie jest mięsiste, dynamiczne, tak jak przystało na tego typu grańsko.
Zespół zdaje się podchodzić do wykonywanej przez siebie sztuki z kompletnym luzem, nie rozdrabniając się i nie oglądając na nikogo. Totalny żywioł! Kawałkiem tytułowym, czyli "Satan's Rock 'N' Roll" złożyli hołd załodze Venom bazując na kultowym "Black Metal", wyszło kapitalnie. Ta płyta nie daje pola do jakiś recenzenckich analiz, bo to przede wszystkim wynik radości z grania mający dawać radość ze słuchania, tyle w temacie.
Także jeżeli są wśród was zwolennicy oldschoolowego, nieskomplikowanego grania, które da wam kopa swym ładunkiem energii to śmiało sięgajcie po ten szatański rock 'n' roll, który zaserwował ludzkości Chapel. Nie będziecie zawiedzeni!
Poniżej posiadane przeze mnie, japońskie wydanie tego krążka wydane przez Spiritual Beast.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sauron- Wara! (Witching Hour 2016)

Trochę zwlekałem z zakupem nowej płyty radomskiego Sauron, cóż były inne priorytety jak to zwykle bywa. No ale w końcu zasiliła kolekcję w wersji cd i mc, także czas napisać o niej kilka słów.
Sauron to już weterani sceny, zespół z prawie 30 letnim stażem. Co prawda mieli przerwę w graniu, ale w 2003 zespół został reaktywowany i co jakiś czas raczy na kolejnymi, udanymi wydawnictwami.
Chcąc być z wami całkowicie szczerym, jak to zwykle czynię, "Wara!" na początku jakoś specjalnie mnie nie powaliła, słuchało się dobrze, a nawet bardzo dobrze ale bez uniesień. Zrobiłem sobie od tej płyty dłuższą przerwę i za kolejnym podejściem sporo w moich oczach zyskała, uwydatniły się pewne jej walory. Po pierwsze "Wara!" ma kapitalne wręcz brzmienie, bardzo mocarne i klarowne, co w zestawieniu z siarczystymi riffami daje naprawdę dobry efekt. Można powiedzieć, że jest epicko. Stylistyka utworów jest na albumie podobna, no ale taka to już formuła, także to nie na minus, tym bardziej, że uczucia powtarzalności tutaj nie ma. Kolejna sprawa to zakorzenione w pogaństwie teksty, które bardzo dobrze robią atmosferze i klimatowi płyty ("Goreją Wici" i Pergrubia 997" wiodą tutaj prym). Kawałki, które zatrzymały mnie tu na dłużej to wspomniana "Pergrubia 997", notabene, jak dla mnie, najlepsza kompozycja tego materiału, oraz za kolejnym odsłuchem "Bałtycka Mgła" i również wymieniony uprzednio "Goreją Wici". Oba kawałki mają dające się zapamiętać zagrywki i potężną sekcję rytmiczną, powstają z tego niemal hymny (tak, serio, chociaż wiem, że to czysto subiektywne porównanie). Idealnym wykończeniem całości jest cover "Enter the Eternal Fire" Bathory. Oj udał się, byłem efektem zaskoczony już podczas pierwszego odsłuchu. Naprawdę blisko tu było do oddania aury oryginału. Quorthon byłby rad, także tutaj chylę czoła nisko. Na finale warto także zaznaczyć, iż nie jest to do końca materiał premierowy, część utworów to dawne, odświeżone na potrzeby tego wydawnictwa kompozycje.
Teraz kwestia okładki. Tutaj to po prostu ogromny szacun. Nie często spotyka się tak udane projekty, tak wymowne. Grafika inspirowana jest oryginałem wykonanym w 1939 przez Bolesława Surałło. Obraz przedstawiający słowiańskiego wojownika broniącego swej ziemi przed krzyżem pasuje do tego typu płyty i materiału na niej zawartego jak ulał. Nic dodać nic ująć.
Co się tyczy samej formy wydania płyty to wg. znanych już standardów Witching Hour, czyli solidnie i z dbałością o szczegóły. Jako zwolennik formatu digipak jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany. Kaseta, jak widać poniżej, też wyszła bardziej niż zadowalająco.
Zapowiadałem kiedyś, że dam tej płycie kolejną szansę i tak zrobiłem. Tym razem zaskoczyło. Może Sauron nie robi tu niczego odkrywczego, wielu może wydać się ten materiał przeciętny, lub po prostu, dobry, poprawny tak jak mi na początku. Niemniej jednak z czasem ten krążek zyskał w moich oczach, i w chwili obecnej szczerze mogę go polecić, i to nie tylko fanom pogańskiej sztuki. Warto poświęcić mu więcej czasu.


niedziela, 8 stycznia 2017

Graveland- In the Glare of the Burning Churches (demo 1993/ Warheart 2013)

Niniejsze demo to jeden z pierwszych rozdziałów księgi polskiego podziemia bm i lat jego świetności. Żałuję że to na ten właśnie okres nie przypadły moje młodzieńcze lata, że nie dane mi było poczuć atmosfery tamtych dni i właśnie wtedy słuchać tej muzyki. Chętnie podpiszę się pod opinią że to demo to jedno z najważniejszych dzieł polskiego black metalu- tego szczerego i najprawdziwszego. Jest przesiąknięte tymi wszystkimi wydarzeniami które wtedy miały miejsce nie tylko w Norwegii, ale i na terenie naszego kraju. Kiedy trzyma się w dłoniach to wydawnictwo to emanuje z niego coś niezwykłego, mrocznego, tak jakby to demo nie poddało się czasowi i stale było cząstką minionych lat.
"In the Glare of Burning Churches" to w warstwie muzycznej absolutna bm-owa surowizna z genialnymi klawiszowymi pasażami i intrami (wstęp do utworu tytułowego od razu narzuca skojarzenia ze ścieżką dźwiękową Basila Poledurisa do "Conana Barbarzyńcy"), "The Durk Dusk Abyss" wnosi klimat niczym ze starych, czarno-białych filmów grozy oraz outro które po raz kolejny przynosi na myśl Conana). Moim absolutnym faworytem jest "The Night of Fullmoon", bez wątpienia klasyk z repertuaru starego Graveland. Nagromadzenia emocji i aury jaką posiada ten utwór nie da się opisać (kiedyś nawet pokusiłem się o nagranie coveru tego kawałka wraz z kolegą). Brzmienie gitar i perkusji jest tutaj typowe dla większości dem black metalowych- surowość, milion kilometrów od idealnej produkcji i wymuskanego brzmienia. Mimo to słucha się tego z przyjemnością. Wampiryczny, skrzekliwy wokalal Roba jest idealnym zwieńczeniem całości. Demo jest co prawda krótkie ale maksymalnie treściwe.
Bez zastanowienia można powiedzieć że "In the Glare of the Burning Churches" jest jednym z tych nagrań które mogły by reprezentować cały gatunek jakim jest black metal. Surowość, szczerość, bezkompromisowe podejście do twórczości, przesiąknięty mrokiem klimat i niczym niepohamowany ładunek emocjonalny to domena tego wydawnictwa. Coś takiego już nigdy nie powstanie, ale to dobrze. Dzięki temu to demo wyryje się mocno na kartach historii black metalu, i dzięki temu będzie się po takie nagrania sięgać, a potem do nich wracać niczym do najlepszych i wiecznie żywych wspomnień.
Poniżej pragnę przedstawić posiadaną przeze mnie reedycję owego dema wydaną w 2013 roku przez Warheart Records. Jak widać mamy zarówno starą jak i nową, alternatywną grafikę. Jest też booklet ze sporą liczbą zdjęć i tekstów. Płyta ma dodatkowy slipcase na pudełku oraz sporo bonusów w postaci dema "Epilogue" oraz nagrań z prób. Generalnie jest dobrze choć ta nowa szata graficzna trochę burzy klimat tego materiału, no ale dobra, ujdzie w tłoku. Mogę polecić.



środa, 4 stycznia 2017

Christ Agony- Epitaph of Christ (Carnage Records 1992/ Witching Hour 2015)

Na swoim drugim demie Christ Agony zaczęli już powoli wypływać na szersze wody i definiować swój styl oraz brzmienie. Materiał po raz kolejny nagrano w olsztyńskim Pro Sound. Tym razem, w stosunku swego poprzednika "Sacronocturn", jakość uległa znacznej poprawie (nadal jest surowo i obskurnie jak to na demo przystało, ale to już nie to co było wcześniej). Jest potężniej, a całość sekcji instrumentalnej jest bardziej zwarta. Zmieniły się także wokale Cezara, które przybrały postać death metalowego growlu, zastępując burczenie z poprzedniej taśmy. Zespół, w myśl zasady z "Sacronocturn", zaserwował schemat złożony z czterech rozbudowanych utworów.
Zarejestrowany w marcu 1992 "Epitaph of Christ" zaczął budować już niebawem tak rozpoznawalny styl z jakiego zasłynął zespół. W kompozycjach sporo się dzieje, nie ma tu oklepanych struktur. Obecna jest różnorodność melodyjnych, acz posępnych riffów oraz zmian tempa (górują średnie oraz wolne). Z resztą nie ma co się specjalnie dziwić. Przybranie takiego właśnie kierunku lepiej buduję atmosferę i pewny rytualny charakter utworów, co jest jedną z cech charakterystycznych rzemiosła Christ Agony. Każdy opus z niniejszego dema sączy mrok i jad, a całość otula piwniczne, zaśniedziałe brzmienie. Tworzy to niezaprzeczalnie niesamowity klimat.
Niniejszy materiał demo, wydany z początku własnym sumptem, szybko został dostrzeżony przez Carnage Records i wydany na profesjonalnej taśmie, co pozwoliło zaistnieć zespołowi w nieco szerszych kręgach. Poniżej przedstawiłem kompaktową reedycję tego materiału jaką rok temu popełniło Witching Hour Productions (dostępna jest także wersja winylowa i kasetowa, podobnie ma się sprawa z "Sacronocturn" o którym nie dawno pisałem). Wznowienie zrobione jest z dbałością o każdy szczegół, mamy teksty, są archiwalne fotografie oraz nowa szata graficzna prezentująca się o wiele okazalej od oryginału.
W kwestii podsumowania, krótko i zwięźle. Ten materiał nie potrzebuje specjalnego zachwalania, to już poniekąd klasyka i nieodłączny element historii naszej polskiej metalowej sceny. Trzeba mieć, a przynajmniej znać! Tyle w temacie.



wtorek, 3 stycznia 2017

Master's Hammer- Ritual/ The Jilemnice Occultist (Osmose Productions 2001)

Przy pierwszym zetknięciu z Master's Hammer od razu pojawiło mi się skojarzenie "taki czeski Kat". Sporo w tym racji, jednak po dłuższym słuchaniu dochodzą do głosu dodatkowe wnioski. Jako, że Kat poszedł w kierunku stricte thrash metalowych rejonów tak Master's Hammer od samego początku zaczął skręcać w kierunku bardziej black thrashowej mieszanki wprowadzając do swojej sztuki elementy ponurej symfoniki, która jeszcze bardziej wpłynęła na ich muzykę (album "The Jilemnice Occultist"). Na Ritual było im trochę bliżej do piłowania w stylu właśnie Kat oraz innych grup z tzw. pierwszej fali black metalu (chociaż był to już 1991 rok).
Debiutancka płyta spotkała się ze sporym odzewem nie tylko w samych Czechach, gdzie sprzedało się kilka tysięcy sztuk tego krążka (byli wtedy jedną z niewielu metalowych grup funkcjonujących w tym kraju). Master's Hammer bardzo spodobał się Euronymousowi, który snuł plany wydania ich materiału w barwach swojej Deathlike Silence. Dzięki niemu i temu co z muzyki Czechów zaadoptowała norweska scena, późniejsze pokolenia mogły poznać to co miał do zaoferowania Master's Hammer.
"Ritual" emanuje surowością i bezpośredniością, ma jednak niepowtarzalny mroczno- mistyczny klimat, z pewnością niepowtarzalny i oryginalny. Nagrany w 1992 "The Jilemnice Occultist" to potwierdził. Był już płytą dojrzałą i podejmującą nowe wyzwania. Nie dość, że sama muzyka stała się bardziej kompleksowa, to jeszcze zespół pokusił się o koncept album. Teksty utworów opowiadają historię młodego okultysty Altramenta, który przybywa do miasteczka Jilemnice po piękną brankę oraz ukryty tam skarb. Pomysł jak najbardziej nietuzinkowy i myślę, że trafiony. Podejrzewam, a nawet jest pewien, że maczała w tym palce inspiracja twórczością Kinga Diamonda.
Jednym słowem Master's Hammer nagrywał i nadal nagrywa sztukę inspirującą i jedyną w swoim rodzaju, myślę, że nie da się pomylić ich z nikim innym. Owe dwa pierwsze albumy stały się jednymi z grona tych najważniejszych dla rozwoju sceny black metalowej lat 90-tych. Z tymi dziełami wypada się zapoznać, uważam je osobiście za ponadczasowe.
Poniżej przedstawiłem wam swoje wydanie obu tych płyt. Jest to tzw. 2 w 1, które Osmose wypuścił w 2001 roku. Jak widać wydane bardzo atrakcyjnie, może bez specjalnej pompy (wkładka 4- stronicowa z odrobiną czegoś do poczytania + teksty, zero dodatkowych fotek), no ale "all in all" solidnie. Jak gdzieś znajdziecie i będziecie rozważali zakup to nie ma co się specjalnie wahać.




poniedziałek, 2 stycznia 2017

Karrakan- Karrakan EP (wydanie własne 2016)

Na początku grudnia, minionego już roku, światło dzienne ujrzał debiutancki mini- album (EP) wspominanej przeze mnie nie raz grupy Karrakan. Zawiera siedem autorskich kompozycji, z czego trzy z nich znane są już z recenzowanego przeze mnie swojego czasu materiału promo. Po przesłuchaniu odnosi się wrażenie jakby płyta była stylistycznie podzielona. Pierwsze cztery utwory można by podpisać jako strona „hard”, a pozostałym trzem przydzielić „heavy”. „Astaragalia”, „Gość i Pragnienie”, „Gawęda o Istnieniu” oraz „Mała Apokalipsa” to przede wszystkim soczyste hard rockowe granie z wpływami rocka progresywnego (zmiany tempa, tu i ówdzie nieco połamane struktury, jednym słowem nieschematycznie). W „Gawędzie...” i „Małej Apokalipsie” mamy także nieśmiały flirt z jazzem, który wprowadza saksofon pełniący w tych utworach dosyć istotną rolę (no jakby nie było to jeden ze znaków rozpoznawczych Karrakan), w pewnym stopniu łamiąc utarte konwencje. Co się tyczy rockowego oblicza wspomnianych kompozycji to dla zobrazowania obecnej tu stylistyki można by przywołać dla przykładu takie grupy jak chociażby Whitesnake, Deep Purple, Rainbow czy nawet nasze rodzime TSA. Jeżeli chodzi o łagodniejszą stronę rocka to ciężko o szlachetniejsze wzorce.


Kolejna grupa utworów, ochrzczona przeze mnie uprzednio mianem „heavy” czyli „Toksykomania”, „Robak Zdobywca” oraz „Larum” to bardziej mroczne i cięższe oblicze Karrakan. Dwie pierwsze aż ociekają sabbathowskim sznytem i przywodzą na myśl dokonania Ozziego i spółki z okresu takich albumów jak „Master of Reality” czy „Vol. 4”, a nawet tych już z Dio na pokładzie. Miejscami słychać też inspiracje metalem spod znaku Kat. Słuchając „Robaka Zdobywcy” nie można oprzeć się wrażeniu, że grupa prowadzona niegdyś przez Luczyka i Kostrzewskiego odcisnęła tu swoje piętno. Instrumentalny „Larum” to już odrobinę inne rejony, odrobinę inna stylistyka. Tutaj zespół poszedł w kierunku heavy metalu granego chociażby przez Turbo (na myśl przychodzą zwłaszcza utwory „Dłoń Potwora” oraz „Bramy Galaktyk”) czy też Iron Maiden. Mamy tu gitarowe szarże, ciekawe, łamiące schemat zwolnienia i zmiany klimatu. Jest to fajne urozmaicenie i coś w sam raz na zwieńczenie płyty.
Karrakan stara się być oryginalny w swym hard-rockowym rzemiośle wnosząc sporo własnej, kreatywnej sztuki przy okazji inspirując się klasyką gatunku. Ich muzyka jest jednocześnie bogata kompozycyjnie, a za razem bardzo nośna, pełna energii i autentycznego luzu. Słychać, że to wynik ogromnych pokładów pasji do tego co robią. Entuzjastów odrobinę cięższych rockowych klimatów szczerze zachęcam do posłuchania.